O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Medytacja z ikoną 4-6 listopada 2011 - homilie ...


„Medytacja z ikoną”
4-6 listopada 2011

TEKSTY HOMILII
wygłoszonych przez ks. Michała Janochę

---------------------------------------------------------------------

Jezus jest ikoną Boga.
Mamy prawo malować Boga, który stał się człowiekiem

homilia – 4 listopada 2011 r.
Wj 20, 1-6; Ps 115 (113B), 1-10; J 1, 1-14


Witam serdecznie wszystkich was, bracia i siostry, na naszym spotkaniu „Medytacja z ikoną”. Dzisiejsza liturgia Słowa wprowadza nas w samo sedno sprawy, którą będziemy rozważać. W pierwszym czytaniu z Księgi Wyjścia usłyszeliśmy początek Dekalogu, pierwsze przykazanie Boże. Dałbym głowę, że nikt z tutaj obecnych, choć wszyscy znają Dekalog na pamięć, nie będzie w stanie powtórzyć tego przykazania, ponieważ myśmy z Dekalogu ten fragment „wycięli”. Kościół święty, gdzieś od czasów św. Augustyna, „wyciął” z katechizmowego tekstu Dekalogu całe to długie zdanie, które dziś przeczytaliśmy (oczywiście „wyciął” w tekście katechizmowym, bo to zdanie jest w Biblii, jest Słowem Bożym, i wyciąć go nie można). Recytując przykazania Dekalogu mówimy: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną” i zaraz przechodzimy do drugiego przykazania. Gdybyśmy jednak zapytali pobożnych Żydów, którzy uczą się całego biblijnego tekstu Dekalogu na pamięć, to wyrecytowaliby oni z pamięci: „Nie będziesz miał cudzych bogów obok Mnie! Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią! Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył, ponieważ Ja Pan, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia względem tych, którzy Mnie nienawidzą. Okazuję zaś łaskę aż do tysiącznego pokolenia tym, którzy Mnie miłują i przestrzegają moich przykazań” (Wj 20, 3-6).

Można się spotkać czasem z polemiką ze strony braci protestantów, ze strony osób spoza Kościoła czy nawet spoza chrześcijaństwa, np. ze strony świadków Jehowy, którzy posługując się Biblią chętnie przywołują w polemice z katolikami czy prawosławnymi to właśnie przykazanie Dekalogu, zarzucając nam, żeśmy je bezprawnie skrócili w nauczaniu wiernych. „Czy Kościół miał do tego prawo?” – pytają. Wszak, cóż my, katolicy, innego robimy, jak właśnie to, czego w tym przykazaniu Bóg zabrania: my malujemy obrazy, oddajemy im pokłon. W cerkwiach są one całowane, a my odbywamy do nich pielgrzymki, czcimy je… Mówiąc krótko: robimy to wszystko, co w Starym Testamencie było karane nawet śmiercią. Warto sobie uświadomić, że do czasów Chrystusa Naród Wybrany był jedynym narodem na naszej planecie, któremu dane było objawienie wiary w jedynego Boga. Izrael to była malutka wysepka na wielkim morzu politeizmu. Czymże był Izrael wobec takich potęg, które go otaczały, jak Egipt, Asyria, Babilonia… nieskończenie od niego potężniejszych politycznie i kulturowo? Tymczasem to Izrael przetrwał, tamtych zaś już nie ma.

Skąd to pierwsze przykazanie? Jest ono prostą konsekwencją monoteizmu. Bóg, Stwórca nieba i ziemi, jest niewidzialny. Biblia rozpoczyna się od słów: „Bereşit bara Elohim et ha-şamayim v'et ha-areţ…” – „Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię”. Bóg, który jest Duchem, który jest niewidzialny, stworzył świat widzialny. I to odróżnia wiarę Izraela od wiary Egiptu, Asyrii, Babilonii czy Mezopotamii. Skoro Bóg jest niewidzialny, to przedstawianie Go w widzialnej postaci, jak czynili np. Egipcjanie czy Babilończycy, jest karykaturą. Przedstawianie Boga w widzialnej postaci jest karykaturą, ponieważ Kogoś, kogo słowa nie wypowiedzą, zamykamy w jakiejś postaci ludzkiej czy zwierzęcej, jak to praktykowano na Bliskim Wschodzie. A więc przedstawiając Boga czynimy karykaturę i pomniejszamy Boga. Stąd to pierwsze i najważniejsze przykazanie: „Nie będziesz miał cudzych bogów obok Mnie!” (Wj 20, 3) domagało się, aby Boga nie przedstawiać absolutnie pod żadną postacią. Tym się różni Izrael od wszystkich ludów i narodów oraz wszystkich kultur do czasów Jezusa Chrystusa. Używając naukowego określenia religia Izraela była religią „a-ikoniczną”, czyli nie przedstawiającą na obrazach nie tylko Boga, ale i stworzeń. Dlaczego nie przedstawiano w Izraelu nawet stworzeń? Żeby nie było pokusy bałwochwalstwa. Ileż razy prorocy – przed chwilą słyszeliśmy psalmistę – wyszydzają kult pogański: „[wasze bożki] mają usta, ale nie mówią; oczy mają, ale nie widzą. Mają uszy, ale nie słyszą; nozdrza mają, ale nie czują zapachu. Mają ręce, lecz nie dotykają; nogi mają, ale nie chodzą; gardłem swoim nie wydają głosu. Do nich są podobni ci, którzy je robią, i każdy, który im ufa” (Ps 115, 5-8). To ostra krytyka bałwochwalstwa, czyli czynienia sobie boga na nasz obraz i podobieństwo.

Pytamy więc, czy w takim razie my, chrześcijanie, nie zdradzamy najważniejszego, pierwszego przykazania. Ten problem pojawił się w historii Kościoła dość późno, w VIII wieku, kiedy już tysiączne świątynie były ozdobione ikonami i malowidłami, kiedy księgi liturgiczne były pięknie iluminowane obrazami, a przed ikonami palono kadzidła i oddawano pokłon czołem do ziemi oraz całowano je; wszystko to do dzisiaj praktykowane jest w Kościele wschodnim, przez naszych braci wschodnich. I wtedy, w VIII wieku, pojawił się problem. Cesarz bizantyjski, który uważał się za stróża wiary chrześcijańskiej, postawił problem: „Czy my nie zdradzamy Biblii? Czy nie zapomnieliśmy o pierwszym przykazaniu?”. Tak rozpoczęła się historia wojny, wojny trwającej 120 lat, jedynej wojny w dziejach ziemi, która nie była wojną o terytoria, ale wojną o obrazy. Przeszła ona do historii pod nazwą „ikonoklazmu”. W czasie tej wojny dokonano rzeczy bezprecedensowej: zniszczono w całym imperium wszystkie wizerunki, świętym ikonom wyłupywano oczy, rąbano je i palono, zatapiano. Obrońców ikon, głównie prostych ludzi i mnichów, którzy mieli to, co my dziś nazywamy „sensus Ecclesiae”, czyli żywy zmysł wiary Kościoła, prześladowano. Najpierw zaczęto niszczyć ikony, a później ludzi. Ikonoklazm ma tysiące męczenników, którym wypalano na czołach obelżywe imiona, którym obcinano ręce, by nie mogli malować ikon, których rzucano dzikim zwierzętom na pożarcie tak, jak w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Trwało to 120 lat.

Argument cesarz i ikonoklastów był poważny, biblijny, i trzeba było na niego odpowiedzieć argumentem teologicznym. Trzeba było odpowiedzieć sobie i innym, czy my przypadkiem nie pobłądziliśmy i dlaczego czynimy obrazy. Praktyka malowania i czci obrazów wyprzedziła niejako teologię obrazów; ta teologia zacznie się rodzić właśnie w VIII wieku. I oto cesarzowa… To ciekawe, że to kobiety obroniły ikon; a i w naszej kaplicy większość audytorium stanowią kobiety. A więc cesarzowa Irena, która czciła obrazy po kryjomu… Warto jeszcze dodać, że całe pokolenie wyrosło w kraju, w którym kościoły były puste. Ojcowie Kościoła mówili: „wyrzuciliście święte obrazy i zamieniliście kościoły na warzywniaki i ogrody dla ptaków” (zaczęto bowiem w kościołach, we wnętrzach świątyń, malować jakieś świeckie przedstawienia). Otóż cesarzowa zwołała sobór prawowiernych biskupów. Na tym soborze pojawili się ludzie z wypalonymi na swoich ciałach śladami męki, pozbawieni rąk czy palców, pojawili się męczennicy. Był to sobór w Nicei, w Azji Mniejszej, jeden z soborów Kościoła niepodzielonego. Sobór Nicejski II w 787 r. był ostatnim soborem Kościoła niepodzielonego. Zebrani na nim biskupi ogłosili dogmat wiary, że można czcić ikony, że mamy prawo malować ikony Jezusa Chrystusa. Dlaczego? Na to pytanie odpowiada nam dzisiejsza Ewangelia.

„Na początku było Słowo…” (J 1, 1a) – pisze św. Jan nawiązując do pierwszego zdania z Biblii: „Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię” (Rdz 1, 1). Żydzi w to wierzyli, ale jeszcze nie wiedzieli, że Bóg jest Słowem i że to „Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo” (J 1, 1b). Pierwsze zdanie czwartej Ewangelii to także wielka polemika z filozofią pogańską, z filozofią grecką, najbardziej subtelną i najbardziej rozwiniętą na naszej planecie. Filozofowie greccy zadawali sobie pytanie, co było na początku, co było „arche”. I jedni, jak Tales, odpowiadali, że była to woda. Inni, jak Heraklit, że był to ogień. Jeszcze inni, że to był „ápeiron”, jakiś bezkres. Różne były próby wytłumaczenia tego, co było u początku i skąd się wziął świat. Św. Jan niejako również polemizując z filozofami greckimi pisze: „En arche en ho Lógos”. Ewangelista pisze, że „na początku było Słowo”, a nie jakiś żywioł bezosobowy. Pisze, że na początku było Słowo, które jest Osobą, które jest Bogiem, Synem Bożym, który – mówimy to w każdą niedzielę w wyznaniu wiary – jest „zrodzony a nie stworzony, współistotny Ojcu, a przez Niego wszystko się stało”.

To niepojęte Słowo, w którego przeczuciu żyli Izraelici, prorokowali prorocy, choć go jeszcze nie poznali, stało się ciałem: „kai ho Lógos sarx egeneto”. Wypowiadamy tę prawdę w każdej modlitwie „Anioł Pański” wspominając ów kluczowy moment dziejów kosmosu, w którym wszystko stało się nowe i od którego już nic nowszego nie będzie. A skoro „Słowo stało się ciałem”, skoro niewidzialny Bóg stał się widzialnym w Osobie Jezusa Chrystusa; skoro o Chrystusie św. Paweł napisze: „On jest obrazem Boga niewidzialnego”, „os estin eikon tou Theou tou aoratou” (Kol 1, 15), czyli On jest ikoną Boga; skoro Jezus mówi o sobie: „kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca” (J 14, 9); skoro Bóg się uniżył przyjmując ludzką postać; skoro prawdziwy Bóg stał się prawdziwym człowiekiem; skoro był widzialny jako prawdziwy człowiek, jako człowiek umarł i zmartwychwstał, jako człowiek w połączeniu z Bóstwem został wzięty do nieba – mamy prawo malować Boga, który stał się człowiekiem.

Chrześcijaństwo jest jedyną religią monoteistyczną, która ma prawo malować Boga. Nie mogą tego robić Żydzi, którzy nie przyjęli Chrystusa, ponieważ cały czas są na poziomie Starego Testamentu. Nie mogą tego robić muzułmanie, wyznający Mahometa, ponieważ ten nie jest Synem Bożym, a jedynie prorokiem Allacha; a więc obowiązuje ich nadal pierwsze przykazanie Starego Przymierza. My, chrześcijanie, mamy prawo, a nawet obowiązek, przedstawiać Boga na obrazach. Ikona jest wyznaniem naszej wiary. Proszę zobaczyć, jak bardzo ściśle sztuka sakralna wiąże się z dogmatem i najściślej wiąże się z naszą ludzką egzystencją. Św. Jana, apostoła i ewangelistę, nasi bracia, prawosławni, nazywają „ho theologos”, „teolog”, „bogosłow”. Teolog – w rozumieniu wschodnim – to nie jest ktoś, kto pisze teologiczne traktaty, ale ktoś, kto żyje Bożym Słowem. Jan jest teologiem.

Tajemnica Wcielenia jest fundamentem teologii ikony. Tak powie Sobór Nicejski II i na tej bazie – choć większość wiernych o takim soborze nie ma „zielonego pojęcia” – wierni wierzą, że na tym wizerunku jest Maryja z Jezusem, że na tym krzyżu jest Jezus. I każdy wierny i każdy prosty człowiek – choć nic nie wie o Soborze Nicejskim II – wie, że ten namalowany obraz czy ta wyrzeźbiona figura nie jest Bogiem. Sobór powie jasno, że kult oddawany wizerunkowi odnosi się do Pierwowzoru, że kto czci obraz, czci osobę, którą ten obraz przedstawia. Proszę zauważyć, że to myślenie jest bardzo głęboko zakorzenione w katolicyzmie. To nasza wiara.

W tych dniach będziemy rozważać tajemnicę ikony i zobaczymy jak bardzo ściśle wynika ona z dogmatu wiary, a jednocześnie, jak bardzo dogmat łączy się z ludzką egzystencją. Nie jest to jakiś dodatek czy suplement do naszej wiary. Papież Benedykt XVI napisze, że my, katolicy, powinniśmy na nowo przemyśleć Sobór Nicejski II i teologię ikony. Możemy się tego uczyć od naszych braci wschodnich, choć my również zachowaliśmy ten zmysł w naszej tradycji cały czas. „A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas” (J 1, 14).

Posłużmy się jeszcze przykładem, z którego nie mogli skorzystać starożytni, bo go nie znali, a my możemy, bo jest nam znany. To fotografia. Nosimy ze sobą zdjęcie żony czy męża, ojca i matki, córki czy syna, kogoś bliskiego, kto jest daleko albo odszedł już z tego świata. Czymże jest zdjęcie? Z materialnego punktu widzenia to kawałek naświetlonego materiału. Ale kiedy patrzę na fotografię moje serce „wędruje” do osoby, którą fotografia przedstawia, do osoby, którą kocham, która mnie kochała czy kocha dalej, nawet jeśli już jest po tamtej stronie życia. W ten sposób ten mały kawałek papieru staje się niejako pośrednikiem spotkania. My potrzebujemy takiego pośrednictwa, bo mamy ciało, a Bóg wyszedł naprzeciw naszej ludzkiej strukturze sam przyjmując ciało. Zobaczcie, jak Bóg dowartościowuje wzrok. W Starym Testamencie jak refren powtarzano: „shema, Izrael”, „słuchaj, Izraelu”. A Jezus mówi: „szczęśliwe oczy wasze, że widzą, i uszy wasze, że słyszą” (Mt 13, 16) oraz „kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca” (J 14, 9). Nowy Testament przywraca równowagę między słuchaniem i widzeniem, bo Bóg w Jezusie Chrystusie nie tylko dal się usłyszeć, ale również dał się zobaczyć. Patrząc na święte obrazy nasze serce wędruje ku Niemu. Potrzebujemy tego.

Najgłębszym obrazem Boga jest Eucharystia, w której uczestniczymy. Potrzebujemy tego obrazu, który będzie przemawiał do naszego wzroku. Nasi bracia, protestanci, którzy nie zrozumieli soboru w Nicei i wypływającej z niego teologii, odrzucając obraz, odrzucili Eucharystię. Luter, który zakwestionował Eucharystię, zakwestionował obraz. Kalwin, który całkowicie odrzucił Eucharystię, całkowicie również odrzucił obraz. Między Eucharystią i obrazem jest bardzo głęboka teologiczna więź.

Nie chciałbym, żeby te rozważania pozostały jedynie na poziomie naszego rozumu; chodzi bowiem o to, by – jak mówią ojcowie wschodni – rozum zszedł do serca i rozpalił je. Posłużę się więc pewnym obrazem, odwołując się do filmu, jeszcze z czasów sowieckich, który być może wielu z was oglądało. Chodzi o film gruzińskiego reżysera Tengiza Abuładze pt. „Pokuta”. Przemawia on można powiedzieć ezopowym językiem, bo takim jedynie językiem można mówić o tych straszliwych czasach, kiedy człowiek wychodził z domu i już nigdy do domu nie wracał. I to się właśnie dzieje z głównym bohaterem. Jego żona już wie, że chyba nie ma szans na powrót, ale wierzy, że on żyje, że jest gdzieś tam daleko, gdzie jest katorżnicza praca, gdzie się ścina drzewa. Ciężarówki przywożą te drzewa do miasteczka, w którym ona mieszka, a ona idzie na plac, gdzie leżą przywiezione pnie ściętych drzew i w jakiejś rozpaczy szuka, bo na tych pniach czasem widać wycięte scyzorykiem imię. W pewnym momencie znajduje na jednym z pni wycięte nożem jego imię, imię swojego męża. Całuje ten pień, tuli do policzka, … Potem kamera się cofa i pokazuje to bezkresne pole, na którym leżą ścięte pnie. To wycięte imię to znak… Ktoś powie tylko kilka liter, a jednak znak, że on jest, że pamięta. I chyba coś w tym jest z tego, o czym będziemy tutaj mówić, o czym będziemy myśleć i co będziemy rozważać.
 
 
Tajemnicze światło Taboru przemienia ucznia Jezusa
homilia – 5 listopada 2011 r.
Kol 1, 12-19; Ps 8; Mt 17, 1-8


Pewnie jakaś lokalna tradycja od początku na Tabor wskazywała i choć Biblia o tym nie mówi nazywamy tę górę Taborem. Co się wydarzyło na tej górze, na Taborze? Kiedy czytamy Ewangelie synoptyczne i zestawiamy je ze sobą, widzimy różnice, co jest przecież naturalne, bo każdy z uczestników to wydarzenie zapamiętał inaczej, inaczej usłyszał relację świadków tego wydarzenia, ale uderza we wszystkich opisach jakaś nieporadność wobec głębi doświadczenia, które było udziałem Piotra, Jakuba i Jana. Jakby słowa były za małe, za „ciasne”, aby wyrazić to, co się tam stało. U św. Marka mamy takie niezgrabne porównanie: „Jego odzienie stało się lśniąco białe tak, jak żaden folusznik na ziemi wybielić nie zdoła” (Mk 9, 3). Porównanie niezręczne, zupełnie nieadekwatne; domyślamy się, że za nim stało jakieś niesłychanie głębokie doświadczenie. W naszym życiu bywają takie chwile, kiedy czujemy się całkiem bezradni, kiedy trzeba potem o nich coś powiedzieć, bo to, co powiemy, zawsze wydaje się nieodpowiednie, zawsze „trochę nie tak”.

W relacjach ewangelistów zdumiewa nas zdumienie apostołów. Oto Jezus, którego jak się im wydawało już poznali, którego słuchali, którego cuda widzieli (człowiek bardzo szybko przyzwyczaja się do rzeczy nadzwyczajnych), nagle tu, na Taborze, przemienia się. Ewangeliści opisując to wydarzenie używają czasownika, pochodzącego od słowa „matamorfosis”, dosł. „przeobrażenie”, i stąd mówimy „przemienienie Pańskie”. Jezus zajaśniał. Przekładając to na teologiczne kategorie, można powiedzieć, że uczniowie, którzy doświadczali Jezusa człowieka – kogoś wspaniałego, szlachetnego, niezwykłego, ale człowieka –, teraz doświadczają czegoś z Jego Bóstwa. Ale potrafią o tym adekwatnie opowiedzieć.

Obok Jezusa pojawiają się dwie postaci i żadna z Ewangelii nie pozostawia najmniejszej wątpliwości co do ich identyfikacji, a przecież Mojżesz żył dwanaście wieków wcześniej, Eliasz – dziewięć wieków wcześniej. Żydzi nie mieli, bo nie mogli mieć żadnej tradycji ikonograficznej – my już wiemy dlaczego. Nasi święci, kiedy się komuś objawiają jacyś święci, to ich rozpoznają z obrazów; taka też jest teologia ikony. Warto więc – możemy powiedzieć – wpatrywać się w ikony świętych, żebyśmy mogli ich rozpoznać, kiedy wyjdą nam naprzeciw nam tam „po drugiej stronie”. Ale Żydzi nie mieli ikon świętych, nie mieli w synagogach ani w świątyni obrazów Mojżesza i Eliasza. Jak ich rozpoznali? Tego nie wiemy, ale w opisie przemienienia nie ma nawet takiego pytania. Mamy więc do czynienia z jakimś poznaniem wewnętrznym, intuicyjnym, całkowicie pewnym, na podstawie którego uczniowie stwierdzają: „tak, to jest Mojżesz i Eliasz”, czyli największy z Proroków i ten, który uosabia Prawo. Tora i Nabiim, „Prawo i Prorocy” – tak Żydzi określali Biblię. Żydzi nie znali jeszcze wtedy słowa „Biblia”; dla nich Biblia to „Tora”, czyli Prawo, i „Nabiim”, czyli Prorocy. Jezus bardzo często używa tego zwrotu: „Prawo i Prorocy”, mówiąc właśnie o Piśmie Świętym, które wkrótce już nazwane zostanie Starym Testamentem. A zatem na górze Przemienienia objawia się Pismo Święte, Boże Słowo, niejako spersonifikowane w dwóch wybitnych Bożych ludziach. Jezus się przemienia pośród Prawa i Proroków. Jezus pośrodku – tak będzie przedstawiany na ikonach, Mojżesz i Eliasz po bokach, a On pośrodku, bo jest najważniejszy.

To wszystko musiało trwać bardzo krótko, ale było tak mocne i tak przejrzyste, że Apostołowie będą to pamiętać do końca życia. U Piotra powróci to jak echo, kiedy w drugim swoim liście będzie wspominał to, że Jezus mu się ukazał: „Nie za wymyślonymi bowiem mitami postępowaliśmy wtedy, gdy daliśmy wam poznać moc i przyjście Pana naszego Jezusa Chrystusa, ale nauczaliśmy jako naoczni świadkowie Jego wielkości. Otrzymał bowiem od Boga Ojca cześć i chwałę, gdy taki oto głos Go doszedł od wspaniałego Majestatu: To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie. I słyszeliśmy, jak ten głos doszedł z nieba, kiedy z Nim razem byliśmy na górze świętej” (2 P 1, 16-18). Takie chwile człowiek chce zatrzymać. „O chwilo, trwaj!”. I to właśnie Piotr mówi: „Rabbi, dobrze, że tu jesteśmy; postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza” (Mk 9, 5). Wyraża w ten sposób odwieczne pragnienie człowieka, żeby tę chwilę – chwilę niepojętego szczęścia, szczęścia płynącego z poznania prawdy, chwilę jakiejś wewnętrznej jasności – zatrzymać, by nie uciekła. A tego się nie da zrobić. Nie da się Jezusa zamknąć w namiocie, chociaż ta pokusa, by zamknąć Niepojętego w tym, co pojęte, będzie stale towarzyszyła ludziom wierzącym.

„Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, …”. Ojcowie Kościoła, pochylając się nad tym tekstem, w owym obłoku będą widzieli symbol Ducha Świętego. „…, a z obłoku odezwał się głos: To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!” (Mt 17, 5). Ten sam głos, który rozległ się nieco wcześniej nad Jordanem, kiedy Jezus wstępował w nurty rzeki i kiedy ukazała się nad nim gołębica – symbol Ducha Świętego. A więc raz jeszcze głos z nieba, głos Ojca, potwierdza: „To jest mój Syn”, a to wszystko dzieje się w Duchu Świętym. To kolejne, przedziwne, tajemnicze objawienie trynitarne: objawienie Ojca, który posyła umiłowanego Syna, którego mamy słuchać; a rzecz dzieje się w obłoku świetlanym, który ich osłania. Ów świetlany obłok czyni Trójcę niedostępną, a jednocześnie w jakiś sposób Ją objawia tak, że uczniowie Jej doświadczają.

Potem uczucie fascynacji ustępuje lękowi. Uczniowie padają na twarz. Gest prostracji pozostanie gestem modlitewnym liturgii wschodniej, a w obrządku rzymskokatolickim ten gest pojawia się w liturgii raz jeden, w Wielki Piątek, kiedy kapłan upada na twarz przed ołtarzem. A Jezus zbliża się do nich, dotyka ich i mówi: „Wstańcie, nie lękajcie się!” (Mt 17, 7). Ojcowie greccy interpretując to wydarzenie przywiązywali wielką uwagę do jego teologicznej treści. Oto Chrystus objawił się jako człowiek, objawia się teraz w swoim Bóstwie. Ojcowie łacińscy podkreślają to, co powraca też w liturgii, w prefacji na święto Przemienienia Pańskiego: „W ten sposób umocnił serca uczniów, aby nie ulegli zgorszeniu krzyża, …”. Jezus przemienia się, aby apostołowie nie ulegli zgorszeniu krzyża, kiedy przyjdzie czas Kalwarii.

Ojcowie wschodni podkreślają natomiast, że to tajemnicze światło Taboru sprawiło, że uczniowie zobaczyli Jezusa takim, jakim jest naprawdę, zobaczyli Go w Jego Bóstwie. Do tej pory widzieli Go pod zasłoną własnych zmysłów, do tej pory widzieli w Nim człowieka. I ta intuicja pogłębiana przez mistyków, doprowadzi do teologii hezychazmu i teologii św. Grzegorza Palamasa, w której centrum jest światło Taboru. Św. Grzegorz Palamas mówi, że Bóg jest niepoznawalny w swojej istocie (gr. „ousia”), ale jest poznawalny poprzez swoje energie. Te energie to łaska Ducha Świętego. I to, o co dziś możemy prosić, to właśnie o te energie, o światło Taboru, abyśmy mogli postrzegać rzeczywistość tak, jak widzi ją Bóg, a nie jak nam podpowiadają nasze zmysły. Tak widziała rzeczywistość Matka Boża. Ona jedna bez grzechu, Niepokalanie Poczęta, dzisiaj spogląda na nas z Ikony Włodzimierskiej. Wpatrujemy się w Nią, by nauczyć się takiego spojrzenia na Jezusa i takiego spojrzenia na świat, na ludzi i na siebie samego, abyśmy dostrzegali rzeczywistość ukrytą za zasłoną doczesności.

W Liście do Kolosan słyszeliśmy dzisiaj, że Jezus „jest obrazem Boga niewidzialnego” („eikōn tou theou tou aoratou”, „imago Dei invisibilis” – Kol 1, 15). Niewidzialny Bóg, uczynił się widzialnym w swoim Synu, w Obrazie, bo kto zobaczył Chrystusa, zobaczył Ojca. A skoro tak, to poprzez doświadczenie Taboru, przekazane nam przez apostołów i ewangelistów, i przez całą tradycję Kościoła, i za pośrednictwem ikon – ikona Przemienienia była często pierwszą ikoną, od której mnich rozpoczynał naukę pisania ikon – mamy dostęp do Ojca. Prośmy o to światło Taboru, które jest łaską, abyśmy w tym, co nas otacza, w codziennej rzeczywistości, w twarzach osób bliskich, w wydarzeniach radosnych i smutnych, w naszym codziennym życiu i pracy, w domu i rodzinie, w zgromadzeniu zakonnym, w powołaniu naszym, potrafili zobaczyć Boga, którego łaska przebija się przez gęste chmury, jak nieraz czyni słońce w pochmurny dzień. A wtedy ten świat, szary i ponury, na chwilę się rozjaśnia. Potem znowu przyjdą chmury, ale będziemy pamiętać tę chwilę, ponieważ ona mówi o całym pięknie i prawdzie, która potem znowu jest przysłonięta przez naszą pochmurną rzeczywistość. Coś z intuicji hezychazmu warto sobie wziąć do serca.
 
 
W jeden dzień nie da się zrobić tego, czego się nie zrobiło przez rok
homilia – XXXII Niedziela Zwykła (A), 6 listopada 2011 r.
Mdr 6, 12–16; Ps 63, 2.3–4.5–6.7–8; 1 Tes 4, 13–18; Mt 25, 1–13


Czym jest ta oliwa z lamp, o której mówi ewangeliczna przypowieść? W kontekście dzisiejszej liturgii możemy odpowiedzieć, że chodzi o mądrość – tę, o której mówi pierwsze czytanie, która jest „wspaniała i niewiędnąca (…) kto dla niej wstanie o świcie, ten się nie natrudzi” i „ci łatwo ją dostrzegą, którzy ją miłują”. Dzisiaj słowo „mądrość”, poza Kościołem, rzadko występuje. Dzisiaj w świecie ceni się inteligencję, wiedzę, kompetencję. Gdyby zastosować właśnie ten klucz interpretacyjny, to inteligencja, wiedza czy kompetencja byłyby lampami, o których słyszymy w Ewangelii. Dobrze jest mieć wiedzę, dobrze jest być człowiekiem kompetentnym, dobrze jest mieć inteligencję – to są lampy. To świat ceni, ale bez mądrości na końcu okazuje się to nic nie warte.

Przeciwieństwem mądrości jest głupota. Tak to przez wieki w języku polskim czytano: „panny mądre i głupie”. Obecne tłumaczenie trochę osłabiło prostą i jasną wymowę tej przypowieści. A cóż to jest mądrość? Jeżeli wiedza jest sumą jakichś wiadomości, które człowiek nabywa, to mądrość jest sztuką ich zastosowania, sztuką wyboru. Jeżeli wiedza jest sumą informacji o świecie, o człowieku i o Bogu – ta przypowieść mówi przecież o ludziach wierzących, oni wszyscy, jak owe panny, wychodzą na spotkanie oblubieńca, który jest dla nich ważny – to dopiero mądrość jest ową „oliwą”, która jest w stanie rozświetlić te „lampę” wiedzy. „Mądrość jest wspaniała i niewiędnąca”. Gdy wczytujemy się w teksty o Mądrości, Hagia Sofia, to możemy się poczuć zawstydzeni i zażenowani, jak daleko nam do tej Mądrości. Możemy odkryć w sobie rozmaite pokłady „pustych lamp”, a więc pokłady głupoty. I jeśli się to odkrywa, to chyba nie jest jeszcze wcale źle. Największą głupotą jest ta, która jest nieświadoma samej siebie. Tak właśnie było z owymi pannami z dzisiejszej Ewangelii, które oczekują oblubieńca z pustymi lampami.

Mądrość łatwo dostrzegą, którzy ją miłują. Mądrość jest wartością, którą nam ukazuje Biblia. Wpatrujemy się w Chrystusa, który jest samą Mądrością, który jest Źródłem mądrości. Dostrzegą Go ci, którzy Go miłują. Śp. o. Albert Krąpiec OP użył kiedyś takiego porównania, o którym czasem mówię klerykom w seminarium. Wiadomo, że iluś tam ich przychodzi, a potem iluś tam odchodzi. O. Krąpiec używał porównania z polowaniem na zające: Psy spostrzegają zająca i biegną za nim, aby go schwytać. Goniąc za zającem, szczekają i ujadają, i pod wpływem tego szczekania i ujadania, w tę gonitwę włączają się również inne psy, które też szczekają i ujadają. Zając jest zwinny, gonitwa trwa długo, więc niektóre psy zmęczone odstają i odpadają. W końcu inne wytrwałe psy dopadają zająca. Które psy dopadają zająca? Te, które nie straciły z nim kontaktu wzrokowego, które go wciąż widziały. Natomiast te, które pobiegły jedynie za szczekaniem i ujadaniem, zmęczone zrezygnowały. To proste porównanie chyba dotyka istoty sprawy.

„Mądrość… ci łatwo ją dostrzegą, którzy ją miłują”. Kiedy zaczynałem odkrywać Ewangelię i myśleć nad nią zawsze wydawało mi się jakieś nieludzkie to, że panny mądre nie podzieliły się oliwą z tymi, które oliwy nie miały. Wydawało mi się to jakieś jakby nieewangeliczne. Teraz rozumiem, że to jest niewykonalne, że tak się nie da zrobić. W tym gronie możnaby użyć dla zobrazowania prawdy tej przypowieści porównania do nauki pisania czy malowania ikony. Ktoś uczy się malować pierwszą ikonę, z trudem, z bólem, przez cały rok. A ktoś inny przez cały rok chodzi obijając się. Kiedy wreszcie przychodzi czas prezentacji pierwszej ikony ten, który się obijał mówi do tego, który cierpliwie pracował: „słuchaj, naucz mnie tego; muszę pokazać moją pierwszą ikonę”. Mądrość i miłość zdobywa się miesiącami. Nie da się w jeden dzień zrobić tego, czego się nie zrobiło przez rok. Chyba o to chodzi w przypowieści. „Idźcie raczej do sprzedających i kupcie sobie”.

Biblia mówi, że Bóg stworzył nas na swój obraz i podobieństwo. W naszej zachodniej tradycji te dwa pojęcia: „obraz” i „podobieństwo” są traktowane jako synonimy, są jakby powtórzeniem. U Ojców greckich są one rozdzielone, czym innym bowiem jest dla nich „obraz” i czym innym „podobieństwo”. Każdy człowiek jest obrazem Bożym, to znaczy każdy człowiek nosi w sobie coś, co ma Bóg, a tym czymś jest pragnienie miłości, jest rozwój, dusza nieśmiertelna i wolność. To jest obraz Bozy w każdym człowieku, w każdym bez wyjątku. Dlatego każdy człowiek jest ikoną, bo ikona to obraz. Ale pod wpływem grzechu ta ikona może być zabrudzona i może zacząć tracić swoje podobieństwo. Wyobraźmy sobie ikonę Zmartwychwstania Pańskiego okopconą przez całe lata palenia w jej bliskości świec, brudną, która po latach dziesięciu, dwudziestu lub dłużej staje się już nie do poznania i zatraca swoje podobieństwo. To jest sytuacja człowieka, który jest pogrążony w grzechu.

Człowiek nie jest w stanie sam oczyścić siebie, tak jak nie jest w stanie sam siebie wyciągnąć z jakiejś wodnej topieli, która go wciąga. Może to uczynić i musi to uczynić ktoś, kto jest większy i silniejszy, kto mocno stoi i poda rękę tonącemu. To właśnie czyni Chrystus wyciągając rękę do ginącego Adama. A te drzwi, które dotąd odgradzały Adama, czyli człowieka, czyli nas, od Niego, od Chrystusa, od Mądrości, teraz układają się na kształt krzyża. Oto tajemnica Paschy. Chrystus dokonuje Paschy w każdym z nas. Chrystus przywraca nam utracone podobieństwo. Można powiedzieć, że czyni to za pomocą wody i krwi. „O Krwi i Wodo, któraś wytrysnęła z Serca Jezusowego…!”. Poprzez sakramenty, poprzez wiarę, którą one dają, Chrystus przywraca nam utracone podobieństwo i czyni nas ikoną Boga, która zaczyna jaśnieć Jego podobieństwem.

Użyjmy jeszcze metafory witraży obecnych w tej kaplicy. Czymże one by były, gdyby nie było światła. Ich istota i natura nie uległa by zmianie. Byłyby nadal tą samą kombinacją szkieł oprawionych w ołowiane ramki, ale dopiero światło wydobywa ich blask i ich koloryt. Dopiero światło nadaje im sens. Nie inaczej jest z człowiekiem, który jest obrazem i podobieństwem. Człowiek wierzący i niewierzący, święty i grzeszny, są tymi samymi ludźmi, tą samą mieszaniną kości, krwi i ścięgien. Ich natura jest ta sama. Ale gdy przez człowieka prześwieca światło, człowiek prawdziwe staje się „antropos”, istotą skierowaną ku górze, prawdziwie spełnia swoje zadanie, do którego jest powołany.

 

Zachęcamy do skorzystania z nagrań sesji:

oraz innych spotkań z bieżącego roku:


KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl