O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Świadectwo: bajka o ślimaku, co nie był ślimakiem ...


Świadectwo


W dniach 28 grudnia 2011 - 5 stycznia 2012 uczestniczyłem w drugim tygodniu rekolekcji ignacjańskich w CFD Salwatorianów w Krakowie.

Gdy przygotowywałem się do końcowego spotkania polegającego na dzieleniu się w grupach owocami rekolekcji, przyszedł mi do głowy pomysł opowiedzenia zebranym moich doświadczeń w formie bajki o ślimaku. Przez cały czas rekolekcji zapisywałem treści konferencji i medytacji w brulionie, na którego okładkach znajdowało się powiększone zdjęcie ślimaka na zielonej łodydze. Podczas którejś sesji pomyślałem sobie, że zaczynam rozumieć zachowanie tego ślimaka, bo podobnie jak on często w życiu codziennym chowam swoje uczucia do skorupki nakładając na twarz maskę zgodliwego, potulnego jegomościa, absolutnie nie okazującego tego, jak bardzo w danym momencie boi się pokazania swoich uczuć, lub wstydzącego się swoich niepokojów i wiecznych lęków. Gdy przy innej okazji uświadomiłem sobie, że mój sweter, który codziennie nosiłem podczas tych rekolekcji, na piersiach miał wyszyte atrybuty myśliwego - dwie skrzyżowane flinty i torby oraz róg, miałem już gotowy pomysł na bajkę.

Bajka o ślimaku, co nie był ślimakiem.

Na polance w lesie mieszkał sobie ślimak. Był bardzo miłym, stale uśmiechniętym ślimakiem, spokojny nikomu nie szkodził, ale miał jedną cechę, która wszystkich dziwiła: bardzo często chował się do swojej skręconej muszli i długo stamtąd nie wychodził. Był bowiem bardzo wrażliwy i bardzo nieśmiały. Gdy tylko uznał, że jest obiektem żartów, gdy tylko pomyślał: „oho, teraz to na pewno śmieją się ze mnie”, natychmiast chował się w swoim domku. Dlatego inne zwierzątka w lesie zupełnie go nie rozumiały. W końcu takie zachowanie ślimaka zaczęło wszystkich denerwować.

Pewnego dnia przyszła do ślimaka delegacja trzech zwierzątek: lis, sarna i miś. Jako pierwszy zabrał głos lis: „mój ślimaczku, powiedz nam dlaczego tak często chowasz się, czemu nie bawisz się z nami?”. Ślimak zawahał się, zwlekał z odpowiedzią, w końcu widząc, że lis nie zamierza się z niego pośmiać, ale patrzy na niego serdecznie, powoli, cichutko wyszeptał: „bo widzisz, bo widzicie ja się wszystkiego boję, boję się, że będziecie się ze mnie śmiać, że nie będziecie chcieli się ze mną bawić, że... właściwie to nawet nie wiem czego, ale wiem, że się boję”. Na to lis mu odparł: „wiesz, ja też bardzo często sie boję i wtedy uciekam, zmykam najszybciej, jak potrafię i jeszcze do tego sprytnie zmieniam kierunek ucieczki i wtenczas zawsze mi się udaje”. Tu nagle przerwał, widząc smutną minę ślimaczka.

W ciszy, która zapadła odezwała się sarna: „Mój ślimaczku, wiesz ja też często się boję, a wtedy moje zgrabne nogi nigdy mnie nie zawodzą. A jeśli dopadnie mnie myśliwy z wycelowaną we mnie strzelbą, to ja mu tak po prostu popatrzę moimi pięknymi oczami, tak popatrzę... że zadrży mu ręka i…”. W zielonych oczach ślimaczka zakręciła się łza. Na to odezwał się miś: „a ja ci poradzę coś zupełnie innego. Słuchaj braciszku, najlepiej to zbuduj sobie tu, na polance, ładny duży, solidny domek. W saloniku urządzisz sobie kominek i gdy w kominku sobie zapalisz, gdy wychylisz jedną czy dwie szklaneczki dobrego węgrzyna to będzie ci tak dobrze, jak mnie w mojej zimowej gawrze. Mówię ci!”. Zrobiło się już prawie ciemno i ślimaczek podziękował i pożegnał swoich gości.

Minęło parę dni i na polance dało się zauważyć niecodzienny ruch. Na wzgórku nad strumyczkiem leżało parę kamieni, potem przybyły grubsze gałęzie, szyszki i zwolna można było zobaczyć jak powstaje leśny domek. Ślimak pracował zawzięcie, wciąż przynosił coś nowego, a to patyki, a to drewienka, nawet spore belki, ściany utykał zielonym mchem, a na koniec przytargał duży kawał kory na dach swojego pięknego domku. Gdy wieczorem z komina buchnął dym, zwierzątka znów postanowiły odwiedzić dzielnego ślimaczka. Weszły po schodkach na werandę i grzecznie zapukały do drzwi. Wtem z głębi domku rozległ się łomot kogoś schodzącego szybko po drewnianych schodach i w otwartych drzwiach stanął… myśliwy ze strzelbą na plecach. Zwierzątka niewiele myśląc zrobiły w tył zwrot i… lis uciekał zygzakiem, sarna długimi susami, a miś dreptał swoją ścieżką mrucząc pod nosem: „ja nic z tego, co się temu ślimaczkowi stało, nie rozumiem”. Ale najbardziej zaskoczoną minę miał sam myśliwy, bo właśnie wyszedł do przyjaciół, żeby im podziękować, żeby im wyjaśnić, że w tym domku przestał być ślimaczkiem i spełniając radę misia poczuł się tak dobrze, że zaczął być po prostu sobą, ale teraz po ucieczce zwierzątek polanka została pusta i nie było komu tego opowiedzieć. Wrócił więc do saloniku, usiadł w fotelu i zaczął myśleć i wspominać. Przypominał sobie teraz, ile razy dawniej się bał i ile razy bał się tego, że znów będzie się bał, i tak długo to trwało, że zapomniał w ogóle, kim był naprawdę. A inni przyjęli jako prawdę tę jego przypadłość i może to oni sprawili, że został ślimaczkiem dla nich, a potem to już sam w to uwierzył?

Bajka została dobrze przyjęta przez zebranych, a ja sam myślałem, że teraz, kiedy wrócę do codzienności to wszystko zacznie mi się układać inaczej, to znaczy lepiej. Na początku tak rzeczywiście było, ale im dalej w las… Falami przechodziły kryzysy, zwątpienia, a najmocniejszy z nich spowodował, że zacząłem w panice prosić o nadzwyczajne spotkanie z kierownikiem duchowym. Bezskutecznie. Już dzień po odmowie poczułem się lepiej. Teraz wiem, że problemy, w których tkwię, nie mogą zniknąć jak w bajce, że budowanie mojego „domku wiary, modlitwy, adoracji i nowego działania” jest znacznie bardziej skomplikowane.

Następny brulion, kupiony jeszcze w CFD przed powstaniem pomysłu na powyższą bajeczkę, ma na okładce Harley’a Davidssona.

 
Antoni
Kraków, 18 lutego 2012
uczestnik ćwiczeń ignacjańskich

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl