O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Słowo jest Osobą ...


Słowo jest Osobą


Jak zacząć? Najlepiej od początku; może nie w sensie historycznym, ale jakościowym… W seminarium byłem porządnym klerykiem, realizowałem poszczególne punkty dnia, m.in. poranne rozmyślanie. Od strony zewnętrznej na ogół nie miałem z tym problemów: przychodziłem, byłem, nauczyłem się i „coś” robiłem, tzn. „jakoś” się spotykałem ze Słowem. Porównując się z innymi, byłem nawet zadowolony ze swojej postawy. Nie przypominam sobie, aby było to dla mnie jakimś szczególnym trudem.

Jednak zaraz po święceniach – pewnie tak jak wielu (a może i wszyscy) – przeszedłem chyba zwykłą drogę „odchodzenia od Pana”, by wpaść na sąsiednie tory i iść obok… Najpierw radość z kapłaństwa, emocje pierwszych dni, pierwszych posług, pracy na pierwszej parafii; później zaangażowanie w pracę… Było miejsce na sprawy duchowe. Obowiązek brewiarza nie był ciężarem, tylko zwykłą częścią dnia i życia. Była spowiedź u stałego spowiednika itd. Była modlitwa w ogóle. Wszystko było, tylko nie medytowanie Słowa. Na to jakby nie było dobrego czasu i sił, a może po prostu chęci, by wchodzić tak głęboko?!

Później przyszły studia i sprawy intelektualne, które zamieniły się miejscami z duszpasterskimi, a sprawy duchowe pozostały „w sumie” na swoim miejscu, ale na Słowo znów nie znalazło się miejsca (jak w Betlejem). Gdy chodzi o Słowo głoszone, owszem było go nawet więcej. Zabrakło jednak Słowa medytowanego. Miejsca na Słowo było tylko na tyle, na ile trzeba było innym coś wyjaśnić czy powiedzieć.Wreszcie przyszło powołanie do posługi w seminarium w roli ojca duchownego i świadoma radość z powodu wyznaczonego czasu na bycie ze Słowem. Czyli jednak było jakieś wewnętrzne pragnienie, a może i wyrzut sumienia, że „powinienem”. Z pewnością obie motywacje działały.

Fakt faktem, jakby nagle, znów pojawiło się w moim życiu codzienne spotkanie ze Słowem. Tym razem, nie tylko przez zewnętrzną obecność. Pojawiło się po kilku już latach kapłaństwa, szczególnie w takiej roli, gdy innych się poucza, gdy innym się tłumaczy, że „to ważne” (nigdy tego nie negowałem). W tym osobistym spotkaniu było coś więcej. Jednak nie miałem poczucia, że to jest rzeczywiście wielkie, realnie wpływające na codzienność, rzeczywiście kształtujące życie…

Na pewno od czasu spotykania się, czytania i rozważania Słowa na oazach był postęp. Była we mnie pewna nostalgia. Przypatrywałem się różnym kapłanom i świeckim, szczególnie z grup charyzmatycznych i innych wspólnot. Zadziwiało mnie i zachwycało, jaką Słowo miało dla nich wartość i jak bliskie było ich codzienności. Ja zaś za mało zgłębiałem je pod względem intelektualnym: same studia, książki, ale bez radykalnych decyzji. Może rzeczywiście musiałem dorosnąć i dojrzeć do swojego momentu spotkania ze Słowem – Chrystusem.

Dopiero przyjazd do Szkoły Wychowawców stał się potężnym impulsem. Zaowocował wejściem na inny poziom spotkania ze Słowem, słuchania go i rozważania, życia tym Słowem. To, może i powolne, dorastanie do tego momentu, pozwala mi dzisiaj przeżywać spotkanie ze Słowem nie tylko na płaszczyźnie i na zasadzie emocjonalnego zachłyśnięcia, ale spokojnego i głębszego wejścia w dialog ze Słowem. Jest to jeszcze ważne również dlatego, że wiem, iż jest to droga, która ma trwać przez całe życie; – nie tylko jakiś odcinek, jakieś wyszkolenie się w nowej metodzie czy technice, – jest to nowy sposób przeżywania życia, swego powołania i swojej posługi. Wiem, że ta droga może mieć swoje zakręty, sięgając jednak początków widzę, że Słowo – Chrystus wciąż mnie prowadzi, że zaprasza do głębszego spotkania ze sobą, a ja mimo wszystko jestem Mu uległy i daję się prowadzić. To napawa mnie radością i nadzieją. Za to niech będą Bogu dzięki!

A Słowo w moim życiu dziś, teraz? To nie jest tak, że Go wcześniej nie było. To nie jest tak, że od tej chwili wszystko i zawsze będzie takie wielkie i skupione wokół Słowa. Niemniej jednak moje dziś ze Słowem jest bardzo ważne w tym wędrowaniu. To spotkanie jest ważne, bo tak nowe, inne i intensywne, jak nigdy dotąd. Rzeczywiście staje się bliskie i to nie dlatego, że jest ciekawe i mądre, ale staje się żywe i realne. Staje się nie jakimś słowem, hasłem na dzień czy sentencją nawet na całe życie, ale staje się wydarzeniem, w którym zaczynam uczestniczyć. Staje się samym życiem… Słowo nie jest jakimś zbiorem mądrych, życiowych porad, sprawdzonych przez innych.

Słowo nie jest zbiorem konkretnych wskazań czy poleceń do wykonania. To nie matematyka, gdzie coś dodając, coś otrzymujemy… Słowo jest Osobą, która dołącza do mnie tak, jak nieznany dotąd Wędrowiec dołączył do uczniów w drodze do Emaus. Ono rozmawia ze mną, pyta i powoli zaczyna mi wyjaśniać… Ja jeszcze wielu rzeczy nie rozumiem, nie pojmuję, nie mogę ogarnąć. Pewno tkwię jeszcze mocno w swoich schematach, w swoim sposobie patrzenia na świat, na życie i na Boga. Mam wszystko poukładane; wszystko jest to logiczne, przejrzyste, ale i zamykające, i skupione wokół mnie. Okazuje się, że nie bardzo jest miejsce na inne centrum, na kogoś innego w tym środku…

Panie Jezu, jak wiele mi jeszcze brakuje, jak często będę się musiał jeszcze wstydzić (jak teraz), że zająłem Twoje miejsce przy stole, zamiast miejsca, które mi przygotowałeś. Nawracaj mnie, Panie, z mojego egoizmu i pychy! Nawracaj mnie z takiej próżności, która wszystko zostawia, a przede wszystkim Ciebie samego. Wylewaj na mnie łaskę Twego Ducha, bym dorastał. Trudno mi to powiedzieć, ale… Wypalaj mnie ogniem Twojej miłości! Oczyszczaj moje serce, bym mógł kochać jak Ty, żyć jak Ty, żyć z Tobą i Braćmi w miłości! Amen.


ks. Grzegorz
Szkoła Wychowawców WSD 2009-2011
KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl