O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  I za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy 7-1 ...


„I za sprawą Ducha Świętego
przyjął ciało z Maryi Dziewicy

SZKOŁA WIARY
7-10 czerwca 2012

TEKSTY HOMILII
wygłoszonych w czasie sesji
(Marko Ivan Rupnik SJ i Ryszard Stankiewicz SDS)

---------------------------------------------------------------------

Tylko z perspektywy tamtego świata rozumiemy naprawdę ten świat
homilia – uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej – 7 czerwca 2012
2 Tm 4, 1-8; Ps 71, 8-9.14-15ab.16-17; Mk 12, 38-44

Podkreślmy kilka zagadnień dotyczących tajemnicy, którą dziś celebrujemy. W Eucharystii w Chrystusie wstępujemy naprawdę do nieba. Stajemy się Jego współbiesiadnikami. Jest tyle modlitw na końcu Eucharystii, kiedy kapłan po raz ostatni modli się przed błogosławieństwem, w których wspomina się ten fakt, że jesteśmy Jego współbiesiadnikami. I rzeczywiście św. Paweł mówi, że Bóg posadził nas w niebiosach, "na wyżynach niebieskich" - w Chrystusie Jezusie (Ef 2, 6). My, chrześcijanie, w Chrystusie zasiadamy w niebie, tymczasem niemal całkowicie o tym zapomnieliśmy. Jesteśmy tak bardzo zatroskani o nasze życie tutaj na ziemi, że przywołane słowo św. Pawła wydaje się nam wyrażeniem poetyckim czy mało poważnym. Tymczasem Chrystus stał się naszym współbiesiadnikiem, abyśmy my mogli stać się Jego współbiesiadnikami.

W duszpasterstwie poświęcamy dostatecznie dużo miejsca temu faktowi, że Jezus jest z nami tutaj, natomiast w liturgii ten akcent zanika i podkreśla się szczególnie tę drugą część, a mianowicie, że my jesteśmy z Nim tam, przy Ojcu. Zauważcie, to jest ciekawe, że kultura wycięła nam tę drugą część prawdy. Zatrzymujemy się co najwyżej na tym, że Chrystus jest z nami tutaj, a to jest dość smutne pocieszenie. To nie oznacza, że to towarzystwo Jezusa tutaj bardzo mi pomaga. Nie wystarczy, że Chrystus jest moim współbiesiadnikiem. Oczywiście, skoro On jest ze mną, to posiłek spożywany z Nim spożywam inaczej, ale na koniec umrę. Natomiast to, że jestem Jego współbiesiadnikiem, oznacza że z Nim wychodzę poza granicę śmierci, gdzie zło nie może już mnie zranić. Liturgia eucharystyczna podkreśla właśnie to. Odsłania, potwierdza i realizuje naszą rzeczywistość i tożsamość jako będących w Chrystusie przy Ojcu w niebie.

To, co ofiarujemy w czasie Eucharystii, pokarm: chleb i wino, naszą pracę i świat, staje się w Chrystusie Jego życiem. W Eucharystii wszystko, co dajemy, zostaje nam od-dane jako pokarm służący Jego życiu w nas. Zwykły chleb, który spożywamy, nie karmi życia wiecznego. Nic na tym świecie nie może karmić życia wiecznego, jak tylko to, co się znajduje w Chrystusie zmartwychwstałym. Całą resztę [poza tym, co znajduje się w Chrystusie], zniszczy robak. A skoro coś może zostać zniszczone przez robaka, to nie może to być pokarmem na życie wieczne. Żadna rzecz na tym świecie nie karmi człowieka na życie wieczne. Rzeczy tego świata karmią człowieka na życie wieczne tylko wtedy, jeśli stają się częścią Chrystusa zmartwychwstałego.

W tym świecie Chrystus został ukrzyżowany, zabity i pogrzebany. Zmartwychwstały zostaje nam dany w Pięćdziesiątnicy na nowo jako Ciało chwalebne, którym jest Kościół. Właśnie Kościół [mocą Boga] może sprawić w liturgii, że gdy ofiarujemy pokarm, który nas nie karmi, otrzymujemy pokarm, który nas karmi, bo karmi nas na życie wieczne. Wszystko to, co chcemy, żeby stało się dla nas prawdziwym pokarmem, żeby umocniło w nas to życie, które pokonuje śmierć, jesteśmy wezwani, by ofiarować w Eucharystii. To, co ofiarujemy, w Eucharystii staje się Chrystusem i na koniec otrzymujemy to jako życie Chrystusa, bo nic innego nie może nas nakarmić. Trzeba naprawdę wyjść z tego świata, na tym świecie bowiem jest śmierć, a my żeby śmierć pokonać jemy, a na koniec chorujemy i umieramy (99% chorób jest z powodu jedzenia). Co takiego robimy? Dokonujemy swego rodzaju "samobójstwa". Jemy, jemy i jemy, a na koniec umieramy. Trzeba więc wejść w inny świat, choć ten inny świat nie jest innym światem. Ów inny świat jest światem spełnionym jako Ciało Chrystusa. Chleb jest chlebem, ale staje się prawdziwym Chlebem; przejście więc jest tylko takie: od chleba do prawdziwego Chleba. Zwykły chleb oddala śmierć jedynie na parę lat, prawdziwy Chleb niesie nam życie Chrystusa.

Eucharystia realizuje wśród nas prawdziwy świat. Tymczasem my jesteśmy tak zakorzenieni w tym tu świecie, że tego nie rozumiemy. Dlatego ciągle zadaje się te same pytania: "Jak to jest możliwe? Jak się to dzieje? Co się dzieje? Kiedy się to dzieje? Ile czasu trwa?". To głupie pytania, bo są pytaniami według tego świata. Nie można zrozumieć ukrzyżowania z perspektywy tego świata; z perspektywy tego świata nikt go nie zrozumiał. Ukrzyżowanie zrozumiano, kiedy Chrystus zmartwychwstały wstąpił do Ojca i posłał Ducha Świętego. Apostołowie dopiero wtedy zrozumieli ukrzyżowanie, kiedy odkryli, że sami są częścią Chrystusa Zmartwychwstałego. Ten świat rozumie się z perspektywy tamtego świata. To nie jest tak, że poprzez chleb ja zrozumiem prawdziwy chleb. Rozumiecie, że to tak nie działa! Tylko wychodząc od prototypu zrozumiem obraz, a nie odwrotnie; wychodząc od obrazu nie zrozumiem prototypu. Wychodząc od prawdziwego chleba zrozumiem zwykły chleb. Co to oznacza? Oznacza to, że mogę zrozumieć Eucharystię tylko wtedy, gdy jako ochrzczony, jako Ciało Chrystusa, jako Kościół, naprawdę żyję Ciałem Chrystusa. Oznacza to, że mogę zrozumieć zwykły chleb, ponieważ żyję prawdziwym chlebem. Eucharystię rozumiemy tylko wtedy, jeśli jesteśmy Ciałem Chrystusa. Inaczej jest ona kwestią filozoficzną czy ciekawostką intelektualną. W czym nam dopomoże do życia wiecznego to, że z jakąś zarozumiałością wyjaśnimy, kiedy, co i jak się dzieje w czasie Eucharystii? Dokładnie w niczym. Życiu wiecznemu dopomaga nam to tylko wówczas, gdy to się dzieje z nami, bo wtedy coś się zmienia. Jeśli zaś to nie dzieje się z nami, to odpowiedź na wszystkie te pytania nic nie zmieni.

Trzeba być naprawdę częścią Ciała Chrystusa, by móc patrząc na ten świat zrozumieć go. Tymczasem jesteśmy zaślepieni i zakorzenieni w chlebie, ale nie w prawdziwym chlebie. Jesteśmy zaślepieni i zakorzenieni w świecie, ale nie w prawdziwym świecie. Świat, w którym żyjemy, nazywamy światem naturalnym, a tamten świat nazywamy nad-naturalnym (nadprzyrodzonym). Przykro mi, ale takie podejście mogłoby być usprawiedliwione i funkcjonować tylko, gdy chodzi o pogan. Jeśli bowiem jestem w Chrystusie zasiadającym w niebie, to tamten świat dla mnie nie jest światem nad-naturalnym, ale jest dla mnie światem naturalnym, bo ja w nim żyję. Wtedy będąc w tamtym świecie patrzę w dół na ten świat, jako na coś niżej, co musi jeszcze wstąpić go góry. Modlitwa Eucharystyczna była nazywana "anaforą". Co oznacza to słowo? Oznacza "wstępowanie do góry". Modlitwa Eucharystyczna to modlitwa, poprzez którą świat wznosi się do swojej prawdziwej natury, czyli tej, którą miał w wizji Stwórca, kiedy stwarzał świat. Bóg nie stworzył świata tak, jak my widzimy ziarno na polu. Bóg stworzył świat tak, jak będzie Hostia. Grzech niesie dla nas pewną zasłonę i my widzimy jedynie ziarno, i myślimy, że to jest cała prawda. Nie. Prawdą jest Hostia. To jest prawdziwa natura tego, co Bóg stworzył jako ziarno. Eucharystia unosi świat od grzechu do Ciała Chrystusa.

Marko Ivan Rupnik SJ

---------------------------------------------------------------------

Święta - „mistrzyni Europy”, bo żyła na wskroś ewangelicznie
homilia – wspomnienie św. Jadwigi, królowej – 8 czerwca 2012
2 Tm 3, 10-17; Ps 119, 157.160-161.165-166.168; Mk 12, 35-37

Najpierw dwa słowa wyjaśnienia. Nie „wygryzłem” ojca Marko ani nie jestem jego sobowtórem. Mam natomiast zaszczyt podzielić się z wami słowem Bożym. Jest taka reklama, która sygnalizuje, że słowo „prawie” robi ogromną różnicę. Myślę, że jest takie słowo, które w kontekście patronki dnia dzisiejszego w liturgii robi kolosalną różnicę. Jest znacząca różnica między sformułowaniami: „królowa Jadwiga” i „święta królowa Jadwiga”. To różnica nie tyle ilościowa, ile jakościowa! Słowo „święta” podkreśla, że życie Jadwigi królowej osiągnęło pełnię. Na tym świecie przeżyła tylko dwadzieścia pięć lat (ur. 1374; zm. 1399), ale jak je przeżyła. I nie chodzi tutaj o to, że przeżyła je po królewsku, na dworze, w otoczeniu świty, dwórek czy rycerzy. Chodzi o to, że przeżyła swoje życie na wskroś ewangelicznie. Była królową, która nam pokazała, że najważniejszy jest ten, kto potrafi służyć innym, dać życie dla innych czy za innych. Ona dała swoje życie. Dała je Polakom, dała je Litwinom troszcząc się między innymi ewangelizację Litwy. Dała swoje życie troszcząc się o wysoki stopień edukacji w naszej ojczyźnie. Przyczyniła się do otwarcia wydziału teologicznego na uniwersytecie w Krakowie oraz o odnowę uniwersytetu, zwanego odtąd jagiellońskim. Miała wielkie serce dla przybyszów i pielgrzymów, dla ubogich i wszystkich ludzi, których dotknęło jakieś nieszczęście. Źródłem mocy w takim przez nią przeżywaniu królowania i rządzenia było zjednoczenie przez modlitwę z Królem wszechświata, Jezusem Chrystusem. Wpatrując się dziś w jej postać nie powinniśmy utyskiwać ani narzekać, że my nie mamy ani korony, ani berła,… abyśmy mogli jej dorównać. Mamy bowiem serce, tak jak ona, którym możemy kochać, a to przede wszystkim o to chodzi. Dzisiaj ona zaprasza nas do tego, abyśmy królowali służąc Jezusowi: modlitwą i miłością, która jest w naszym sercu.

To już niedługo - mam świadomość, że większość tu obecnych to panie, w habitach i bez, ale niezależnie od tego i panie pewno też wiedzą - zaczyna się szaleństwo, a mianowicie mistrzostwa Europy w piłce nożnej. To już niedługo. Dziś zabrzmi pierwszy gwizdek, a wszystko zakończy się pierwszego lipca. Zwróćmy uwagę, że te mistrzostwa zaczną się i kiedyś się zakończą. Ale są także inne „mistrzostwa Europy”, które ciągle trwają i pierwszego lipca zapewne się nie skończą. W piłkarskich mistrzostwach zawodnicy wychodzą na murawę, aby walczyć o jakiś puchar, natomiast my wszyscy, chrześcijanie, bierzemy udział w „mistrzostwach” codziennie walcząc o to, by Europa zachowała w sercu Jezusa i Jego Ewangelię. Piłkarskimi mistrzostwami można się nie interesować. Można je oglądać przed telewizorem, pójść do strefy kibica albo na stadion, natomiast w tych drugich „mistrzostwach” wszyscy musimy wziąć udział. Wszyscy musimy „wyjść na murawę” i podjąć walkę, aby Europa nie straciła swego chrześcijańskiego oblicza. Przeciwnik nas dobrze rozpracował. Widzimy, że strzela nam coraz więcej bramek. Nieraz też sami je sobie strzelamy. To są prawdziwe „mistrzostwa” Europy i one będą trwały! My odejdziemy, a ci, którzy przyjdą po nas będą kontynuować w nich uczestnictwo. Jak z pewnością pragnieniem wszystkich piłkarzy jest to, aby pierwszego lipca podnieść mistrzowski puchar, tak naszym pragnieniem jest zachować w sercu wiarę w Jezusa, zachować w sercu Jego Ewangelię i w życiu ją wypełnić. Dlatego codziennie chcę pytać siebie, czy w moim sercu Europa jest Chrystusowa. Wtedy będę mógł powiedzieć: „jestem mistrzem Europy”, bo jest we mnie Pan. Wtedy mogę pomagać także innym, szczególnie tym, którzy Jezusa w sercu utracili.

Nieraz już w życiu słyszeliśmy i ciągle słyszymy ludzi, którzy mówią, że jest ciężko, trudno…, że byłoby łatwiej, gdyby w życiu byli nagradzani dobrem za dobroć, że wtedy byłoby łatwiej coś załatwić, zorganizować itd. I oczywiście możemy dołączyć do tego utyskiwania, ale przecież dzisiaj słyszymy: „znasz Pisma święte” (2 Tm 3, 14). „Znać Pisma święte” - to są dopiero znajomości! „Znać Pisma święte”, „znać słowo Boże” - nie ma lepszych znajomości! Oczywiście „znać Pisma” to nie znaczy przejść przez życie lekko, łatwo i przyjemnie. „Znać Pisma święte” to przejść przez życie dobrze czyniąc, nawet pośród prześladowań, cierpienia i ucisku. „Znać Pisma” to oczywiście jeszcze nie wystarczy, bo jest wielu ateistów, którzy doskonale znają Pisma i którzy by nas - popularnie mówiąc - „zagięli”, jeżeli chodzi o wiedzę na temat Pisma świętego. Ale cóż z tego, jeżeli w swoim życiu daleko są od treści tych Pism. Trzeba bowiem Pismo święte nie tylko znać, ale jeszcze je przyjąć i wypełnić, jak mówi Pan, i trzeba nim żyć.

Słyszeliśmy dzisiaj, że Pisma święte mogą nas „nauczyć mądrości wiodącej ku zbawieniu”, mądrości, która nas zaprowadzi do życia wiecznego. One mogą to uczynić, ale jest warunek, że my będziemy chcieli tej mądrości się nauczyć. Jeśli się na te Pisma otworzymy sercem, jeżeli do końca życia będziemy uczniami w szkole tych Pism, czyli w szkole Tego, który jest głównym ich Autorem, w szkole Pana Boga, wtedy jest nadzieja, że będą nas one przekonywać do tego, co dobre, że będą budziły w nas poczucie skruchy i żal, kiedy pobłądzimy, że będą nas kształtować do każdego dobrego czynu, że będziemy tu na ziemi godnie reprezentować naszego Pana i Stwórcę.

Słyszeliśmy dziś również takie słowa, których nie pozwoliliby św. Pawłowi zamieścić w tym fragmencie specjaliści od PR-u i od reklamy. Oni powiedzieliby: „Pawle, chyba oszalałeś! Co ty tam piszesz? Tak nie wolno!”. Tymczasem św. Paweł pisze do Tymoteusza: „I wszystkich, którzy chcą żyć zbożnie w Chrystusie Jezusie, spotkają prześladowania” (2 Tm 3, 12). Specjaliści od PR-u na pewno kazaliby apostołowi wykreślić to: „wszystkich, którzy chcą żyć zbożnie… spotkają prześladowania”. Powiedzieliby, że to jest antyreklama chrześcijaństwa. Ale św. Paweł nie wykreślił tych słów. Z natchnienia Bożego umieścił je w drugim liście do swojego umiłowanego dziecka, Tymoteusza. Umieścił je, bo ich wykreślenie byłoby równoznaczne z zabraniem Panu Jezusowi krzyża, a przecież bez krzyża nie ma też zmartwychwstania. Jeśli chcemy przeżywać radość zmartwychwstania, trzeba też zasmakować boleści drogi krzyżowej i Golgoty. Apostoł przestrzega też, że pojawią się źli ludzie i zwodziciele, którzy będą nas przekonywać i kusić, byśmy próbowali z tych słów zrezygnować. A co z tymi, którzy nie chcą żyć zbożnie w Jezusie Chrystusie? Czy nie będą prześladowani? Nie wiemy. Wydaje się, że do tej grupy możnaby czasem zaliczyć biednych celebrytów czy polityków, którzy co jakiś czas spoglądają na słupki popularności. Kiedy te słupki spadną choćby o jeden punkt, ileż wówczas strachu pojawia się w ich oczach; a kiedy spadną o pięć punktów, …; a kiedy zbliżają się do zera, … więc ich nie omijają „prześladowania”. Tylko że z tych prześladowań, o których mówił św. Paweł, wyrwie nas Pan (por. 2 Tm 3, 11). Pan jest naszą mocą pośród wszelkich prześladowań. Jezus jest naszym Panem i Zbawicielem. Trzeba, byśmy żyjąc zbożnie w Jezusie, Jemu zaufali, a On nas prędzej czy później wyrwie z prześladowań. On zwyciężył świat i my w Nim świat zwyciężymy.

Ryszard Stankiewicz SDS

---------------------------------------------------------------------

Utracony trzeci składnik, którego brakuje Europie
homilia – wspomnienie św. Efrema, diakona i doktora Kościoła – 9 czerwca 2012
Wj 24, 3-8; Ps 116B, 12-13.15.16bc.17-18; Hbr 9, 11-15; Mk 14, 12-16.22-26

W Ewangelii Chrystus nas przestrzega, byśmy uważali na uczonych w Piśmie. Kim byli owi uczeni w Piśmie? Byli wielkimi ekspertami, ekspertami od Słowa Bożego, które studiowali w dzień i w nocy. Z tego również powodu chcieli być szanowali. Z racji tego, co studiowali i co wiedzieli, chcieli cieszyć się prestiżem społecznym i mieć przywileje wobec ludzi. Trzeba jednak przypomnieć, że ich wiedza nie tylko, że nie służyła im do niczego, ale ostatecznie ich zrujnowała. Przykładem jest sytuacja, kiedy mędrcy przychodzą do Jerozolimy i pytają, gdzie miało miejsce narodzenie króla żydowskiego. Herod wezwał wówczas tych specjalistów, a oni przyszli, odpowiedzieli bardzo precyzyjnie i poszli do domu. Natomiast mędrcy wyruszyli w drogę. Wiedza uczonych w Piśmie jest wiedzą, która służy jedynie próżnej chwale lub - jak później powie św. Paweł - żeby się pysznić. Dlatego uczeni w Piśmie potrzebowali, by zostać "napompowanymi" przez innych, czyli by zostać docenionymi. Ale ich wiedza nie jest wiedzą, która każe się ruszyć, która każe wyruszyć w drogę, która każe się przenosić. Ich wiedza nie miała nic wspólnego z życiem.

W innym momencie Chrystus przestrzega uczniów, by bardzo uważali na faryzeuszów. Kim byli faryzeusze? Byliby to "bliźniacy" uczonych w Piśmie? Uczeni wiedzieli, a faryzeusze myśleli, że robią, że spełniają Prawo i wypełniają to wszystko, co jest wymagane. Mamy więc przed oczami dwie grupy. Pierwszą jest grupa wielkich intelektualistów, pewien rodzaj filozofów religii, grupa wielkich specjalistów od Biblii; drugą natomiast stanowią ludzie prawa. Ciekawe jest to, że przedstawiciele obu tych grup myśleli, że zmuszą życie do pójścia zgodnie z ich ideami i ich praktykami, ale tak się nie stało. Również biedny Nikodem, najlepsza wydanie faryzeusza, jak wspominałem wcześniej, nie zdołał naprawdę spotkać Chrystusa. Dopiero na końcu Ewangelii zdaje się, że coś się w jego życiu zdarzyło.

Istnieje jednak jeszcze trzecia kategoria osób. W dzisiejszej Ewangelii widzimy obraz: wdowa wrzuca do skarbca to, co było jej potrzebne do życia. To obraz życia przeżywanego w miłości do Boga. Ten obraz przywołuje obraz Abrahama albo, jeśli chcecie, obraz Maryi, Matki Boga, gdzie ktoś ofiaruje coś/kogoś/siebie Bogu dlatego, że Bóg jest pierwszy, że ma prymat i priorytet wobec wszystkiego. Tu ktoś ofiaruje Bogu nie jakąś kwestię kulturalną ani jakąś praktykę spełnianą po to, by mieć sumienie w porządku i być chwalonym, ale ofiaruje dziś to, czego brak jutro spowoduje głód. Wrzuciwszy dwa pieniążki owa wdowa nie ma już nic, czego potrzebowałaby do życia. Oto życie przeżywane w radykalnej miłości. Bóg, który jest pierwszy i moje życie, które Mu ofiaruję. To nie kwestia snobistyczna, nie kwestia kulturalna ani konferencja na jakiś temat. Mam życie, to życie ma sens, a tym sensem jest Bóg. Chrystus patrzy na ten obraz i widzi; patrzy i widzi. Uczeni w Piśmie patrzyli, ale nie widzieli; wiedzieli, ale nie uznali. Faryzeusze ze wszystkimi praktykami, jakie spełniali, nie zbliżyli się ani o metr do Chrystusa. Dla nich relacja z Bogiem to kwestia kulturalna czy strategiczna, natomiast dla owej wdowy to jest kwestia życia.

Ta Ewangelia jest niezwykle aktualna. Europa została zbudowana z trzech komponentów razem: greckiego, łacińskiego i chrześcijańskiego (biblijnego, judeochrześcijańskiego). Grecy wnieśli myśl, łacinnicy prawo, a judeochrześcijanie wiarę. Chrześcijanie wnieśli Boga, który jest w historii; Boskie człowieczeństwo; Boga, którego spotyka się w życiu. Po kilkunastu wiekach możemy stwierdzić, że pozostały dwa składniki: filozofia-wiedza oraz prawo. Boskie człowieczeństwo wniesione przez chrześcijan zostało połknięte przez te dwa pierwsze komponenty. Również nasza teologia stała się filozofią, wielką wiedzą abstrakcyjną oderwaną od życia i od reszty. Ludzie studiują liturgię nie uczestnicząc w liturgii, studiują Eucharystię nie celebrując Eucharystii, studiują chrzest nie będąc ochrzczonymi. Wszystko stało się teoretyczne. Chrystus miał rację, mówiąc: "Uważajcie! Strzeżcie się!". Zauważcie, że kiedy nasza wiara została połknięta przez idee i pojęcia, staliśmy się takimi, jak uczeni w Piśmie. Robimy jakąś małą rzecz i organizujemy konferencję prasową, aby świat nas zobaczył. Toczymy walkę, aby dotrzeć do telewizji, aby świat nas zobaczył. Kompletnie błędne. Inna płaszczyzna - prawo i moralizm - także tu zbłądziliśmy. Wiele lat temu, kiedy byłem młody, czytałem homilie z dawnych wieków. Praktycznie było to jedno słowo powtarzane przy różnych okazjach: "musicie", "trzeba robić", "należy". Również dzisiaj w homiliach albo mamy komentarz do sytuacji politycznej, albo wielki moralistyczny wykaz tego, co należałoby robić. Jakie to smutne. Brakuje wdowy. Brakuje trzeciego składnika, tego religijnego. Jeśli mówimy o nowej ewangelizacji, możemy mówić i robić wiele rzeczy, ale bez tego trzeciego składnika niczego nie zmienimy. Niczego nie zmienimy bez tego, że ktoś ukaże światu, że Bóg jest pierwszy, ale tak jak pokazała to owa uboga wdowa. W jej życiu wiara to nie była bowiem kwestią kulturową, ale kwestią życia.

Jak bardzo jest prawdziwe to, co teraz mówię, potwierdza również patron dnia dzisiejszego - św. Efrem. Jak z pewnością zauważyliście, my, z Centrum Aletti, jesteśmy wszyscy trochę zakochani w tym świętym. Maria pojechała nawet studiować język syryjski, żeby lepiej go poznać. Okazało się, że to nie jest łatwe, ale w każdym razie przetłumaczyła trochę jego tekstów, które czytaliśmy z entuzjazmem. Dlaczego? Ponieważ na jednej stronie tekstów św. Efrema syryjskiego - powtarzam: na jednej stronie jego tekstów - jest więcej obrazów niż w całej teologii ostatnich dwóch, trzech wieków. Teologia ostatnich dwóch, trzech wieków to są idee i pojęcia; nie ma obrazów. Co to oznacza? Oznacza to dwie rzeczy. Po pierwsze, że jesteśmy daleko od życia, bo życie to obrazy. Po drugie, że nie zna się i nie uwzględnia Ducha Świętego, bo Duch Święty to Ten, który wciela i przemienia. Owszem, wokół nas jest pełno obrazów; tyle że nie w teologii, ale w internecie. Nie są to jednak obrazy duchowe. A każda strona tekstu św. Efrema jest pełna obrazów życia przemienionego. To świadectwo, że jest on jednym z tych, którzy wierzą i znają misterium życia. Kiedy znikają obrazy duchowe, a pozostają tylko idee, to znaczy, że mamy do czynienia z poznaniem, które nie ma nic wspólnego z życiem. To również, z drugiej strony, generuje tendencje naturalistyczne. Ale gdybym ja przedstawiał Chrystusa ukrzyżowanego dokładnie tak, jak wyglądał o godzinnie trzeciej popołudniu, w sposób naturalistyczny, fotograficznie doskonałego, to nie zrobiłbym dokładnie nic. Tamtego dnia widziało Go wielu, a nikt w Nim nie rozpoznał Syna Bożego, Zbawiciela świata. Obrazy realistyczne nie służą niczemu, jak tylko temu, by ograniczyć wizję duchową. Tak samo jest z obrazami idealistycznymi. Niczemu nie służą, jak tylko temu, by sprawić zawód światem, który nie istnieje. Obrazami duchowymi są te, które komunikują życie Boże. Teologia, która takich obrazów nie tworzy, pozostawia wielki znak zapytania. W czymś się bardzo pomyliliśmy. Pozostały idee i prawo, a Europa jest teraz zarządzana przez idee naukowe i prawo bankowe. Nie widać drogi wyjścia, a my, chrześcijanie, gdzie jesteśmy? Połknięci przez filozofię i prawo?!

Marko Ivan Rupnik SJ

---------------------------------------------------------------------

Bądźcie przyjaciółmi Ducha Świętego, by przylgnąć do Chrystusa
homilia – dziesiąta niedziela zwykła (rok B) – 10 czerwca 2012
Rdz 3, 9-15; Ps 130, 1-2.3-4.5-7a.7bc-8; 2 Kor 4, 13-5,1; Mk 3, 20-35

W tym fragmencie Ewangelii pojawia się poważna trudność egzegetyczna, stanowiąca trudną przeszkodę dla Ojców, jak również dla współczesnych egzegetów. Zobaczymy na czym polegała ta kwestia, by później zobaczyć, jakie konsekwencje duchowe może ona mieć dla nas. Jaka jest scenografia? Chrystus stoi na brzegu jezioro i przychodzi do Niego wielki tłum ludzi z Galilei i Judei, z Jerozolimy, z Idumei i Zajordania, z Tyru i Sydonu. Ten wielki tłum zarówno Żydów, jak i nie-Żydów, to obraz powszechnej ludzkości. Tłum przychodzi, bo Jezus robił wielkie rzeczy, a wszyscy, którzy byli dotknięci przez zło, przychodzą tam, aby Go dotknąć. Ewangelia mówi i jest to interesujące, że chęć dotknięcia Go była tak mocna, że ludzie fizycznie Jezusa ściskali. Jest to więc doskonała scenografia na pojawienie się Zbawiciela. Ludzkość zmęczona, zraniona i krwawiąca, zdążająca ku śmierci, czuje, że przyszedł Zbawiciel. Przylgnięcie do Jezusa tych, którzy potrzebują zbawienia, jest widoczne nawet fizycznie. Kiedy duchy nieczyste widzą to wszystko, rzucają się na ziemię, padają przed Chrystusem na twarz i wołają bardzo głośno: "Ty jesteś Syn Boży". A więc jest prawdą to, co mówi Bierdiajew, że zły duch jest wielkim teologiem. To jest nieco ryzykowne stwierdzenie dla nas teologów, ale jest prawdą. Złe duchy znają Chrystusa, ale On zabrania im surowo tego, by Go ogłaszały. Złe duchy wiedzą, mają wiedzę o Jezusie i to bardzo poprawną: "Ty jesteś Syn Boży". Tymczasem właśnie ta sytuacja pokazuje, że naprawdę główna kwestia nie polega na wiedzy. Wczoraj mówiliśmy o uczonych w Piśmie, którzy wiedzą i nie ruszają się z miejsca. Złe duchy wiedzą, umieją i ruszają się z miejsca: padają na twarz, a więc nawet pobożność nie jest całkiem gładka. Można padać na twarz, można odprawiać ceremonie zachowując wskazania rubryk precyzyjnie w najdrobniejszych szczegółach, ale nie musi to być czyste, ponieważ także demon potrafi to robić. Złe duchy znają Chrystusa, padają na twarz, a jednak nie przylgną do Niego.

Potem Jezus opuszcza brzeg jeziora i wychodzi na górę, by spośród wielkiego tłumu wybrać Dwunastu. Już samo to kryje w sobie wielkie orędzie. Z jednej strony bowiem jest wielki tłum, z drugiej bardzo osobiste wezwanie Dwunastu. Potem Jezus z tą małą grupą znów zstępuje na dół i wchodzi do domu. Najpierw szedł znad jeziora na górę, a potem z góry do domu. Dom to mieszkanie człowieka. Więc jako że Jezus Chrystus to zejście Boga w człowieczeństwo (Bóg, który stał się człowiekiem), teraz musi wejść do tego domu. Musi w jakiś sposób wypełnić i przyjąć ten dom. Kiedy wchodzi do domu przychodzą Jego krewni, bo są przekonani, że odszedł od zmysłów, że trochę źle się czuje. To również jest trudną wiadomością, ponieważ są to Jego bliscy. Krewni chcą Go stamtąd ze sobą zabrać, Natomiast uczeni w Piśmie, wielcy specjaliści, mówią, że On nie jest chory, ale że jest opętany, że ma Belzebuba, głównego przywódcę potężnych złych mocy. Uczeni w Piśmie mieli mocny argument, który musiał wywrzeć wielki wpływ na ludzi: "Widzicie, że demony padają przez Nim na twarz, bo On jest przyjacielem ich przywódcy. Działa w imieniu przywódcy, więc złe duchy się Mu podporządkowują. Szanują Go, bo ma w sobie Belzebuba, przywódcę demonów". Pułapka jest bardzo mocna. Uświadamiamy sobie, że uczestniczymy w prawdziwej walce duchowej dotyczącej uznania Chrystusa. Tu otwierają się pierwsze drzwi. Jezus wspomina o Duchu Świętym. Do tej pory była mowa o duchach nieczystych, a teraz o Duchu Świętym.

Chrystus mówi uczonym w Piśmie, że nie myślą poprawnie, bo jeśli królestwo zła jest podzielone, a przywódca demonów stanął przeciw sobie samemu, to jego królestwo jest skończone. Jezus więc mówi: "Co wy mówicie?", a potem podaje bardzo ważny przykład dla zrozumienia tego. Ukazuje w ten sposób, że to On jest najmocniejszy, że to On jako najmocniejszy wyrzuci z domu mocarza, który panuje w tym domu. Chrystus przyjął człowieczeństwo, a to człowieczeństwo jest zdane na pastwę demonów zbuntowanych przeciw Bogu, które nie chciały służyć i pobudzają innych przeciw Bogu, ale są bardzo eleganckie. Umieją wszystko i robią wszystko zgodnie z regułą. Upadają na twarz i ogłaszają w sposób dogmatycznie nienaganny tytuł Chrystusa: "Syn Boży". Ale człowieczeństwo, według nich, nie może do Chrystusa przynależeć, tymczasem Chrystus przyszedł na świat jako człowiek i przyszedł właśnie dlatego, bo On jest mocniejszy i wyrzuci precz tego, który jest mocny. I właśnie w tym momencie Chrystus wypowiada to ważne zdanie. Mówi: "Kto by jednak zbluźnił przeciw Duchowi Świętemu, nigdy nie otrzyma odpuszczenia".

Jak zauważyliście, w tej sytuacji dotąd nie mówiło się o Duchu Świętym. Dotąd nikt o Nim nie wspomniał. Tym bardziej nikt przeciw Duchowi Świętemu nie bluźnił. Dlaczego więc Jezus powiedział to, co powiedział? Powiedział to, bo szukać samemu - powtórzę: szukać samemu - dróg wyjaśnienia oznacza dać wcześniej czy później posłuch duchom nieczystym, które sprowadziły ludzi z drogi, zwiodły ich i zablokowały im drzwi dostępu do Chrystusa. Jak zabarykadowały te drzwi? Ukazując, że można znać Chrystusa, że można wiedzieć wszystko o Chrystusie, że można nawet przed Nim upaść na twarz; ukazując to tak, jakby to już było wszystko. Tu zaczynamy być na polu bardzo drażliwym pod względem duchowym. Jak bardzo byliśmy przekonani, że wystarczy wiedzieć i że wystarczy spełniać jakieś praktyki. Tymczasem zupełnie czymś innym jest przylgnąć do Chrystusa. Wydaje się, że pójście za naszymi poszukiwaniami i wszystkimi pułapkami szatana, nie uwzględniając Ducha Świętego, który sprawił, że Chrystus-Syn Ojca to jest dzieło Ducha Świętego, że Syn Boży znowu za sprawą Ducha Świętego stał się człowiekiem, aby wyzwolić ludzkość z mocy grzechu (oto sens Wcielenia: "dla nas i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba"), aby wyzwolić nasz dom, wydaje się, że już to jest bluźnierstwem przeciw Duchowi. Św. Paweł i św. Jan wyjaśnią to później jeszcze klarowniej, że tymi, którzy chcą negować konkret cielesny Chrystusa jako Boga, są z pewnością złe duchy. Jedynie w Duchu Świętym Chrystus jest moim Panem i moim Zbawicielem; inaczej jest jedynie wielką postacią. Może nawet uznam Go za Syna Bożego, ale za nie mającego ze mną nic wspólnego. Tak, iż w innym wydarzeniu w Kafarnaum złe duchy powiedzą wprost do Jezusa: "Co Ty masz wspólnego z nami?". Złe duchy chcą, żebyśmy wiedzieli wszystko, a nawet żebyśmy Jezusa Chrystusa czcili, byle On nie miał z nami nic wspólnego. By sprawić, że Jezus będzie miał coś wspólnego z nami, jedynym dostępem jest Duch Święty. Szukać jakiejkolwiek innej drogi, samemu naszym umysłem czy w jakikolwiek sposób, oznacza wpaść w pułapkę złego ducha i móc nie dojść do przylgnięcia do Chrystusa.

Chrystus kończy swoją wypowiedź (tak kończy się dzisiejsza Ewangelia) wyjaśniając dokładnie to, czego zły duch nie może zrobić. Zły duch nie może spełnić woli Boga. Jak powiedzieliśmy wczoraj, nie można pełnić woli Ojca, jeśli się nie jest dzieckiem, a bycie dzieckiem Ojca to jest dzieło Ducha, który w nas ustanawia tę tożsamość dzieci i uczy nas zwracać się do Boga: "Abba, Ojcze". Bez Ducha Świętego nie można do tego dojść. Myślenie o innym pochodzeniu Chrystusa aniżeli Ojciec i innym motywie przyjścia Chrystusa niż zbawienie człowieka jest grzechem przeciwko Duchowi. Ostatecznie można nawet [bez Ducha Świętego] zaproponować chrześcijaństwo ze wszech miar słuszne i poprawne, tyle tylko, że nie wypełniające woli Ojca, bo pełnienie woli Ojca jest dziełem Ducha. Jak to zrobić, jak wypełnić wolę Ojca? Zacznijmy wzywać Ducha Świętego! Często wzywajcie Ducha Świętego! Wołajcie Go! Nie róbcie rzeczy dziwnych! Po prostu zacznijcie być przyjaciółmi Ducha Świętego! Wołajcie o Jego żar, kiedy serce jest zimne! Kiedy widzicie szarość, wołajcie o Jego kolor! Kiedy jest mgła, wołajcie o Jego poznanie! Kiedy jest ciemno w sercu, wołajcie o Jego światło! Kiedy serce się zacieśnia w zemście czy gniewie, wołajcie o Jego miłość! Pamiętajcie często o Nim! Głaszczcie Go, bądźcie czuli wobec Niego, a Duch uczyni was bardzo czułymi! To jest przyjęcie Ducha Świętego.

Zamiast opierać się na sobie, spróbujcie oprzeć się na Nim! To oznacza oddać pierwszeństwo Duchowi. A On wam udzieli tego wszystkiego, co Chrystus uczynił dla was jako samo wasze życie, które należy całkowicie do was bardziej niż ciało od rodziców. On da wam poznać Chrystusa jako coś całkowicie waszego. To w tym tkwi moc. Tak jak o. Tomáš Špidlík SJ cytował zawsze pewnego czeskiego poetę. Ów poeta, Wolker, nigdy nie widział morza i chciał je zobaczyć. Zawieziono go do Dalmacji, szukał morza, bo chciał je widzieć, chodził na szczyt rano i wieczorem, ale morza nie widział. Pewnego dnia w gospodzie, gdzie poszedł coś zjeść, zobaczył wchodzących marynarzy-rybaków. W ich oczach odkrył morze. Oni mu to przekazali jako ich doświadczenie. Tak właśnie Duch Święty przekazuje Chrystusa jako wasze doświadczenie, jako coś całkowicie osobistego i równocześnie całkowicie Chrystusowego.

Marko Ivan Rupnik SJ

---------------------------------------------------------------------
---------------------------------------------------------------------

w tekstach spisanych z nagrania na żywo homilii,
zachowano styl języka mówionego;
korzystamy z tłumaczenia na żywo Danuty Piekarz
(red.)
---------------------------------------------------------------------
---------------------------------------------------------------------

 

SZKOŁA WIARY
dotychczasowe spotkania

 

  • Wierzę… Co to znaczy? 4-6 XII 2009
    M.I. Rupnik SJ i N. Govekar

    relacja.
    homilie.
  • „Wierzę w Boga Ojca Stworzyciela” 3-6 VI 2010
    M.I. Rupnik SJ, M. Campatelli, N. Govekar i K. Wons SDS
    zapowiedź.
    relacja.
    homilie.
  • „Dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba” 23-26 VI 2011
    M.I. Rupnik SJ, N. Govekar i M. Tenace,
    K. Wons SDS, R. Stankiewicz SDS, J. Stencel SDS i P. Szyrszeń SDS

    zapowiedź.
    relacja.
    homilie.
  • „I za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy” 7-10 VI 2012
    M. Campatelli, N. Govekar, M.I. Rupnik SJ i M. Tenace,
    R. Stankiewicz SDS, J. Stencel SDS, P. Szyrszeń SDS i K. Wons SDS
    zapowiedź
    .

   

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl