O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  „Wstąpił do nieba, siedzi po prawicy Ojca...” 19- ...


SZKOŁA WIARY
„Wstąpił do nieba, siedzi po prawicy Ojca...”
19–22 czerwca 2014

T E K S T Y   H O M I L I I
wygłoszonych w czasie sesji

---------------------------------------------------------------------

………
homilia - uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej, 19 czerwca 2014 r.
Pwt 8, 2-3. 14b-16a; Ps 147B, 12-15.19-20; 1 Kor 10, 16-17; J 6, 51-58

……….

---------------------------------------------------------------------

Być dojrzałym duchowo, to znaczy mieć oko „niepodzielone”
homilia - piątek 11. tygodnia zwykłego, 20 czerwca 2014 r.
[wygłoszona w sanktuarium św. Jana Pawła II w Krakowie]
2 Krl 11, 1-4.9-18.20; Ps 132, 11-14.17-18; Mt 6, 19-23

Ewangelia mówi dziś o czymś, co dotyczy i to głęboko sztuki. W Ewangelii mowa jest o oku. I kiedy jest mowa o oku zdrowym, Ewangelista używa greckiego przymiotnika „haplous”. Słowo „haplous” oznacza „prosty, cały, niepodzielony”. Pan Jezus zachęca nas więc, żeby nasze oko było proste. I faktycznie w dawnej ikonografii, np. koptyjskiej, spotkamy się z wielkimi oczami namalowanymi tylko jednym kolorem. A to wcale nie jest takie łatwe, aby na twarzy, jasnej twarzy, umieścić wielkie oko, które praktycznie całe jest źrenicą. Istnieje niebezpieczeństwo, że można zdekomponować oblicze. A jednak dojrzałość duchowa tkwi w tym, żeby mieć takie właśnie „proste” oko. Być dojrzałym duchowo to dojść to tego, by mieć takie „niepodzielone” oko. Dlatego oczy postaci z naszych mozaik i ich ciemna część wykonane są z jednego tylko kawałka kamienia. To wymaga od nas wielkiego trudu, bo trudno jest tak znaleźć taki kamień, żeby uzyskać tylko jeden jego kawałek. Ale to jest ważne, bo jeśli oko wykonane jest z jednego kawałka, to oddaje to prawdę, [że jest ono niepodzielone]. Wykonując mozaikę nie można się bawić czy grać. Jeśli masz trzy albo cztery kamyki możesz próbować grać na wrażeniach odbiorcy, ale sztuka impresjonistyczna nie jest liturgiczna. My nie możemy grać na wrażeniach. Sztuka liturgiczna ma ukazywać prawdę. A liturgia to nie jest wrażenie; liturgia to prawdziwe wydarzenie! Stąd można powiedzieć, że droga do dojrzałości duchowej to droga stopniowego oczyszczania oka; to droga dochodzenia do tego, by mieć oko „z jednego kawałka”. Dlatego również wykonując mozaikę nie można udawać. Nie można układać kamyków tak, aby oddziaływać na wrażenia. Ojcowie nazywali to „proste” oko okiem „świetlanym”. Dlaczego? Bo jest ono okiem, które nie ma w sobie zainteresowania jedynie sobą. Bo jest całe skierowane na osobę - na kogoś, na kogo patrzy. Nie jest skierowane do siebie, do własnego wnętrza, ale całe jest w relacji. A kiedy oko nie zważa już na swój własny interes, staje się kontemplacyjne. Potrafi odnaleźć Boga we wszystkich rzeczach, potrafi trwać z nimi w komunii. Oto nasz sens: wielbić Boga w historii i znaleźć się zjednoczonym z Nim.

Kiedy natomiast Ewangelia dzisiejsza mówi o oku złym używa w języku greckim słowa „ponēros”, które oznacza „zły”, a nawet „złośliwy”. Jako że chodzi o oko, z pewnością oznacza to słowo oko „skąpe, zawistne”. Ewangelista Mateusz użyje tego słowa ponownie na przykład w rozdziale dwudziestym. Gospodarz z przypowieści zwraca się do jednego ze sług: „Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym (ponēros) okiem patrzysz, że ja jestem dobry?” (Mt 20, 15). Przesłanie jest takie: jeśli twoje oko jest „ponēros”, czyli „zawistne”, już rozumiem, dlaczego się złościsz z tego powodu, że ja jestem dobry; jesteś zazdrosny o to, że Ja jestem dobry. To oznacza, że jest takie oko, które nie jest „proste”, ale jest złożone z zainteresowania sobą samym. I ten własny interes, to ukierunkowanie na siebie, staje się tak ważne, że oko nie potrafi już widzieć rzeczy takimi, jakie one są. Jeśli widzę rzeczy takimi, jakie one są, czyli widzę je takimi, jakimi widzi je Bóg, to widzę je w komunii z Bogiem, czyli jestem w komunii z Nim. Jeśli natomiast nie mam w sobie miłości Boga, a otrzymuję ją jedynie trwając w komunii z Nim, to jak mogę patrzeć z miłością na wszystko? Nie mając w sobie miłości Boga zawsze szukam czegoś dla siebie, a to stanowi przeszkodę w kontemplacji; to stanowi przeszkodę w komunii. Szukanie siebie stanowi przeszkodę w budowaniu Kościoła. Ten interes indywidualny to w dzisiejszych czasach nowotwór [toczący wspólnotę].

Powiedzieliśmy sobie w ten sposób kilka słów na temat, jak [na naszych mozaikach] wykonujemy oczy. Teraz chciałbym powiedzieć jeszcze o dwóch rzeczach. Przyglądając się naszym pracom, mozaikom, widzicie obrazy, ale również obszary bez obrazu, które możemy nazwać obszarami dekoracyjnymi. Jeśli się im dokładnie przyjrzycie, zauważycie, że wykonaliśmy z największą uwagą zarówno jedne, jak i drugie. Popatrzcie więc na te obszary, które są „tylko” dekoracyjne! Popatrzcie na przykład na tę ścianę, która ma 14 metrów wysokości; wznosi się bardzo wysoko, ale jest „tylko” dekoracyjna. Zauważcie, jaka jest różnica między ścianą za wami, na której nic nie ma, i wspomnianą ścianą z dekoracją. Część dekoracyjna jest bardzo ważna, bo gdy oko przesuwa się po kolejnych kamieniach, po złocie, etc., poprzez oko wchodzi w nas coś przyjemnego, pięknego, harmonijnego, żywego. A kiedy zaczynasz odczuwać w sercu to piękno i dobro, wtedy jesteś w stanie zrozumieć figurę; wtedy jesteś w stanie zrozumieć to, co dzieje się tutaj, przy ołtarzu; wtedy jesteś w stanie zrozumieć homilię… Dopóki nie czujesz się dobrze, nie rozumiesz. Ja mogę ci ofiarować rzeczy najlepsze, ale jeśli wewnątrz czujesz się źle, to wszystko przez ciebie „przepłynie”.

Część dekoracyjna jest piękna. A czym jest piękno? To jedność w różnorodności. Piękno to harmonia tego, co różne, różnorodne. Odkryć piękno to w różnorodności odkryć jedność. Czym jest Kościół? Kościół to komunia różnych osób. Dlatego Florenski mówi, że Kościół jest piękny. Są tam - jak w mozaikach - „kamienie” z całego świata: z Brazylii, Meksyku, Afganistanu, Kurdystanu, południowej Afryki, Niemiec, Włoch, Rosji, Grecji… A między nimi, ufam, jest harmonia. Również ściany każdego kościoła są rzeczywistością, w której wspólnota Kościoła wyraża prawdę o sobie. Jesteśmy tym, na co patrzymy. I dlatego jest tak ważne, że te ściany są żywe: są żywe, choć są z kamieni, bo komunia przemienia materię.

Na koniec przyjrzyjcie się witrażom. Poprzez nie wpada do środka światło. Wyobraźcie sobie światło tu wpadające przez witraże, kiedy zostaną one już wszystkie wykonane. Do Kościoła nie może wejść światło świata. Do wnętrza Kościoła może wejść tylko takie światło świata, które umarło i zmartwychwstało. Jak wchodzi się do wspólnoty Kościoła? Poprzez śmierć, poprzez chrzest. Tak samo rzecz się ma ze światłem świata, które wchodzi do katedr: wchodzi do nich niejako „przefiltrowane”. Również mozaiki są „przefiltrowane”. Wszystko zostaje przemienione. Światło, które godzi się umrzeć, zmartwychwstaje. Kamienie, które odważą się zrezygnować z własnej indywidualności, tworzą komunię. Jedno i drugie staje się obrazem tego, czym jest Ciało Chrystusa. A my wykonaliśmy to wszystko - mogę was o tym zapewnić, że cały ten wysiłek został podjęty - w jednym duchu. Każdego poranka my, artyści, gromadziliśmy się tutaj na Mszy świętej, a później w ciągu dnia staraliśmy się nieustannie wracać do tej myśli, kim jesteśmy: że jesteśmy Ciałem Chrystusa, że jesteśmy komunią. Można robić mozaiki, bo jest się mozaiką, a wśród nas są przedstawiciele czternastu narodów: prawosławni, grekokatolicy, łacinnicy… Nasza wspólna praca nie jest tylko afirmacją indywidualności, ale próbą zbierania w jedno darów obecnych w każdym z nas.

Marko I. Rupnik SJ

---------------------------------------------------------------------

Być „jak wszyscy inni”, ale nie jak możni tego świata!
homilia - wspomnienie św. Alojzego Gonzagi, zakonnika, 21 czerwca 2014 r.
2 Krn 24, 17-25; Ps 89, 4-5.29-34 Mt 6, 24-34
[czytania z soboty 11. tygodnia zwykłego (rok II)]

Zatrzymajmy się na moment przy dzisiejszym świętym. Są ostatnie lata szesnastego wieku. Ten chłopiec, który jest księciem i synem pierworodnym przygotowanym do przejęcia w dziedzictwie wielkiego bogactwa rodu Gonzagów, zostawia wszystko, a przede wszystkim rezygnuje z pierworództwa. To wywołuje prawdziwą rewolucję w rodzinie, tak że jego ojciec w liście do generała jezuitów pisze, że widział w nim jedyną nadzieję co wszystkich dóbr i co do kontynuacji w glorii nazwiska Gonzagów. Jednak ten chłopak w wieku siedemnastu lat miał odwagę z tym zerwać. Sam pisze, że dwór jest dla niego coraz bardziej ciasny. Pisze tak: „Szukam zbawienia, szukajcie go także wy! Nie można dwom panom służyć… Jest zbyt trudnym, by zbawić się będąc panem tego świata”. To zadziwiające, że chłopak w tym wieku rozumie, że jego pragnienie należenia do Chrystusa jest nie do pogodzenia z tym, co jest życiem Gonzagów (a Gonzagowie w ocenie wielu są przecież bardzo „katoliccy”). Rozumie, że są to dwie rzeczy nie do pogodzenia. Rozumie, że będąc na dworze nabywa się taką mentalność, która ma zupełnie inne centrum, inne epicentrum, i która w ogóle nie idzie po linii tego, czego oczekuje Jezus Chrystus. Popatrzcie, przez wieki byliśmy przekonani, że te dwie rzeczy idą w tym samym kierunku, tymczasem ten chłopak przeczuwał, że tak nie jest. Przeczuwał, że odkąd stajesz się człowiekiem honorów i zaszczytów, twoje życie pozostaje w kontraście z życiem Chrystusa, które nie było życiem zaszczytów tego świata. Alojzy w swoich medytacjach i listach niejako „przebiega” wszystkie te „cnoty” człowieka władzy, które są przeszkodą i których on nie chce praktykować.

Mówię o tym, bo władza jest niebezpieczna. Pomyślmy, że w naszych seminariach kształtujemy pewien klimat znaczenia duchowieństwa, a moim zdaniem trzeba by to całkowicie i na nowo przemyśleć. Bo kapłan to „szafarz” (wł. „ministro”), a to jest inne słowo na określenie „sługa”, bo jego zadaniem jest „służyć” (wł. „servire”). Tymczasem chłopcom, którzy przychodzą do seminarium, od razu ukazuje się tę ważną postać, postać rektora, który sam z siebie „nic nie robi” (nie ma parafii, nie wraca późną nocą z duszpasterstwa, nie zna - jak powiedziałby papież Franciszek - „zapachu owiec”), a jest otoczony chwałą ważności, nimbem znaczenia. To bardzo dziwne, bo seminarzyści powinni mieć przed sobą żarliwych duszpasterzy, którzy „mają ręce w cieście”, którzy „mają zakasane rękawy”, itd. Tymczasem mamy taki klimat, że kiedy gdzieś przyjedzie rektor wielkiego seminarium duchownego i równocześnie przyjedzie tam jakaś siostra pracująca np. wśród narkomanów czy prostytutek, usłyszymy: „przewielebny ksiądz prałat, przewielebny ksiądz rektor…”, bo to brzmi… A gdy później przyjdzie tam jakaś mama…? Widzicie, jesteśmy bardzo chorzy.

Ten chłopak, Alojzy, zrozumiał, że tak dłużej być nie może. Co więcej, wielkość Alojzego - jak mówił kard. Martini, dobry jezuita - polegała na tym, że zrozumiał, że wiara mieści się na innej płaszczyźnie niż państwo; że wiara jest jak sól i jak zaczyn, ale nie ma nic z potęgi tego świata. I dlatego Alojzy idzie do Rzymu, ale jego ideał wyraża się w słowach: „jak wszyscy inni”. Te słowa były jego motto: „jak wszyscy inni”. Nic z Gonzagów, ale „jak wszyscy inni”. Będąc w Rzymie nie chodzi do pałaców przyjaciół rodziny Gonzagów. Odbywa studia teologiczne. A wówczas w Rzymie wybucha straszna zaraza, epidemia tyfusu. Tu podkreślmy, że Ignacy Loyola założył zakon kapłanów, bo chciał by jezuitami byli jedynie kapłani, i kształtował w swoich ludziach siłę i pobudkę służby najmniejszym i najbardziej pokornym. I kiedy zaraza zaczęła dotykać Rzym trzeba to powiedzieć, że jezuici byli na pierwszej linii zmagań. Wszyscy jezuici i jezuici-studenci teologii służyli chorym i grzebali umarłych, a Alojzy, jeden z nich, szczęśliwy pisze: „wreszcie jak wszyscy inni”. Później musiał wziąć na swoje barki zmarłego na zarazę, bo nie można było inaczej. Nie miał do dyspozycji wózków, którymi wożono zwłoki, więc włożył zmarłego na swoje barki, zaraził się, zachorował… A jego mottem pozostały słowa: „jak wszyscy inni”. To nadzwyczajny chłopak! A kiedy już śmierć była niejako „u jego drzwi”, powtarzał braciom: „odchodzę bardzo szczęśliwy!”.

Zwróćcie uwagę, że my „zrobiliśmy” z niego, z Alojzego Gonzagi, wielkiego świętego czystości. I jest to prawdziwe, ale jest to tylko mały szczegół jego wielkiej wizji eklezjalnej. Czystość była dla Alojzego Gonzagi drogą, na której - spróbujcie pomyśleć - był pewien odróżnić od stylu ludzi tego świata, którzy naprawdę nie żyli tak jak on; bo o „czystości” Gonzagów (czyli o wszystkim, co przeciwne czystości), można było pisać powieści. Tak więc Alojzy Gonzaga był przekonany, że naprawdę należy do Chrystusa, bo żył zintegrowany. Ale czystość Alojzego - jak mówi kard. Martini - jest nie do pomyślenia poza jego wizją przyjaźni, wizją relacji czy solidarności. Alojzy był czysty, ponieważ był człowiekiem miłości, miłości miłosiernej, człowiekiem daru z siebie. I kiedy pisze ostatni list do swojej mamy, do wielkiej pani Gonzaga, prosi ją: „Proszę nie płakać, kiedy umrę! Nie płaczcie za umarłym, który jest w chwale królestwa niebieskiego, bo wtedy się nie zrozumiemy! Ja będę w chwale, będę w rękach Chrystusa, a ty, pani [Alojzy zwracał się do matki jako dostojnej pani], będziesz opłakiwać umarłego. Proszę nie popełnić tego błędu!”. Widzicie, że w św. Alojzym Gonzadze mamy do czynienia z bardzo zaskakującym świętym. My tymczasem zredukowaliśmy tak bardzo jego osobę, że praktycznie zagubiliśmy jego rzeczywistość. To był święty wielkiej wizji eschatologicznej. Wystarczy pomyśleć o tym liście do mamy: „Ja będę w chwale, a ty, pani, będziesz opłakiwać umarłego”. To był człowiek, który zrozumiał, że wiara jest kwestią innego życia i że wiara nie jest jego dziełem, ale dziełem łaski. Myślę, że jest to święty bardzo współczesny. To męczennik miłości miłosiernej. Wszyscy pierwsi jezuici byli właśnie tacy i myślę, że dlatego w pewnym momencie zakon został skasowany, był w zawieszeniu, ponieważ oni realizowali misję nie według stylu wielkich imperiów: Portugalii, Hiszpanii czy Francji, ale na sposób prawdziwie apostolski. A potem, kiedy zostaliśmy refundowani, założeni na nowo, byliśmy już zupełnie inni; już nie byliśmy tacy.

Marko I. Rupnik SJ

---------------------------------------------------------------------

Afera: gdy Ewangelia nie przedostaje się do przestrzeni publicznej
homilia - 12. Niedziela Zwykła (rok A), 22 czerwca 2014 r.
Jr 20, 10-13; Ps 69, 8-10.14ab.17.33-35; Rz 5, 12-15; Mt 10, 26-33

Ostatnie dni w naszej ojczyźnie, w przestrzeni publicznej, naznaczone są tzw. aferą podsłuchową. Na światło dzienne wyszły rozmowy, które tego dziennego światła miały nie ujrzeć. I wybuchła afera. Według słów dzisiejszej Ewangelii w naszym chrześcijańskim życiu może wydarzyć się coś podobnego. Będzie naprawdę afera, jeśli Ewangelia, którą rozważamy w cichości serca i której słuchamy wypowiadanej niejako „na ucho”, nie zostanie upubliczniona. Kiedy nie rozgłosimy Dobrej Nowiny „na dachach” i tam, gdzie na co dzień stawia nas życie, a więc w miejscach naszej pracy, odpoczynku i spotkań z ludźmi, to też będzie miała miejsce afera. Tzw. afera podsłuchowa ma skompromitować albo skompromituje niektórych ludzi. Chrześcijanin, który zatrzymuje Ewangelię jedynie dla siebie, który jej nie upublicznia i który się jej wstydzi, już jest skompromitowany! Taki chrześcijanin powoli umiera duchowo i traci swoją autentyczność, traci swój duchowy smak, „Boży smak”. Chcemy więc zrobić wszystko, by to co się dokonuje w zaciszu kościołów i kaplic, domów rekolekcyjnych czy prywatnych mieszkań, kiedy pochylamy się nad księgą Pisma Świętego, mogło później przedostać się do przestrzeni publicznej, aby również inni mogli usłyszeć i zachwycić się Dobrą Nowiną o Jezusie Chrystusie.

„Zabić ciało” - to zabijanie ciała dokonuje się również wówczas, gdy oddzielamy nasze ciało od ducha i duszy, kiedy nasze ciało stawiamy niejako na piedestale i oddajemy mu przesadną, często niejako „boską” cześć. Jakże często kończy się to tym, że w przestrzeni ludzkiego życia mamy do czynienia z nieokiełznaną seksualnością albo z przesadną troską o własne zdrowie (takiej przesadnej trosce żaden, nawet najlepszy narodowy fundusz zdrowia nie zaradzi). Często może się to kończyć uleganiu przesadnej trosce o wygląd, tak mocnej, że człowiek boi się stanąć na wadze, jakby waga ukazywała całą prawdę o człowieku. Prawdą jest, że waga ukazuje jakąś prawdę o człowieku, nieraz bardzo „ciężką” prawdę, ale nie całą. Waga bowiem nie potrafi stwierdzić ani nam nie powie, czy serce człowieka, który na niej stoi, jest dobre czy złe. Obserwacja wskazań wagi może nam co najwyżej podsunąć myśl o sercu obrośniętym tłuszczem i o potrzebie podjęcia starań, by zgubić kilka zbędnych kilogramów. Coś o tym wiem…

„Zabić ciało” - zabijanie ciała może się często dokonywać poprzez umieszczenie go i postrzeganie go wyłącznie w przestrzeni doczesności, zapominając, że przecież w Chrystusie nosimy w sobie, również w swoim ciele, zadatek nieśmiertelności. W Chrystusie w swoim ciele nosimy tajemnicę naszego przyszłego zmartwychwstania. „Zabić ciało” może oznaczać negację tego, że Słowo ciałem się stało i że nasze zbawienie dokonało się w ciele Jezusa Chrystusa. My chcemy ciało szanować i je rozwijać. Chcemy uczyć się współpracy ciała z tym, co w nas duchowe. Chcemy uczyć się tego, co w tej współpracy między ciałem i duchem będzie nas rozwijać sprawiając, że każdy z nas z osobna będzie coraz bardziej Bożym człowiekiem i wszyscy będziemy coraz bardziej Bożymi ludźmi. A „Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle” chcemy nie tyle się bać, choć to może ostateczność, ale chcemy od Jezusa uczyć się Go kochać.

Zastanawiałem się, co to znaczy: „przyznać się do Jezusa przed ludźmi”? Czy wystarczy coś wiedzieć o Jezusie… o tym, kiedy i gdzie się urodził albo kiedy i gdzie umarł? Ale to chyba nie wystarczy! Myślę, że „przyznać się do Jezusa przed ludźmi” to codziennie w Jezusie rozpoznawać swojego Boga i Pana, jedynego Boga i Pana. To oznacza codziennie przed Jezusem wyznawać, że tylko w Nim jest moje zbawienie. Ale to „przyznać się do Jezusa przed ludźmi” oznacza również być z Jezusem w niepowtarzalnej, osobistej i ciągle pogłębianej relacji. To oznacza codziennie powtarzać ze św. Pawłem: „teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Jezus Chrystus. On żyje we mnie coraz bardziej mocą swojej łaski” (por. Ga 2, 20). Zdarza się, że kiedy dzieci coś nabroją, wówczas szukając wśród nich winowajcy, proponuje się czasem, by sprawca wykroczenia się przyznał, co będzie dla niego okolicznością łagodzącą w wymierzaniu kary. Przyznanie się do Jezusa przed ludźmi często nie tylko nie jest okolicznością łagodzącą, ale jest przyczyną narażenia się na kpiny, drwiny i inne rodzaje prześladowania, a nawet na utratę życia. Ale nie zapominajmy o niesamowitej perspektywie, o której mówi sam Pan Jezus. Ja nie potrafię sobie tej perspektywy nawet wyobrazić! Pomyślmy, że kiedyś Jezus - On ma takie pragnienie w swoim sercu - będzie chciał powiedzieć widząc mnie i nas u bram domu Ojca o każdym z nas: „znam tego człowieka, Ojcze, i pragnę z nim dzielić wieczność”.

Ryszard Stankiewicz SDS

---------------------------------------------------------------------
---------------------------------------------------------------------

w tekstach spisanych z nagrania na żywo homilii,
zachowano styl języka mówionego;
publikując tekst homilii Marko Rupnika SJ
korzystamy z tłumaczenia Danuty Piekarz
(red.)
---------------------------------------------------------------------

---------------------------------------------------------------------

  

Zachęcamy do skorzystania z nagrań i publikacji:

 
   

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl