O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba - 23-26 ...


„Dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba”
SZKOŁA WIARY
23-26 czerwca 2011

TEKSTY HOMILII
wygłoszonych w czasie sesji
(Marko Ivan Rupnik SJ i Joachim Stencel SDS)

 

---------------------------------------------------------------------

Kontemplując tajemnicę „Bożego Ciała”
homilia – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, 23 czerwca 2011 r.
Pwt 8, 2-3.14b-16a; Ps 147, 12-13.14-15.19-20; 1 Kor 10, 16-17; J 6, 51-58


Dzisiaj jest „Corpus Domini” („Boże Ciało”). Zatrzymajmy się więc razem przy kilku tajemnicach, które zawiera to słowo. Pierwszą rzeczą, jaka przychodzi nam na myśl i porusza serce jest to, że „Corpus Domini” oznacza Ciało Boga. To zaś może naprawdę zadziwiać, ponieważ ciało należy do tego, co stworzone. Pytamy więc: „jak Bóg może mieć ciało?”. Oto pierwsza otchłań miłości Boga, która otwiera się w słowie „Corpus Domini”: Bóg zdecydował się żyć w nie-bogu. Bóg żyje z ciałem i w ciele. Ciało należy do człowieczeństwa, nie istnieje bowiem człowiek bez ciała. A grzech sprawił, że właśnie ciało stało się czymś, co izoluje człowieka od Boga. Ciało stało się epicentrum człowieka poza Bogiem. Tak, iż sprawą bardzo, bardzo trudną w życiu duchowym staje się kwestia, jak zająć się tym, czego potrzebuje ciało, i równocześnie być z Bogiem. Wydaje się nam bowiem, że ciało i Bóg są niekompatybilne.

Mamy więc drugą otchłań miłości Boga: Bóg przyjmując człowieczeństwo, przyjmując ludzkie ciało, łączy je definitywnie z Bogiem. Po wydarzeniu, jakim jest Chrystus, ciało nie jest obce Bogu. Chrystus nie przyjął ciała na pewien czas. On żyje teraz w swoim Ciele. Gdy jednak Chrystus zechciał zjednoczyć ludzkość z Bogiem, musiał przejść przez śmierć, jakiej człowiek doznaje właśnie w swoim ciele. Nie ma bowiem żadnej innej drogi do przezwyciężenia śmierci, poza miłością. Oto trzecia otchłań miłości Boga: Chrystus właśnie z miłości, z miłości do człowieka, z miłości do każdego człowieka, musiał umrzeć. Bo jeżeli chciał przyjąć całego człowieka, musiał wyjść na poszukiwanie człowieka umarłego, spoczywającego w grobie. A do grobu wchodzi się jedynie jako umarły. Dlatego Chrystus, jeśli chciał odzyskać to wszystko, czym jest ludzkie ciało, musiał umrzeć. Ciało ludzkie jest naznaczone grzechem, a więc również konsekwencją grzechu, jaką jest śmierć. Wszystko to wydarzyło się w czasie Paschy Chrystusa. Ciało Chrystusa, Ciało Boga, zawsze nam przypomina o przejściu paschalnym.

Drugą wielką tajemnicą słowa „Corpus Domini” jest Eucharystia. Chrystus bowiem zamknął to swoje przejście paschalne w Eucharystii. Wieczorem, w czasie Ostatniej Wieczerzy „wiedząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca”– jest powiedziane w Ewangelii św. Jana (J 13, 1) – wziął chleb. Tam był obecny również tajemniczy człowiek, Judasz Iskariota, a jego obecność świadczy i czyni przejście Chrystusa bardzo dramatycznym, żeby nie powiedzieć tragicznym. Trzeba było bowiem przelać krew. Przejście ludzkości w Chrystusie do Ojca jest przejściem dramatycznym. To przejście jest historią ofiary, która to historia jest zawarta w Eucharystii. My, w ostatnich wiekach, reflektując nad tajemnicą eucharystyczną, pozostajemy bardzo skoncentrowani tylko na chlebie, na chlebie eucharystycznym. Pytamy, co się dzieje z chlebem podczas Eucharystii. Dużo studiowaliśmy i wiele napisaliśmy na temat przemiany chleba, jaka dokonuje się w Eucharystii, na temat tego, jak chleb przeistacza się w Chrystusa. Samo z siebie, owo studium, jest to bardzo piękne, ale nie jest wystarczające. Pojawia się bowiem ryzyko ograniczenia spojrzenia na Eucharystię, ponieważ nie tylko chleb przeistacza się w Chrystusa, ale powiedzieliśmy wcześniej, że Chrystus zawarł w Eucharystii całe swoje przejście do Ojca. W Eucharystii więc ulega przeistoczeniu również historia.

Eucharystia nie jest jedynie kwestią przedmiotów i rzeczy, nie jest jedynie kwestią postaci eucharystycznych, ale dotyczy historii całego ciała ludzkiego, czyli całej ludzkości. W ostatnich wiekach, w refleksji o Eucharystii, skupiliśmy się mocno na postaciach eucharystycznych. Zauważmy, że kiedy mówimy o kontemplacji, jesteśmy skłonni kontemplować rzeczy i dostrzegać ich Stwórcę oraz tajemnice stworzenia. Mówimy: „kontemplujmy stworzenie!” i podejmujemy ćwiczenie kontemplacji kwiatów, gwiazd, drzew, itd. Nie sądzę jednak, by wielu uczyło nas najbardziej typowej rzeczy dla chrześcijan, a mianowicie kontemplacji historii. Prawdziwa kontemplacja bowiem nie zatrzymuje się na stworzeniu, ale dotyczy historii. Boga poznajemy przede wszystkim w historii, w życiu. Eucharystia jest dla nas przede wszystkim szkołą kontemplacji historii, szkołą kontemplacji życia.

Eucharystia jest nie tylko szkołą, ale jest prawdziwym uczestnictwem ukazującym, jak widzieć sens historii. Eucharystia jest uczestnictwem w sensie historii. Zauważcie, że piszemy również my, katolicy, wiele książek o historii. Jak trudno jednak jest znaleźć kilka stron – nie kilka książek, ale kilka stron – na których ktoś by nam pokazał teologiczne i duchowe znaczenie historii. Przykładowo: napisaliśmy tyle książek o drugiej wojnie światowej, ale gdyby zapytać, czy jesteśmy w stanie coś powiedzieć na temat, jaki jest sens zbawczy – sens, który dotyczy odkupienia ludzkości – drugiej wojny światowej…, gdyby zapytać, co chciał nam powiedzieć Bóg i jakie jest Jego słowo na temat drugiej wojny światowej, odpowiedź, okazuje się, nie jest łatwa. Dotyczy to również naszej osobistej historii: miałeś/miałaś dziwnych czy problematycznych rodziców i dlatego nosisz rany. Wszyscy uciekamy się do psychologii. Psychologowie mogą nam dać trochę ulgi, ale nie pomogą zrozumieć, co Bóg ci powiedział poprzez tych właśnie rodziców czy też jak zbawienie zapisuje się w Twojej historii właśnie poprzez takich rodziców. Każdy z nas ma swoją własną historię. Czy znaleźliśmy już w niej Boga? Czy już znaleźliśmy sens tego, co Bóg mówi w naszej historii. To również jest znaczenie „Corpus Domini”, ponieważ w Ciele Boga zapisana jest cała droga człowieka.

To, co zapisaliśmy na ciele Chrystusa, ciele Chrystusa narodzonym z Dziewicy z Nazaretu, jest zapisane i wyryte w chwalebnym Ciele Chrystusa. To, co się zapisuje w naszej historii, w historii krwi i bólu, w historii wielkiej radości i małego szczęścia, będzie zapisane w naszym ciele zmartwychwstałym, jeżeli uczestniczymy w Przejściu Chrystusa. Widzicie więc, że znaczenie „Corpus Domini” jest bardzo konkretne. My, niestety, zapominamy o wszystkich tych wymiarach, a skupiamy się jedynie na rzeczach [postaciach eucharystycznych]. Tymczasem Chrystus zawarł w Eucharystii całe swoje Przejście do Ojca, a w tym Przejściu jest również nasze przejście. Bo, faktycznie, trzecie znaczenie Corpus Domini, obejmuje nas, obejmuje Kościół, który jest Ciałem Pana. Teraz w Eucharystii przejdziemy do uczestnictwa we wszystkich tych trzech tajemnicach: w Ciele Chrystusa; w Ciele Chrystusa, które jest Eucharystią oraz w Ciele Chrystusa, którym jesteśmy my, to znaczy Kościół w przejściu do Ojca.

o. Marko Ivan Rupnik SJ

---------------------------------------------------------------------

Każde życie jest „wypełnieniem” projektu miłości Boga
homilia – uroczystość Narodzenia św. Jana Chrzciciela, 24 czerwca 2011 r.
Iz 49, 1-6; Ps 139, 1-3.13-14ab.14c-15; Dz 13, 22-26; Łk 1, 57-66.80

Jesteśmy w trakcie zgłębiania tajemnicy Jezusa Chrystusa. Ten, który zstąpił z nieba i zamieszkał między nami, staje razem z nami i całym Kościołem pośrodku tajemnicy narodzin swojego poprzednika, świętego Jana Chrzciciela. Narodziny syna Zachariasza i Elżbiety prowadzą nas do wielkiej łaski naszych narodzin i naszego życia. Często pojawiają się w nas pytania dotyczące naszego początku, sensu, celu życia. Każdy z nas pragnie wiedzieć, kim jest i po co żyje. Dzisiejsze Słowo staje się dla nas światłem na drodze naszych poszukiwań.

Pojawienie się każdego z nas na tym świecie prowadzi nas do źródła naszego początku, którym jest Bóg. Narodziny nigdy nie są przypadkiem, nawet jeśli my sami tak czasem myślimy czy też inni próbują nam to wmówić. Bez względu na to, jak każdy został poczęty, nasze życie, moje i twoje życie, nie jest przypadkiem. Nasze życie nie jest ulotnym dymem, który kiedyś rozwieje się tak, że nikt nie zachowa go w pamięci. Początek naszego istnienia i narodziny w konkretnym czasie i przestrzeni są zawsze „wypełnieniem” pewnego projektu miłości. Zachariasz i jego żona Elżbieta uczestniczą w tym projekcie. Imię „Zachariasz” znaczy „Bóg pamięta”, natomiast „Elżbieta” znaczy „mój Bóg jest pełnią, doskonałością”. Imiona tych małżonków objawiają bardzo ważną prawdę, że mianowicie Bóg nie zapomniał o swoim narodzie, że Bóg dotrzymuje swoich obietnic, że Jego wierna miłość jest nieodwracalna, że w Bogu-Miłości jest pełnia życia i doskonałości, że ich syn jest darem Bożej Miłości. Potwierdza to cud narodzin Jana, który poczyna się w niepłodnym dotąd łonie Elżbiety przy współudziale niedowierzającego ojca, Zachariasza. Imię „Jan” znaczy „dar, łaska i miłość Boga”.

Każdy z nas uczestniczy w niezwykłym projekcie Boga. W Ps 139, 13 słyszymy: „To Ty utworzyłeś moje nerki, Ty utkałeś mnie w łonie mej matki… Dobrze znasz moją duszę, nie tajna ci moja istota, kiedy w ukryciu powstawałem, utkany w głębi ziemi…”. Każdy z nas jest cudem miłości Boga, który mówi do każdego z nas: „Jesteś drogi w moich oczach, nabrałeś wartości i Ja cię miłuję” (Iz 43, 4).

Uczestnicząc w cudzie narodzin Jana razem z krewnymi Zachariasza i Elżbiety doświadczamy łaski Bożego miłosierdzia. Każde życie jest „wywyższeniem” miłości Boga, który okazuje miłosierdzie wszystkim swoim dziełom (Ps 145, 9). On też „sprawia, że Słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych” (Mt 5, 45). Można tego nie rozumieć nie zgadzać i odrzucać, w obliczu tej prawdy można się złościć i czuć opór. Dlaczego? Bo może w historii życia wielu z nas brakowało bezpiecznej miłości miłosiernej. A słowa: „miłość”, „miłosierdzie”, „życie” czy „Bóg”, wcale nie kojarzą nam się z radością i weselem; czasem wręcz przeciwnie – ze smutkiem i agresją. Dlatego właśnie możemy stawać z prawdą o swoim życiu przed Bogiem i wpatrywać się w tajemnicę narodzin Jan Chrzciciela. Jego życie było cudem Boga i przebiegało w świetle i bliskości Jezusa. Czy dar naszego życia jest inny?

Z tajemnicą naszego życia związane jest także imię. Nadanie imienia w świecie semickim miało wielkie znaczenie. Imię jest ściśle związane z istnieniem. Wypowiedzieć imię oznacza objawić jego naturę. Imię posiada swój urok i głębię, zamyka w sobie tajemnicę osoby, odkrywa jej osobowość i zalety, wyjawia przeznaczenie, precyzuje sens posłannictwa. Obrzędowi nadania imienia nowonarodzonemu Janowi towarzyszy światło Bożego Ducha. Rodzice Jana podążają za tym światłem. Nadając swemu dziecku imię Jan uczestniczą w niezwykłym planie Boga. Są świadkami tego, że Bóg dotrzymuje obietnicy. Ich serca pałają radością i uwielbieniem. Nie wszyscy potrafią to zrozumieć i dziwią się. W wielu świadkach tego wydarzenia pojawia się lęk i pytanie: „kim będzie to dziecię?”. Zachariasz odzyskuje mowę. Finalnym doświadczeniem i zwieńczeniem jego milczenia jest hymn, którym Kościół modli się każdego poranka, u początku nowego dnia, w którym Bóg objawia swoje miłosierdzie wobec każdego i każdej z nas.

Imię, podobnie jak życie, pochodzi bezpośrednio od Boga, ponieważ każda osoba jest Jego darem, łaską i miłością. Bóg stwarzając nas na swój obraz i swoje podobieństwo, nazwał nas niewypowiedzianym imieniem miłości, która określa nasze życie. Dlatego w relacji do Boga, który jest miłością i źródłem miłości, każdy z nas odkrywa swoje prawdziwe „ja”. W relacji do Boga-Miłości każdy z nas odkrywa to, kim jest. Jan, który jest darem i wielką łaską Boga, w Bogu nieustannie będzie odkrywał piękno daru, jakim jest, piękno swojego powołania i jego sens. To również zaproszenie dla nas. Zachariasz, Elżbieta i Jan Chrzciciel to osoby, które w dniu dzisiejszym stają się naszą drogą do zgłębienia tajemnicy Bożej miłości. Choć w opisie narodzin i nadania imienia Janowi nie pojawia się ani razu imię Jezusa, to jednak z szerszego kontekstu wiemy, że życie Jana Chrzciciela było związane z Jezusem. I to dzięki Jezusowi możemy poznawać piękno życia świętego Jana Chrzciciela oraz to, jak wielką rolę odegrał w odwiecznym planie Bożej miłości. W tym planie uczestniczy każdy z nas. Podążajmy więc w świetle Słowa. Niech Ono prowadzi nas na głębiny tego planu.

ks. Joachim Stencel SDS

---------------------------------------------------------------------

Dawać zawsze pierwszeństwo Słowu Boga
homilia – sobota XII tygodnia zwykłego, 25 czerwca 2011 r.
Rdz 18, 1-15; Łk 1, 46B-48.49-50.53-54; Mt 8, 5-17


Sara stała u wejścia do namiotu i śmiała się. W Starym Testamencie wielokrotnie spotykamy się z sytuacją, gdy Izraelici wyśmiewają, drwią z Prawicy Boga, jakby Prawica Najwyższego była słaba i nie mogła uczynić tego, co Bóg obiecał. Odeszła w latach Sara, stojąca w wejściu do namiotu, jest pokonana przez swój dramat. Dramat niemożności zostania matką jest w jej przypadku silniejszy niż Słowo Boże. Tak dzieje się bardzo często. Dopóki wszystko w naszym życiu idzie dobrze, nie myśli się o tym. Ale również wtedy, gdy wszystko idzie dobrze, okazuje się czasem, że to „wszystko idzie dobrze” staje się ważniejsze od Słowa Bożego tak, iż nie pamięta się o Słowie Boga.

Bóg obiecał Abrahamowi, że zostanie ojcem. Czekał jednak na moment, kiedy Abraham i Sara nie byli już w stanie począć dziecka. Bóg zna bardzo dobrze człowieka po grzechu. Człowiek nigdy nie przyjąłby do wiadomości tego, że to dziecko jest dziełem Boga. A oto teraz to dziecko przyszło na świat właśnie wtedy, gdy Abraham i Sara sami absolutnie nie byli w stanie spowodować jego narodzin. W ten sposób wybrzmiewa z niezwykłą klarownością prawda, że prymat [w przekazywaniu] życia należy do Boga i do nikogo innego. Jest więc bardzo ważną rzeczą, gdy jest się w nurcie życia i wydarza się tyle rzeczy, by strzec z mocą w sercu tej prawdy, że w tym, co się tyczy życia – życia prawdziwego, które trwa i się nie kończy – trzeba słuchać Słowa Bożego. To bowiem Słowo jest mocniejsze od sytuacji, w jakich możemy się znaleźć.

Abraham miał syna. Okazało się więc, że Bóg miał rację. Abraham jednak tak bardzo cieszył się swoim synem, że powoli, z czasem, Bóg w jego życiu zszedł na drugie miejsce, nabrał drugorzędnego znaczenia. Z tego powodu, później, usłyszymy Boga mówiącego: „Abrahamie, nie tak żeśmy się umawiali. To Ja jestem Pierwszy! Tylko ja jestem Pierwszy! Dlatego, Abrahamie, weź swojego syna i złóż w ofierze”. Zatrważające. Co takiego Abraham zrozumiał, kiedy podniósł nóż z zamiarem uśmiercenia swojego syna? Zrozumiał, że należy zaufać Słowu. Przypomniał sobie, że kiedy nie mógł mieć dzieci, Słowo dało mu syna. Zrozumiał, że jeśli teraz Bóg prosi o niego, z pewnością w innym momencie da mu inne dzieci, bo przecież Bóg powiedział mu wcześniej, że on, Abraham, będzie ojcem mnóstwa narodów (Rdz 18, 4n). Tak Abraham staje się człowiekiem doskonałym. Widzimy to w scenie, którą opisuje pierwsze czytanie. Ludzka kruchość, która otwiera się na działanie Boga i je przyjmuje – oto doskonałość! Ma to znaczenie przede wszystkim i w sposób absolutny, gdy dotyczy życia. Człowiek nie może nic zrobić, ponieważ jednym i jedynym źródłem życia jest Pan.

W Ewangelii znajdujemy podobną scenę. Człowiek ma sługę, który jest chory. Ów chory sługa to obraz ludzkości. Rodzimy się z diagnozą [„zmierza ku śmierci”], tylko że od razu nam tej diagnozy nie mówią, ale niewiele można zrobić. Ów jednak poganin, setnik, był kimś nadzwyczajnym, gdy wziąć pod uwagę jego sposób myślenia. Usłyszał coś o Chrystusie i to, co usłyszał, połączył ze swoją kulturą i swoim sposobem rozumowania, mówiąc sobie: „skoro ja, który jestem dowódcą, wydaję rozkazy tym, którzy są ode mnie zależni, a oni je wykonują, to jeżeli On, Chrystus, naprawdę jest Synem Bożym, naprawdę jest Bogiem, naprawdę jest Słowem, i wszystko zależy od Niego, to zależy od Niego również mój sługa i jego choroba”. Mówi więc: „Panie, nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój… Ty, Panie, nie ruszaj się, bo byłoby przesadą, by dla mnie, poganina, niepokoić Boga w ten sposób; ale powiedz słowo, Panie, a jestem przekonany, że Twoje słowo natychmiast się ziści!”.

Słysząc słowa setnika Jezus odwrócił się to uczniów, którzy szli za Nim, i powiedział: „U nikogo w Izraelu nie znalazłem tak wielkiej wiary. Czegoś takiego nie znalazłem w całym Izraelu”. Izraelici, dumni z tego, że są członkami religii Słowa, mają zatkane uszy. Ów poganin odwołuje się w swej argumentacji do doświadczenia prostego żołnierza, a Chrystus mówi: „To jest wyjątkowe! Idź do domu, niech ci się stanie, jak uwierzyłeś! Stanie się dokładnie tak, jak powiedziałeś!”. Możemy więc powiedzieć, że faktycznie to sposób rozumowania setnika i jego słowa ratują jego sługę. Bo jego logika pokrywa się z logiką Słowa. To jest coś wspaniałego. Pomyślmy, że kiedy nasze rozumowanie jest zgodne z rozumowaniem Słowa i kiedy w swoim życiu nadajemy Słowu Boga absolutny prymat, wówczas nasza myśl jest myślą Stwórcy i Zbawiciela, a nasze słowo jest wszechmocne. Do tego nie był zdolny nawet Abraham, natomiast ten poganin z małej okruszyny uczynił skarb. Oto, co Kościół daje nam za pokarm w tej Eucharystii. Zachęca nas, byśmy nadali pierwszeństwo Słowu i spróbowali rozumować tak, jak rozumuje Słowo. A wtedy staniemy się naprawdę współ-stwórcami o Boskiej skuteczności, nawet w sytuacjach rozpaczliwych.

o. Marko Ivan Rupnik SJ

---------------------------------------------------------------------

Stygmaty pozostaną... Miłość na sposób Triduum Paschalnego
homilia – XIII niedziela zwykła, 26 czerwca 2011 r.
2 Krl 4, 8-11.14-16a; Ps 89, 2-3.16-17.18-19; Rz 6, 3-4.8-11; Mt 10, 37-42


Zatrzymajmy się przez chwilę przy drugim czytaniu: „Czyż nie wiadomo, że my wszyscy, którzyśmy otrzymali chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć? Zatem przez chrzest zanurzający nas w śmierć zostaliśmy razem z Nim pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie, jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca. Otóż jeżeli umarliśmy razem z Chrystusem, wierzymy, że z Nim również żyć będziemy, wiedząc, że Chrystus, powstawszy z martwych, już więcej nie umiera, śmierć nad Nim nie ma już władzy. Bo to, że umarł, umarł dla grzechu tylko raz, a że żyje, żyje dla Boga. Tak i wy rozumiejcie, że umarliście dla grzechu, żyjecie zaś dla Boga w Chrystusie Jezusie” (Rz 6, 3-4.8-11). Szósty rozdział Listu św. Pawła do Rzymian ma kapitalne znaczenie dla naszego życia. Wczoraj w czasie konferencji powiedziałem, że dla apostołów spotkanie z Chrystusem Zmartwychwstałym i wpatrywanie się w Chrystusa wstępującego do nieba, dzięki łasce Pięćdziesiątnicy, było pomocą w zrozumieniu tego, że Syn jest wiecznie rodzony przez Ojca. Prawda, że Chrystus, który umarł, zmartwychwstał w chwalebnym Ciele, musi pomóc im zrozumieć prawdę, że On jest wiecznie rodzony w Ojcu. Apostołowie – powiedzaiłem wczoraj – nie byli świadkami początku, ale widzieli zakończenie, zwieńczenie: dramat Jego śmierci i pogrzebu, zmartwychwstanie i wstąpienie do Ojca. To, jak Ojciec „odrodził” Syna w Zmartwychwstaniu, jest jakimś obrazem tego, jak Go odwiecznie rodzi.

Ta prawda dotyczy również nas. Zostaliśmy ochrzczeni i umarliśmy razem z Chrystusem. Życie, które przekazują nam mama i tata, jest skierowane ku śmierci. Taki jest skutek tragedii, katastrofy grzechu. Śmierć jest zapłatą za grzech. Kościół natomiast daje nam szczególną łaskę. Dzięki tej łasce nie czekamy jedynie na śmierć, nie żyjemy jak skazani na śmierć, nie żyjemy w przerażeniu, nawet jeśli śmierć ciągle budzi w nas lęk. Łaska, którą daje nam wspólnota chrześcijańska, polega na tym, że Kościół zaraz zanurza nas w sadzawce chrzcielnej, abyśmy naprawdę umarli, byśmy – zanurzeni w wodach chrztu – umarli śmiercią podobną do śmierci Chrystusa. Śmierć jest tym miejscem, gdzie z pewnością możemy spotkać Chrystusa. Nie doskonałość, ale śmierć, jest tym miejscem, gdzie możemy spotkać Chrystusa. Śmierć bowiem jest przystankiem obligatoryjnym, obowiązkowym dla każdego człowieka. Chrystus tam na nas czeka. W chrzcie zostaliśmy zanurzeni w śmierci Chrystusa. Św. Paweł mówi, że umarliśmy śmiercią podobną do Chrystusowej, że zostaliśmy ukrzyżowani, przebici gwoździami, a później będziemy mieli udział w zmartwychwstaniu razem z Chrystusem. Przyobleczemy się w białe szaty, w światło Chrystusa, ale stygmaty pozostaną. Skoro bowiem zostaliśmy ukrzyżowani, skoro umarliśmy śmiercią podobną do śmierci Chrystusa, zostały nam zadane rany.

Kiedyś, po kilku miesiącach od zakończenia rekolekcji, pewna pani przyszła do mnie na rozmowę. Miała naprawdę „piekielne” życie z powodu męża. Płakała, ale stała wyprostowana. Zapytałem ją, czy rany sprawiają jej wielki ból. Odpowiedziała: „Tak, rany bolą, ale w czasie rekolekcji zrozumiałam coś, co naprawdę daje mi siłę. Zrozumiałam, że w chrzcie krwawiłam, bo umierałam śmiercią podobną do śmierci Chrystusa, ale powstałam z martwych z chwalebnymi ranami, należę bowiem do chwalebnego Ciała Chrystusa. Moje rany bolą, bo chcę być żoną tego człowieka, kochałam go i chcę go kochać do końca, dlatego często krwawię, a rany bardzo mnie bolą”. Ona miała rację, bo ten, kto kocha, nie oszczędza się. „Podobnie jak chrzcie, – kontynuowała – rany się zabliźniły, w świetle chwały, tak w życiu, za każdym razem, kiedy mnie bolą, wiem, że to nie jest stan ostateczny. Wiem, że to jest tylko przejście do światła. Kiedyś rany się uspokoją i staną się chwalebne w ciele zmartwychwstałym”. Wstałem i ucałowałem ją; przynajmniej raz w życiu mogłem pocałować Chrystusa. Bo to właśnie jest Ewangelia. To jest mentalność Ewangelii i nowego człowieka, czyli mentalność Chrystusa. Przyjęty chrzest kształtuje sposób przeżywania przez nas codzienności: gdy przygniata nas zło i cierpienie, gdy cierpimy z powodu miłości, wiemy, że to jest przejście. Wiemy, że ostatnim stanem, stanem ostatecznym, nie jest śmierć, ale życie wieczne. Bo miłość trwa na wieki.

Przyjmując chrzest chrześcijanin wchodzi w logikę miłości, w taki sposób rozumowania, gdzie kryterium jest miłość. A miłość żyje właśnie tak: na sposób Triduum Paschalnego. Oto nasza historia, nasza droga, nasze łzy, ale również nasze świętowanie. My, nowocześni chrześcijanie, przyzwyczailiśmy się umieszczać w absydach kościołów wizerunek Chrystusa Ukrzyżowanego. Trzeba było trzynastu wieków, żeby Kościół na to pozwolił, ponieważ nie powinien tam być umieszczany. Krzyż bowiem nie jest ostatnią stacją. Krzyż jest tylko przejściem, obowiązkowym, ale tylko przejściem, dla tych, którzy idą w miłości. Wielką pokusą – jako że nie traktujemy chrztu poważnie (dzieje się tak od kilku wieków) – jest to, by kochać, by tworzyć ideał miłości, by chcieć kochać i musieć kochać, ale w sposób pogański, czyli bez Triduum Paschalnego, bez ran, w sposób „higieniczny” czy idealistyczny. Miłość bez Wielkiego Piątku to nie jest miłość, ale złudzenie; to jest pogaństwo. Chrystus jest doskonałym wzorem tego, jak winno się przeżywać człowieczeństwo; jest obrazem tego, jak człowieczeństwo jest przeżywane przez Boga. W chrzcie zostaliśmy włączeni w to człowieczeństwo. Są to dane obiektywne. To jednak, czy rozpoznasz się w tym człowieczeństwie, zależy od Ciebie i należy do Ciebie. Twoim zadaniem jest przylgnąć do tego w sposób wolny.
o. Marko Ivan Rupnik SJ
 

---------------------------------------------------------------------

Zachęcamy do skorzystania z nagrań dotychczasowych spotkań w Szkole Wiary:

 

 

 

oraz innych sesji, które w 2010-2011 roku odbyły się w naszym domu. Prowadzili je: Józef Augustyn SJ; Amedeo Cencini FdCC; ks. Waldemar Chrostowskiabp Bruno Forte; Innocenzo Gargano OSB Cam., Dariusz Kasprzak OFM Cap., ks. Edward Staniek, Krzysztof Wons SDS; o. Wojciech Giertych OPks. Stanisław Haręzga; o. Mieczysław Kożuch SJ; abp Piero Marini; Danuta Piekarz; Marko Ivan Rupnik SJ, Maria Campatelli, Nataša Govekar, Krzysztof Wons SDS; Wiesława Stefan, Małgorzata Kramarz, Elżbieta Łozińska; ks. Joachim Stencel SDS; ks. Jakub SzcześniakPiotr Szyrszeń SDS (CD); Piotr Szyrszeń SDS (MP3); Piotr Ślęczka SDS i Krzysztof Wons SDS.

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl