O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Szkoła Wychowawców WSD 2013-2015 - sesja XI ...


Szkoła Wychowawców WSD 2013-2015
sesja XI: 16-20 marca 2015

Formacja do sakramentu pokuty i kierownictwa duchowego

 

„Formacja do sakramentu pokuty i kierownictwa duchowego” - to temat jedenastej sesji dwuletniej Szkoły Wychowawców prowadzonej w krakowskim Centrum Formacji Duchowej. W czasie tej sesji z uczestnikami spotkali się: Marko Ivan Rupnik SJ - dyrektor Centrum Aletti w Rzymie, artysta i autor mozaik w różnych częściach świata, rekolekcjonista i autor licznych publikacji; Mateusz Roman Hinc OFMCap. - psycholog i psychoterapeuta zaangażowany głównie w psychoterapię osób duchownych; oraz Wiesław Błaszczak SAC - psycholog i psychoterapeuta, zaangażowany w Ośrodku Terapeutyczno-Szkoleniowym w Lublinie.

 

Wykładowcy podjęli tematy: „Sakrament pokuty w formacji seminaryjnej i kapłańskiej”, „Praktyka kierownictwa duchowego i rozeznawanie duchowe”, „Kierownictwo duchowe i pomoc terapeutyczna”, „Kryteria, metody diagnozowania wstępujących do seminarium”.

Przed uczestnikami dwuletniej Szkoły jeszcze jedna pięciodniowa sesja w maju 2015 r. Trwa nabór do kolejnej dwuletniej edycji Szkoły Wychowawców Seminariów Duchownych Diecezjalnych i Zakonnych 2015-2017.

Polecamy materiały:


   

---------------------------------------------------------------------

Z ofiary życia mocą Ducha Świętego „wyłania się” Życie
homilia - poniedziałek IV tygodnia Wielkiego Postu, 16 marca 2015 r.
Iz 65, 17-21; Ps 30, 2.4-6.11-12a.13b; J 4, 43-54

Chcę powiedzieć „małą” homilię wychodząc tym razem nie od Ewangelii, ale od liturgii. Na początku chciałbym przypomnieć pewną kwestię starożytną. w starożytnym Kościele, kiedy dokonywano chrztu, w samym baptysterium obecnych było niewiele osób. Wspólnota Kościoła gromadziła się wewnątrz budynku kościoła i modliła się tam w czasie, kiedy w baptysterium miał miejsce „poród”. A ponieważ poród to rzeczywistość intymna, dlatego przy chrzcie asystowała mała liczba osób. [Wychodzono z założenia, że] ludzie nie powinni widzieć chrztu („porodu”), bo to rzecz intymna. Skoro tylko dokonały się „narodziny” do nowego życia, czyli zmartwychwstanie, wówczas - jeśli ochrzczony był dzieckiem, kapłan brał go na ręce, a jeśli ochrzczony był dorosłym kapłan towarzyszył mu kładąc rękę na jego ramionach - i odbywała się procesja w kierunku ołtarza, podczas gdy wspólnota śpiewała hymny. Kiedy kapłan razem z ochrzczonym stanął już za ołtarzem, wówczas podnosił ochrzczone dziecko do góry nad ołtarzem, a jeśli ochrzczony był osobą dorosłą kładł mu rękę z tyłu głowy i ochrzczony pochylając się kładł głowę na ołtarzu. Co wyrażał ten gest? Wykonywano, by wyrazić to, że osoba ochrzczona stała się Ciałem Chrystusa. Jak nad ołtarzem podnosi się chleb eucharystyczny, czyli Ciało Chrystusa, tak podnoszono ochrzczonego, który stał się Ciałem Chrystusa. Człowiek ochrzczony może się tu znaleźć, bo jest Ciałem Chrystusa. A kościół (z małej litery „k”) jako budynek jest obrazem Kościoła (z dużej litery „k”), czyli Ciała Chrystusa.

To dlatego w Kościele pierwotnym katechumeni - właśnie w czasie Wielkiego Postu, który przeżywamy - uczestniczyli w liturgii aż do homilii. A potem diakon wołał: „drzwi, drzwi!” i kto nie był ochrzczony, to znaczy nie był Ciałem Chrystusa, po tym wołaniu opuszczał kościół, a jego drzwi zamykano. Bo kto nie stanowi Ciała Chrystusa i nie ma w sobie życia Chrystusa, nie może też uczestniczyć w wydarzeniu Eucharystii. Ale mogło się zdarzyć się to, o czym mówiliśmy w czasie wykładów przed południem, że w ramach życia duchowego ktoś rozpostarł w swoim życiem ten „parasol”, jakim jest grzech. A w Kościołach antycznych za ten „parasol” uznawano pięć głównych grzechów: apostazję, zabójstwo, cudzołóstwo, aborcję oraz - różnie rzecz się miała, ale w większości Kościołów za piąty grzech główny uważano - pijaństwo. Kto dopuszczał się tych grzechów, nie miał życia Chrystusa; bo kto ma życie Chrystusa, tych grzechów się nie dopuszcza. A kto dopuszcza się grzechu z powodu grzechu, jakiego się dopuszcza, stawia siebie samego [pozostaje] na zewnątrz Ciała Chrystusa. Takiemu człowiekowi wyznaczano diakona, a jeśli to była kobieta - diakonisę, aby towarzyszyli mu przez kilka miesięcy albo lat jego życia w stanie pokutników. Po dopełnieniu tego czasu pokutnego ów człowiek wracał, a w drzwiach kościoła biskup dokonywał obrzędu pojednania go z Kościołem. Pokutnik jeszcze raz wyznawał swój grzech i czynił to publicznie, a biskup jednał go ze wspólnotą i przyjmował na nowo do Ciała Chrystusa. Grzechów powszednich, jak wiecie, nie wyznawano wówczas na spowiedzi, ponieważ Eucharystia była sakramentem na odpuszczenie grzechów. Stąd na początku, u wejścia kościoła było „źródło chrzcielne”, którego początki tkwią w obrzędzie pojednania odbywającym się w drzwiach kościoła. Ono jednak nie było tym źródłem chrzcielnym z baptysterium, ale jego małą „kopią”. I kiedy osoby wchodziły do kościoła widząc to źródło, zanurzając się w nim, przypominały sobie nowe życie, które stało się ich udziałem. Przypominały sobie, że stanowią część wspólnoty eucharystycznej. To są kwestie bardzo starożytne, ale również bardzo wymowne, ponieważ dzięki nim rozumie się, czym jest Kościół. One nam przypominają, że Kościół to wspólnota osób!

Sięgnijmy na moment pamięcią do czasów św. Augustyna, kiedy ten przekonuje biskupów Wschodu i Zachodu do praktyki chrztu dzieci. W jaki sposób on rozumuje? Np. ojciec rodziny w wybuchu złości, uderzył żonę, a dziecko to widziało. Ale w niedzielę to samo dziecko słyszało, że jego ojciec uznał przed biskupem to, że zgrzeszył, bo uderzył żonę. I prosił o przebaczenie. Prosił o przebaczenie w pierwszej kolejności nie Boga, ale braci i siostry ze wspólnoty, żeby oni prosili razem z nim Ojca w niebie, by miał nad nim miłosierdzie. Coś z tego doświadczenia pozostało w liturgii w znanej nam formule pokutnej na początku Mszy świętej, kiedy wyznajemy: „Spowiadam się Bogu wszechmogącemu i wam, bracia i siostry, że bardzo zgrzeszyłem (…). Przeto błagam (…) was, bracia i siostry, o modlitwę za mnie do Pana Boga naszego”. Św. Augustyn mówił: dlaczego dziecko miałoby nie uczestniczyć naprawdę w Eucharystii, skoro jego rodzina żyje życiem Chrystusa. W ten sposób przekonywał, że nie można pozwolić, aby ciemności zakorzeniały się w sercu ludzkim. Ale mamy też człowieka współczesnego św. Augustynowi, św. Teodora z Mopsuestii, który zwracał uwagę na drugą stronę problemu. Sygnalizował, że zbyt łatwo dopuszcza się ludzi do chrztu i że w związku z tym jest „za dużo ochrzczonych”, że chrześcijanie są zbyt mało wymagający i mamy do czynienia z masą ochrzczonych nie mających doświadczenia Chrystusa, że mamy do czynienia z rodzinami bez prawdziwego doświadczenia Chrystusa. Św. Teodor z Mopsuestii pytał, jak w ochrzczonych dzieciach będzie wzrastała łaska chrztu, skoro nie mają „środowiska chrzcielnego” i nie żyją w „środowisku chrzcielnym”. To jest, bracia, również nasz współczesny i bardzo poważny problem!

Chcę powiedzieć jeszcze jedną rzecz odnośnie do liturgii. Wiąże się ona również z tym, o czym mówiliśmy dzisiaj przed południem. Za chwilę przyniesiemy na ołtarz dary: chleb i wino. I nie ma najmniejszego znaczenia to, czy np. przyniesiony kawałek chleba eucharystycznego jest geometrycznie doskonały czy nie. Niczego nie zmienia to, czy obrus na ołtarzu jest pięknie wyhaftowany i ozdobiony czy nie. Niczego też nie zmieni to, czy teraz padniemy wszyscy na ziemię czy też nie. Dary, które przynosimy są bardzo proste: chleb i wino; to pokarm i napój. My je przynosimy i ofiarujemy, a potem oczekujemy modląc się, aby zstąpił Duch Święty. I tylko wówczas, gdy spotkają się te dwie rzeczywistości - nasza ofiara, która staje się prośbą i błaganiem o zstąpienie Ducha Świętego oraz Duch Święty, który zstępuje na naszą ofiarę -, czyli gdy na naszą ofiarę zstąpi Duch Święty, to z naszej ofiary „wyłania się” Oblicze, „wyłania się” Pan. Wtedy i tylko wtedy z naszego daru wyłania się Życie. To takie proste! My składamy chleb i wino, a za sprawą Ducha Świętego powstaje życie, życie Chrystusa, które jest życiem Bożym. Te dwie rzeczy, jak widzicie, składają się również na całe życie chrześcijanina. Na każdym etapie życia ludzkiego jest epikleza (dosł. „wezwanie” - prośba, żeby Duch Święty zstąpił na dary ofiarne i zamienił je w Ciało i Krew Chrystusa - przyp. red). Bez epiklezy nie ma życia człowieka! Dlatego w życiu duchowym bardzo ważny jest ten wymiar eucharystyczny, liturgiczny, czyli uczestnictwo w tej ofierze, która staje się błaganiem i przyjęciem działania Bożego.

Również w waszym życiu, życiu kapłańskim, im więcej będziecie mieli białych włosów na głowie, tym lepiej będziecie pojmowali, jak ważna jest Eucharystia i jej zrozumienie. Kiedy jest się człowiekiem młodym, chce się wiele czynić i działać, ale jeśli praca i działanie nie są ofiarą, która staje się błaganiem [o Ducha Świętego], nigdy nie nastąpi transfiguracja, przemienienie. Z tak przeżywanego działania, z takiej ofiary nigdy nie wyłoni Oblicze. Jeśli natomiast ktoś naprawdę żyje liturgią, to pierwszy etap jego życia staje się ofiarą, a każdy kolejny etap staje się etapem mądrościowym, na którym kontemplujemy, jak Duch Święty działający w Kościele sprawia, że z naszej ofiary wyłania się Pan. Wówczas kontemplujemy to, jak nasza ofiara zostaje przyjęta przez Boga. Jest ważne, byśmy wzrastając z biegiem lat uczyli się patrzeć w perspektywie eucharystycznej na siebie samych, na naszą misję i na naszą pracę. Czy nasza ofiara zostaje przyjęta czy nie? Czy nasza ofiara spotyka się z Duchem Świętym czy nie? Czy następuje jej przemienienie czy nie? Czy zostaje przyjęta przez Boga czy nie? Czy zostaje zaniesiona przez aniołów na ołtarz w niebie czy nie? Jeśli to się nie wydarzy w waszym życiu i jeśli tego nie nauczycie młodych, to… Często odwiedzam domy kapłanów starszych. To czasem smutny widok. Jest tam tak wiele zgorzknienia, tak wiele smutku i rozczarowania. Wielu mówi mi: „dopóki byłem silny i pracowałem, wszyscy mnie ot, tak… nosili, a teraz nie interesuję nikogo”. Jeśli jednak nie ma kontemplacji, dzięki której widzimy, co Bóg czyni z naszym życiem, to pokładamy ufność w innych i w tym, co o nas mówią i jak nas widzą. Nie martwcie się! Kapłan wcześniej czy później zostaje opuszczony, dlatego właśnie jest ważny wymiar eucharystyczny, czyli to, że Bóg przyjął i przemienił, że przyjmuje i ciągle przemienia naszą ofiarę.

Marko Ivan Rupnik SJ

---------------------------------------------------------------------
* tytuł homilii pochodzi od redakcji;

w tekście spisanym z nagrania,
zachowano styl języka mówionego;
tłum. na żywo ks. Bogdan Kulik MSF
---------------------------------------------------------------------

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl