O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Szkoła Wychowawców WSD 2009-2011 - rekolekcje - etap II


Szkoła Wychowawców WSD 2011-2013
sesja X: 8-16 stycznia 2013 r.

Rekolekcje Lectio Divina 
etap II - Ewangelia św. Mateusza

W dniach od 8 do 16 stycznia 2013 r. odbyły się rekolekcje lectio divina. W rekolekcjach wzięli udział uczestnicy dwuletniej Szkoły Wychowawców Seminariów Duchownych Diecezjalnych i Zakonnych 2011-2013.

Wprowadzenia do tekstów biblijnych z Ewangelii św. Mateusza dawał ks. Krzysztof Wons SDS, a odprawiającym ćwiczenia duchowne towarzyszyło siedmioro kierowników duchowych.

Dziękujemy za modlitwę w intencji uczestników,
prowadzących i kierowników duchowych!

---------------------------------------------------------------------

HOMILIE
wygłoszone w czasie rekolekcji

Meditatio w synagodze: miłosierdzie nie jest tanim aktem łaski
homilia – czwartek 2. tygodnia po Narodzeniu Pańskim, 10 stycznia 2013
1 J 4, 19 - 5, 4; Ps 72, 1-2.14.15bc.17; Łk 4, 14-22a

Ewangelista Łukasz, podobnie jak Mateusz, który nas prowadzi w tych rekolekcjach, kiedy pod natchnieniem Ducha Świętego pisał Ewangelię, miał przed sobą Ewangelię Marka. I także on, prowadzony przez Ducha, przywołuje te dni z życia Jezusa, kiedy Jezus wraca do Galilei i naucza w synagogach - jak zaznacza trzeci Ewangelista - „wysławiany przez wszystkich” („doksadzomenos hypo panton”). W tej informacji zawarty jest ważny szczegół. Jezus w Galilei wychwalany jest tak, jak wychwala się jedynie Boga. Łukasz używa czasownika „doksadzo” odnoszonego wyłącznie do samego Boga. Możnaby więc powiedzieć, że ci, którzy Go słuchają w synagogach, nawiązują z Nim relację głębszą. Tego, co do nich mówi, nie słuchają jedynie jak ludzkich słów. Słuchając ludzie słyszą w mowie Jezusa coś więcej, dlatego wychwalają Boga. To pierwsza prawda, nad którą warto się zastanowić, wsłuchując się w ten święty tekst w czasie rekolekcji. My, którzy studiujemy Pisma, studiujemy teologię, którzy jesteśmy - mówiąc dosłownie czy niedosłownie - obyci ze świętymi tekstami, możemy nie słyszeć już tego, co Boskie. Możemy przyzwyczaić się do słowa Bożego i jedynie po ludzku traktować to, co najświętsze. Prośmy więc dzisiaj o wiarę prostego ludu. Ksiądz wiarę nabywa, wiary się uczy najczęściej w swoim domu, najczęściej od swoich prostych i zwyczajnych rodziców, którzy nie ukończyli szkół teologicznych, którzy nie potrafili dokonywać egzegezy Pisma, ale mieli tak żywą wiarę w sobie, iż chwała Boga zamieszkała także ich synu, w nas. Także dzisiaj, jako kapłani, możemy wiele się nauczyć od ludzi zwyczajnych czerpiąc z prostej wiary tych, do których Bóg nas posyła.

Jezus „przyszedł również do Nazaretu, gdzie się wychował. W dzień szabatu udał się swoim zwyczajem do synagogi” - jak podkreślił św. Łukasz. Jezus przychodzi do rodzinnej synagogi. Prawdopodobnie sława Jezusa była tak wielka, iż przełożony synagogi nie tylko pozwolił Mu przeczytać święty tekst, ale także wygłosić mowę. „Duch Pański spoczywa na mnie”. My wiemy, że Jezus odnosi te słowa do siebie samego. Dokonuje szczególnej interpretacji księgi proroka Izajasza. Czyta dwa wybrane przez siebie teksty, najpierw z 58 rozdziału, a potem pomijając następne sięga do słów z rozdziału 62; łączy je ze sobą. Można powiedzieć, że Jezus dokonuje szczególnej meditatio, by Słowo wyjaśniało się przez Słowo. Lud, który słyszy tę interpretację, w pewnym momencie nie jest w stanie jej znieść, zdzierżyć. Prawdopodobnie dlatego wybucha skandal w synagodze, co wiemy z kontekstu, choć o tym dziś w Ewangelii nie słyszeliśmy. Zatrzymajmy się najpierw przy tych słowach Jezusa, ponieważ Jezus objawia się, jako Ten, który ogłasza rok łaski od Pana. Ewangelia wg św. Łukasza często jest nazywana Ewangelią miłosierdzia. Nauczanie Jezusa w synagodze łączy się z Jego słowami, którymi modlimy się dzisiaj w naszej medytacji na podstawie Ewangelii św. Mateusza (Mt 5, 17-48). My wiemy, że nasza dzisiejsza lectio kończy się słowami: „Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Mt 5, 48). Łukasz przywoła te słowa w inny sposób: „Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny” (Łk 6, 36).

Jezus przychodzi jako Ten, który ogłasza miłosierdzie Boże. Ogłasza to miłosierdzie trzem grupom ludzi: Ogłasza miłosierdzie ubogim, tym, którzy słuchają Go w więzieniach, oraz niewidomym. To trzy sytuacje ludzi, które mogą być - choć brzmi to dziwnie - sytuacjami sprzyjającymi, by otworzyć się naprawdę na Boże miłosierdzie. Co mam na myśli? Sądzę, że podzielacie choćby po części moje doświadczenie, że bardzo często pierwszym krokiem ku nawróceniu drugiego człowieka, więcej, że pierwszym momentem naszego osobistego nawrócenia, jest bardzo często ból i cierpienie. Wyznam szczerze, że te momenty w moim życiu, w moim kapłaństwie i w życiu tych, którym towarzyszyłem, były szczególnie mocne: bardzo często jakiś osobisty ból czy cierpienie sprawiają, że naprawdę zaczynamy Boga szukać. To cierpienie ludzi ubogich, czyli tych, którzy stracili wszystko, którzy już nie mają na kim polegać, którzy są kompletnie zależni, sprawia, że potrafią oni naprawdę uchwycić się Boga; wtedy potrafią jak dzieci wołać i krzyczeć do Boga, ponieważ tylko to jedno im zostało. To jest pierwsza sytuacja łaski, w której człowiek nareszcie odkrywa, że Miłosierdzie Boże istnieje, że Bóg daje nam swą łaskę naprawdę całkowicie darmo. Drugą sytuacją jest sytuacja uwięzionych, którzy tak bardzo doświadczają swojej bezradności wobec własnych zniewoleń, tak bardzo sobie z czymś nie radzą, że wreszcie zaczynają szukać pomocy. I wreszcie, trzecia grupa to ludzie niewidomi, ślepi. To obraz tych, którzy już o własnych siłach pójść nie potrafią, którzy nareszcie nauczyli się wyciągać ręce po pomoc, którzy dają się prowadzić jak dziecko. Wydaje się, że Jezus wyczytuje w sercach tych, do których mówi, wielkie cierpienie. To sytuacja podobna do tej, o której Ewangelista Mateusz wspomniał w kontekście (Mt 4, 23-25) i w samym kazaniu na górze (Mt 5, 1n). Cierpienie staje się niekiedy momentem błogosławionym i miejscem rzeczywistego spotkania z Bogiem. Spotkanie takie nie jest już formalne, ale staje głęboko żywym spotkaniem.

Jest coś ważnego w interpretacji proroka Izajasza, której dokonuje Jezus. Cytując słowa Izajasza Nauczyciel z Nazaretu pomija z drugiego tekstu dwa wersety. Najpierw pomija werset: „aby opatrywać rany serc złamanych” (Iz 61, 1), a potem nie dopowiada do końca słów Izajaszowych, zawiesza lekturę na słowach: „abym obwoływał rok łaski od Pana…” (Iz 61, 2a). Możemy zakładać, że Jego słuchacze, pobożni Żydzi, znający na pamięć proroctwo, zauważyli, że Jezus opuścił ostatnie jego słowa: „…i dzień pomsty dla naszego Boga” (Iz 61, 2b). Do tej interpretacji w dniu rozpoczęcia konklawe, 18 kwietnia 2005 r., nawiązał kardynał Joseph Ratzinger: „Czytając w Nazarecie proroctwo, Jezus nie wypowiedział tych słów - zakończył ogłaszając rok łaski. Być może to było powodem skandalu, który wybuchł po Jego przemówieniu? Nie wiemy. W każdym razie Pan dał nam autentyczną wykładnię tych słów, gdy poniósł śmierć na krzyżu. «On sam, w swoim ciele poniósł nasze grzechy na drzewo» - powiada święty Piotr (1 P 2, 24). A święty Paweł pisze do Galatów: «Z przekleństwa Prawa Chrystus nas wykupił - stawszy się za nas przekleństwem, bo napisane jest: Przeklęty każdy, którego powieszono na drzewie - aby błogosławieństwo Abrahama stało się w Chrystusie Jezusie udziałem pogan i abyśmy przez wiarę otrzymali obiecanego Ducha» (Ga 3,13)”. Pan Jezus urwał słowa proroctwa, choć w mniemaniu słuchaczy było skandaliczne, bo oni czekali na dzień pomsty od Pana na tych wszystkich, na których pomścić się chcieli. Jezus nie wygłasza tych słów, ponieważ On bierze na siebie cenę owej Bożej pomsty i na krzyżu, jak napisze św. Paweł, dla nas i za nas staje się przekleństwem. Jezus bierze nasze rany na siebie. Takiego Jezusa słuchamy. Taki Jezus przychodzi do nas także w dzisiaj rozważanym w czasie rekolekcji fragmencie Ewangelii św. Mateusza. To nie jest Jezus, który przychodzi z fajerwerkami, ani Jezus, który przychodzi z literą Prawa.

Jezus mówi bardzo konkretnie, że cała bieda nasza, która się odsłania w świetle Jego słowa, jest biedą, którą On bierze na siebie i niesie na Krzyż. Takiego Jezusa, który jest gotów wziąć na siebie całą biedę, którą odkrywamy w sobie, i ponieść ją na krzyż, chce się słuchać. Znów zacytuję kard. Ratzingera: „Miłosierdzie Chrystusa nie jest tanim aktem łaski, nie oznacza banalizacji zła. Chrystus dźwiga w swym ciele i na swej duszy cały ciężar zła, całą jego niszczycielską siłę. On unicestwia i przekształca zło w cierpieniu, w ogniu swej cierpiącej miłości. Dzień pomsty i rok łaski spotykają się w tajemnicy paschalnej, w Chrystusie umarłym i zmartwychwstałym. Taka jest Boża pomsta: On sam, w osobie swego Syna, cierpi za nas. Im bardziej dotyka nas miłosierdzie Pana, tym bardziej łączymy się z Jego cierpieniem - stajemy się gotowi dopełnić w naszym ciele «braki udręk Chrystusa» (Kol 1,24)” (homilia kard. Josepha Ratzingera wygłoszona w czasie Mszy św. rozpoczynającej konklawe, 18 kwietnia 2005 r.). Tę biedę, którą odkrywasz w sobie, być może w ukryciu i zawstydzeniu przed Bogiem, Jezus bierze na siebie. Unicestwia i przekształca całe nasze zło w cierpieniu, w ogniu swojej cierpiącej miłości. Dlatego właśnie bardzo często w naszym życiu cierpienie staje się miejscem, w którym potrafimy najlepiej się modlić i wołać do Boga, i rzeczywiście do Niego wracać.

Krzysztof Wons SDS

---------------------------------------------------------------------

Mężczyzna o sercu dziecka, któremu Ojciec przysłał brata w potrzebie
homilia – piątek 2. tygodnia po Narodzeniu Pańskim, 11 stycznia 2013
1 J 5, 5-13; Ps 147, 12-15.19-20; Łk 5, 12-16

Moi drodzy, na drodze rekolekcji lectio divina modlimy się dziś słowem z Ewangelii św. Mateusza o modlitwie, poście i jałmużnie. Jezus uczy nas, byśmy podejmując te uczynki pobożne przyjęli postawę dziecka, a wystrzegali się obłudy. Jak się wydaje, poprzez słowo Ewangelii z dnia, Jezus pragnie nas raz jeszcze przekonać do przyjęcia postawy dziecka i wesprzeć w tej postawie w obliczu tych trzech rzeczywistości. Jezus jednak nie wygłasza kolejnej nauki, nie daje nam jakiegoś pouczenia, ale świadczy, daje przykład, sam przyjmując postawę dziecka. Prześledźmy pod tym kątem Ewangelię odczytaną przed chwilą w czasie liturgii.

Jezus widzi przed sobą trędowatego, który podjął wiele wysiłku, aby się do Niego dostać. Wiemy, że ów trędowaty powinien być w miejscu odosobnienia, tymczasem on się pojawił w mieście. Łamiąc zasady separacji, naraził się na krytykę i różne uwagi, a nawet na odrzucenie, zanim dotarł do Jezusa. Trędowaty upada przed Jezusem, przyjmuje postawę, jaką przyjmuje się wobec króla czy Pana, i prosi z głęboką wiarą: „Jeśli chcesz…”. Widzimy reakcję Jezusa, która jest reakcją Syna Bożego, - inaczej możnaby powiedzieć - reakcją dziecka Bożego. Jezus widzi olbrzymią biedę tego człowieka. Pamiętamy, że trędowaty to w zasadzie „chodzący trup”, człowiek totalnie zniszczony, umarły na poziomie społecznym, bo samotny, oddzielony od rodziny i przyjaciół, umarły na poziomie religijnym, nie może bowiem wchodzić do synagogi czy świątyni, jest pozostawiony całkowicie sobie samemu. Przepisy Księgi Kapłańskiej interpretowano tak, że chroniły zdrowych, a trędowatych skazywały na powolne umieranie. Co może zrobić Jezus, widząc przez sobą takiego człowieka? Wyobrażam sobie, że mówi do Ojca: „Tato, to Ty mi tego człowieka dałeś, przyprowadziłeś! Nie mogę go zostawić. Zostawiając go byłbym jak ktoś bez serca. Tato, Ty mi go dałeś!”. Jezus uzdrawia trędowatego. Oto - możemy powiedzieć - dar Jezusa, jałmużna Jezusa wobec trędowatego. Jezus zobaczył biedę człowieka i chce jej zaradzić, tak prosto i zwyczajnie, jak dziecko. Kontemplujmy Jezusa, Człowieka o sercu dziecka, któremu Ojciec „przysłał” brata w potrzebie, by udzielił mu jałmużny.

Zwróćmy uwagę na to, co robi, a najpierw na to, co mówi Jezus. Trędowaty z prostotą prosi Go: „jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić”. Jezus również odpowiada z całą prostotą: „Chcę, bądź oczyszczony!”. Jezus mówi zwyczajnie i prosto, jak dziecko, a potem dotyka trędowatego. To jeszcze ważniejszy moment! Jezus dotyka trędowatego, choć nie musiał tego czynić. Uzdrowienie człowieka chorego na trąd następuje poprzez słowo Jezusa, a nie poprzez dotyk. Tymczasem Jezus wcześniej go dotyka, a dotykając naraża się i to co najmniej z dwóch powodów. Dotknięcie chorego groziło zarażeniem się trądem, a jednak Jezus ten gest wykonuje. Dotyka, ponieważ kocha, ponieważ jest pełen miłości i czułości, takiej spontanicznej jak u dziecka, które widząc biedę czy chorobę chce pomóc, chce dać miłość temu, który został opuszczony, pozostawiony, skazany. Dotyk Jezusa jest na domiar złego jakiś nieroztropny czy nierozważny, bo może Jezusa uczynić rytualnie nieczystym. Wiemy, że Jezus nie jest nieroztropny, nie jest nierozumny. Ma serce kochające i proste, zdolne do narażenia się i do poświęceń. Możemy powiedzieć, że kontemplujemy tu post Jezusa, wyrzeczenie podjęte w imię miłości i większego dobra.

Kolejny przykład postawy dziecka: Jezus prosi trędowatego, żeby nikomu nic nie mówił. Tu nie chodzi o sekret mesjański, o którym wspomina św. Marek Ewangelista.; tu chodzi po prostu o to, by nie było rozgłosu, nie było sławy. Dziecko nie szuka sławy i popularności, nawet jeśli chce być chwalone, to nie szuka jakiegoś szczególnego rozgłosu, nie szuka fanów. Poniekąd można by tak powiedzieć, choć wydaje się to może dziwne, że Jezus zachowuje się tutaj jak grzeczne dziecko. Wypełnia przepisy, zasady, które dał Mojżesz. Nakazuje uzdrowionemu, by zgodnie z przepisami Prawa poszedł do kapłana, który zaświadczy, że ów człowiek jako zdrowy może wrócić na nowo do społeczności Izraela, by złożył przewidzianą ofiarę i od tego momentu mógł modlić się razem z innymi.

A potem widzimy, że do Jezusa ciągną tłumy, że jest rozpoznawany i staje się sławny. Tymczasem On oddala się na miejsce pustynne i modli się. Moi drodzy, któż z nas, duszpasterzy, w tym momencie, mówiąc obrazowo, „nie kułby żelaza póki jest ono gorące”? Wyobraźmy sobie, że ludzie zaczynają tłumnie do nas przychodzić, że jest jakaś akcja, że jakieś duszpasterstwo się rozwija… Czy nie angażowalibyśmy się jeszcze bardziej? Czy nie poświęcalibyśmy tym ludziom więcej czasu? Tymczasem Pan Jezus usuwa się na bok. Odchodzi, by być z Ojcem. Jak dziecko, najbardziej pragnie tego, by być z rodzicem. Jak syn pragnie cieszyć się Jego bezpieczeństwem i troską, czerpać od Ojca mądrość. Jezus świetnie wie, gdzie jest centrum Jego serca i życia, gdzie otrzymuje miłość, gdzie jest Jego centrum decyzyjne. Jezus wie, kiedy i gdzie jest miejsce wypoczynku, i kiedy i gdzie jest czas pracy. Stwarza sobie enklawę spotkania z Tatą, ową izdebkę modlitwy. Dzięki temu nie będzie marnował energii na aktywność niepotrzebną. Nigdy nie zrobi głupich rzeczy i zawsze będzie wiedział, jak działać. Na modlitwie doświadcza miłości Ojca i otrzymuje potrzebne wskazówki: gdzie iść i co robić. Modlitwa Jezusa to źródło Jego siły, do którego się ucieka, by nieustannie z niego czerpać. Odchodzi na modlitwę, by znaleźć odpoczynek i właściwe rozeznanie. Mógłby kontynuować aktywność i pracę, sławę i popularność. Tymczasem stwarza sobie możliwość spotkania z Ojcem. I tu pewna mała dygresja: tutaj, w ostatnim wersecie, jest użyty czas imperfectum, to znaczy, że takie odchodzenie na miejsce pustynne i modlitwa w miejscu osobnym były dla Jezusa czymś stałym, zwyczajem, nawykiem. Dziękujemy Ci, Panie, za delikatny przykład postawy dziecka w realizacji powołania apostolskiego, który jest dla nas tak budujący!

Dzisiejsza Ewangelia może być dla nas źródłem umocnienia i radości również z innego względu. Nasze rekolekcyjne pochylenie nad słowem Bożym może być dla nas trudne, może wiele nas kosztować. Zauważmy, że w dzisiejszej Ewangelii dwa razy dostrzegamy ścisły związek między słowem Jezusa i jego skutkiem w postaci uzdrowienia. Za pierwszym razem Jezus mówi: „Chcę, bądź oczyszczony!” i na słowo Jezusa trąd natychmiast ustępuje. Na słowo Jezusa dokonuje się uzdrowienie, trędowaty przyjmując słowo zostaje uwolniony. Po raz drugi związek ten widoczny, gdy słyszymy, że tłumy zbierały się, aby słuchać Jezusa i doświadczyć uzdrowienia ze swoich chorób. Ludzie słuchają słów Jezusa z pragnieniem uzyskania uzdrowienia. W czasie rekolekcji, moi drodzy, głęboko zanurzamy się w słowo Jezusa z nadzieją, że nasze zasłuchanie w Słowo wspaniale zaowocuje procesem uzdrowienia. Jesteśmy zapraszani, by docenić tę łaskę, łaskę słuchania, które uzdrawia, i z wiarą ją przyjąć.

ks. Piotr Wieczorek

---------------------------------------------------------------------

Zdobywając ludzi dla Boga, a nie dla siebie
homilia – sobota 2. tygodnia po Narodzeniu Pańskim, 12 stycznia 2013
1 J 5,14-21; Ps 149,1-2,3-4, 5 i 6a i 9b; J 3,22-30

Ujmująca jest naturalność Jana, zwanego Chrzcicielem: „Człowiek nie może otrzymać niczego, co by mu nie było dane z nieba”; więcej: w oryginale Jan mówi, że „człowiek nie może brać ani jednego, jeśli nie będzie dane mu z nieba”. Jan w ludziach, którzy do niego, do proroka, przychodzą, widzi dar z nieba. On, może wziąć jedynie to, co jest mu dawane. Nie wolno mu brać kogoś, kto nie zostałby mu dany przez Boga. Zabieranie tego, czego Bóg nie daje, jest kradzieżą. Jan Chrzciciel jest gwałtownikiem, gwałtownikiem Bożym (mówimy czasem), ale nie rozbójnikiem. Zdobywa Królestwo Boże z gorliwością, za cenę wyrzeczeń, ale nie plądruje Królestwa Bożego. Zdobywa ludzi dla Boga; nie wykrada ludzi Bogu. Przyjmuje tych, których Bóg mu daje, i w każdej chwili gotów jest ich oddać temu, który z woli Boga będzie im towarzyszył na dalszym etapie rozwoju ku pełni życia. Jako przyjaciel Oblubieńca cieszy się, że mógł towarzyszyć im w drodze do zaślubin i raduje się radością na bliski dzień małżeńskiego przymierza.

Branie ludzi, choć mi ich Bóg nie dał, i zatrzymywanie przy sobie wtedy, gdy powinni iść dalej, jest kradzieżą. Skorzystajmy ze słów dzisiejszego lectio, by wyjaśnić Słowo przez Słowo. Jezus mówi „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien” (Mt 10, 37). Kto kocha ojca duchowego lub matkę duchową, kierownika duchowego, bardziej niż Chrystusa, nie jest godzien Chrystusa. Jeśli kocham syna lub córkę duchową, penitenta lub penitentkę, bardziej niż mojego Pana, nie jestem godzien mojego Pana. Jeśli kocham dary Boże bardziej od Boga, nie jestem godzien Chrystusa. Abraham bardziej miłował Boga niż swojego syna, którego przecież otrzymał w darze od Boga. Dwunastoletni Jezus bardziej kocha Ojca Niebieskiego niż rodziców, których otrzymał w darze od Ojca Niebieskiego. Ten otrzymuje więcej darów Bożych, kto gotów jest w każdej chwili te dary Boże zwrócić Bogu, kto gotów jest pomnażać nie przywłaszczając ich sobie, ale traktując jako Bożą własność, którą w każdej chwili gotów jest oddać. Przypomnijmy sobie zakończenie przypowieści o talentach: „odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma” (Mt 25, 27-28).

W zdaniu „tamtemu TRZEBA wzrastać, mi zaś stawać się mniejszym” występuje charakterystyczne słowo greckie „dei”. W Piśmie świętym powraca ono zawsze tam, gdzie jest ukazane rozporządzenie woli Bożej, której Jezus jest poddany. Jezus jako dwunastolatek zapyta Maryję i Józefa: „nie wiedzieliście, że TRZEBA Mi być w sprawach Ojca mego?” (Łk 2, 49). Do Zacheusza powie „dzisiaj bowiem w domu twym trzeba mi pozostać” (Łk 19, 5). Również spotkanie z Samarytanką nie jest zbiegiem okoliczności, ale wypełnieniem zamysłu życzliwości Boga względem niej: „TRZEBA Mu było przejść przez Samarię” (J 4, 4). W pewien szabat Jezus uzdrowi kobietę od osiemnastu lat pochyloną i nie mogącą się wyprostować tłumacząc, że „NALEŻAŁO” to uczynić (Łk 13, 16). Jezus używa słowa „dei” zapowiadając misterium paschalne: „Syn Człowieczy MUSI wiele wycierpieć: będzie odrzucony przez starszyznę, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; będzie zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie” (Łk 9, 22; por. Łk 17, 25). A św. Piotr w jednej z mów podkreśli z mocą, że „TRZEBA, żebyśmy się dali zbawić” w imieniu Jezus, bo w żadnym innym zbawienia nie ma! Jeśli więc poznanie Imienia Jezus nie będzie wzrastać, czeka nas katastrofa, bo tylko w tym Imieniu jest moje i nasze zbawienie! Rozumiem już Jana.

Pomyślmy o naszych reakcjach, gdy słyszeliśmy przy różnych okazjach: „tamtemu trzeba wzrastać, mi zaś stawać się mniejszym”, „potrzeba…”, „wypada…”, „musi…”, „należy…”; „powinien…”. Takimi słowami jest w polskich tłumaczeniach oddawane owo greckie „dei”. Gdy pojawiają się na kartach Pisma Świętego mogą budzić nasz opór i przywoływać te odczucia, które stają się naszym udziałem, gdy coś trzeba, gdy wypada, gdy powinno się, gdy się musi. Jan Chrzciciel mówi „trzeba” i raduje się, a my? Raduje się radością, bo kontempluje zamysł i plan Boży, my chyba zbyt często słysząc „trzeba”, myślimy jedynie po ludzku. Dlatego bardzo potrzebujemy zanurzać się w Słowie Bożym, by wyrywało z patrzenia jedynie po ludzku, by pogłębiało nasz wzrok wiary i kształtowało prawdziwie Bożą mentalność,

Prorok znad Jordanu z prostotą przypomina nam: „Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał”. Odczytuję te słowa jako zaproszenie do troski o większą chwałę Boga, bym uznawał słowem i czynem wielkość Boga. Papież zachęcał, bym w Roku Wiary miał pod ręką Katechizm Kościoła Katolickiego. W indeksie tematycznym pod hasłem „wielkość” odnajduję trzy odsyłacze. Jeden z nich odsyła do punktu 306 KKK mówiącego o Opatrzności: „Bóg jest niezależnym Władcą swego zamysłu. W jego realizacji posługuje się jednak współudziałem stworzeń. Nie jest to znakiem słabości, lecz wielkości i dobroci Boga wszechmogącego. Bóg daje więc swoim stworzeniom nie tylko istnienie, lecz także godność samodzielnego działania, bycia przyczynami i zasadami wzajemnie dla siebie oraz współdziałania w ten sposób w wypełnianiu Jego zamysłu”. Mówiąc „potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał” Jan Chrzciciel uznaje zamysł Boży i świadomie włącza się w jego realizację. Staje się świadomym i z dobrej woli współpracownikiem Boga w dopełnianiu dzieła stworzenia, żeby ludzie osiągnęli pełnię życia. Wielkość Jana Chrzciciela polega nie tylko na tym, że pozwala Chrystusowi rosnąć. Jego wielkość polega na tym, że pozwala wzrastać ludziom, których Bóg mu powierzył. Oto źródło autorytetu Jana, bo prawdziwym autorytetem cieszy się ten, kto nie boi się, że inni go przerosną. Kto wchodzi w zamysł Boży, w Bożą mentalność, kto pozwala się prowadzić Bożemu Słowu staje się naprawdę autorytetem.

W dniu rozpoczęcia rekolekcji słuchaliśmy Ewangelii o rozmnożeniu chleba. Niewiele, które mieli do zaoferowania uczniowie, pięć chlebów i dwie ryby, stało się punktem wyjścia dla wielkiego dzieła dokonanego przez Jezusa, nakarmienia aż do sytości pięciu tysięcy mężczyzn. Ale uczniowie o otępiałym umyśle, o skamieniałym sercu, nie potrafią tego zrozumieć. Trzeba kontemplować wielkie dzieła Boga, których uczestnikami i współpracownikami Bóg nas czyni. Nie kręcić się wciąż wokół siebie, nie zabiegać o swoją wielkość, ale zabiegać o to, by ujawniła się wielkość Boga.

Piotr Szyrszeń SDS

---------------------------------------------------------------------

Czy znam sprawę Jezusa? Czy żyję życiem Jezusa z Nazaretu?
homilia – święto Chrztu Pańskiego, 13 stycznia 2013
Iz 42, 1-4.6-7; Ps 29, 1-4.9-10; Dz 10, 34-38; Łk 3, 15-16.21-22

Niedziela Chrztu Pańskiego po pierwsze rodzi w moim sercu wdzięczność za wielki dar chrztu świętego, za ten dzień, kiedy przede mną została otworzona brama Bożych darów, brama chrztu świętego, i mogłem wkroczyć w niezwykłe terytorium Pana Boga, by korzystać do dziś z Jego darów. Chrzest w Jordanie dla Jezusa był początkiem publicznej działalności, dla mnie dzień chrztu świętego był pierwszym dniem publicznego wyznania wiary. To prawda, że tego dnia uczynili to za mnie moi rodzice i rodzice chrzestni, cząstka lokalnej wspólnoty, ale przecież z dnia na dzień, z roku na rok, mój osobisty głos był coraz donośniejszy, coraz bardziej wyraźny. Mogę tylko pytać, jaki on jest dziś? Jakie jest dzisiaj moje osobiste wyznanie wiary, czy jest prawdziwe? Czy jest świadectwem o mojej zażyłości z Jezusem? Ten mój głos, który rósł w moim sercu i na moich ustach z dnia na dzień, zawsze jest głosem we wspólnocie kościoła. Nie wyobrażam sobie, abym ten głos zabierał wyznając wiarę poza tą wspólnotą. Wspólnota Kościoła potrzebuje mojego głosu, głosu mojej wiary; podobnie jak ja potrzebuję wspólnoty Kościoła i jej wiary, wszystkich głosów, które w tej wspólnocie są obecne.

Św. Piotr pyta dzisiaj mnie, czy znam sprawę Jesusa z Nazaretu, którego Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą. Wydaje się, że znam. Nie wiem tylko, co bym odpowiedział, gdyby apostoł zapytał, czy żyję sprawą Jezusa z Nazaretu? Czy w swoim życiu Jezusa z Nazaretu naśladuję? Zdaję sobie z tego sprawę, że idąc przez życie nie zawsze czynię dobrze, że jest w moim życiu wiele czynów, których się wstydzę, które nie licują z godnością człowieka ochrzczonego, a tym bardziej kapłana. Zdaję sobie sprawę, że idąc przez życie nie wszystkim przynoszę zdrowie, że wielu zarażam, niekoniecznie wirusem grypy, ale moją obojętnością, przeciętnością czy rutyną. Zdaję sobie sprawę i odkrywam to nie tylko w czasie rekolekcji, że jest w moim życiu wiele takich przestrzeni, gdzie swobodnie wkracza diabeł ze swoim jadem i zatruwa moje życie, gdzie potrzebuję ciągłego Bożego oczyszczania. Zdaję sobie sprawę z tego, że często w moim życiu gorliwość miesza się ze zniechęceniem i załamaniem. Jest też wiele sytuacji, kiedy sprowokowany, słusznie czy niesłusznie, nie tylko, że podnoszę głos i krzyczę, ale przeklinam czy wypowiadam słowa, których później się wstydzę, które później jest trudno odwołać i naprawić. Zdaję sobie sprawę, że często jak buldożer niszczę ludzi, którzy mają kondycję „nadłamanej trzciny” czy gaszę tych, których „knotek życia” ledwo się pali. Zdaję też sobie sprawę, że często uważam siebie za Mesjasza i próbuję zbawiać innych według własnych pomysłów i o własnych siłach, zapominając o ścisłej współpracy z Tym, który jest silniejszy i mocniejszy ode mnie, o współpracy z Jezusem Chrystusem. Tylko On gwarantuje, że to, co uczynię, będzie rokowało nadzieje na piękne, trwałe i wspaniałe plony w ludzkich sercach. Czy znam sprawę Jezusa z Nazaretu? Tak. Czy żyję sprawą i życiem Jezusa z Nazaretu? Tu wiele jeszcze mam do naprawienia.

Dzisiaj w Ewangelii słyszę również to zdanie: „Ten jest mój syn umiłowany, w którym mam upodobanie”. To piękna nowina o mnie i dla mnie, która mi przypomina, że w Jezusie jestem umiłowany, że na tę miłość nie muszę pracować, nie muszę na nią zasługiwać. Miłość Boga była na początku mojego życia i jest zawsze na początku każdego mojego dnia. To jest to „paliwo”, które On, Ojciec, który mnie kocha, nieustannie wlewa w moje serce. Obym nie był tylko zewnętrznie pięknym samochodem, ale bez paliwa. Może nie raz jestem wrakiem, gruchotem nadającym się do remontu, ale zawsze mogę być pewnym, że mój bak jest pełny; chyba, że się na to „paliwo” zamknę, że tego „paliwa” nie przyjmę i będę próbował coś robić bazując na atrapach ludzkiej miłości. „To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie”. Chcę zawsze pamiętać, że ostatecznie mam słuchać mojego starszego Brata, Jezusa Chrystusa, razem z Nim być sprawach Ojca i od Niego uczyć się posłuszeństwa. Tego uczyć się będę do końca życia, do ostatniego oddechu, kiedy mam nadzieję, że tak, jak On, Jezus, Ojcu Niebieskiemu powierzę moje życie i mojego ducha.

Ryszard Stankiewicz SDS

---------------------------------------------------------------------

Wolny więzień formatorem nowych pokoleń uczniów Chrystusa
homilia – poniedziałek 1. tygodnia zwykłego, 14 stycznia 2013
Hbr 1, 1-6; Ps 97, 1-2.6-7.9.12; Mk 1, 14-20

„Gdy Jan został uwięziony, Jezus przyszedł do Galilei i głosił Ewangelię Bożą”. Zatrzymajmy się przy informacji o uwięzieniu proroka znad Jordanu. Nie przechodźmy zbyt szybko do porządku dziennego nad okolicznością, z którą są związane początki publicznej posługi Jezusa. Przyznam, że już w Ewangelii ubiegłej soboty na swój sposób nie dawała mi spokoju informacja, że „jeszcze nie wtrącono Jana do więzienia”, dlatego chcę się dziś przy niej zatrzymać. Ta wzmianka przywołała w mojej pamięci list dziewięćdziesięcioletniego biskupa z Chin do uczestników synodu biskupów nt. nowej ewangelizacji, Ów biskup, który dwadzieścia lat swego życia (można powiedzieć, że najlepszych lat, bo od 37 do 57 roku życia) spędził w więzieniu, napisał m.in.: „(…) nasz Kościół w Chinach, zwłaszcza świeccy, zawsze aż dotąd zachował pobożność, wierność, szczerość i oddanie pierwszych chrześcijan, nawet znosząc pięćdziesiąt lat prześladowań. Pragnę dodać, że modlę się intensywnie i stale do Boga Wszechmogącego, by nasza pobożność, nasza wierność, nasza szczerość i nasze oddanie mogły uzdrowić letniość, niewierność i sekularyzację, które powstały poza granicami przez otwarcie i wolność bez hamulców .W Roku Wiary, w czasie waszych dyskusji synodalnych, możecie badać, dlaczego nasza wiara w Chinach zachowała się nienaruszona aż do dziś. Powiedział wielki chiński filozof Lao Tse: "Jak nieszczęście rodzi dobrobyt, tak w miękkości ukrywa się nieszczęście". W Kościołach poza Chinami, letniość, niewierność i sekularyzacja wiernych zaraziły wielu duchownych. Natomiast, w Kościele chińskim świeccy są pobożniejsi od duchownych. Czy pobożność, wierność, szczerość i oddanie świeckich chrześcijan z Chin nie mogłyby wstrząsnąć duchownymi na zewnątrz? (…)” (zob. www.zenit.org - >>>).

Pytam siebie, czy wierność uwięzionego świeckiego człowieka, Jana Chrzciciela, nie mogłaby wstrząsnąć mną, który dziś po raz kolejny, razem z rybakami znad Jeziora Galilejskiego, słyszę zaproszenie Jezusa: „Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi”. Patrzę na Jana Chrzciciela w więzieniu, ale wolnego. Patrzę na Piotra i Andrzeja, wolnych, bo zdolnych do pozostawienia sieci (zajęcia) natychmiast i pójścia za Jezusem. Patrzę na synów Zebedeusza, wolnych, bo zdolnych do pozostawienia ojca (osób) i wyruszenia za Jezusem. I pytam siebie, czy nie ma czegoś, co dziś mnie, na zewnątrz wolnego, zniewala. Nie jestem w więzieniu, ale czy nie jestem więźniem czegoś? Pytam siebie, ile we mnie kiedyś gorącym jest dziś letniości, ile we mnie kiedyś wiernym jest niewierności, czy ile we mnie kiedyś patrzącym na życie prostą wiarą jest dziś zeświecczenia? Patrzę na Jana Chrzciciela w więzieniu, wspominam prześladowanych chrześcijan, i mam dowód, że wierność i to wierność do końca jest możliwa. Patrzę na Jana, który milczy, a jednak jest słowem bardzo wymownym i donośnym. Herod tak je zapamięta, że słysząc wiadomości o Jezusie nauczającym i dokonującym cudów, będzie z uporem twierdził, że to Jan zmartwychwstał. I pytam siebie, czy moje życie - gdybym nic nie mówił - jest wymownym Bożym słowem, Bożą księgą?

Poruszające jest dla mnie milczenie Jan Chrzciciela w więzieniu. Nie narzeka, że mu Bóg życie zabrał, ale ciągle myśli o tym, któremu nie jest godzien rozwiązać rzemyka u sandałów, który jest Życiem i daje Życie. Nie koncentruje się na sobie, ale na Jezusie Chrystusie, czyli Mesjaszu, i o oczekujących Go rodakach. I czyni to, czego nie uczynili starsi ludu. Wysyła do Jezusa swoich uczniów z pytaniem: „Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?”. To jedyne słowa proroka jako więźnia zapisane w Ewangelii. Przyjaciel Oblubieńca i oblubienicy żyje pragnieniem, by jego bracia i siostry rozpoznali Mesjasza. A Jezus? Mówi: „Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie” i dodaje (zwróćmy uwagę na kolejność, zwłaszcza na końcu): „niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię”. Wydawać by się mogło, że największym cudem jest wskrzeszanie umarłych, tymczasem Jezus na końcu wymienia cud jeszcze większy: „ubogim głosi się Ewangelię”. Jezus głosząc słowo dokonuje większych cudów niż przywracanie życia doczesnego. Głosząc słowo ubogim Jezus daje pełnię życia, której nawet śmierć nie odbierze, daje życie wieczne. To nie jest słowo tylko dla uwięzionego Jana. To Dobra Nowina dla nas, być może więźniów czegoś.

Pytanie, które zadaje uwięziony prorok znad Jordanu, i odpowiedź Jezusa, sprawiają, że mogę ja i my wszyscy, przy końcu rekolekcji ze św. Mateuszem, możemy inaczej słuchać zaproszenia: „Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi”. Jezus - Rybak łowiąc Piotra i Andrzeja, Jakuba i Jana nie zabrał im życia, ale dał im życie. W świecie, w którym żyjemy, ryba wyciągnięta z wody umiera; wyciągając rybę z wody odbiera się jej życie. Jezus wyciągając owych rybaków od rybołówstwa, daje im pełnię życia. I obiecuje, że jeśli pójdziemy za Nim, uczyni nas takimi rybakami, którzy jak On będą ludziom dawać życie. Ktoś przekonany, że Jezus daje Życie, jest naprawdę pociągający. Jezus chce nas czynić pociągającymi.

Piotr Szyrszeń SDS

---------------------------------------------------------------------

To, jaką mocą człowiek działa, objawia się na pustyni
homilia – wtorek 1. tygodnia zwykłego, 15 stycznia 2013
Hbr 2, 5-12; Ps 8, 2a.5. 6-9; Mk 1, 21-28

Przyszli do Kafarnaum i zaraz w szabat wszedł do synagogi, i nauczał. Zdumiewali się Jego nauką: uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie. Był właśnie w ich synagodze człowiek opętany przez ducha nieczystego. Zaczął on wołać: „Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś: Święty Boga”. Lecz Jezus rozkazał mu surowo: „Milcz i wyjdź z niego!” Wtedy duch nieczysty zaczął nim miotać i z głośnym krzykiem wyszedł z niego. A wszyscy się zdumieli, tak że jeden drugiego pytał: „Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne”. I wnet rozeszła się wieść o Nim wszędzie po całej okolicznej krainie galilejskiej (Mk 1, 21-28).

   1. Jezus uczył jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie. A gdy wyrzucił złego ducha z człowieka opętanego, ludzie pytali: Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne. Pytamy: „Jaką mocą Jezus wyrzucał złe duchy i jaką mocą głosił słowo?”. Odpowiedź daje On sam: „Mocą swojego Ojca”. Jezus nigdy nie mówił sam od siebie, ale jedynie to, co Mu polecił Ojciec (por. J 5, 19; J 12, 49). Mocą Boga Człowieka jest moc Tego, który Go posłał – Ojca.
   Jednak zanim Jezus będzie głosił królestwo Boże i uzdrawiał mocą Ojca, uda się na pustynię i będzie się zmagał z inną mocą – mocą nieprzyjaciela Boga i człowieka. Na pustyni wcielony Boży Syn nie walczy ze złym w opętanym człowieku, ale z szatanem nacierającym wprost na Niego. Jezus pokonuje go we własnym człowieczeństwie.
   Powróciwszy z pustyni jako pogromca złego, będzie o sobie mówił: „Władca tego świata nie ma żadnego udziału we Mnie, nie ma nic swego we Mnie” (por. J 14, 30). Szatan nie ma żadnego udziału w Jezusie, ponieważ pokonał go, zdecydowanie i stanowczo odpierając wszystkie jego pokusy. A gdy faryzeusze będą Go oskarżać, że wyrzuca złe duchy mocą Belzebuba, władcy złych duchów, odpowie im, że czyni to „Bożym palcem” (por. Łk 11, 20).
   Jaką mocą my działamy i mówimy na co dzień? Oto jedno z najważniejszych pytań nie tylko na czas rekolekcyjnych zmagań. Odpowiedź na nie wcale nie jest prosta, jak mogłoby się wydawać. Nie chodzi bowiem jedynie o odpowiedź deklaratywną. Będzie ona możliwa, gdy – podobnie jak Jezus – udamy się na pustynię, gdy wejdziemy w ciszę i skupienie. To, jaką mocą działamy, może się też ujawnić w doświadczeniach granicznych: jakiegoś załamania, kryzysu, egzystencjalnej pustki, upadku.
   Jeżeli modlimy się codziennie, odprawiamy rekolekcje z hojnością i szczerością serca, to z pewnością ujawniają się nasze różne „moce” i „duchy”, zarówno te dobre, jak i te złe. Jeżeli nie pokonamy ciemnych mocy własnej duszy na pustyni w czasie rekolekcji i modlitwy, wówczas istnieje niebezpieczeństwo, że będziemy żyć, myśleć i działać pod ich wpływem w naszym życiu, być może nawet nie będąc tego świadomymi. Dopiero na pustyni w kryzysie, słabości, bezradności dowiadujemy się, kim tak naprawdę jesteśmy, na co nas stać, jakie są najgłębsze zamysły naszego serca.

   2. Ewagriusz z Pontu, Ojciec Pustyni z IV wieku, wielki mistrz życia duchowego, ciemne moce ludzkiej duszy ujmuje w trzy kategorie. Pierwszą z nich są moce pożądliwe: skłonność do nadużywania jedzenia i picia (Ewagriusz nazywa je wprost obżarstwem), nieczystość i chciwość.
   Druga kategoria ciemnych mocy ludzkiej duszy według pontyjskiego mnicha płynie z duszy popędliwej. To smutek, gniew i acedia. O ile sam smutek i gniew nachodzą duszę w pewnych sytuacjach, o tyle w acedii smutek i gniew stają się trwałą chorobą duszy. Acedia to – jak niektórzy określają – depresja duchowa.
   Trzecia kategoria ciemnych mocy związana jest z tak zwaną duszą racjonalną, z której pochodzi próżność – próżna chwała i pycha.
   Zauważmy, że nie tylko pożądliwość i popędliwość człowieka może być siedliskiem złych mocy, pokus czy też – jak nazywał je Ewagriusz – „demonów”. Mogą one gnieździć się także w ludzkiej racjonalności, „rozumności”. Jakże często odwołujemy się do naszej racjonalności, by „uzasadnić”, właśnie zracjonalizować własne dwuznaczne zachowania moralne.
   Bolszewicy dręczyli ludzi, odwołując się do racjonalności i „badań naukowych”. Cały ich system odwoływał się do filozofii Marksa i na nią nieustannie się powoływał. W łagrach sowieckich „naukowo” badano, ile gramów chleba musi człowiek otrzymywać, by mógł ciężko pracować przez kilka lat, a ile – by umarł w ciągu kilku miesięcy. Niemieccy uczeni zaś w okresie nazizmu z całą powagą mierzyli centymetrami ludzkie czaszki, by udowodnić wyższość rasy germańskiej nad innymi. Dzisiaj również media chętnie powołują się na badania „naukowe”, by podważać wartości religijne, duchowe i moralne.
   Pytajmy siebie, jaką mocą głosimy słowo Boże, posługujemy bliźnim, budujemy relacje z innymi? Odpowiedź na to pytanie nie jest wcale oczywista. Ostatnio głośno w mediach o rezygnacji z kapłaństwa znanego duszpasterza, na którego kazania przychodziły tłumy. Po rezygnacji z kapłaństwa w pożegnalnej mowie, którą zamieścił w Internecie, powiedział, że nie wierzy w sens życia, które prowadził przez minione lata, i postrzega je jako wręcz ucieczkę od życia i ludzkiej miłości. Rodzi się pytanie: Jaką mocą były mówione jego „słynne” kazania przez tyle lat?
   Pytajmy siebie, jaką mocą my działamy i mówimy. Pod wpływem jakiej mocy żyjemy na co dzień? Mówiąc pięknie o Jezusie, możemy robić na ludziach dobre wrażenie, a nawet więcej – możemy ludzi pociągać, a oni mogą iść za tym, co im proponujemy. Jednak to nie wszystko.
   Św. Ignacy Loyola zwraca uwagę, by uważnie badać duchy w każdym naszym działaniu, myśleniu i mówieniu. Dobrego ducha w naszych myślach i decyzjach poznajemy po stałości i wierności. Powinniśmy zatem zwracać uwagę na przebieg myśli. „Jeżeli ich początek, środek i koniec jest całkowicie dobry, zmierzający do tego, co jest w pełni dobre, jest to znak dobrego anioła. Ale jeśli przebieg myśli […] prowadzi ostatecznie do jakieś rzeczy złej lub rozpraszającej nas, albo mniej dobrej niż ta, którą przedtem dusza zamierzała, […] to jest wyraźny znak, że myśl taka pochodzi od […] nieprzyjaciela naszego postępu i zbawienia wiecznego” (Ćwiczenia duchowne, 333).
   Jeżeli w modlitwie i na rekolekcjach ujawniają się nasze negatywne moce, to dla nas wielka łaska. Tak bowiem poznajemy siebie i odkrywamy, co w nas wymaga zmagania i walki.

   3. Udzielam rekolekcji ponad dwadzieścia pięć lat i – jak zauważam – regułą jest, że osoby angażujące się w nie szczerze odkrywają bolesne doświadczenia z przeszłości, o których – jak im się wydawało – dawno zapomniały: doznane krzywdy, upadki, nierzadko upokarzające i wstydliwe. Gdy je wypowiadają na rozmowach kierownictwa duchowego, doświadczają ulgi, uwolnienia i uzdrowienia. Odkrywają, że to nie tyle same fakty z przeszłości je niszczą, ile zatrzymywanie się ich w sobie, pielęgnowanie i nieustanny lęk, że mogą się one ujawnić i stać się źródłem kompromitacji. Zły duch często straszy nas naszym własnym życiem i życiowymi doświadczeniami, wmawiając nam, że nasza historia jest jedynie pasmem cierpienia, krzywdy, grzechu czy też moralnego brudu.
   Ewagriusz zwraca uwagę, że na pustyni zły duch nie kusił Jezusa do „prymitywnego” obżarstwa, chciwości czy próżnej chwały, ale do lęku o własne życie. Zdawał się mówić Mu: „Jedz w końcu, bo po tak długim poście zachorujesz i w końcu umrzesz”. Wzbudzanie i potęgowanie lęku o życie to zasadnicza broń złego ducha w walce z człowiekiem, istotą kruchą i śmiertelną. Stąd właśnie rodzi się konieczność nieustannej konfrontacji tego, co myślimy i przeżywamy, w dialogu kierownictwa duchowego.
   Rekolekcje odprawiane w skupieniu i ciszy, podobnie jak Jezusowe kuszenie na pustyni, są czasem „eksperymentalnym”. Sam Jezus poprzez własne doświadczenie uczył się, jak należy postępować ze złym duchem, gdy ten zbliża się ze swymi zwodniczymi zamiarami i planami. „Był podobny do nas we wszystkim, prócz grzechu” (por. Hbr 4, 15) – a więc także w walce ze złym duchem. Jezus odkrywa, że kłamliwym słowom złego, który z takim znawstwem cytuje Biblię, musi dać odpór słowem Bożym. W walce duchowej nie liczy się samo brzmienie słowa, ale ukryty w nim duch.
   Mądrość Ewagriusza Pontu, jak zwalczać złego ducha, zawarta jest w jego dziele O sporze z myślami. Każdej pokusie i każdej złej myśli należy stawić czoła za pomocą słowa Bożego.
   Modlitwa i rekolekcje to czas odnajdywania stosownego słowa Bożego na złe słowo kusiciela. Nie samym chlebem żyje człowiek, ale każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych (Mt 4, 4). Na rekolekcjach i w modlitwie uczymy się władać słowem Bożym i tak przygotowujemy się do zmagań wewnętrznych, jak żołnierz uczy się władać bronią, przygotowując się do walki.

   4. Gdy odmawiam brewiarz, nieraz zatrzymuję się chwilę przy słowach: „Dobrze to dla mnie, że mnie upokorzyłeś, bo dzięki temu nauczyłem się Twoich ustaw, Twoich przykazań” (por. Ps 119, 71). Rekolekcje, codzienna modlitwa bywają nieraz czasem trudnym, a nawet bolesnym. Przychodzi nam bowiem niekiedy dotknąć naszych ludzkich granic. Odkrywamy wtedy różne nasze niemożności, często wręcz banalne, ale mimo to dokuczliwe. Trudno nam nieraz wytrzymać w czasie rekolekcji bez bliskich osób, telewizji, Internetu, włączonego telefonu komórkowego, komputera czy innych nowoczesnych gadżetów.
   Jeżeli odprawiamy nasze rekolekcje szczerze i z zaangażowaniem, dobrze wiemy, bez czego trudno nam wytrzymać, do czego jesteśmy przywiązani, jakie są nasze codzienne sztuczne podpórki. Odkrycie, że czegoś nam brak, czegoś nie potrafimy, jest dla nas upokarzające, ale właśnie dzięki temu poznajemy siebie i uczymy się zachowywania przykazań Bożych. Tak dowiadujemy się, jakie mamy życiowe protezy. Posługujemy się nimi tylko dlatego, że brak nam zaufania Bogu i zdania się na Jego miłosierdzie.
   W modlitwie Ojcze nasz jest siedem próśb. Aż dwie z nich, kończące tę modlitwę, odnoszą się do zagrożenia, jakim jest zło i zły: Nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego (por. Mt 6, 13). To nie przypadek. Poprzez nie Jezus przypomina nam o potędze kuszenia i nieprzyjaciela naszej duszy. Jezus zwraca nam uwagę na niebezpieczeństwo sprzeciwiania się Bogu, które stoi przed każdym z nas.

   Zakończmy tę refleksję modlitwą przygotowania do Komunii Świętej w rycie bizantyjskim: „Wierzę, Panie, i wyznaję, że naprawdę «Ty jesteś Chrystus, Syn Boga żywego», który przyszedł na świat zbawić grzeszników, z których pierwszy jestem ja. […] Przyjmij mnie dzisiaj, Panie, jako uczestnika Twojej mistycznej Wieczerzy, gdyż nie będę opowiadał wrogom Twoim Twoich tajemnic, ani też nie dam Tobie pocałunku jak Judasz, lecz jak łotr wyznaję Ciebie i wołam: «Wspomnij mnie, Panie, gdy przyjdziesz w swoim Królestwie. Wspomnij mnie, Władco, gdy przyjdziesz w swoim Królestwie. Wspomnij mnie, Święty, gdy przyjdziesz w swoim Królestwie». Niech uczestnictwo w świętych Twoich tajemnicach nie będzie dla mnie przyczyną sądu lub potępienia, ale niech będzie ono uzdrowieniem duszy i ciała. Boże, bądź miłościw mnie, grzesznemu. Boże, oczyść moje grzechy i zmiłuj się. Bez miary nagrzeszyłem, Panie. Przebacz mi”.

Józef Augustyn SJ

---------------------------------------------------------------------

Rekolekcje Lectio Divina
Centrum Formacji Duchowej - Kraków

  • 27 lutego - 7 marca 2013
    (
    etapy: I-IV) >>>
  • 25 kwietnia - 3 maja 2013
    (etapy: I-III i Pogłębienie) >>>
  • 30 czerwca - 8 lipca 2013
    (etapy: I-III i Pogłębienie) >>>
  • 2-10 sierpnia 2013
    (etapy: etapy: I-III i Pogłębienie) >>>
  • 3-11 września 2013
    (etapy: I-IV) >>>.
  • 4-12 grudnia 2013
    (etapy: I-IV) >>>.
Rekolekcje Lectio Divina
inne miejsca
  • Centrum Formacji Duchowej
    Salwatorianie - Trzebinia
    >>>
  • Pallotyni - Częstochowa >>>

Rekolekcje lectio divina - nagrania:

  • Krzysztof Wons SDS

  • Piotr Stawarz SDS, Piotr Ślęczka SDS,
    ks. Jakub Szcześniak, Piotr Szyrszeń SDS

 

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl