O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Wierzę Co to znaczy? 4-6 grudnia 2009 - homilie ...


„Wierzę… Co to znaczy?”
SZKOŁA WIARY
4-6 grudnia 2009

TEKSTY HOMILII
wygłoszonych przez o. Marko Ivana Rupnika SJ

---------------------------------------------------------------------

Wierzyć – widzieć siebie w łączności z Chrystusem działającym we mnie
homilia – piątek I tygodnia adwentu, 4 grudnia 2009 r.
Iz 29, 17-24; Ps 27, 1.4.13-14; Mt 9, 27-31


W Ewangelii słyszymy coś bardzo głębokiego, co dotyczy właśnie tego, nad czym w tych dniach będziemy się zastanawiać. Dwóch niewidomych staje przed Chrystusem i proszą: „Ulituj się nad nami!”. Nie mówią: „Daj nam wzrok!”, ale: „Ulituj się nad nami!”. Chrystus pyta ich: „Czy wy dwaj wierzycie, że Ja mogę to uczynić?”. O co jednak pyta Jezus mówiąc: „Wierzycie, że Ja mogę TO uczynić?”. Wszyscy myślimy, że Chrystus mówi o widzeniu, o możliwości przywrócenia im wzroku. Jednak ci niewidomi nie prosili o odzyskanie wzroku, ale o litość nad nimi dwoma. Chrystus zaś w pytaniu, czy wierzą, nie myśli tylko o tym, że On może się nad nimi ulitować, ale już interpretuje tę prośbę o zmiłowanie jako prośbę o przywrócenie im wzroku. Zapytajmy jednak, co znaczy: „Ulituj się nad nami!”. Niektórzy starożytni Ojcowie Kościoła tłumaczyli prośbę: „Synu Dawida, ulituj się nad nami!” w następujący sposób: „Synu Dawida, zobacz nas i weź nas ze sobą! Nie zostawiaj nas tutaj!”.

Owi ślepi są leżącymi przy drodze żebrakami. Obok nich przechodzi Chrystus, który jest nazywany Synem Dawida. A Dawidowi prorok zapowiedział, że będzie miał Potomka, którego Królestwo nie będzie miało końca. Wciąż oczekiwano na tego potomka Dawida, który zaprowadzi królestwo sprawiedliwości. Jest to jeszcze bardziej widoczne w przypadku niewidomego z Jerycha. W Ewangelii św. Marka mówi się, że Chrystus przychodzi do Jerycha, a kiedy wychodzi z miasta spotyka niewidomego. Dlaczego Ewangelista Marek relacjonuje to wydarzenie w tak dziwny sposób? Chrystus przychodzi do Jerycha, a niewidomego uzdrawia wychodząc z miasta. Czyni tak, bo chce pokreślić, że niewidomy znajduje się między Jerychem a Jerozolimą. A Jerycho było bramą Ziemi Obiecanej. Jerycho było ostatnim miastem zdobytym podczas podboju Ziemi Obiecanej. Gdzie albo czym jest Ziemia Obiecana? Ziemia Obiecana była zapowiedzianym królestwem sprawiedliwości, gdzie wszyscy zachowują się jeden wobec drugiego tak, jak Bóg postąpił wobec Żydów, gdy oni byli jeszcze małym plemieniem, kiedy byli jeszcze mali i ubodzy. To jest „sedaqah” – [hebr.] sprawiedliwość. W Ziemi Obiecanej nie powinno być żadnego żebraka. Jeśli bowiem jest choćby jeden tylko ubogi, wszyscy powinni się starać, by mu pomóc, by wziąć go pod opiekę tak, jak Bóg wziął pod opiekę ów mały lud. A jeśli jest choćby jeden żebrak, to nie ma królestwa sprawiedliwości i nie ma Ziemi Obiecanej. Tak więc, spotkamy niewidomego, który pozostaje w ciemności, w nocy. Spotykamy kogoś, kto jest obrazem człowieka w grzechu. A ten człowiek pozostający w nocy, pozostający w ciemności, człowiek trwający w śmierci, przychodzi do Chrystusa i prosi Go, by zabrał go ze sobą.

Widzimy, że wiara wpływa na tożsamość osoby ludzkiej. Co to jest wiara? Wiara jest uznaniem siebie samego, jest uznaniem tego, kim jestem w sobie samym jako grzesznik, jako przebywający w nocy, jako przebywający w ciemności razem z Tym, który robi coś dla mnie, aby mnie odkupić. Człowiekiem wierzącym jest ten, kto widzi samego siebie razem z tym, co Bóg czyni w nim, który widzi siebie razem z tym cudem, którego Bóg dokonuje w nim. Spojrzenie wiary polega na tym, by widzieć samego siebie nie w izolacji, nie w oddzieleniu (bo w ten sposób nie widzę siebie, bo w ten sposób pozostaję nadal w ciemności), ale by widzieć siebie samego razem z tym, czego Bóg dokonuje we mnie; co więcej i jeszcze lepiej: by widzieć samego siebie razem z Tym, który dokonuje cudu we mnie, tak jakby On (dokonujący cudu we mnie) stanowił część mnie samego. Tak więc, ten, kto wierzy, nie potrafi widzieć siebie inaczej jak tylko jako zjednoczonego z Chrystusem, który w nim działa. To jest spojrzenie wiary. Jest ono spojrzeniem niezwykle potężnym.

Dwaj niewidomi z dzisiejszej Ewangelii w ostatecznym rozrachunku nie stanowią dla nas doskonałego obrazu wierzących. Wydaje się, że oni są wierzący, bo odpowiadają: „Tak! My wierzymy, że Ty możesz…”. Nieco później jednak Chrystus poleci im: „Nie mówcie nic nikomu! Uważajcie, niech się nikt o tym nie dowie!”, a oni pójdą i opowiedzą wszystkim to, co się wydarzyło. Co to znaczy? To znaczy, że jeszcze nie doszli do spojrzenia wiary, ale zatrzymali się na dziele. Zatrzymali się na dziele, a nie na Tym, który działa. A przecież Chrystus pytał ich: „Czy wierzycie, że Ja jestem Tym, który może to uczynić?”. „Tak, wierzymy” – odpowiedzieli. Niestety, to nieprawda. Oni pomylili Dawcę z darem. Szybko zapomnieli o Dawcy, a zadowolili się darem. Gdyby naprawdę zważali na Niego, [gdyby naprawdę wierzyli z Niego], byliby Mu posłuszni. „Nie mówcie nic nikomu!” – powiedział Jezus. Oni jednak nie byli w stanie tego zrealizować, bo „upili się” efektem cudu, „upili się” efektem tego spotkania. Gdyby Pan był naprawdę na pierwszym miejscu w ich sercu, byliby Mu posłuszni.

Dlaczego Jezus mówi tym uzdrowionym: „Nie mówcie nic nikomu!”? Chrystus trzem kategoriom osób poleca, by o Nim nie mówiły: demonom, uzdrowionym i uczniom. Dlaczego? W przypadku demonów jest to jasne, bo one zawsze będą przedstawiać fałszywy obraz Boga. Jezus zakaz mówienia o Nim kieruje również do uzdrowionych, ponieważ ci mogliby czasem przedstawiać Chrystusa wyłącznie jako Cudotwórcę. [W konsekwencji mogłoby się zdarzyć, że] później przyjdzie do Chrystusa jakiś niewidomy, a nie odzyskawszy wzroku powie: „Ty nie jesteś Mesjaszem!”. Tymczasem Chrystus jest Mesjaszem! Chrystus jest Mesjaszem i jest Nim nie dlatego, że jest lekarzem-okulistą. Dlaczego jednak Jezus poleca uczniom, by o Nim nie mówili? Np. w okolicy Cezarei Filipowej Szymon Piotr bardzo dobrze odpowiedział na pytanie, kim jest Chrystus. A Chrystus powiedział mu wówczas: „Nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. To nie ty, to Ojciec ci to objawił”. Wtedy Jezus Piotrowi i uczniom surowo zabronił, aby nikomu nie mówili, że On jest Mesjaszem [jakby chciał powiedzieć]: „A teraz wszyscy macie być cicho… Bo jest zbyt łatwe to, co powiedziałeś. A tobie jeszcze brakuje doświadczenia. Nauczyłeś się zdania. Wypowiedziałeś je bardzo dobrze. Ale brakuje ci życia. Na razie jeszcze nie wiesz, że „Chrystus” to znaczy „Chrystus Paschalny”. A kiedy przyjdzie krzyż, uciekniesz. I nie tylko to, ale będziesz się starał, by Mnie przekonać, bym nie wchodził w doświadczenie Paschy”. Nie należy mówić zbyt szybko o Chrystusie, bo można sprowadzić ludzi z dobrej drogi. Trzeba doświadczenia i mądrości. Trzeba słowa, ale również życia w tym słowie. Tak więc, wiara to jedność słowa, które umacnia, i życia.

o. Marko Ivan Rupnik  SJ

 

 

Prorok, który wskazał grzech i Baranka biorącego na siebie grzech
homilia - II Niedziela Adwentu (C), 6 grudnia 2009 r.
Ba 5, 1-9; Ps 126, 1-2ab.2cd-4.5-6; Flp 1, 4-6.8-11; Łk 3, 1-6

Dzisiejsza Ewangelia stawia przed naszymi oczyma największego z wszystkich proroków i nie tylko z wszystkich proroków, ale największego spośród narodzonych z niewiasty - Jana Chrzciciela. Wiele razy była mi dana łaska rysowania go, robienia mozaiki przedstawiającej go. Zawsze trzeba było go robić wysuszonego, bez jednej molekuły tłuszczu, absolutnie wysuszonego, z rozczochranymi włosami, z włosami wszędzie, rozrzuconymi na wietrze. Dlaczego? By oddać święty niepokój, który porusza tego człowieka. Ikonografia ukazuje tego niespokojnego, niespokojnego przez Ducha Świętego, człowieka z włosami rozwianymi na wietrze, również dlatego, że żył na pustyni. Ci, którzy byli na pustyni, opowiadali mi, że najtrudniejszą jest noc, bo przychodzi straszny wiatr, który hałasuje tak, jak włączony samolot. Dlatego eremici chronili się w grotach, by ocalić swoje bębenki uszu, bo tak silny był hałas wiatru; wiatru, który zaciera również wszelkie ślady. Po nocy jest dzień i rano na pewno Jan Chrzciciel się nie czesał, nie przeglądał się w lustrze czy jest piękny. Zawsze jednak był pochylony nad księgą proroka Izajasza. Tam znajdujemy słowa proroka, które Jan Chrzciciel wypełniał. To jest też prorok, który najlepiej znał Chrystusa.

Jan Chrzciciel ma wielkie ręce, długie ramiona, kościste. Dlaczego? Bo cały sens życia tego człowieka jest w jednym geście. Gestem wyciągniętej ręki na początku Chrzciciel ukazywał ludowi, czym jest grzech. A kiedy ludzie, widząc jasno, czym jest grzech, przychodzili do niego ze słynnym pytaniem: "co mamy robić?" - mówi Ewangelia, że także żołnierze przychodzili do Niego z pytaniem: "co mamy robić?" - on odpowiadał: "Obmyjcie się! Przyjdźcie tutaj, a ja was obmyję!". Jest to bardzo piękne. W Ewangelii św. Jana, słyszymy najpierw o chrzcie Janowym, a potem Chrzciciel mówi: "Po mnie przyjdzie ktoś, kto was będzie chrzcił Duchem Świętym". W języku greckim jest pewien niuans, na który zwracają uwagę współcześni egzegeci [nie opieram się zbyt mocno na opiniach nowoczesnych egzegetów, wierzę przede wszystkim Tradycji Kościoła, ale niektóre z nich są ciekawe]. Jest bardzo ciekawe, że kiedy Jan Chrzciciel mówi: "Ja was chrzczę", to użyte przez niego słowo greckie znaczy "obmywać": "Ja was obmywam, przyjdźcie, żeby się obmyć!". Ale kiedy mówi: "jest ktoś inny, który będzie was chrzcił Duchem", użyty przez niego termin jest używany wtedy, gdy kobiety idą prać rzeczy bardzo brudne: zaczynając porządne pranie zostawiają rzeczy w wodzie z mydłem na pół dnia, żeby rzeczy bardzo mocno nasiąknęły mydłem. Różnica między chrztem Janowym i chrztem Jezusa jest taka, że Jan Chrzciciel obmywa, ale Jezus Chrystus ochrzci nas przenikając nas Duchem Świętym. Będziemy mieć inne życie. Nasza tkanka nasączona zostanie Duchem, Duchem Bożym. Nasza tkanka nasączona zostanie tym samym Duchem, który oddycha w Bogu, bo to jest Jego tchnienie. Duch przychodzi naprawdę od wnętrza. Duch to coś najgłębszego. Jan Chrzciciel [w ikonografii] ma długie ramiona, bo bardzo dobrze wskazał grzech i ponieważ obmywał. Ale przede wszystkim, ma długie ramiona, bo uczynił gest, który wskazał na prawdziwego Baranka Bożego i dlatego jest wielki. Inni prorokowali, a on Go pokazał i dał Go rozpoznać. A to nie było łatwe, bo byli krewnymi. Czymś bardzo trudnym, trudniejszym niż inne sytuacje, jest przyjąć, że mój krewny jest Mesjaszem.

Jan Chrzciciel wskazał Mesjasza i cytuje Izajasza mówiącego, że doliny się obniżą, wszystko się wyrówna ("dolina niech będzie wypełniona, każda góra i pagórek zrównane"). To proroctwo jest zakorzenione w żydowskim doświadczeniu wyjścia. Żydzi w czasie wyjścia cierpieli z powodu dolin i gór. Marzyli o tym, jak by to byłoby pięknie, gdyby droga była prosta. Trzeba było najpierw schodzić, a po roku wchodzić pod górę, potem znów schodzić, a później przejść przez rzekę, jeszcze później przez jakiś kanion. Idąc marzyli o tym, jak by to byłoby pięknie, gdyby było prosto, gdyby wszystko było wyrównane, a oni po tym równym terenie dokonywali wielkiego wejścia do Ziemi Obiecanej. To marzenie zmęczonego drogą ludu Izajasz przejmuje z pamięci żydowskiej i mówi: "Nadejdzie prorok, który powie te rzeczy. Będzie taki dzień, kiedy przyjdzie Pan, kiedy nastąpi owo uroczyste wejście, a wszystko będzie wyrównane". Powiedzmy, że będzie wyrównane do pewnego punktu.

"Nie było miejsca nawet w gospodzie". Musieli umieścić Go w grocie. Musieli złożyć Go w żłobie. Św. Łukasz Ewangelista trzy razy mówi, że Matka złożyła Go w żłobie. Co to jest żłób? Ojcowie kapadoccy mówią, że żłób to grzech, że żłób to namiętności, które wiążą cię z grzechem. Człowiek grzeszy, bo myśli, że przez grzech poprawi swoją sytuację. Człowiek nie grzeszy przecież, żeby grzeszyć, ale grzeszy, bo myśli, że grzech mu w czymś pomoże. Później widzi, że grzech prowadzi do katastrofy, więc oddala się od grzechu, niestety potem powraca, mając nadzieję, że teraz będzie lepiej. Dlatego Ojcowie kapadoccy dostrzegali w żłobie ten sam ruch. Zwierzę je, później odchodzi, a potem znowu wraca do żłobu. Tak samo człowiek, grzeszy mając nadzieję, że coś w grzechu znajdzie. Później widzi, że to była klęska, że czuje się gorzej niż przedtem. Oddala się trochę od grzechu, ale znowu zaczyna się źle czuć. Mając nadzieję, że popełniając następny grzech poczuje się lepiej, znowu wraca do grzechu. I zobaczcie, gdzie droga była wyrównana? Prosto do grzechu. To jest wyrównana droga. Zbawiciel poszedł prosto do żłobu. Dlaczego? Bo tam na pewno znajdzie człowieka, bo tam człowiek na pewno wróci! Gdyby poszedł do świątyni, wcale nie byłby pewien, że spotka tam człowieka. Idąc na miejsce grzechu spotka wszystkich ludzi, bo wszyscy wcześniej czy później wracają do grzechu. Stał się pokarmem. Jak powie później św. Paweł: "On który nie znał grzechu, stał się grzechem". Został potraktowany jak grzech.

Pomyśl: "Tam gdzie był grzech, teraz obfituje łaska". Dosłownie. W tym żłobie teraz jaśnieje światło. Teraz tam jest Baranek Boży. Drąż, drąż w tych grzechach, a znajdziesz pod spodem Mesjasza! Znajdziesz Zbawiciela, który przyjął nasze grzechy. Jan Chrzciciel wskazał grzech, ale później wskazał też Tego, który grzech gładzi, który bierze go na siebie. Jan Chrzciciel wskazał grzech, ale później wskazał też Tego, który jak baranek, jak baranek ofiary przebłagalnej, bierze grzech na siebie. Z pewnością Jan Chrzciciel znał bardzo dobrze księgę proroka Izajasza, także te jej części, gdzie Izajasz mówi o posłuszeństwie Sługi Pańskiego, który bierze wszystko na siebie. Nie znajdziemy Chrystusa na szczytach naszej doskonałości, ale w otchłaniach nocy, pod naszymi grzechami, bo On je przyjął. Odtąd, nie pamiętamy już o naszych grzechach. Odtąd one już nas nie smucą, nie rodzą depresji, zniechęcenia, złości czy nie wiem jakich negatywnych przeżyć. Odtąd grzechy przypominają nam o obliczu Tego, który je przyjął na siebie. A to oznacza uzdrowienie, przemienienie naszej pamięci. Zamiast przypominać ci tylko o grzechu i tym, który ci to uczynił, albo zamiast pamiętania o tym, któremu ty wyrządziłeś zło, grzech przypomina ci o pełnym miłosierdzia spojrzeniu Pana. To jest prawdziwe uzdrowienie człowieka.

Kiedyś studiowałem kwestię misji ludowych podejmowanych przez jezuitów i kapucynów. W osiemnastym wieku krążyli oni po Europie. Towarzyszył im cały zastęp wdów. Owe wdowy przychodziły do parafii, gdzie rozpoczynały się misje ludowe, i rozchodziły się do rodzin. Te wdowy szły do rodzin, nie po to, by gadać [gadanie to często wielka "cnota" kobiet, choć mężczyźni, zwłaszcza księża, czasem są jeszcze gorsi], ale po to, by słuchać cierpienia. One wchodziły do domów, by słuchać cierpienia. Ten, kto cierpi, potrzebuje opowiadać. Ktoś, kto był operowany, ciągle opowiada, jaka to była operacja. Te wdowy słuchały, aby leczyć ludzi. Stopniowo bowiem, kiedy człowiek przypomina sobie o cierpieniu, zaczyna przypominać sobie również twarz tej, która go słuchała, i już jest uleczony. Taki jest Ten, którego wskazuje Jan Chrzciciel, aby przemienić naszą pamięć.

Jan Chrzciciel jest prorokiem. Gdzie są prorocy w Kościele? Co znaczy prorokować? Prorok to nie jest ktoś, kto mówi coś o przyszłości. O przyszłości mówią widzący. Kiedyś spotkałem pewną Cygankę, która powiedziała mi mnóstwo rzeczy, wszystkie prawdziwe. (…) powiedziała mi wszystko, przy stacji benzynowej, przy autogrillu. To są widzący mający szczególne dary. Prorok to coś innego. Prorok to ten, kto odczytuje historię oczyma Boga, który mówi, co oznacza to, co się dzieje. Prorok interpretuje wydarzenia w imieniu Boga i kończy [tę interpretację stwierdzeniem], co mamy robić. To jest prorok. Gdyby dziś byli prorocy, nie mielibyśmy tyle moralizmu i tyle słynnego "leninizmu", a mielibyśmy dużo więcej drogi duchowej. To jest nasza odpowiedź Bogu. Bóg mówi do nas poprzez wydarzenia, przez trzęsienia ziemi, przez politykę, przez osoby, które spotykamy, przez choroby czy nieszczęścia. Trzeba mieć ojca duchowego czy matkę duchową, którzy mają oko proroctwa i pozwolą ci odczytać, co Bóg chce ci powiedzieć. Wtedy rodzi się zdolność zrozumienia. Ażeby zrozumieć, trzeba uruchomić wszystkie siły. Wtedy ma sens projektowanie, praca, studium, trud, ażeby odpowiedzieć. To jest rola proroków.

I zobaczcie, że dziś Ewangelia - dziś jest niedziela Jana Chrzciciela - podaje w pierwszej części tylko informacje historyczne, by pokazać, że słowo zstąpiło na Jana Chrzciciela w określonym momencie historycznym. I w tym określonym momencie historycznym Jan Chrzciciel zobaczył, czego Bóg oczekuje od ludu i zabrał się do pracy. Oczywiście, nie należy przesadzać i słyszeć Boga wszędzie, bo później psycholodzy będą mieli za dużo pracy. Mamy naszych ojców duchowych. My wszyscy, katolicy, mamy ojca duchownego, którym jest papież. Jest dla mnie ciekawa pewna obserwacja. Z mojego małego świata, świata artysty, a jako artysta jestem trochę bardziej wrażliwy, dostrzegam, że Bóg prosi dzisiaj o miłość i wiarę, i żeby zostawić wiele, zostawić tysiące rzeczy. Słucham mojego ojca duchowego, ojca Špidlíka, i on mówi to samo. Słucham mojego przełożonego generalnego i widzę, że mówi mniej więcej to samo. Słucham najwyższego ojca duchowego, biskupa Rzymu, który jest ojcem duchowym wszystkich katolików, i słyszę, że mówi o abecadle naszej wiary, o tym, co istotne. Myślę, że jest tak bardzo oczywiste, że Bóg teraz oczekuje, żeby się objawiła miłość do Boga, która jest źródłem miłości do człowieka, żeby objawiła się wiara będąca postawą religijną, pogodną, dobrowolną, a nie niewolniczą, będąca postawą dzieci, bo tylko dzieci będą mówić dobrze o ojcu. Niewolnicy nie mówią dobrze o ojcu. Starszy syn z przypowieści z rozdziału 15 Ewangelii św. Łukasza nie powiedział żadnego dobrego słowa o ojcu; mówił jak niewolnik. Trzeba być dzieckiem. Myślę, że dzisiaj prorok Kościoła wskazuje te, mniej więcej, właśnie rzeczy.

I jeszcze ostatnia rzecz. Dziękuję wam, razem z Natasą, za to nadzwyczajne świadectwo, jakie tu zobaczyliśmy. Zobaczyliśmy osoby, które naprawdę wierzą, które kochają Boga, które kochają modlitwę i dla których modlitwa jeszcze coś oznacza, które odnajdują smak w modlitwie. Żyjcie tym smakiem, kochajcie te rzeczy! Będziecie bardzo szczęśliwi i nie rozbijecie sobie głowy o to, co macie robić i jak macie być bardziej doskonali. Trzeba być normalnym. W normalności jest doskonałość, której dziś potrzebujemy; to największe dzisiejsze wyzwanie. (…) Musimy być normalni. Widziałem tutaj tyle pięknych rzeczy, tyle pięknych twarzy. Idźcie według waszej miłości do Boga i do drugiego człowieka. Miłość nie jest romantyczna, nie jest idealistyczna. Piękno to dramat, relacje są dramatyczne. Droga wiary jest dramatyczna, ale daje tyle smaku. W śmierci znajdziecie siłę do zmartwychwstania; wtedy będziecie w Bogu. Jeśli odczuwacie tylko śmierć, zatrzymajcie się; nie jesteście z Nim. Trzeba odczuwać obie rzeczy: śmierć i zmartwychwstanie. To jest miłość Boga. To jest jasne, że są momenty trudne, kiedy ziarno już wpadło w ziemię, obumiera i jeszcze nie kiełkuje. To jest ta długa noc, kiedy czekamy na nadchodzący świt. Trzeba być zdecydowanym, nie ruszać się, poczekać. Umiejętność czekania to wielka sztuka duchowa. Pan przyjdzie! Powiedział i tak uczyni.

o. Marko Ivan Rupnik SJ

---------------------------------------------------------------------

Zachęcamy do skorzystania z nagrań sesji Szkoły Wiary:

  

 

---------------------------------------------------------------------

Pozwolić, by życie Chrystusa przepływało przez nas i owocowało
homilia – sobota I tygodnia adwentu, 5 grudnia 2009 r.
Iz 30, 19-21.23-26; Ps 147, 1-2,3-4,5-6; Mt 9, 35 - 10, 1.5.6-8

W Ewangelii, którą dopiero co usłyszeliśmy, widzimy Chrystusa, który wychodzi na spotkanie oczekiwaniom wielu pokoleń. Wszystkie pokolenia, następujące po sobie, oczekiwały Mesjasza. Rzeczywistość ludzka bowiem, sama w sobie, potrzebuje Zbawiciela. W dzisiejszym fragmencie adwentowej Liturgii Słowa, Kościół ukazuje Mesjasza, który wychodzi naprzeciw tym oczekiwaniom. Ale konkluzja dzisiejszej Ewangelii jest zaskakująca. Chrystus posyła uczniów i mówi im, by czynili praktycznie to, co On robił. To, co zostało powiedziane o Chrystusie, że przechodził z wioski do wioski, z miasta do miasta, teraz mówi się o uczniach; również oni mają tak czynić. To jest właśnie sens Kościoła. Jeśli mamy życie Chrystusa, jeśli jesteśmy Jego Ciałem, mamy też otrzymaną od Niego misję, by „używać” – niech mi Bóg pozwoli skorzystać z tego słowa – tego życia, by „używać” tego Ciała Chrystusa, aby robić to, co On czynił, i nie tylko to, ale więcej. W Ewangelii zapisano słowo jeszcze bardziej wstrząsające, które mówi, że my będziemy czynić jeszcze większe dzieła niż te, które On czynił. Oczywiście, my sami z siebie nie dokonujemy tych dzieł. Dokonujemy ich dzięki duchowej sztuce synergii, współdziałania. Chcemy pozwolić, by Jego życie przepływało przez nas i owocowało. Pierwotny Kościół, słyszymy o tym w Dziejach Apostolskich, był zszokowany, kiedy widział, że to działa.

Kiedyś wykonywałem mozaikę w Lecce, we Włoszech, w centrum dla narkomanów. Na jednej ścianie wykonaliśmy tam mozaikę przedstawiającą Chrystusa schodzącego do Szeolu, by wyciągnąć Adama i Ewę. I ten sam gest, którego wykonuje Chrystus, czyni Jego uczeń. Obok, na drugiej ścianie, został przedstawiony św. Piotr, który uzdrawia człowieka chromego. Apostoł Piotr słyszy od tego młodego człowieka, żeby dał mu pieniądze, ale Piotr nie miał pieniędzy. Już raz, kiedy miał zapłacić podatek za Pana i za siebie, nie miał pieniędzy, wówczas musiał iść łowić i znaleźć monetę. Teraz, w tym momencie, Piotr zdaje sobie sprawę, że on może czynić to, co czynił Chrystus. Nie mówi do chromego: „Ja ci mówię: idź!”, ale mówi: „(…) W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź!” (Dz 3, 6). A on wstał i poszedł. „W Imię Jezusa Chrystusa!”. My mamy  tę moc.

 
zob. www.centroaletti.com

Pamiętam, że kiedyś… – może to już wam opowiadałem, ale opowiem jeszcze raz, bo to jest zbyt piękne –  w jakiejś części świata, gdzie prowadziłem posługę duszpasterską, przyszła na koniec, na Mszę świętą, pewna pani, bardzo elegancka pani. Widać było, że była bardzo doświadczona przez los. Zapytała, czy możemy porozmawiać. Była godzina dziesiąta wieczorem. Usiedliśmy w kościele, by wstać około trzeciej w nocy. Opowiedziała swoją historię: jedna klęska po drugiej, jedna namiętność po drugiej, jeden błąd po drugim. Płakała bez końca. Patrzyłem, modliłem się i na koniec powiedziałem: „Ja nie mogę cię pocieszyć, bo moje pocieszenie będzie bardzo krótkie, ale jest inny Paraklet, jest inny Pocieszyciel. Mam większą moc niż pocieszenie. Mogę uczynić z ciebie nową kobietę; właśnie nową, będziesz jak dziewica. Zależy to tylko od tego, czy ty chcesz?”. Ona patrzyła na mnie swymi oczami pełnymi łez i zapytała: „Co mam zrobić?”. Odpowiedziałem: „Jeśli zgodzisz się na pewien czas pokuty, jako penitentka, przygotujemy się do pojednania. Kiedy poczujesz na głowie te ręce i usłyszysz to, co ci powiem, w tym momencie, wszystko to, co opowiedziałaś, nie tylko, że nigdy nie istniało, ale na miejsce tego przyjdzie sam Pan, a ty będziesz nową kobietą. Może trzeba będzie kilku lat, żebyś Ty to zrozumiała, ale tak będzie”. Nigdy nie zapomnę jej twarzy. Powiedziała: „Zróbmy tak!”. Tak też zrobiliśmy. Stała się nową kobietą. Minęły lata i wyszła za mąż. Zaprosiła mnie, bym wygłosił kazanie na jej ślubie. Nigdy nie idę błogosławić małżeństw, bo to mają robić proboszczowie, ale kazanie wygłosić mogę. Razem z proboszczem więc, wyszliśmy do drzwi kościoła, jak tego wymaga obrzęd, aby przyjąć parę młodą. Ona była przepiękna, jak z innego świata. Kiedy się przywitaliśmy, zbliżyła się do mnie i powiedziała mi do ucha: „Ojcze Marku, wchodzę do kościoła jako panna młoda, według najszlachetniejszej tradycji Kościoła, jako nowa kobieta”. Ledwie powstrzymywałem łzy. To, co usłyszałem, było bardzo mocne. Wiem przecież, skąd Pan ją wydobył. To jest prawdziwa moc, moc uczynienia nową kobiety, która jest teraz szczęśliwa z dziećmi, mężem. Tę moc dał nam Chrystus.

Wykonywałem mozaiki w San Giovanni Rotundo, u ojca Pio. Jest tam potrójna synapsa: życie Chrystusa, życie Franciszka i życie ojca Pio. Zaczynam od chrztu Franciszka. Franciszek staje się nowym człowiekiem i dokonuje gestów nowego życia. Kiedy odkrył na nowo chrzest i kiedy pojednał się z Bogiem, zrozumiał że ma życie Chrystusa i zaczął pełnić dzieła Chrystusa. Druga scena to ucałowanie trędowatego. To może uczynić ktoś, kto nie boi się o siebie. Ucałować trędowatego oznaczało bowiem umrzeć, umrzeć na pewno. Jeśli więc mamy życie Chrystusa, Chrystus powierza nam misję, byśmy pełnili również dzieła Chrystusa, ale byśmy czynili to na sposób Chrystusa, czyli na sposób paschalny. W każdym geście Chrystusa jest trochę męczeństwa. Nam bardziej podobałby się sposób spektakularny, bo nam się podobają spektakle. Gesty Chrystusa to Triduum Paschalne, a my mamy tę moc. Ważne jest jednak, by mieć tę moc, czyli przyjąć misję. Ważne jest, by nie powoływać samego siebie, ale przyjąć misję. Pamiętacie, że Mojżesz chciał robić wiele rzeczy, aby wyzwolić swój lud i na początek zabił Egipcjanina. Później spotyka Boga, a Bóg mówi: „Popatrz, Mojżeszu, tak się nie robi. Teraz Ja cię powołuję i Ja cię posyłam”. To jest zupełnie nowa „wersja” Mojżesza. Wróćmy znów do św. Franciszka. Na świecie jest tylu fanatyków, co jakiś czas pojawia się nowy fanatyk, który mówi: „ja zrobię tak, jak zrobił św. Franciszek. Ci kapucyni, bracia mniejsi czy konwentualni to klęska… Wszyscy stali się mieszczanami. Teraz ja pokażę, co myślał Franciszek”. I widzimy tych chłopaków półnagich z plecakiem; jest zimno i nic się nie dzieje. Te rzeczy przemijają w dziesięć, piętnaście lat. Czytałem artykuł mówiący, że w historii było około sześć tysięcy przykładów naśladowania Franciszka przez różne grupy: najpierw trzy miesiące lub trzy lata życia radykalnego, a potem… Zostawmy to historykom życia zakonnego, ale od strony dogmatycznej, teologicznej nas to powinno zainteresować. Bo kwestia nie polega na tym, by zdecydować się żyć ubogo jak Franciszek czy bardziej ubogo niż Franciszek. Bo w rzeczywistości nie stanie się nic innego, jak to, że będziesz odczuwał zimno jak on. Kiedy natomiast Franciszek się ogołocił, to jego ogołocenie działa jeszcze dziś. To jeszcze dziś działa.

Kiedyś zapytałem brata Rogera Schutza w Taizé: „Co Brat zrobił nadzwyczajnego, że tylu młodych tu przyjeżdża?”. On zaczął myśleć i potem, po długim czasie, powiedział: „Myślę, że usiadłem na ziemi, aby się modlić, we właściwym momencie”. To nadzwyczajna odpowiedź. Byłem dwa dni w ich wspólnocie. Ja, skromny ekspert od teologii duchowej, widziałem, że oni nie robią nic innego niż wszyscy mnisi ze wszystkich zgromadzeń w historii Kościoła: jeden talerz, goły stół, cisza, lektura podczas obiadu, praca ręczna, posłuszeństwo, … nic innego. On dobrze odpowiedział, a później ja też zacząłem myśleć i dałem skromne wytłumaczenie dogmatyczne, teologiczne. On w stu procentach się z nim zgodził. Trzeba więc znaleźć się wewnątrz fali woli Bożej. Jeśli Bóg tego chce, i znajduje osobę dyspozycyjną, dokona wielkich dzieł. Sedno problemu tkwi jednak w znalezieniu osoby dyspozycyjnej. Brat Roger mówił: „wszyscy byli uparciuchami, jeżeli chodzi o jakąś ideologię”. Bo to wszystko  rodziło się około roku 1968. Byli ci, którzy czegoś bronili, oraz ci, którzy coś propagowali. A on po prostu odczuł powołanie do modlitwy. Starły się ze sobą dwa wielkie oddziały. On tak po prostu usiadł na ziemi, a młodym ogromnie się spodobał.

Znaleźć jednego człowieka dyspozycyjnego. Franciszek się ogołocił, bo był wewnątrz Bożej fali, a nie dlatego, że on sam tego chciał. W tej scenie, kiedy Franciszek się ogołaca, przedstawiłem go [na mozaice] jak Chrystusa w chwili chrztu, upokorzonego aż do głębi. Bo dla Franciszka ogołocenie się przed ojcem, odrzucenie mentalności ojca, odrzucenie kultury ojca i zwrócenie mu wszystkich przedmiotów, to nie był żart! To kosztowało go bardzo dużo, ale Ktoś go o to prosił. Możemy więc pełnić dzieła, jeśli zostaliśmy powołani i mamy misję, a wówczas będziemy płodni. Jeśli jednak sami się powołaliśmy, wówczas będziemy bezpłodni. Jeśli jesteśmy powołani, uczynimy cuda. Dlatego ważne jest posłuszeństwo, misja, biskup który w diecezji posyła i błogosławi, aby nie mieć tych fanatycznych wizji; raz po raz pojawia się kolejna. Dlatego tak ważne jest być osobą normalną. Dzisiaj jest wielka potrzeba normalnych osób, bo jest ich bardzo mało, coraz mniej. Dzisiaj, kiedy komuś mówimy „jesteś normalny”, mówimy mu wielki komplement. Myślę, że Ewangelia dzisiaj wzywa nas do tej rzeczywistości, by potraktować na serio życie, które otrzymaliśmy i misję, którą Kościół nam daje. A to nie przechodzi przez moje pragnienia, moje plany.

Mój mistrz, ojciec Tomáš Špidlík, mój ojciec duchowy, został tym, kim jest, przez pomyłkę przełożonego, który zapomniał napisać jeden list. O. Špidlík miał być posłany do Holandii, aby coś studiować, a z Rzymu przełożony nie napisał, co ma studiować ani że ma tam przyjechać. Zatrzymali go tam kilka dni, a potem powiedzieli: „Przełożeni cię tutaj nie przysłali, bo nie ma żadnego listu. Jedź do Rzymu!”. Wrócił więc do Rzymu, a jego przełożony mówi: „Zapomniałem. Teraz jest już listopad. Co możemy zrobić? Możemy zobaczyć, gdzie jest jeszcze jakieś wolne miejsce! Są w Instytucie Wschodnim. Tam nie ma wielu osób. Idź tam! Coś zrobisz!”. Ojciec Špidlík został największym teologiem Wschodu; prawosławni nazywają go największym żyjącym teologiem prawosławnym.

o. Marko Ivan Rupnik  SJ

---------------------------------------------------------------------

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl