O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Takie proste, a ja potrzebowałam kilku dni, by to odkryć< ...


Takie proste, a ja potrzebowałam kilku dni, by to odkryć

 

Minęły święta Bożego Narodzenia, a we mnie wciąż trwa niezwykła radość. Nie ma ona nic wspólnego z uśmiechem, tryskającą energią… ona jest wewnątrz mnie, taka silna i pewna! Gdzie jest jej źródło? Zazwyczaj nie lubię świętowania, tej całej otoczki, w której czasem ginie sens i cel, wolę przygotowania. Wcale nie chodzi mi o tempo działania i bycie aktywnym, już dawno nauczyłam się żyć bardzo powoli. Jednak jest we mnie coś, co Pan pozwolił mi odkryć dopiero teraz – wszelkie świętowanie jest o tyle potrzebne człowiekowi, o ile wzmacnia jego tęsknotę za obcowaniem z Bogiem na zawsze. A ja bardzo tęsknię!

Pomogły mi jeszcze bardziej otworzyć się na tę prawdę przeżyte u progu Adwentu rekolekcje w moim duchowym domu, w Centrum Formacji Duchowej, głoszone przez ks. Piotra sds. Dane mi było przejść drogą z Janem Chrzcicielem, by uczyć się rozeznawania i wypełniania woli Bożej. Piękny czas! Nagle zobaczyłam Jana w zupełnie nowym świetle. On – ostatni prorok i bezpośredni poprzednik Mesjasza – stał się mi tak bliski. Pokochałam Jana Chrzciciela. Dlaczego? Rozpoznał Pana, wszystko czynił po to, by innym Go wskazać, nie bał się mówić prawdy bez względu na osoby i zagrożenia. Jednak najbardziej poruszyło mnie w czasie modlitwy Słowo, w którym Jan mówi o potrzebie umniejszania się, by Chrystus wzrastał. Jakie to trudne, ale te słowa wciąż do mnie wracają. Kilka lat temu ks. Piotr powiedział mi o Matce w żłóbku, która zostaje w cieniu swego Syna i całe życie podąża za Nim, prowadząc nas do Niego. Już wtedy pragnęłam umieć być w cieniu, by służyć ludziom na chwałę Pana. Teraz jeszcze mocniej Bóg dotyka mnie słowem o umniejszaniu się. Jan był lampą, która płonie prawdziwym Światłem.

Muszę przyznać, że podczas tej sesji przeżywałam ból związany z odrzuceniem mnie przez moją córkę chrzestną. Zbyt mocno zagłębiłam się w tym bólu. Po powrocie do domu Bóg dał mi spojrzeć na to doświadczenie w zupełnie innym świetle: przecież tu nie chodzi w ogóle o mnie, moją troską jest życie w wierze mego dziecka chrzestnego i to jest najważniejsze. A zatem mam trwać przed Panem i nie ustawać w modlitwie, a Bóg, nie ja, dokona reszty.

Źródłem mocy i wytrwałości jest słuchanie Słowa. W Nim Bóg odkrywa swą wolę względem mnie i uczy mnie przełamywania oporów i mówienia „tak” Jego woli. Poruszyły mnie słowa, że „nic piękniejszego niż wola Boża względem mnie, nie może mi się przydarzyć”. Pragnę żyć zapatrzona w Bożą wolę i nią się kierować w codzienności. Coraz głośniej brzmiało we mnie pytanie, co jest wolą Bożą w moim życiu i jak ja mam ją wypełniać? Na początku były same dość „górnolotne” myśli. Na ziemię sprowadziły mnie słowa o moich codziennych obowiązkach stanu. Nie od razu umiałam jeszcze dostrzec te swoje obowiązki. Jestem katechetką, więc myśli krążyły wokół mego oddania się uczniom, próby budowania dobrych relacji z współpracownikami w szkole. Dopiero rozmowa z moim ojcem duchowym i zarazem spowiednikiem pomogła mi dotrzeć do celu. Bóg powiedział mi wówczas: rzetelne przygotowanie do lekcji, troska o sprawy uczniów i miłość do ludzi – to wszystko! Najpierw pomyślałam: przecież to takie proste, a ja potrzebowałam kilku dni, by to odkryć. Dziś myślę, że to istotnie oczywiste, ale jakże trudne.

Ten czas adwentowy od sesji do świętowania Narodzenia Pańskiego był pierwszą próbą wcielenia w życie prawdy, którą Bóg mi objawił w tym czasie. Powróciła pasja przygotowań lekcji i wewnętrzny spokój. Udało się dopełnić kilka spraw, które czekały od dawna na zakończenie. Trud prowadzenia moich uczniów dobrą drogą jest ogromny, ale pierwszy raz potrafiłam w chwili rozczarowania się ich zachowaniem, rozmawiać z nimi w spokoju, wskazać błędy i ich konsekwencje oraz możliwości naprawienia tego, co zrobili. Z radością i zapałem podjęłam się wykonania dekoracji w mym kościele parafialnym (czynię to już od 24 lat i było we mnie ostatnio tyle rutyny i zniechęcenia). Sporo jeszcze przede mną, bo trochę obowiązków zaniedbałam. Ale wierzę, ba jestem pewna, że nie jestem sama. Doświadczenie otulających mnie i podtrzymujących ramion Ojca powróciło. Umocnienie dały mi przytoczone przez ks. Piotra słowa sługi Bożego, ks. Franciszka Blachnickiego – założyciela Ruchu Światło – Życie, w którym wzrastałam – „Jeśli jestem w spółce z Bogiem, to powinienem uwzględnić możliwości mego Wspólnika”. Czyli „wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia!”.

A dziś dał mi Bóg kolejną radość. Mogłam wziąć, jak Symeon, w objęcia Dziecię Jezus i poczuć radość, że Bóg stał się Człowiekiem, bym mogła Go przytulić. Dotarła do mnie prawda, że Bóg wcielił się, by dać mi siebie. Moja odpowiedź może być tylko jedna – dać Mu siebie całą, iść przez życie świadcząc o Światłości i być wierną do końca, jak Jan Chrzciciel. Pięknie ujął tę prawdę w słowa mój spowiednik, życząc mi, bym promieniowała Światłem, które w sobie noszę, a którym jest Chrystus Pan. Amen.



Lidia
uczestniczka sesji formacyjnej
„Jak rozeznać i wypełnić wolę Bożą. Droga z Janem Chrzcicielem”
2-4 grudnia 2011
KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl