O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  W drodze: Lekcja nieodrobiona. Dlaczego rzadko czytamy Pismo ...


Lekcja nieodrobiona
Dlaczego rzadko czytamy Pismo Święte


Kontemplacja nie jest formą wysokiego życia duchowego przeznaczonego dla nielicznych, ale formą, bez której nie możemy funkcjonować jako chrześcijanie w dzisiejszym świecie.
Z ks. Krzysztofem Wonsem SDS rozmawia Paweł Kozacki OP

--- --- ---

Jak ma się zabrać za czytanie Pisma Świętego ktoś, kto ma na to ochotę, ale nigdy wcześniej tego nie robił? Stoi u niego na półce gruba książka, która go onieśmiela, wobec której czuje się bezradny.

Przede wszystkim uchwyciłbym się tej ciekawości, która się w człowieku pojawiła. Niech czyta, nawet nie rozumiejąc. Więź z Biblią tworzy się przez kontakt, a regularność i wierność może rozpalić miłość. Poznanie rodzi się bowiem przez miłość, a miłość przez spotkanie. Nawet jeśli w kimś nie ma przestrzeni, by zrozumiał, nawet jeśli poziom jego życia duchowego nie jest wysoki, to Bóg przychodzi do niego ze swoim Słowem. On zna nasze serce, słucha nas i dlatego wie, jak do nas mówić.

Można zacząć od pierwszej stronicy, choć ja jestem zwolennikiem rozpoczynania od Ewangelii. Jest to najbliższy, najbardziej znany nam tekst Biblii, a jednocześnie synteza wszystkich innych Pism. W tym Świętym Tekście znajdujemy klucz do Biblii, osobę Jezusa Chrystusa. On sam jest Ewangelią. Ojcowie starożytni, powołując się na sytuację uczniów idących do Emaus, twierdzili, że najpierw potrzebujemy spotkania z osobą Jezusa, a dopiero później przychodzi zrozumienie Pism.

Trzecia istotna rada przy rozpoczynaniu lektury Pisma Świętego mówi, by mieć przy sobie kogoś, kto będzie nam towarzyszył w drodze. Oczywiście może to być kierownik duchowy czy spowiednik. Zdarza się jednak, że pragnienie czytania pojawia się w kimś, kto w życiu duchowym dopiero raczkuje i nie wie jeszcze, kim jest kierownik duchowy, nie doświadczył indywidualnego spotkania i rozmowy o wierze i duchowości. Dlatego też alternatywą mogą być sesje formacyjne. Na przykład takie, które organizujemy w naszym domu. One pomagają rozkochać się i rozmiłować w Piśmie Świętym. Doświadczenie spotkania wspólnoty ludzi, których łączy pasja poznania Słowa, rozmowa z prowadzącym, który potrafi wskazać nierozerwalny związek między czytaniem a egzystencją – to wszystko dodaje sił i ochoty do poznawania Biblii. Ta droga bywa pomocna zwłaszcza dla tych, którzy jeszcze nie rozumieją w pełni tego, co czytają. Dzięki odpowiedniej formacji Biblia powoli staje się dla nich Księgą, która przemawia.

A co to znaczy doświadczyć spotkania z Jezusem Chrystusem?

W kontekście czytania Biblii możemy mówić o pewnego rodzaju sprzężeniu zwrotnym. Przez spotkanie z osobą Jezusa zaczynam rozumieć Pisma, a przez umiłowanie Pism, spotykam się głębiej z osobą Jezusa. Nie ma spotkania z osobą bez słowa. Jeśli między mną, a drugim człowiekiem rodzi się bliska relacja, to dzieje się to zawsze przez otwarcie i szczerą rozmowę. To dzięki niej wzajemne poznanie staje się coraz głębsze. Jeśli rozmawiamy z kimś tylko o pogodzie, to chociaż byśmy spędzili ze sobą dużo czasu,  niewiele z tego wyniknie. Pytanie można zatem nieco zmodyfikować: jak mam doświadczyć Jezusa, skoro nie znam Pism? Bo wiara bierze się ze słyszenia, a tym, co się słyszy, jest słowo Chrystusa.

Wróćmy do człowieka, który zaczął czytać Pismo i stara się być temu wierny i systematyczny, choć nie ma jeszcze doświadczenia formacji w tym kierunku. Co taka osoba powinna zrobić w chwilach, gdy natrafia na fragmenty, które ją intrygują lub fascynują?

To może być bardzo ważny moment. Jeśli zaczynam odkrywać, że Słowo odpowiada na moje pytania i poszukiwania, to znaczy, że staje się ono Słowem o mnie i dla mnie. To dobra okazja do poszukiwania zrozumienia Słowa. W lectio divina ten moment nazywa się iluminacją. Zaczynam dłużej przebywać ze Słowem, prawdziwie je zgłębiać. Na tym etapie można na przykład szukać książek, które pozwolą lepiej i głębiej zrozumieć Słowo. Najpierw Jego sens dosłowny, a później to, co jest kluczowe dla mnie osobiście.

Warto przy tym pamiętać, że nasz odbiór Słowa jest zawsze subiektywny, dlatego potrzebujemy zobiektywizowania przesłania, które do nas dociera. Im głębiej w las, tym więcej drzew. Im głębiej wchodzimy w kontakt ze Słowem, tym bardziej potrzebujemy kogoś, kto pomoże nam rozeznawać naszą drogę duchową. Bez tego, nawet przy najlepszych chęciach, można zejść na manowce konsumpcyjnego traktowania Słowa. Jeśli je rozumiem, jeśli odpowiada na moje potrzeby, to przy nim trwam. Jeśli nie rozumiem, to od niego odchodzę. Tymczasem pod powierzchnią tego, że Słowa nie rozumiem, może się kryć wiele innych rzeczywistości. Wierzymy, że każde słowo w Biblii jest dla mnie. Trudność polega na zidentyfikowaniu, dlaczego to konkretne słowo nawiedza mnie właśnie dzisiaj. Czasami znakiem, że ono jest właśnie dla mnie, jest opór, który czuję przy czytaniu.

Tak się dziwnie składa, że niektóre stronice Biblii „sklejają się”, że niektóre fragmenty omijamy, bo nie mamy siły, by się z nim zmierzyć. Potrafimy uciekać od tych wersetów, które obnażają nasze grzechy, kwestionują nasze wybory. Słowo bowiem nie tylko nas potwierdza, lecz czasem konfrontuje z trudną prawdą i oczyszcza. Mówi podobnie jak do Dawida po grzechu: „Ty jesteś tym człowiekiem”. W świecie, w którym żyjemy, niezależnie od tego, jakie są nasze pragnienia duchowe, wychowani jesteśmy do hedonistycznego przeżywania rzeczywistości. Jeśli coś jest dla mnie przyjemne – przyjmuję to, jeśli jest smakowite – sięgam po to. Jednak jeśli coś jest trudne, niezrozumiałe, a tym bardziej jeśli jest deprymujące czy kwestionujące, to się od tego odwracam. Dlatego tak ważna jest troska o obiektywizację naszego spojrzenia na Słowo Boże.

Czym jest lectio divina?

Sens tej rzeczywistości najlepiej oddają dwa słowa, które ojciec wypowiedział przed chwilą po łacinie: „Boże czytanie”. To nie jest metoda modlitwy. Lectio divina jest mentalnością, sposobem życia, który rodzi się z żywego kontaktu ze Słowem i sprawia, że pojawia się we mnie zdolność czytania rzeczywistości tak, jak czyta ją Bóg. Stąd „Boże czytanie”. Kapitalna jest tutaj intuicja Ojców starożytnego Kościoła: Augustyna czy Szkota Eriugeny, który pisał, że Bóg nie miał zamiaru stwarzać Pisma Świętego. On stworzył świat, który człowiek czytał nieustannie w sposób przenikliwy. Gdziekolwiek oparł wzrok, czytał obecność Boga. Nie tylko czytał, ale wchodził w niepojęty dla nas, zażyły kontakt ze Stwórcą. Przez grzech zostaliśmy zranieni i nastąpiło pęknięcie w sercu, które jest najważniejszym organem słuchu wewnętrznego. Człowiek nie potrafił już czytać świata tak, by wejść w kontakt z Bogiem. Dlatego Bóg stworzył drugą Biblię, stworzył Pismo Święte, by oczyszczało i obmywało nasze oczy i serca, by przywracało naszą zdolność widzenia i słyszenia, a wraz z tym także zdolność Bożego rozumienia rzeczywistości.

Lectio divina ma być pomocą w realizowaniu tego zadania. Czytamy Słowo, aby patrzeć na wszystko oczami Boga. Textus jest jak tkanina, rzeczywistość utkana z Bożego Słowa. I znowu pojawia się sprzężenie zwrotne. Nabywając na nowo Boże spojrzenie na świat, uczymy się czytać Święty Tekst tak, jak czyta go sam Bóg. Wówczas to nie ja interpretuję Święty Tekst, ale On sam – we mnie – interpretuje siebie i moje życie.

 To bardzo ważna zależność. Jeśli w naszym czytaniu Tekstu nie wyjdziemy poza swoje subiektywne widzenie, podobnie będziemy funkcjonowali w rzeczywistości. Można być w codziennym kontakcie ze Słowem, ale nie dotrzeć do jego sensu duchowego, a więc nie dotrzeć także do sensu duchowego tego, co dzieje się wokół, co w danym momencie się przeżywa.

A zatem Lectio divina to przede wszystkim pewna mentalność, wybór życiowy, w którym decyduję się na to, aby naprawdę patrzyć na wszystko tak, jak patrzy Bóg, wybierać tak, jak wybiera Bóg.

W jaki sposób Boże patrzenie można uczynić swoim patrzeniem?

W tradycji Lectio divina wyróżnia się pewne etapy, choć trzeba od razu powiedzieć, że one nie następują jeden po drugim, raczej na siebie nachodzą. Najczęściej wyróżnia się lectio, meditatio, oratio i contemplatio. Terminy te próbują opisać dynamikę drogi życiowej, jaką Słowo pokonuje w człowieku, który wchodzi w kontakt z Pismem Świętym.

Pierwszym momentem jest otworzenie Biblii. Zwróćmy uwagę na wymowę tego gestu. Gdy ja otwieram Biblię, przypominam sobie, że Bóg jest zawsze otwarty na mnie, a jednocześnie pytam siebie, czy ja rzeczywiście jestem otwarty na Jego Słowo. Jest to punkt strategiczny, bo w tym momencie decyduję się słuchać tego, co mówi Bóg, pośród tego, co mówi świat. A my – jak mówi Instrumentum laboris. Słowo Boże w życiu i misji Kościoła – jesteśmy w jakimś sensie tym, co słyszymy. Albo kształtuje nas Słowo Boga, które nas interpretuje, albo na pierwszym miejscu stawiamy inne słowo i to ono będzie głównym punktem odniesienia w interpretowaniu rzeczywistości.

Zatem pierwsze jest czytanie (lectio): wierne, solidne i systematyczne. Trzeba przy tym pamiętać, że każde słowo Pisma jest dla mnie, i – jak mówi List do Hebrajczyków (4,12) – jest zawsze nowe. Jest także punktualne i nawiedza mnie w tym momencie życia, w którym właśnie się znajduję. Ono nigdy się nie spóźnia.

Za czytaniem pojawia się przyjmowanie Słowa sercem. Przy czym „serce” trzeba rozumieć tak, jak rozumie je Biblia – jako epicentrum osoby ludzkiej, czyli „miejsce” zawierające zarówno uczucia, jak i myśli, plany oraz zamiary. Jeśli Słowo zaczyna dotykać mojego serca, wówczas mnie porusza, ponieważ dotyka tych wszystkich sfer mojego życia. Warto zatem, czytając tekst Biblii, zwracać uwagę na poruszenia. Dzięki nim można rozpoznać słowa, które rzeczywiście dotykają naszego serca. Wtedy może się wydarzyć to, co jest centrum całego Lectio divina, czyli „spotkanie serdeczne”, które dotyka mnie w miejscu najbardziej centralnym.

Poruszenia, o których mowa, mogą być dwojakiego rodzaju: pozytywne lub negatywne. Nie są to najszczęśliwsze określenia, bo zakładają, że coś jest lepsze lub gorsze, sugerują moralna ocenę. Tymczasem nie o to tutaj chodzi. Poruszenia pozytywne to te, przy których chętnie się zatrzymuję. Słowo daje mi światło, wzbudza radość, rodzi we mnie pasję. Od poruszeń negatywnych chcę uciekać, ponieważ rodzą uczucia niepokoju, lęku, oporu, a nawet złości. Jedne i drugie poruszenia są bardzo ważne, bo stanowią szansę na to, że pozwolę Słowu zamieszkać pośród tego, co się we mnie dzieje.

W tym miejscu zaczyna się meditatio, czyli „chodzenie” ze Słowem, którego być może do końca nie rozumiem, ale jednak je przyjmuję. Ważniejsze jest bowiem przyjęcie Słowa niż Jego zrozumienie. Mam świadomość, że to, co mówię, jest wbrew temu, co czuje i myśli dzisiejszy człowiek. Poruszamy się jednak w przestrzeni wiary. Jeśli wierzę Słowu, to Mu się powierzam. Najważniejsze decyzje w historii zbawienia rodziły się właśnie w ten sposób. W zwiastowaniu Maryja przyjmuje Słowo, którego nie rozumie. Mówi Słowu „tak”, choć go nie pojmuje. Zrozumienie przyjdzie w swoim czasie. Ważne zatem, by pozwolić Słowu być we mnie, niepokoić mnie, pytać.

Później rodzi się to, o co nam tak naprawdę chodzi: odpowiedź naszego serca na Słowo. To się nazywa oratio. Pod wpływem poruszeń zaczynam dialogować. To wcale nie oznacza natychmiastowej zgody, bo oratio mieści w sobie także kłótnię z Bogiem, moje niepokoje, moje „nie”, moje pytania, mój lęk... Jeśli jednak mamy do czynienia z prawdziwie Bożym czytaniem (lectio divina), to ostatecznie nadejdzie moment weryfikacji za pomocą  Słowa. Dojdzie do konfrontacji (synkrisis), w której Słowo Boże definitywnie zwycięży. Oratio to nie tylko modlitwa, ale także rodzaj przemowy, w której zajmuję stanowisko. Albo staję po stronie moich pragnień, potrzeb i myśli, albo pozwalam, by Słowo mnie przełamało.

Kiedy zaczynamy stawać po stronie Słowa, wówczas dochodzimy do contemplatio, które jest niczym innym, jak zjednoczeniem z myśleniem, pragnieniem i odczuwaniem Tego, który woła, zaprasza mnie do życia i widzenia. W tradycji łacińskiej określa się ten stan jako contemplatio, a w kulturze greckiej nosi on nazwę: theoria, czyli zdolność widzenia głębszego, zdolność widzenia w widzeniu. Chodzi o dar i zdolność przenikania zewnętrznej warstwy rzeczywistości i umiejętność dostrzegania jej sensu.

Trzeba na koniec podkreślić, że lectio divina to proces życiowy, który dokonuje się we mnie dzięki Słowu. To nie ja wyznaczam etapy, ja je tylko próbuję nazwać. Kardynał Martini, który w swojej archidiecezji prowadził szkołę modlitwy, wymieniał wiele innych etapów: discretio, deliberatio, actio... Ich liczba nie jest najważniejsza. Chodzi o to, by rzeczywiście oddawały to, czego Słowo dokonuje we mnie, kiedy wchodzę z Nim w żywy kontakt.

Potocznie słowo contemplatio kojarzy się z oderwaniem od rzeczywistości, stanem mistycznym, przeznaczonym dla bytów duchowych. Tymczasem Ksiądz opisuje contemplatio jako praktykę, która musi mieć przełożenie na codzienne życie.

Ilekroć podejmuję ten temat, podkreślam, że kontemplacja nie jest formą wysokiego życia duchowego przeznaczonego dla nielicznych, ale formą, bez której nie możemy funkcjonować jako chrześcijanie w dzisiejszym świecie. Gdy mówimy o kontemplacji, zwykle pojawia się powiedzenie: „Uwaga, zapinamy pasy i odlatujemy”. Tymczasem ja mówię: „Zapinamy pasy i lądujemy”. Doświadczenie prawdziwej kontemplacji sprawdza się przez to, że coraz mocniej stąpam po ziemi. Jeśli kontemplacja oznacza zjednoczenie ze Słowem Wcielonym, z Kimś, kto stworzył ten świat, to znaczy, że jest zjednoczeniem z Kimś, kto najlepiej zna się na tym świecie. Nigdy nie jestem bardziej zjednoczony z tym światem i bardziej zaangażowany w jego sprawy, niż wtedy, gdy jestem zjednoczony z jego Stwórcą. Im bardziej oddalam się od Niego, tym bardziej tracę kontakt z rzeczywistością. Kiedy Jego myśli stają się moimi myślami, a Jego drogi moimi drogami, zaczynam realizować moje życie w tym świecie tak, jak On to zamierzył.

Grecka tradycja chrześcijańska mówi, że gdy Słowo obmywa moje oczy, lepiej widzę rzeczywistość. Tam, gdzie inni widzą tylko zło, błoto i biedę ludzką, człowiek wiary potrafi dostrzegać realizującą się historię zbawienia. Karl Rahner miał rację, twierdząc, że chrześcijanin naszych czasów albo będzie mistykiem, albo nie będzie chrześcijaninem. Czy tego chcemy, czy nie, żyjemy w świecie, który żyje tak, jakby Boga nie było. Takich postaw jest coraz więcej. To, że świat boi się komunikatów Boga i chce Go wyrugować z rzeczywistości, nie wynika ze złej woli, ale z kondycji duchowej ludzi. Patrząc na świat płasko, nie rozumieją tego, co głębokie i wysokie. Chcą więc usunąć niezrozumiałą dla siebie rzeczywistość.

Chrześcijanie mogą się stać dla nich znakiem obecności Boga. Czasem będą dla nich jedyną księgą Ewangelii, którą przeczytają. To wielka odpowiedzialność, bo po spotkaniu ze mną ktoś ma szansę po raz pierwszy otworzyć Biblię albo na zawsze ją zamknąć. Zabiegam o to, by na lectio divina patrzeć jak na praktykę bardzo mocno związaną z naszą egzystencją. Chodzi o takie życie, w którym to ja panuję nad światem, a nie on nade mną.

Do tej pory pokazywał ksiądz drogę od czytania Pisma Świętego do konfrontacji z rzeczywistością tego świata. Zdarza się jednak sytuacja odwrotna. Ktoś doświadcza trudności w tym świecie albo podejmuje życiową decyzję i zaczyna szukać pomocy w Biblii. Czy może ją znaleźć?

Jedno i drugie działanie jest Boże. Bóg może docierać do nas przez wewnętrzne natchnienia. Czasami rzeczywiście zdarza się, że w kimś – bez żadnego zewnętrznego powodu – rodzi się pragnienie, by czytać Pismo Święte. Bóg działa też przez sytuacje zewnętrzne. Trudna sytuacja czy piękne przeżycie inspirują ludzi, by sięgnąć po Biblię. Ważne, by na jedno lub drugie natchnienie odpowiedzieć. Wielu ludzi szuka dziś pogłębionego kontaktu z Bogiem, coraz bardziej doświadczamy bowiem zawodu tym światem. Zabiegani ludzie – każdy na swój sposób – szukają pełni życia, czegoś, co by im dało szczęście i zadowolenie. Rozczarowują się, gdy natrafiają na atrapy. Człowiek nie może się zadowolić iluzją. Wcześniej czy później odkryje, że trafił na rzeczywistość z plastiku. Wtedy zapragnie pójść głębiej.

Coraz więcej mamy wokół siebie ludzi zawiedzionych, przeżywających głęboki głód, szukających tego, co duchowe. To jest nasze pięć minut. Wielu ludzi zatraca się, ponieważ nie znajdują odpowiedzi, nie znajdują pomocy, o której mówiliśmy na początku. Musimy zatem być bardzo czujni na ich wołanie. Z takimi ludźmi spotykam się chociażby w naszym Centrum Duchowości. Panuje  przekonanie, że do takich miejsc przyjeżdżają ludzie o bardzo wysokim poziomie życia duchowego. Oczywiście, są i tacy, ale trafia też do nas wielu ludzi ze swoimi zmaganiami, cierpieniami, wątpliwościami, depresjami... Gdy sięgają po Pismo Święte, często otwierają się na inny wymiar rzeczywistości. Nie przeceniałbym oczywiście roli tego miejsca, ale warto zauważyć, że takie rzeczy się tu dzieją.

Mówi ksiądz o ludziach w trudnej sytuacji. Czasem wśród nich są i tacy, którzy buntują się przeciwko Bogu. „Jak Bóg mógł do dopuścić do takiej sytuacji?” – pytają. Czy ten bunt może znaleźć ukojenie w Słowie?

Jeśli tacy ludzie trafią do Centrum czy do jakiegokolwiek duszpasterza, to sam fakt ich przyjścia świadczy, że szukają odpowiedzi. Bardzo ważne jest, by takiego człowieka wysłuchać. Nie należy od razu odpowiadać na jego pytania lub proponować czytanie Pisma. Za tymi pytaniami i buntem kryje się często potrzeba wypowiedzenia tego, co nosimy w sercu. To może być piorunujące doświadczenie. „Proszę księdza, po raz pierwszy w życiu ktoś mnie słuchał przez 20 minut, nie przerywając mi” – mówią. Ludzie są często po prostu bezdomni. Żyją w rodzinach bez bliskich relacji. Człowiek wysłuchany czuje się już lepiej, bo zaczyna nabierać zaufania.

Gdy spotykam takie osoby, próbuję najpierw wydobyć to, co w nich najgłębsze i dopiero wtedy odsyłam do Słowa albo proponuję konkretną pomoc, której w danym momencie potrzebują. Trudno byłoby mi przypomnieć sobie osobę, która odeszłaby w takiej sytuacji z tym samym poczuciem buntu, z którym przyszła. Ludzie, którzy przychodzą bardzo obolali, wychodzą zwykle bardziej wyciszeni. Zwłaszcza, jeśli mogą odejść z konkretnym tekstem Pisma lub perspektywą kontynuacji rozmów albo udziału w sesjach czy rekolekcjach. Wtedy zaczyna się droga, która u każdego ma inne tempo.

Wspomniał ksiądz o dialogu ze słowem Bożym. Dla współczesnego człowieka dialog to pytanie i odpowiedź. Im krótsza i bardziej konkretna, tym lepiej. Dialog ze Słowem wygląda trochę inaczej. Jak należy prowadzić ten dialog?

Dialog ze Słowem oznacza zgłębianie. Mam świadomość, że to idzie zupełnie w poprzek mentalności tego świata. Dziś młodzi ludzie całą swoją moc i energię przesuwają na poziom głowy i intelektu. O wszystkim chcą dyskutować. Nawet o tym, czego jeszcze nie doświadczyli. Jeśli pozostajemy tylko na poziomie głowy, możemy zadawać coraz więcej pytań, ale to nie znaczy, że obejmujemy rzeczywistość. Dopóki nie udrożni się droga z głowy do serca, nie ogarniemy złożoności świata. By ją pojąć, trzeba jej doświadczyć. Żeby doświadczyć, potrzeba zaangażowania całej osoby, integralnego poznania.

Gdy mamy ośmiodniowe rekolekcje, uczestnicy otrzymują na dzień tylko kilka wersetów Słowa Bożego. Mówimy im: „Pomyślcie, ile byście mogli przez ten czas przeczytać, ile wiadomości zdobyć”. Pierwsze doświadczenie polega na tym, że człowiek zostaje przez godzinę zegarową z kilkoma słowami z Biblii. Może je tylko nieustannie czytać. Przez czytanie Słowo wchodzi w życie, wchodzi w głąb. Nie mamy być jak motorówka, która z wielką prędkością ślizga się po powierzchni wody, ale jak nurek, który schodzi w głąb. Słowo nie potrzebuje wielu słów. Wierzę, że Ono jest niezgłębione.

rozmawiał Paweł Kozacki OP

rozmowa ukazała się w miesięczniku „W drodze” - Nr 6 (454) 2011


KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl