O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Homilia bpa Grzegorza Rysia na rozpoczęcie II roku zajęć Szko ...


„Czy potraficie wziąć odpowiedzialność
za grzechy tych, których formujecie?”
*


Bp Grzegorz Ryś
biskup pomocniczy archidiecezji krakowskiej

Homilia w czasie Mszy św. inaugurującej
drugi rok zajęć w dwuletniej Szkole Wychowawców
Seminariów Duchownych Diecezjalnych i Zakonnych
2013-2015

15 września 2014 r. - wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Bolesnej
Hbr 5, 7-9; Ps 31, 2-6.15-16.20; Łk 2, 33-35

To zdanie Symeona: „a Twoją duszę miecz przeniknie” wygenerowało całą bogatą ikonografię Matki Bożej Bolesnej, przedstawianej z siedmioma mieczami w sercu. Z pewnością, gdy słuchamy tych słów, mamy takie właśnie skojarzenia: wyobrażamy sobie Maryję z siedmioma mieczami w sercu i przypominamy sobie całą tę pobożną tradycję, wyrosłą z tego tekstu, a mówiącą o siedmiu Jej boleściach. Tyle że Symeon nie znał tej tradycji! Św. Łukasz też nigdy nie widział cudownego obrazu Smętnej Dobrodziejki u franciszkanów w Krakowie; więc i on nie miał takich skojarzeń! Dlatego ważne jest, abyśmy się pozwolili, choć przez chwilę, poprowadzić biblijnym skojarzeniom z mieczem. Miecz bowiem - ten, który ma przeniknąć Maryję - ma bardzo konkretne konotacje biblijne. Oczywiście, że nikt z nas do końca nie wie, co starzec Symeon albo co św. Łukasz miał na myśli czy do jakiego tekstu biblijnego się odwoływał mówiąc w tym momencie o mieczu. W komentarzach często się podkreśla, że może tu być mowa o mieczu, o którym słyszymy u proroka Ezechiela. W księdze proroka Ezechiela o mieczu jest bardzo dużo.

Cały dwudziesty pierwszy rozdział księgi Ezechiela mówi o mieczu Pańskim: to porażający tekst o mieczu, który jest zawieszony nad narodem i będzie uderzał na prawo i na lewo. Na naród izraelski przychodzi straszna kara i nikt nie zostanie oszczędzony, gdy ów miecz będzie szalał w Jerozolimie. Ten rozdział to porażający tekst, ale… on się zaczyna od tego, że prorok otrzymuje nieco łagodniejszy obraz: obraz lasu. Bóg mówi do proroka, by poszedł i powiedział narodowi, że jest podobny do lasu, który zostanie spalony. I wówczas Ezechiel skarży się Bogu, że już wystarczy tych przypowieści i symbolicznych obrazów, bo naród już mu wypomina, że mówi do niego w obrazach (por. Ez 21, 5). Bóg słucha Ezechiela i każe mu przekazać Izraelitom słowo: „wisi nad wami miecz, wyostrzony, błyszczący jak błyskawica, wyczyszczony, który wydobyłem z pochwy; będzie on ciął i zabijał” (por. Ez 21, 8-16). Ten miecz jest konkretny: to Babilończycy, którzy spadną na Jerozolimę i jej ludność wybiją do ostatniego człowieka.

Przytoczony tekst Ezechiela stał się znaczącą inspiracją dla Kiko, który napisał utwór muzyczny pt. „Cierpienie niewinnych”. Przejmujące są te frazy, kiedy śpiewa o mieczu, który wisi nad ludzkością, a który zostanie zwrócony przeciwko Jezusowi i Maryi. Zapowiedź z księgi proroka Ezechiela, o mieczu, który musi dosięgnąć naród, jest taka, że ten miecz uderzy w Jezusa, a Maryja, ponieważ jest bliska Jezusowi w wydarzeniu Krzyża i Odkupienia, również zostanie nim dotknięta. Ten utwór Kiko Argüello był wykonywany w Polsce dwukrotnie, 23 i 25 czerwca 2013 r., najpierw w Auschwitz-Birkenau, a potem w Lublinie. Byłem świadkiem pierwszego wykonania tego utworu, przy bramie wjazdowej do obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau; a gdy tam się czyta słowa Ezechiela, to się dostaje dreszczy. Ta intuicja Kiko jest głęboko ewangeliczna. Miecz bowiem, który miał dotknąć Izraela i całą ludzkość, który jest wymierzony w nas i winien nas niszczyć, przyjął na siebie Jezus i ten miecz przyjęła na siebie Maryja. Jezus wziął go na siebie w sposób całkowicie niezasłużony. „On się obarczył naszym cierpieniem, (…). Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, (…) za grzechy mego ludu został zbity na śmierć. (…)” (Iz 53, 4.5.8). Maryja, oczywiście na tyle, na ile to dla człowieka jest możliwe, w tym uczestniczy. Maryja - cała piękna, bezgrzeszna - uczestniczy w tym doświadczeniu. A ten miecz należy się wszystkim, ale nie tym Dwojgu. Tymczasem to właśnie Oni, Jezus i Maryja, biorą ten miecz na siebie i w siebie; dają się nim uderzyć.

Mówię o tym, ponieważ to podsuwa nam bardzo konkretny temat refleksji; nie wiem, czy taki temat był już kiedyś podejmowany z formatorami seminaryjnymi na organizowanych tu spotkaniach. Czy potraficie wziąć odpowiedzialność za grzechy tych, których formujecie? Kiedy się formuje ludzi, to ma się takie marzenie, że uformuje się ich fantastycznie; ma się to marzenie, że z naszych seminariów, postulatów czy nowicjatów, będą wychodzić sami święci. Bracia, a jak się zachowacie, gdy po roku albo dwóch się okaże, że człowiek, którego formowaliście i co do którego zdatności byliście absolutnie przekonani, tak że promowaliście go do święceń, niczego nie rozumie z wiary? Ja mam teraz takie sytuacje, które wracają do mnie jako do byłego rektora; dobrze, że na co dzień nie noszę piuski, bo by mi spadła, bo w takich momentach wszystkie włosy stają na głowie. Pojawia się w takich momentach straszna pokusa, żeby uciekać od odpowiedzialności, żeby powiedzieć: „Ja zrobiłem, co mogłem! Ja przecież zrobiłem, co mogłem! Byłem przy tym człowieku na całego! Więc, co mnie to teraz obchodzi! Nie wiem, gdzie on się rozsypał i dlaczego! Nie wiem, kiedy się to stało i co się stało potem, po drodze! To nie przeze mnie, może przez innych!”. To w nas siedzi dość głęboko. Na początku bieżącego roku była wizyta ad limina. W czasie tej wizyty idzie się również do Kongregacji ds. Duchowieństwa. Wcześniej tego nie słyszałem, więc może dla tego jednego zdania warto było pojechać do Rzymu, ad limina, żeby się dowiedzieć, że biskup odpowiada również za księży, którzy odeszli z kapłaństwa; że naprawdę za nich odpowiada; że powinien wiedzieć, co się z nimi dzieje; że powinien wiedzieć, co robią i jak żyją. I pamiętam swój pierwszy odruch, swoją pierwszą reakcję, która jest z jednej strony bardzo naturalna, ale również bardzo antyewangeliczna, na słowa prefekta Kongregacji, który mówił, że wszyscy, którzy piszą o zwolnienie z obowiązków wynikających ze święceń, piszą o tym, iż formacja seminaryjna była niedoskonała; powołują się na to, że formacja seminaryjna nie przygotowała ich na to…, na to… czy na tamto… Pamiętam, że śmiałem się w duchu z prefekta Kongregacji - może się kiedyś jeszcze z tego będę spowiadał - „Księże kardynale, a co miał napisać?”. Pojawił się we mnie wtedy taki bunt: „Jak można mieć pretensje do rektora, że nie przygotował alumna na wszystko?”. Pojawił się ten odruch: „To nie moja wina! To nie moja wina! Ja przecież zrobiłem wszystko!”.

Tymczasem wydarzenie zbawienia w Jezusie Chrystusie jest zupełnie odwrotne. On bowiem bierze na siebie winy nas wszystkich! Wziąć odpowiedzialność za to, o czym myślę: „Ja tego nie zrobiłem!”. Wziąć ją na siebie, oczywiście na tyle, na ile jest to możliwe. Wiadomo przecież, że wina jest nieprzekazywalna. Tymczasem trzeba stać przy człowieku, który odszedł - nie wiem nawet, w jaki sposób, ale stać przy takim człowieku - i mówić mu: „To jest też mój problem! Nie jesteś sam z tym problemem!”. Być przy człowieku, który - mówiąc skrótowo - nawalił, odszedł czy dokonał rzeczy strasznych. Trzeba wziąć w siebie miecz, który dla niego jest przygotowany i nad nim wisi. Ewangelia jest właśnie o tym i na tym polega „mechanizm” zbawienia w Jezusie Chrystusie. My sami często nie wiemy i nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo jesteśmy przeciwni takiemu myśleniu. Napisałem kiedyś książkę o inkwizycji. Pamiętam, że w czasie promocji tej książki, z sali padały takie pytania: „Jak papież Jan Paweł II może przepraszać za inkwizycję? Przecież on nie jest ani nigdy nie był inkwizytorem! Jak więc może Kościół przepraszać za grzechy swoich członków sprzed pięciu czy dziesięciu wieków?”. Te pytania w pewien sposób odbijają tę mentalność: „To nie moja wina! Ja nie jestem Torquemada, ja jestem Ryś!”. Fajnie jest ustawić się w takim dystansie, ale nie można. W promocji tej książki uczestniczył biskup Kazimierz Nycz, obecnie kardynał, który powiedział: „Właśnie zaprzeczyliśmy całemu chrześcijaństwu, które opiera się na tym, że On, Jezus Chrystus, wziął na siebie winy nas wszystkich. Jeśli tego nie rozumiemy, to znaczy, że nie rozumiemy chrześcijaństwa”.

Wziąć w siebie miecz, który jest dla kogo innego i mnie się nie należy, a przynajmniej tak mi się wydaje, że mi się nie należy, bo starałem się i robiłem wszystko, co w moich siłach, więc nie czuję się winny, a mimo to, biorę ten miecz, który jest w niego wymierzony, w siebie. To jest niesamowicie ważne i poważne pytanie skierowane nie tylko do obecnego tu księdza biskupa, choć ono do biskupów jest szczególnie skierowane: Co robicie z ludźmi, którzy odeszli? Na ile jesteście za nich odpowiedzialni? Na ile potraficie wziąć w siebie to, co jest mieczem przeciwko nim? To jest pytanie o cały obszar ekspiacji i wynagrodzenia za grzechy. Tę refleksję budzi jedno skojarzenie z mieczem, o którym mowa w 21. rozdziale księgi proroka Ezechiela. Przeczytajcie sobie, zachęcam, ten rozdział proroctwa Ezechiela, spoglądając na ten miecz oczami Maryi.

Drugie znaczenie miecza: miecz jest Słowem. Miecz jest symbolem Słowa Bożego. To bardzo głęboko nowotestamentalne, że Jezus Chrystus ma słowo, które jest jak „miecz obosieczny, przenikający aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku…” (por. Hbr 4, 12). Starzec Symeon mówi tu o Słowie Boga, które stało się człowiekiem, stało się Jezusem z Nazaretu; które jest Osobą. To Słowo Wcielone wymaga opowiedzenia się; domaga się radykalnych decyzji. Kiedy miecz tnie, to trzeba się ustawić albo z prawej albo z lewej strony, bo jeśli pozostaniesz pośrodku, rozetnie cię na dwoje. Masz być albo gorący albo zimny (por. Ap 3, 16)! I właśnie dlatego, że Słowo w Jezusie Chrystusie jest Osobą, rozumiemy to lepiej, bo do osoby podchodzimy albo z miłością albo z nienawiścią. Kochamy całym sercem i nienawidzimy całym sercem. Miłość i nienawiść to postawy, które angażują całego człowieka. Nie kocha się połową serca ani nie nienawidzi się połową serca. Jak kocham, to kocham; jak nienawidzę, to nienawidzę. Jeśli nienawidzę, - mówi o tym Katechizm - nie jestem zdolny do jakiejkolwiek miłości („nienawiść zamierzona jest przeciwna miłości” - KKK 2303). Miłość i nienawiść ogarniają całą osobę. Obojętność czy połowiczność pokazuje, że utraciliśmy podstawowy wymiar w wierze, jakim jest odniesienie do osoby. Słowo jest Osobą, Prawo Boże stało się Osobą, przykazanie Boże stało się Osobą. A najgorszą z postaw, wręcz obrzydliwą, jest obojętność względem osoby. Osobę się kocha albo… nienawidzi. Osoba domaga się decyzji, domaga się tego, by się opowiedzieć! Maryja, jak my wszyscy, mierzy się ze Słowem, które jest Osobą. To bowiem, że jest Matką Jezusa, jeszcze nie czyni Jej Jego uczennicą. To, że jest Matką Jezusa, jeszcze nie czyni Jej osobą wierzącą. To, co jest najbliższymi więzami w wymiarze ciała, nie czyni nas jeszcze uczniami Jezusa. Ile razy czytam ten fragment Ewangelii, myślę sobie, że - fizycznie rzecz biorąc - nie ma osób bliższych Chrystusowi niż my. Jesteśmy 5 centymetrów od Niego [stojąc przy ołtarzu - przyp. red.], ale ta bliska fizyczna obecność jeszcze nas nie czyni Jego uczniami.

---------------------------------------
* tytuł pochodzi od redakcji

w tekście spisanym z nagrania
zachowano styl języka mówionego
---------------------------------------

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl