O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  „Patrzyłem jak żył i umierał Jan Paweł II” - świa ...


„Patrzyłem jak żył i umierał Jan Paweł II”
świadectwo ks. prałata Konrada Krajewskiego, ceremoniarza papieskiego
Centrum Formacji Duchowej Salwatorianów w Krakowie, 18 marca 2011

 


18 marca 2011 r. gościł w domu Centrum Formacji Duchowej Salwatorianów w Krakowie ks. prałat Konrad Krajewski, pełniący od 1998 roku funkcję ceremoniarza papieskiego. Z uczestnikami dwuletniej Szkoły Wychowawców Seminariów Duchownych Diecezjalnych i Zakonnych 2009-2011 podzielił się świadectwem "Patrzyłem jak żył i umierał Jana Paweł II". Tekst poniższy jest tekstem wygłoszonym w czasie tego spotkania.


 

 

Duchu Święty, ni z tego ni z owego,
proszę Cię, tchnij na tej sali na całego. Amen.
 

 
1. Klęczeliśmy wokół łóżka Ojca Świętego. Papież leżał w półmroku. Dyskretne światło stojącej lampy skierowane na ścianę sprawiało, że był jednak dobrze widoczny. Kiedy wybiła godzina, o której za jakiś czas dowiedział się cały świat, nagle z klęczek podniósł się ksiądz arcybiskup Stanisław Dziwisz. Zapalił w sypialni światło i przerwał ciszę tajemnicy umierania Papieża Jana Pawła II, ciszę tajemnicy śmierci, która jest przecież integralną częścią życia. Drżącym, ale nadzwyczajnie pewnym głosem, z wyraźnym akcentem góralskim (przeciągając jedną z sylab), zaczął śpiewać: Ciebie Boga wysławiamy, Tobie Panu wieczna chwała…

To było jak grom z jasnego nieba! Chyba wszyscy jednocześnie spojrzeliśmy się zdziwieni na Arcybiskupa! Jednak zapalone światła, jak i uroczysty śpiew kolejnych słów hymnu: Ciebie wielbi ziemia cała, uświadomiły każdemu z nas, że oto jesteśmy już w zupełne innej rzeczywistości:

Jan Paweł II umarł – to znaczy żyje!

Choć łkało serce i płacz ściskał gardło, podjęliśmy jednak śpiew. Z każdym kolejnym słowem nasze głosy nabierały pewności, stawały się coraz donośniejsze, wręcz ogłaszające, że:
Tyś pokruszył śmierci wrota, starł jej oścień w męki dobie
i rajskiego kraj żywota otworzyłeś wiernym sobie!

Pieśnią wychwalaliśmy Boga za to, że był tak dobrze widzialny i rozpoznawalny w osobie Papieża. Przecież wszyscy, którzy gromadzili się podczas celebracji liturgicznych – czy to w Watykanie, czy też podczas pielgrzymek – spotykali Chrystusa, którego Jan Paweł II reprezentował. Ludzie przychodzili spotkać się z Janem Pawłem II, a spotykali się z Chrystusem, którego On ukazywał im całym sobą: słowem i milczeniem, gestem, sposobem intonowania i odmawiania modlitw, poruszania się w przestrzeni liturgicznej, wyciszeniem i skupieniem w zakrystii, całą kulturą bycia… To się natychmiast czuło, że mamy do czynienia z Osobą przepełnioną Bogiem. Kimś, kto dla świata stał się znakiem widzialnym rzeczywistości niewidzialnej! Cała Jego osobowość, wypowiadane przez Niego słowa, a zwłaszcza – co może zaskakujące – umęczone w ostatnich latach ciało Jana Pawła II, stały się mową Boga. Nieraz samo patrzenie na Papieża wystarczyło, by odkryć obecność Boga i zacząć się modlić. By pójść do spowiedzi i wyznać: nie tyle grzechy, co winę, że nie jest się świętym jak On.

Kiedy Jan Paweł II przestał chodzić i podczas celebracji był całkowicie – w dosłownym tego słowa znaczeniu – zależny od ceremoniarzy, zacząłem sobie coraz bardziej zdawać sprawę, że dotykam Osoby świętej. Być może denerwowałem watykańskich spowiedników, kiedy przed każdą celebracją szedłem do spowiedzi, czując jakiś wewnętrzny nakaz i potrzebę. A celebracji bywało czasem kilka w tygodniu!

Można na to popatrzeć także z innej strony: gdy przebywa się w bliskości świętego, gdy się człowiek o świętość niejako ociera, to ta świętość nie tylko promieniuje – na własnej skórze można odczuć, jak bardzo jest się kuszonym; jak złemu duchowi ta przestrzeń świętości się nie podoba. Gdzie żyje święty, tam często wokół niego żyje także wielu męczenników… Zresztą, jak obserwowaliśmy to w ostatnich latach tego pontyfikatu, i dla Wikariusza Chrystusa właściwym miejscem staje się krzyż (por. Benedykt XVI, Światłość Świata, s. 21).

2. Jan Paweł II promieniował Bogiem.
Idąc za Jezusem, stawał się coraz bardziej eucharystyczny – to znaczy niewidzialny, a równocześnie ukazywał tyle miłości i dobroci. Najprościej mówiąc, Papież dzielił się z nami wszystkimi Chrystusem. Kiedy dajemy innym siebie, ale w tym znaczeniu, że dzielimy się z innymi tylko sobą, to po pewnym czasie stajemy się podobni do uczniów idących do Emaus: smutni, sfrustrowani, narzekający, że wszystko nam w życiu idzie źle. My jednak nie mamy dzielić się sobą, tylko Chrystusem, by ludzie patrząc na nas mogli zobaczyć poprzez nas tylko Jezusa. W Janie Pawle II spotykaliśmy Jezusa!

3. Kiedy około godz. 3.00 w nocy wychodziłem z apartamentu papieskiego, na ul. Borgo Pio była niezliczona rzesza ludzi. Przemieszczali się w idealnej ciszy. Widać było, że świat się zatrzymał, przyklęknął i zapłakał. Jeśli ktoś płakał tylko dlatego, że odeszła Osoba kochana i lubiana, do której się przez tyle lat przyzwyczaił – to wracał taki jak przyszedł, tyle że w żałobie. Ale jeśli oprócz tych ludzkich łez były także te duchowe, które płynęły z oczu dlatego, że nie jesteśmy tak piękni przed Bogiem jak Jan Paweł II, że nasze życie nie zawsze się Bogu podoba, że nie potrafimy powiedzieć Totus Tuus i być wiernymi do końca, to ten płacz był błogosławiony. Był początkiem cudu przemiany. Przez wszystkie dni, aż do pogrzebu Papieża, Rzym stał się jednym Wieczernikiem: wszyscy się rozumieli, choć mówili w obcych dla siebie językach. Podczas dni żałoby i pogrzebu policja podała, że liczba wykroczeń kryminalnych spadła prawie do zera. Policjanci byli bezrobotni!

4. Patrzyłem jak umiera święty.
Dotykałem się Papieża za życia (przez długich 7 lat), ale także wtedy, kiedy Jego dusza odłączyła się od ciała. W momencie śmierci pozostają po nas tylko zwłoki, czyli – jak pisze ks. Jan Twardowski – coś obcego, co się z człowieka zwlekło i co stanie się prochem. Sam człowiek wymknął się, odszedł i jest już objęty tajemnicą Bożą (Kilka myśli o cierpieniu, przemijaniu i odejściu, s. 51). Do obowiązków ceremoniarzy należy także zajmowanie się ciałem zmarłego papieża. Czyniłem to przez długie 9 dni, czyli do czasu pogrzebu. Tę troskę, ze zrozumiałych powodów, abp Marini powierzył właśnie mnie.

Jana Pawła II ubierałem wraz z trzema pielęgniarzami. To byli Włosi, wysokiej klasy specjaliści medyczni intensywnej opieki (reanimatorzy). Choć minęła już ponad godzina od chwili śmierci, cały czas rozmawiali z Papieżem jak z Ojcem. Zanim wykonali jakikolwiek ruch, całowali Go w rękę, w policzek, w czoło… Całowali zakładając Mu skarpety, koszulę, sutannę… Głaskali, dotykali – tak, jak czyni się to tylko wobec najbliższych członków rodziny. To były najprawdziwsze ucałowania relikwii. Zachowanie tych świeckich pracowników Watykanu było nie tylko okazaniem szacunku i synowskiego oddania zmarłemu Papieżowi. Dla mnie to był początek kultu, zapowiedź beatyfikacji. Może dlatego nigdy nie dałem się ponieść modlitewnym wezwaniom o rychłą beatyfikacje, bo ja już w niej uczestniczyłem.

Każdego dnia, celebrując Eucharystię w Grotach Watykańskich, które otwierane są o godz. 7.00 rano, obserwuję jak zwykli pracownicy Bazyliki i ci, udający się do swych obowiązków w różnych dykasteriach, a także policjanci watykańscy (żandarmi), ogrodnicy, kierowcy rozpoczynają dzień od chwili modlitwy przy grobie Jana Pawła II. Dotykają nagrobnej płyty i na sposób włoski całują później wyciągnięty kciuk. Tak jest każdego ranka! Co ciekawe, a może i nieco dziwne – oni idą bezpośrednio do Jana Pawła II, nie zatrzymując się przy grobie św. Piotra. Ale przecież święci nie są zazdrośni. Przynajmniej ich zazdrość nie dotyczy!

5. Od roku 2000 Ojciec Święty już bardzo źle się czuł. Miał olbrzymie trudności w poruszaniu się. Można powiedzieć, że wprost gasł nam w oczach. Przygotowując jubileuszowe celebracje liturgiczne często powtarzaliśmy z abp. Piero Marinim: oby tylko Papież zdołał otworzyć ten Jubileuszowy Rok łaski. O przyszłości już nie myśleliśmy. W roku 2000 zostały ukończone i wydrukowane dwa rytuały, które Papież podpisał i które Biuro Celebracji zamknęło w archiwum, aż do dnia Jego śmierci. Były to: Obrzędy pogrzebu papieża i Konklawe. Proszę wierzyć, że łzy same płynęły nam z oczu, kiedy poprawialiśmy ostatnie szczotki przed oddaniem tekstów do druku.

Będąc w górach, usłyszałem kiedyś następujące stwierdzenie: my się jeszcze nie znamy, ponieważ jeszcze nie cierpieliśmy razem!

Z abp. Marinim uczestniczyliśmy w pięciu długich latach cierpienia Papieża, w Jego heroicznym zmaganiu się z samym sobą, w znoszeniu wszechobecnego bólu. Podczas jednej celebracji kanonizacyjnej zauważyłem, że Ojciec Święty ciągle się poruszał, unosząc się na oparciach fotela. Jakby szukał takiej pozycji do siedzenia, w której by Go po prostu nie bolało. Ale nie mógł. Nachyliłem się i najdelikatniej jak potrafiłem zapytałem: Ojcze Święty, czy mogę w jakiś sposób pomóc? Papież spojrzał na mnie i powiedział. Mnie nie można już pomóc. Mnie już wszystko boli, ale tak już musi być. To była kanonizacja o. Pio w 2002 roku.

Być przy Janie Pawle II, to jakby być w samym środku Ewangelii. Ostatnie lata służby przy Papieżu uświadomiły mi, że piękno jest nieodłącznie związane z cierpieniem. Ojciec Święty był tak bardzo doświadczony – można nawet rzec sponiewierany – przez cierpienie. Ale może właśnie dlatego tak piękny. Piękny w tym, że z radością ofiarowywał to, co od Boga otrzymał i z radością oddawał to, co Bóg zabierał.

6. Na godzinę przed rozpoczęciem egzekwii, abp Dziwisz i abp Marini zakryli twarz Papieża jedwabną chustą – to bardzo głęboki symbol, że całe Jego życie zostało już zasłonięte i ukryte w Bogu. Tak o tym geście mówi odmawiana wtedy modlitwa:

Jego oblicze,
w którym zabrakło światła tego świata,

niech będzie opromienione zawsze prawdziwym światłem,

które w Tobie ma niewyczerpane źródło.


Jego oblicze,

które poznawało Twoje drogi,

by ukazywać je Kościołowi,

niech zobaczy teraz Twoją Ojcowską Twarz.


Jego oblicze,

które zostaje ukryte przed naszym wzrokiem,

niech kontempluje Twoje Piękno

i poleca całą Owczarnię Tobie, Wieczny Pasterzu,

(który żyjesz i królujesz przez wszystkie wieki wieków.)


Podczas zakrywania twarzy Papieża stałem przy trumnie, trzymając Ewangeliarz. To także symbol. Jan Paweł II nie wstydził się Ewangelii. Ona porządkowała całe Jego życie. Miał Ją nieustannie w pamięci. Według Niej żył. Zgodnie z Nią rozwiązywał wszystkie problemy świata i Kościoła. To według Niej urządził całe swoje życie wewnętrzne i zewnętrzne.

Tajemnicę Jana Pawła II, czyli Jego piękno, bardzo trafnie wyraża modlitwa św. Klemensa, która w starych brewiarzach była umieszczana na ostatniej stronie:
Boże, pragnę tego, czego Ty chcesz.
Pragnę dlatego, że Ty tego chcesz.

Pragnę w taki sposób, w jaki Ty tego chcesz.

Pragnę tak długo, jak długo Ty tego chcesz.

Kto te słowa potrafi wypowiedzieć sercem staje się jak niepozorny Jezus ukryty w Hostii, który rozdaje się i pozwala się spożyć!  Kto te słowa czyni swoimi zaczyna żyć duchem adoracji Najświętszego Sakramentu!


7. Towarzysząc Papieżowi w apostolskich pielgrzymkach, podczas długich lotów często zastanawiałem się nad tym, gdzie jest centrum świata? Jeśli chodzi o centrum Polski, to na pewno znajduje się… na terenie naszej Metropolii. Ale gdzie jest centrum świata?
Kiedy Ojciec Święty przychodził do zakrystii, to najpierw klękał i trwał tak w bezruchu kilka, a czasem i kilkanaście minut. Jestem pewien, że był wtedy nieobecny. Kryliśmy się z abp. Marinim gdzieś w kącie zakrystii i patrzyliśmy zdumieni. Zanim Papież zaczął reprezentować Boga, zanim zaczął mówić w Jego imieniu, najpierw długo rozmawiał z Nim samym.

W swojej prywatnej kaplicy Papież każdego dnia leżał krzyżem. Tak było codziennie!

Nie powinniśmy się właściwie temu dziwić: bo Jezus powołał uczniów najpierw do tego, aby z Nim razem przebywali, czuwali, a potem aby szli nauczać (ks. Jan Twardowski, Nadzieja powołania, s. 23). Dokładnie za tydzień, w Środę Popielcową usłyszymy wezwanie proroka Joela: Między przedsionkami a ołtarzem niech płaczą kapłani, słudzy Pana! Niech mówią: Przepuść, Panie ludowi Twojemu [2, 17].

Papież ukazywał nam, swoim współpracownikom, że życie między niebem a ziemią to nie jest sytuacja towarzyska. Nie wolno nam, uczniom Pana, żyć byle jak, a potem rozkoszować się kadzidłem (Pasierb). Papież jak żył – tak celebrował. I dlatego był autentyczny. Wszyscy to dostrzegaliśmy.

13 dni po wyborze, Jan Paweł II z najbliższymi współpracownikami pojechał do Mentorelli (sanktuarium Matki Bożej Łaskawej; jedno z ulubionych miejsc pielgrzymkowych kard. Karola Wojtyły z czasów jego biskupich wizyt w Rzymie). Ponoć zapytał wtedy towarzyszy wyprawy: co jest najważniejsze dla papieża, w jego życiu, w jego pracy? Podpowiadano, że może zjednoczenie chrześcijan, może pokój na Bliskim Wschodzie, albo zniesienie Żelaznej Kurtyny, itp. Ale Papież odpowiedział: najważniejsza jest modlitwa.

W ostatnich dokumentach na temat Eucharystii (przypomnę, że Jan Paweł II zmarł w roku, który ogłosił Rokiem Eucharystii), Papież wyrażał przede wszystkim wielkie zdumienie. Zawsze, nim rozpoczął sprawowanie Mszy św., poddawał się temu zdumieniu, pozwalał się mu prowadzić, zagłębiając się w adoracji. Byliśmy tego świadkami w zakrystii. Jestem przekonany, że właśnie w tym tkwi tajemnica niezwykłej siły tego, co później mówił – że to zmieniało nasze życie. Dzięki temu zdumieniu, kiedy nauczał, naprawdę mówił w imieniu Boga:
•    musisz się wspinać na szczyty, byś mógł żyć tu na nizinach;
•    wypłyń na głębię;
•    twoje cele muszą być większe niż potrzeby;
•    jeśli nikt nie będzie od ciebie wymagał, to sam zacznij od siebie wymagać.

Na spotkaniu z Ojcami Dominikanami w Rzymie powiedział: idźcie i mówcie światu, że Jezus żyje! Papież potwierdzał to wszystko swoim życiem. On stał się czytelnym znakiem Boga dla nas wszystkich.

Prawdą jest, że król jest nagi w oczach swoich sług. Im bardziej poznawaliśmy Jana Pawła II, tym bardziej byliśmy przekonani o Jego świętości – widzieliśmy ją w każdej chwili Jego życia. On niczym nie zasłaniał Pana Boga! Gdybym chciał wskazać na to, co należy do najważniejszych zadań kapłana, to patrząc na Papieża odpowiedziałbym: nie zasłaniać Pana Boga sobą. Wręcz przeciwnie: przede wszystkim objawiać Boga, być widzialnym znakiem Jego obecności. Boga, którego nikt nigdy nie widział (J 1, 18), Jan Paweł II uczynił przez swoje życie widzialnym.

Kiedy się modlił, miałem wrażenie, że rzuca się do nóg Panu Jezusowi. Kiedy się modlił, na Jego twarzy było widać, że ufa Bogu do szaleństwa. Był po prostu przezroczysty. Był – by użyć porównania ks. Jana Twardowskiego – jak tęcza, która sobą nie zajmuje miejsca, a łączy niebo z ziemią, biegnie, jak po schodach, od ziemi do nieba! W kaplicy przy klęczniku miał zdjęcia swoich najbliższych współpracowników. Papież modlił się za każdego z nas.

Wracam do pytania o to, gdzie jest centrum świata? Powoli zaczęło do mnie docierać, że centrum świata było zawsze tam, gdzie byłem z Papieżem. Jednak nie dlatego, że tam był Jan Paweł II, ale dlatego, że On się tam modlił.  Zrozumiałem, że centrum świata jest więc tam, gdzie ja się modlę; gdzie jesteśmy razem: ja i Bóg. To ja czynię centrum świata, kiedy chodzę w Jego obecności, kiedy w Nim żyję, poruszam się i jestem (por. Dz 17, 28). Ilekroć sprawuję gdzieś Eucharystię, tam jest centrum świata. Także kiedy spowiadam i kiedy się spowiadam, centrum świata jest w tym konfesjonale. Miejsce i czas mojej modlitwy to centrum świata – bo gdy się modlę, to Bóg we mnie oddycha!  Ojciec Święty pozwalał w sobie oddychać Bogu. Każdego dnia spędzał bardzo dużo czasu przed Tabernakulum. On przed Najświętszy Sakrament chodził się opalać!

8. Po nieszczęśliwym upadku Ojca Świętego w jego apartamencie – w 1991 roku – kard. Deskur przyniósł dość duży pojemnik z wodą święconą, przywiezioną z Lourdes, i tak się zwrócił do Papieża: "Ojcze Święty, ilekroć Siostra Tobiana będzie przemywała bolące miejsce, niech Ojciec Święty mówi «Zdrowaś Maryjo»". Jan Paweł II odpowiedział: "Andrzejku, ja zawsze mówię «Zdrowaś Maryjo»! ".

Z pewnością wielu z nas dokładnie pamięta, jak Papież w katedrze na Wawelu – na oczach całej Polski – modlił się odmawiając brewiarz. Zrobiono z tego medialną sensację. Ale to było zupełnie normalne. Czasem potrafił zatrzymać orszak papieski prawie w szczerym polu, żeby odmówić przepisaną na dany czas godzinę liturgiczną. Swoją modlitwą uświęcał dzień. Bardzo tego przestrzegał. I na zakończenie modlitwy zawsze całował brewiarz.

Święty to znaczy zupełnie normalny człowiek!
Kiedy na Placu św. Piotra miała miejsce beatyfikacja Beretty Molla, w procesji z darami jej relikwie niósł mąż. Jeszcze przed celebracją, jeden z dziennikarzy zapytał: jak się panu inżynierowi żyło ze świętą? Pan Molla odpowiedział zupełnie spokojnie: nie zorientowałem się, że była świętą. Była zupełnie normalna. Dopiero Kościół mi o tym powiedział!

Patrząc na Ojca Świętego nie widziałem Jego świętości, choć ją wyczuwałem. Za to doskonale widoczna była Jego tęsknota za Bogiem. Jeśli był jasnym światłem na świeczniku świata, to chyba właśnie dlatego, że zawsze mogliśmy Go zobaczyć na klęczniku.

Jan Paweł II potrafił się zdenerwować. Nie tylko na Sycylii, kiedy dosłownie wykrzyczał w wielkim uniesieniu, że ci, którzy biorą udział w organizacjach mafijnych, jeśli się nie opamiętają, będą potępieni, ale i w życiu codziennym. Denerwował się jednak na siebie. Na to, że niesprawność Jego ciała nie odpowiada tej wiośnie, która nadal trwała w Jego sercu. Nieraz było bardzo trudno zrobić Ojcu Świętemu pierwszy krok. Wtedy zaczynał uderzać pastorałem w posadzkę. Kiedy już udało się ruszyć, mówił no!, i patrząc na nas rozpoczynał procesję. Ale kiedyś nie udało się to za pierwszym razem, powtórzył więc papieską procedurę ruszania jeszcze raz, i to tak skutecznie, z takim nerwem, że guma ochraniająca pastorał od spodu odleciała na kilka metrów. Wtedy wszyscy mogli już bez przeszkód, ale i z radością, ruszyć w procesji!

Papież umarł jako jeden z najuboższych ludzi! Gdy umierał, w swoim pokoju miał zaledwie kilka książek, Pismo święte, trzy czy cztery sutanny. Jedna z sióstr sercanek wspomina, że kiedyś otworzył szafę i zobaczywszy tych kilka sutann powiedział: Siostro, mnie wystarczy tylko jedna.

9. Papież gromadził nas wszystkich przy swoim stole.
Przez wszystkie lata pontyfikatu chyba nigdy nie jadał posiłków sam. Tysiące, tysiące osób przewinęło się przez stół papieski. Zapraszał ich chętnie, wsłuchując się uważnie w to, co mówili Jego goście. Czasem zadawał jakieś pytania, ale bardzo dyskretnie; często zwracał się w tonie żartobliwym, np. widząc mnie przy stole pytał: jak ta Łódź tu wpłynęła?

Wydaje mi się jednak, że przesłanie wspólnego stołu było o wiele głębsze! Z tego doświadczenia zrodziło się we mnie pytanie: czy jesteśmy w stanie zrozumieć Eucharystię, jej głębię; czy będziemy ją dobrze sprawować, jeśli najpierw nie będziemy potrafili zasiąść z innymi do stołu, dzielić z nimi posiłku – czyli celebrować? Bo celebrować to nie tylko coś uroczyście obchodzić. To także oznacza przywiązywać do czegoś szczególną wagę, robić coś z namaszczeniem; ale i często coś praktykować i powtarzać [Słownik języka polskiego].

Jeśli nie jadamy wspólnie na plebaniach; jeśli posiłek – nas księży – dzieli, zamiast łączyć, to czy rzeczywiście stoimy później razem przy tym stole, którym jest ołtarz? Przecież Eucharystia została ustanowiona podczas posiłku, w czasie wieczerzy! Jan Paweł II powtarzał często, że Kościół żyje dzięki Eucharystii. Jego ostatnie przesłanie było właśnie na temat Eucharystii. Ostatnie słowa to przecież testament. Testamentem Papieża są więc słowa: Ecclesia de Eucharistia! Jej sprawowanie Papież rozpoczynał lub kończył przy wspólnym stole.

Tak jak Chrystus daje się w Eucharystii, tak Ojciec Święty po każdym posiłku prosił siostry, by wszystko, co zostało przekazywały innym, szczególnie tym, którzy byli na służbie. Oni te dary z papieskiego stołu zanosili do swoich domów, spraszali rodzinę i znajomych, przeżywali – również przy stole – radosne chwile. Sam często w tym darze uczestniczyłem. Jak wielką niewidzialną sieć dobra zarzucał Ojciec Święty! To było prawdziwe celebrowanie dobroci i miłości Boga.

10. Moim zadaniem w Watykanie jest zajmowanie się liturgią papieską; na pewno nie wygłaszanie referatów czy konferencji. Tak było przez 13 lat. Gdy po 2 kwietnia 2005 roku ktoś prosił mnie o zabranie głosu na temat Jana Pawła II, odpowiadałem najczęściej: Z radością! Zapraszam na czwartkową Eucharystię przy Jego grobie. To jest moja odpowiedź na każde pytanie o Jana Pawła II.

Zapraszam każdego dnia o godz. 15.00 do kościoła św. Ducha, na Koronkę do Miłosierdzia Bożego i Drogę Krzyżową; w tym kościele od wielu lat spowiadam codziennie przynajmniej przez godzinę. Zapraszam w każdy piątek Adwentu i Wielkiego Postu do Kaplicy Sykstyńskiej, gdzie jest możliwość uczestniczenia w nieszporach, które także i obecny Mistrz Celebracjii Papieskich podtrzymał.

W każdy czwartkowy wieczór gromadzą się w moim mieszkaniu księża: raz są to kapłani pracujący w kurii watykańskiej, innym razem rzymscy studenci czy siostry zakonne. Odmawiamy wspólnie nieszpory, razem się modlimy, a później siadamy razem do stołu! Tego nauczył mnie Jan Paweł II.

11. 1 maja historia zatoczy niesamowite koło, a może lepiej powiedzieć, że to Opatrzność Boża to koło zatoczy, zmieniając bieg i znaczenie historii. Nie jest dla mnie zaskoczeniem, że Jan Paweł II będzie beatyfikowany w Niedzielę Miłosierdzia Bożego – w święto, które sam ustanowił (nie bez silnej opozycji swoich współpracowników). Dzień 1 maja – dzięki Papieżowi – zmieni swój sens: w tym dawniej osławionym przez komunizm dniu będzie się mówić tylko o świętości. Owszem, odbędzie się pochód. Papież jeszcze raz poprowadzi świat ku Bogu. I uczyni to w największym jak dotąd pierwszomajowym pochodzie – pochodzie, jakiego świat jeszcze nie widział. Żadne inne partyjne czy polityczne manifestacje, przemarsze czy wiece w tym dniu nie będą już nas interesować. Wołano dawniej: niech się święci 1 maja – i świętowano go bez świętości. Oto teraz naprawdę 1 maja będzie uświęcony. Stanie się prawdziwym dniem pochodu ku świętości!
KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl