O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Zeszyty Formacji Duchowej nr 12 - Tworzenie relacji międzylud ...


Okładka nr. 11

Zeszyty Formacji Duchowej nr 12

Tworzenie relacji międzyludzkich

 NUMER WZNOWIONY

 

 

Od Redakcji

Oddajemy do rąk naszych Czytelników 12 numer "Zeszytów Formacji Duchowej", którego główny temat został sformułowany w tytule: "Tworzenie relacji międzyludzkich". To newralgiczne zagadnienie ludzkiego życia zostało ukazane z wielu stron i w kontekście różnych sytuacji życiowych.
W 12 numerze "Zeszytów" Czytelnik może przeczytać artykuły następujących autorów: 
 o. Ansel Grun OSB: "Jak obchodzić się z życiowymi zranieniami?" - pełny tekst artykułu na końcu tej strony
Chiara Lubich, Focolare
Elżbieta Sujak
o. Leon Knabit OSB
o. Gennaro Cicchese OMI
ks. Bogdan Giemza SDS
Elżbieta Gleba
ks. Mirosław Nowosielski
ks. Józef Kupny
ks. Krzysztof Wons SDS
ks. Grzegorz Pomorski SDS
 

Jesteśmy stworzeni "ku wzajemności". Ludzkie relacje zostały głęboko wpisane w nasze życie jeszcze przed naszym zaistnieniem. W wymiarze natury jesteśmy owocem intymnej relacji dwóch osób. Poczęcie naszego życia stało się jednocześnie momentem pierwszych, bardzo istotnych relacji: z ojcem i matką. Potem pojawiły się następne relacje: z ojcem, z rodzeństwem, z przyjaciółmi, ze "znajomymi" itd. Przybywa nam lat i nasze międzyludzkie relacje zataczają coraz szersze kręgi. Towarzyszą nam nieustannie jak oddech. Potrzebujemy ich jak powietrza. Możemy powiedzieć o sobie, że w pewnym sensie "jesteśmy naszymi relacjami". Są częścią nas samych.

Z biegiem lat nie tylko mnożą się nasze ludzkie relacje, lecz także wynikające z nich przeżycia. Nierzadko są to przeżycia, które dotykają nas bardzo głęboko. Rodzą w nas przeróżne doświadczenia. Zajmują naszą pamięć, serce i duszę. Nosimy w sobie doświadczenia relacji pięknych i trudnych, kojących i bolesnych. Niektóre z nich nie przestają budzić w nas radości, pokoju i poczucia bezpieczeństwa. Inne pozostawiły w nas ślady głębokich ran. Nawet po wielu latach nie przestają krwawić. Wywołują ból, smutek czy lęk. Relacje pozytywne i negatywne stają się integralną częścią naszej osoby. Potrafią wpływać na kształtowanie się naszej osobowości i na nasze nastawienie do siebie i do innych. Wspomagają lub utrudniają nasz rozwój psychiczny i duchowy. Ostatecznie jednak odkrywamy, że nie ma wzrostu w pojedynkę. Bez drugiej osoby umieramy z głodu.

W tworzeniu dojrzałych relacji ludzkich duże znaczenie ma relacja do siebie samego. Świadomość swoich dobrych i słabych "punktów osobowości", wewnętrzna wolność na płaszczyźnie psychicznej, zwłaszcza emocjonalnej, rozwój duchowy, zdrowe poczucie własnej wartości, samoakceptacja - oto niektóre cechy osobowości, które pomagają w budowaniu odpowiedzialnych więzi osobowych. Taką jest dojrzałość relacji, jaką jest dojrzałość osób, które je tworzą. Dlatego poziom naszego psychicznego i duchowego wzrostu będzie także zapowiedzią naszych dojrzałych relacji w rodzinie i we wspólnocie. Pragnienie wzajemnych relacji jest głęboko zakorzenione w każdym z nas, ale trzeba dodać, że jest to pragnienie zakorzenione w konkretnej osobie, w jej pamięci, sercu i duszy. Nie struktury i warunki zewnętrzne decydować będą ostatecznie o poziomie naszych ludzkich relacji. Owszem, mogą w nich pomagać. Decydującą jednak pozostanie "struktura" i "warunki" psychiczno-duchowe naszej osoby. Czas poświęcony na osobiste dojrzewanie psychiczne i duchowe jest czasem, który będzie owocował w naszym otwieraniu się na więzi osobowe i dojrzałe ich rozwijanie.

Coraz więcej pojawia się dzisiaj osób, które noszą w sobie obciążenia nieuporządkowanych relacji rodzinnych, a nawet doznania bolesnych zranień. Istnieje niebezpieczeństwo ulegania przekonaniu, że w sposób konieczny staną się one przeszkodą na całe życie w budowaniu jakichkolwiek dojrzałych relacji. Tymczasem nie ma takich relacji międzyludzkich w historii naszego życia, które musiałyby determinować naszą relację do innych i nasz rozwój. Nie ma takich powikłań w relacjach, których Bóg nie mógłby uzdrowić. Co więcej, Bóg potrafi z najtrudniejszych ludzkich doświadczeń wyprowadzić dobro. Może zamieniać nasze rany w "perły". Czyni to zawsze w osobistej współpracy z człowiekiem, ilekroć człowiek na nią się otworzy.

W wymiarze chrześcijańskim ludzkie relacje mają ścisły związek z naszą relacją do Boga. Relację do Boga budujemy zawsze "we trójkę": Bóg - ja - druga osoba (A. Cencini). Uporządkowane relacje ludzkie pomagają nam przeżywać w harmonii naszą więź z Bogiem. I odwrotnie, nasze ludzkie konflikty potrafią wywoływać konflikty w relacji z Bogiem. W tym znaczeniu w naszym życiu nie ma spraw jedynie "między mną a Bogiem". Na drodze do Boga zawsze pojawia się bliźni. Pojednanie z Bogiem prowadzi przez pojednanie z bliźnim. Ostatecznym kryterium naszych dobrych relacji z ludźmi jest miłość. Doskonale oddaje tę prawdę Hymn o miłości św. Pawła (1 Kor 13, 1-13).

Prezentowany numer "Zeszytów" otwiera rozważanie Chiary Lubich, założycielki Ruchu Focolare. Autorka zwraca uwagę na podstawową wartość w relacjach braterskich, jaką jest jedność. W sposób bardzo prosty omawia elementarne zasady, od których zależy budowanie chrześcijańskiej jedności między ludźmi. Jedność tę gwarantuje przede wszystkim wzajemna miłość. Wyraża się ona w bardzo konkretnych postawach. Dążenie do jedności nie może być budowane li tylko na uczuciach czy słownych zapewnieniach. Jak podkreśla z naciskiem autorka, oznacza konkretną postawę: "zakasać rękawy i działać". Potrzebne są czyny i trud. Najważniejszy trud to przyjąć, że miłość kocha zawsze pierwsza i nie czeka, aż będzie kochana. Elżbieta Sujak, w rozmowie na temat roli psychologii komunikacji w wychowywaniu do dojrzałych relacji międzyludzkich, wskazuje w jaki sposób psychologia może dzisiaj służyć pomocą w naturalnym rozwoju osoby i zachowaniu miłości między ludźmi. O. Leon Knabit OSB próbuje odpowiedzieć na pytanie, które nierzadko stawiamy sobie w chwilach, gdy doświadczamy oporów w otwieraniu się na "osoby niełatwe": Czy można być dobrym dla każdego? Autor wyjaśnia na czym polega właściwa dobroć i jak ją realizować zwłaszcza w trudnych relacjach.

Trudności przeżywamy nie tylko wtedy, gdy spotykamy się z negatywnymi postawami innych osób, ale także wówczas, gdy sami nie potrafimy zaakceptować ich odmienności. Odmienność, która jest szansą rozwoju i ubogacenia relacji, może stawać się dla nas psychiczną przeszkodą, w postaci braku akceptacji. W jaki sposób odmienność może stawać się drogą do jedności? Na to pytanie odpowiada w swoim artykule o. Gennaro Cicchese OMI. Inną wartością obok odmienności, która może prowadzić do dojrzałego rozwijania naszych relacji z inną osobą jest pozytywne przeżywanie doświadczenia samotności. Ks. Bogdan Giemza SDS ukazuje jak samotność, która nie jest tym samym co osamotnienie, może otwierać na słowa i świat innych ludzi. O. Anselm Grün OSB podejmuje delikatny i newralgiczny temat naszego życia dotyczący krzywd i bolesnych zranień, jakich doświadczamy od innych osób. Jak się z nimi obchodzić, żeby nie niszczyły one naszych relacji międzyludzkich? Autor stara się pokazać, w jaki sposób można stawiać czoło naszym życiowym zranieniom (pełny tekst artykułu).

Kolejnym działem tematów są artykuły ukazujące problemy relacji międzyludzkich w różnych sytuacjach społecznych i religijno-kościelnych. Podjęte zostały trzy kwestie: Elżbieta Gleba przedstawia zagadnienie: relacje osobowe a "interesy"; ks. Mirosław Nowosielski proponuje rozważanie o wzajemnych relacjach ksiądz - świecki; ks. Józef Kupny proponuje obserwacje socjologiczne stosunku polskiej młodzieży do katechezy po roku 1989 oraz relacji między młodzieżą katechizowaną a księdzem.

W stałej rubryce "Szkoła modlitwy" ks. Krzysztof Wons SDS podejmuje refleksję na temat pozytywnego znaczenia ludzkich zmysłów w budowaniu relacji z Bogiem na modlitwie. Ks. Grzegorz Pomorski SDS przygotował dla Czytelników wprowadzenie do kontemplacji ewangelicznej, zatrzymując się nad sceną opisaną u św. Łukasza - spotkanie grzesznej kobiety z Jezusem w domu faryzeusza Szymona. Numer 12 "Zeszytów" zamykają trzy świadectwa, w których duszpasterz i osoby konsekrowane dzielą się osobistym doświadczeniem relacji międzyludzkich przeżywanych w odmiennych środowiskach: w życiu czynnym i w klauzurze.

Jan Paweł II w swym liście apostolskim "Tertio millennio adveniente" zachęcał usilnie wierzących do moralnego i duchowego przygotowania się na przeżywanie Jubileuszu Narodzin Chrystusa Zbawiciela. Wezwał do rachunku sumienia z grzechów, które po 2000 lat od przyjścia Syna Bożego na świat zasmucają Boga w sposób szczególny. Napisał do nas: "Wśród grzechów domagających się szczególnego wysiłku pokuty i nawrócenia trzeba z pewnością wymienić te, które zaszkodziły jedności jakiej Bóg pragnął dla swego Ludu. W tysiącleciu dobiegającym końca, jeszcze bardziej aniżeli w pierwszym milenium, wspólnota Kościoła, "często nie bez winy z jednej i drugiej strony", doświadczyła bólu podziałów, które są zdecydowanie przeciw woli Chrystusa i stanowią okazję do zgorszenia dla świata (...). Trzeba koniecznie naprawić ich skutki, prosząc usilnie Chrystusa o przebaczenie" (nr 34).

Rok Jubileuszowy trwa. Jest dla nas okazją także do tego, aby pytać przed Bogiem o nasze codzienne, zwyczajne relacje ludzkie, które tworzymy w rodzinie i w różnych wspólnotach czy społecznościach. Ufamy, że 12 numer "Zeszytów", który oddajemy do rąk naszych Czytelników, stanie się w tej refleksji praktyczną, pomocną lekturą.

ks. Krzysztof Wons SDS
redaktor naczelny
"Zeszytów Formacji Duchowej"

Zamieszczamy pełny tekst artykułu o. Anselma Grüna
Jak obchodzić się z życiowymi zranieniami?

O. Anselm Grün OSB, bendyktyn w opactwie Münsterschwarzach w Niemczech, ceniony rekolekcjonista i pisarz, znany z licznych publikacji na temat życia duchowego.

Wprowadzenie

W historii swojego życia każdy doznaje zranień. Nikt nie może ich uniknąć. Sam fakt zranienia nie jest jeszcze problemem. Decydującą sprawą jest to, w jaki sposób do nich podchodzimy. Kto nie przyjży się swoim zranieniom pochodzącym z dzieciństwa, ten będzie skazany albo na zadawanie ran samemu sobie, albo na przekazywanie tych ran innym. Lub też nieustannie będzie nieświadomie wybierał sytuacje, w których zranienia z dzieciństwa będą się powtarzały. Będzie wtedy twierdził, że to inni są winni jego złemu samopoczuciu. Zaś tak naprawdę to on po raz kolejny wszedł w/sprowokował sytuację, która upodabnia się do raniącego doświadczenia z dzieciństwa. Wg. Hildegrady z Bingen udane życie polega na przekształceniu naszych ran w perły. Jeśli stawimy czoła naszym ranom, to mogą one stać się dla nas czymś niesłychanie cennym, mianowicie życiodajnym źródłem i błogosławieństwem nie tylko dla nas ale również dla innych. I o to właśnie chodzi. Spoglądając na nasze rany, nie powinniśmy nikogo oskarżać, ani ojca ani matki. Nie powinniśmy również zbyt szybko usprawiedliwiać naszych rodziców. Po prostu spogladajmy ne nie i zastanówmy się jak do nich doszło. Za to jak później postąpimy z naszymi zranieniami ponosimy odpowiedzialność. Nasze życie duchowe będzie również od tego zależało, czy przyjżeliśmy się naszym zranieniom. Inaczej, nieuświadomione, będą kształtować naszą pobożność. Zaciemnią nasz obraz Boga i ukształtują w nas duchowość, poprzez którą nieustannie będziemy siebie samych ranili, zamiast pozwolić się Bogu uzdrowić.

1. Zranienia pochodzące od matki

Matka daje dziecku poczucie bezpieczeństwa i sprawia, że dziecko przychodząc na ten świat czuje się w nim "jak u siebie w domu" (Heimat) . Obdarza dziecko tym, co Erik Erikson nazywa fundamentalnym zaufaniem ("pra-zaufaniem"), a więc zaufaniem do świata, że jest dobry, że mogę polegać na Bogu i na ludziach. Kiedy matka nie jest w stanie dziecka tym zaufaniem obdarzyć, ponieważ zbyt pochłonięta jest sobą, lub też ponieważ sama udręczona jest lękiem i depresją, wtedy dziecko będzie miało kłopoty z zaufaniem Bogu. Nie będzie miało poczucia bezwarunkowego bycia zaakceptowanym przez Boga. Jako dorosły człowiek, nie będzie mógł uwierzyć, że jest przez Boga kochany. W kierownictwie duchowym miałem do czynienia z ludźmi, którzy mając rok zostali już oddani do innej rodziny, ponieważ matka nie była w stanie ich wychowywać. Tacy ludzie przez całe życie odczuwają tęsknotę za swoją matką. Mają poczucie, że na tym świecie nie ma dla nich miejsca, że świat jest zimny, obojętny i ich nie potrzebuje. Wydaje im się, że zawsze są zbędni. Byłoby lepiej, gdyby się w ogóle nie narodzili. Czasami matki przeciążone pracą i sprawami wychowania przekazują swoim dzieciom niewerbalny komunikat następującej treści: "Zaprowadzisz mnie do grobu. Byłoby lepiej, gdybyś się nie narodził."

Rana pochodząca od matki polega na tym, że dziecko zostaje zaakceptowane tylko warunkowo: "Możesz istnieć, ale pod warunkiem, że coś z siebie dasz, że odniesiesz sukces, że będziesz grzeczny, dostosujesz się do mnie i nie będziesz mi sprawiał kłopotów". Takie dzieci rozwijają w sobie później - twierdzi Jezuita Karl Frielingsdorf - strategie przeżycia. Starają się coraz więcej dać z siebie, aby wreszcie zdobyć uznanie i akceptację. Nigdy nie wypowiadają swojego zdania na jakiś temat, a wszystko po to, by wszędzie być lubianym. Dostosowują się wszędzie, aby być przez wszystkich akceptowanym. Zainteresowanie ze strony matki muszą niejako wykupić swoimi osiągnięciami. Tylko, że wtedy trudno mówić jeszcze o prawdziwym życiu, jest to raczej strategia przeżycia.

Jeśli matka "używa" swojej córki jako powierniczki, której opowiada o swoich kłopotach z mężem, rani ją. Córka nie może być wtedy dzieckiem. Nie może znaleźć oparcia w swojej matce i poczuć się przy niej bezpiecznie. Przeciwnie, to właśnie matka szuka pomocy i oparcia w córce, która czuje się zmuszona matkę pocieszać. Ze swoim własnym bólem zostaje sama. Będzie go albo wypierać, albo kompensować jedząc zbyt wiele lub nawet samą siebie kalecząc. Inną raną pochodzącą od matki jest oziębłość uczuciowa lub też niezdolność do okazywania swoich uczuć. Córki, które doświadczyły odtrącającej i zimnej matki, bedą nieustannie tęsknić za matką. Robią wszystko, aby matka chociaż okazała im jakiś gest miłości. Czasami aż do śmierci matki nie doświadczają od niej takiego gestu miłości. Przez całe życie szukają matki, która by je pokochała, nie mogąc samych siebie pokochać, ponieważ całkowicie uzależniają się od zainteresowania się nimi matki. Jeszcze inną raną, jaką matka może zadać córce, jest negatywny obraz kobiecości, jaki matki bardzo często przekazują swoim córkom. Kiedy matka ma problemy ze swoją rolą jako kobieta, wtedy uniemożliwi córce odkrycie swojej kobiecej godności. Pewna kobieta opowiadała mi, że jej matka często mówiła do niej w dzieciństwie: "Będąc kobietą jest się ostatnim śmieciem". Inna opowiadała, że w dzieciństwie nie wolno jej było nigdy się bawić czy też siedzieć bezczynnie. Matka natychmiast kazała jej wtedy coś robić. Do dziś nie stać tej kobiety na to, aby sobie na cokolwiek pozwolić. Czuje się zmuszona zawsze pracować dla innych, inaczej czuje się po prostu nikim. Tego typu rany zostawiają głębokie ślady w duszy córki.

Kiedy matka sama czuje się niepewnie, wtedy oczekuje od swoich dzieci potwierdzenia własnej wartości. Czyniąc tak jednak domaga się od dzieci czegoś, co je same przerasta. Matka, która nieustannie choruje, nakłada na swoje dzieci ciężar, który je przytłacza. Muszą być zawsz grzeczne i spokojne, aby mama czuła się dobrze. Nie mogą zwrócić się do niej ze swoimi potrzebami, muszą nieustannie brać na nią wzgląd. Kiedy matka jest depresyjna, wtedy truciznę smutku będzie sączyła również w duszę swoich dzieci. We wszystkich tych przypadkach dziecku zabraknie doświadczenia matki. Równie raniące jest jednak doświadczenie matki, która kocha dziecko nadludzką, nadmierną miłością, jednocześnie bardzo silnie wiążąc je ze sobą. Taka matka potrzebuje dziecka dla siebie samej i uzależnia je całkowicie od siebie. Kocha dziecko pod warunkiem jednak, że będzie jej ono za to wiecznie wdzięczne. Pozostawia to w dziecku ślady w postaci nieustannego poczucia winy z powodu przekonania dziecka, że nigdy nie będzie ono dość wdzięczne za jej miłość.

Rany zadane przez matkę synowi wyglądają nieco inaczej. Matka wiąże syna ze sobą "używając"go jako zastępczego partnera. Rozpieszcza i ubóstwia go. Nakłania go do tego, aby spełnił wszystkie jej niespełnione marzenia. Jeśli sama marzyła o studiach, a jej marzenia z różnych powodów się nie ziściły, wtedy będzie nakłaniać syna do studiowania tego, czego sama sobie odmówiła. Realizuje się wtedy sama w swoim synu uniemożliwiając mu jednocześnie odkrycie jego własnej indywidualności. Inne zranienie pochodzące od matki w odniesieniu do syna wiąże się z lękiem matki przed męskością syna. Gdy tylko obudzą się w nim symptomy jego seksualności, matka będzie je [na wszelkie sposoby] demonizować. Będzie przekazywać synowi, że jego ojciec jest uosobieniem wszelkiego zła, którego on powinien się wystrzegać. W ten sposób uniemożliwia synowi identyfikację ze swoim ojcem i [prawidłowy] rozwój, który dla syna możliwy jest tylko u boku ojca. Syn stanie się "maminsynkiem", z głęboko zakorzenionym i nieuświadomionym lękiem przed swoją własną męskością. Będzie grzeczny i uległy. Będzie spełniał wszystkie życzenia swojej matki, nigdy jednak nie będzie sobą.

2. Zranienia pochodzące od ojca

Zadaniem ojca jest wzmacnianie "kręgosłupa" swoich dzieci, dodawanie im odwagi, aby zdobywali się w życiu na samodzielność, ryzyko i potrafili radzić sobie ze swoimi problemami. Kiedy tego ojcowskiego doświadczenia zabraknie, czy to ze względu na wczesną śmierć ojca, czy to z powodu jego odejścia, lub też ponieważ ze względu na pracę jest on ciągle nieobecny, wtedy synowie i córki poszukują dla siebie "kregosłupa zastępczego". Theodor Bovet jest zdania, że uzależnienie zawsze "zastępuje" matkę, ideologia zaś ojca. Kto nie doświadczył ojca, który wzmacniałby jego "kręgosłup", ten będzie szukał pewnych norm i zasad jako "zastępczego kręgosłupa". Stanie się wtedy sztywny i nieruchomy. Rana pochodząca od ojca jest inna w przypadku syna i inna w przypadku córki. Córka doznaje zranień od ojca, kiedy ten czyni nieustannie dwuznaczne uwagi na temat jej wyglądu, kiedy nie traktuje jej poważnie. Najgłębszym zranieniem jest oczywiście molestowanie seksualne córki. Wtedy córka jest całkowicie zdezorientowana co do swoich uczuć. Czasami wykorzystujący seksualnie swoją córkę ojciec daje jej jednocześnie do zrozumienia, że jest ona jego najukochańszą córką. Dlatego tak bardzo ją lubi. Czasami zmienia swoje postępowanie wobec niej. Z jednej strony ją pieści, z drugiej jest wobec niej bardzo brutalny i bije ją. Pewna kobieta opowiadała mi, że nauczycielka często pytała ją, skąd u niej te sińce. Nigdy jednak nie odważyła się przyznać, że to ojciec ją tak pobił. Takie zachowanie ojca jest źródłem dezorientacji córki, będzie ono przez całe życie powodem jej niepewności i lęku przy próbie nawiązania każdego nowego kontaktu. Będzie ona tęsknić za bliskością mężczyzny doznając jednocześnie lęku przed kontaktem z nim i nieświadomie oczekiwać jego razów. Jeśli nie poradzi sobie z tym zranieniem, wtedy będzie nieustannie powtarzać to zranienie, pozwalając się za każdym razem na nowo wykorzystywać mężczyznom.

Syn doznaje zranień ze strony ojca, kiedy ten jest tak silny, że syn nie ma szans kiedykolwiek dotrzeć do niego [dorównać mu]. Ojciec potrafi wszystko. Syn czuje się przy nim nieudacznikiem. Ojciec nie czyni tu nic złego. Przez samą swoją obecność rani syna, daje mu odczuć, że nigdy mu nie dorówna. Ze świadomym zranieniem syna mamy do czynienia wtedy, gdy ojciec jest zbyt porywczy, zapalczywy. Kiedy w przypadku każdej agresji syna ucieka się do przemocy. Syn przystosuje się wtedy do niego i będzie uległy, tracąc zdolność do radzenia sobie w sytuacjach konfliktowych. Jeśli tylko syn odważy się mieć własne zdanie, zostanie ono natychmiast przez ojca zdyskredytowane lub po prostu stłamszone. Doprowadzi to do tego, że syn nigdy nie stanie się samodzielny lub też będzie nieustannie uciekał w "rebelię", przeciwstawiając się ojcu. Głębokie rany powstają u synów i córek w przypadku choroby alkoholowej ojca, gdy wieczorami wraca pijany do domu i krzyczy. Czasami dzieci boją się wtedy o to, że ojciec mógłby matkę pobić lub nawet zabić. Nie wiedzą jak postąpić w przypadku takiej ojcowskiej samowoli. Boją się cokolwiek powiedzieć i wycofują się. Czasami przejmują od ojca syndrom uzależnienia. Mają co prawda wstręt do alkoholu, ale uzależniają się od jedzenia od pracy, lub od innych ludzi. Cechuje ich również głęboki brak zaufania do innych ale i do Boga. Zranienia ze strony ojca prowadzą do lęku przed konfliktami, ludzie ci boją się, że nie zdołają się obronić i powiedzieć: nie. Mają też problemy z autorytetem. W każdym autorytecie dostrzegają autorytarnego ojca. Często wyróżnia ich również głęboko zakorzeniony brak zaufania Bogu. Odbierają Boga jako "Boga samowoli", który im na nic nie pozwoli, którego zawsze w ostateczności trzeba się bać, że uczyni coś nieprzewidywalnego. Jeśli rana ta nie zostanie "obejrzana", będzie się ona powtarzać w związku małżeńskim, w kontakcie ze swoim przełożonym w firmie, ale też w kierownictwie duchowym. Człowiek skłonny jest wtedy do wyboru kierownika duchowego, który będzie go ranił podobnie jak jego ojciec.

3. Podejście do naszych zranień

Pierwszym naszym zadaniem jest obejrzenie naszych ran. To oglądanie polega według mnie na tym, że przyglądam im się w obecności Boga i przedstawiam je Bogu. Niektórzy uważają, że wystarczy tylko się modlić, a ich rany zostaną natychmiast uzdrowione. Inni twierdzą, że oddali swoje rany Jezusowi, dlatego nie muszą się więcej o nie troszczyć. Oczywiście, że modlitwa jest ważna, aby poradzić sobie ze swoimi ranami. Ale nie wolno nam naszych ran w modlitwie pomijać. Amerykanie nazywają to często "duchowym baypassem", duchowym skrótem. Modlitwa oznacza dla mnie, że swoje rany przedstawiam Bogu, że odczuwam raz jeszcze ból, który one mi sprawiają, że dopuszczam gniew i przedstawiam Bogu swoją bezsilność wobec nich. Kiedy pokazuję Bogu swoje rany, wtedy zwracam się do Niego z prośbą o ich uleczenie, o to aby Jego miłość dotarła właśnie do moich ran, aby Jego Święty i leczący, zbawiający Duch przeniknął zranione miejsca i przemienił je.

Drugi krok w podejściu do naszych zranień polega na pojednaniu się z nimi. Zamiast nieustannie złorzeczyć nie godząc się na własną sytuację, trzeba zaakceptować fakt, że taka jest historia mego życia. Muszę wybaczyć Bogu, że pozwolił narazić mnie na takie dzieciństwo. Muszę wybaczyć ludziom, którzy mnie zranili. Mogę im jednak wybaczyć dopiero wtedy, kiedy dopuszczę do siebie gorycz rozczrowania i złość z powodu, że tak bardzo mnie zranili. Wreszcie muszę wybaczyć również samemu sobie to, że w historii mojego życia stałem się tym kim jestem. Kiedy pojednam się ze swoimi ranami, wtedy mogą one ulec przemianie stając się perłami. Czuję wtedy, że moja rana utrzymuje mnie przy życiu. Zmusza mnie ona do pozostania nadal na drodze ku Bogu nie pozwalając spocząć na laurach. Rana jest czymś cennym. Teraz stała się blizną, która mnie wyróżnia. Jakubowi zwichnięte biodro przypominało, że Bóg go dotknął. Również moja rana może stanowić dla mnie znak przypominający mi, ze Bóg sam mnie skaleczył. Bóg złamał mnie poprzez moją ranę, abym dotarł do swojego prawdziwego ja, abym dotknął tego niezafałszowanego obrazu, jaki o mnie jest dziełem Boga. Tam, gdzie jestem złamany, ulegają również złamaniu maski i role, za którymi zbyt często się chowam. Tam załamuje się mur, który zbudowałem wokół siebie i dotykam swego serca.

Poprzez swoją ranę otwieram się na ludzi wokół mnie. Potrafię wejść w ich położenie i zrozumieć ich. Rana staję się bramą, poprzez którą ktoś inny może wejść do mojego wnętrza. Dzięki tej ranie staję się wrażliwy na drugiego człowieka, potrafię wczuć się w jego zranienia i z nim współ-czuć. Nigdy go nie zawstydzę. Nie włożę swoich palców do jego ran, ale stworzę dla niego przestrzeń, w której będzie mógł sam mówić o swoich zranieniach. W ten sposób rana uczyni mnie samego lekarzem, który sam doznał zranienia. Grecy uważali, że tylko lekarz, który sam doznał zranień, jest w stanie leczyć rany inych. Znam wielu terapeutów, którzy w dzieciństwie zostali bardzo zranieni. Ponieważ stawili czoła swoim ranom, stali się dobrymi terapeutami. Ich rana stała się skarbem, perłą, która stanowi o ich jedynej i niepowtarzalnej wartości.

Rana może mnie również otworzyć na Boga. Jeśli pojednam się ze swoją raną, wtedy staje się ona bramą, poprzez którą dociera do mnie miłość Boża. Rana sprawia, że pozostaję otwarty na Boga. Oczywiście, że mogę również uskarżać się na swoje rany. Wtedy raczej odcinają mnie one od Boga. Kiedy przed 28 laty brałem udział w seminarium służącym pogłębieniu dynamiki grupowej, w bardzo bolesny sposób doświadczyłem braków, jakich doznałem w dzieciństwie. Pierwszą reakcją były wyrzuty pod adresem mojej matki, uskarżanie się, żalenie się nad sobą. Kiedy później w czasie pewnego urlopu siedziałem nad jeziorem, doświadczyłem głębokiego pokoju. Mogłem powiedzieć: To właściwie dobrze, że w dzieciństwie nie została zaspokojona moja potrzeba bliskości i czułości. To bowiem budzi we mnie nieustannie tęsknotę za Bogiem. Gdyby te moje potrzeby zostały zaspokojone prawdopodobnie stałbym się konformistą. Żyłbym po prostu z dnia na dzień. Ale właśnie ten brak bliskości sprawił, że wyruszyłem w drogę ku Bogu i pozwolił mi na nowo zrozumieć miłość Bożą. W ten sposób rana może również stać się czymś najcenniejszym, co posiadamy, w naszej relacji do Boga.

4. Duchowe formy terapii

W tradycji chrześcijańskiej istnieją różne sposoby duchowego podejścia do swoich ran. Pierwsza droga polega na medytacji nad historiami uzdrowień zawartymi w Biblii. Te historie uzdrowień są zaproszeniem skierownym do nas, abyśmu przyjżeli się swoim własnym ranom i przedstawili je Jezusowi. Nie tylko podziwiamy działalność Jezusa przed 2000 laty, ale wierzymy również, że tenże Jezus jako wywyższony Pan jest teraz między nami i że może uleczyć nasze rany tak jak czynił to wtedy. W chorobach, o których opowiadają historie uzdrowień możemy rozpoznać własne rany: nasz trąd, fakt że nie potrafimy sami siebie zaakceptować; naszą ślepotę, to że unikamy obejrzenia własnych ślepych plam; nasz paraliż i nasze zahamowania, które powodują lęk przed porażką; nasze rozdarcie, naszą niemotę, głuchotę i inne. Historie uzdrowień stają się rzeczywistością w eucharystii. Jezus dotyka nas wtedy dokładnie tak samo jak wtedy. Jeśli w czasie komunii świadomie otwieramy nasze rany przed Jezusem możemy doświadczyć uzdrowienia. Nie możemy go jednak wymusić. Również wtedy Jezus nie uzdrawiał wszystkich chorych. Jednakże powinniśmy ufać, że komunia wpływa na nasze życiowe rany uzdrawiająco.

Innym sposobem duchowego podejścia do naszych zranień jest cześć oddawana w tradycji 14 wspomożycielom. Każdy z nich patronuje jakiejś ranie. Ich legendy i obrazy, jakie stworzyła sztuka, były dla ludzi zaproszeniem, aby przyjrzeć się własnym ranom i zająć się nimi. Słuchając legend o tych świętych ludzie podejmowali wysiłek pracy nad własnymi ranami przedstawiając je Bogu. Cześć oddawaną owym 14 wspomożycielom można rozumieć jako formę duchowej terapii. Chciałbym odwołać się tylko do dwóch przykładów. Święty Błażej jest patronem chorób gardła. W święto św. Błażeja 3 lutego udziela się jego błogosłwieństwa przy użyciu dwóch płonących świec. Gardło jest bardzo wrażliwym narządem. Lęk może nam zablokować krtań i odjąć mowę. Niektórzy połykają wszystko, tak że często się dławią. Innym brak powietrza, ponieważ inni ich tego powietrza pozbawiają. Jeszcze inni zaziębiają gardło, ponieważ doświadczają zbyt mało miłości. Z naszymi dolegliwościami gardła zwracamu się do Boga i doświadczamy dzięki błogosławieństwu św. Błażeja Jego miłosiernej miłości, która dotyczy właśnie gardła jako części naszego ciała, która najbardziej potrzebuje miłości. Św. Dionizy uważany jest za patrona od bólów głowy. Przy piersi trzyma odciętą głowę. Z powodu bólu głowy cierpią często perfekcjoniści, którzy sami stawiają sobie wysokie wymagania, wtłaczając wszystkie myśli do głowy i nieustannie roztrząsają wszystko, co powinni czynić. Żyją jednostronnie, koncentrując się jedynie na głowie. Są przeintelektualizowani. Ten jednostronny dopływ myśli do głowy musi zostać przecięty. Musimy głowę przyłożyć do serca, a naszym myślom pozwolić "przepłynąć" przez serce, aby nie były tak jednostronne, tak perfekcjonistyczne i tak kontrolujące. Legendy oraz obrazy wspomożycieli ukazują nam więc drogi, na których możemy przyjżeć się naszym ranom przed Bogiem przyjmując i przetwarzając je, abyśmy umieli się z nimi obchodzić, tak by zostały uzdrowione i przemienione przez Boga.

5. Poszukiwanie pozytywnych korzeni

Nie możemy jedynie krążyć wokół naszych zranień. Terapia duchowa poszukuje również mocy uzdrawiających w naszym życiu. Nie nosimy przecież w sobie jedynie zranionego dziecka, którym powinniśmy się opiekować i odpowiadać za nie. Nosimy bowiem w sobie - jak twierdzi John Bradshaw, amerykański psycholog i teolog - boże dziecko w nas, które doskonale wie, co dla niego jest dobre. Można wyrazić tą rzeczywistość również innymi obrazami. Każde dziecko posiada również swojego Anioła Stróża, który je chroni i mu towarzyszy. Anioł ten towarzyszy również dziecku, kiedy to zostanie zranione. Tak jak Anioł wskazuje Hagar wypędzonej ze swoim dzieckiem Izmaelem na pustyni źródło wody, tak samo Anioł wskazuje dziecku w atmosferze zranienia źródło, z którego może pić. Zbyt jednostronnie pytaliśmy w psychologii o przyczyny choroby, powinniśmy pytać również o to, co uzdrawia. Ślady Anioła, które odnajdziemy w każdym życiu, wskażą nam moce uzdrawiające w naszym życiu.

Ślady Anioła odnajdziemy pytając: Gdzie jako dziecko czułem się ze sobą dobrze? Co robiłem chętnie? Gdzie mogłem o sobie zapomnieć? W co najchętniej się bawiłem? Gdzie czułem się przyjęty i bezpieczny? Pewna kobieta, która miała ojca chorego na chorobę alkoholową oraz matkę uzależnioną od leków, jako dziecko najczęściej szukała schronienia w Kościele przed ołtarzem Matki Bożej. Tam doświadczała macierzyńskiego Boga, przez którego czuła się kochana i przy którym czuła się bezpieczna. Maryji mogła opowiedzieć o wszystkim, co nękało jej serce. Inna kobieta szukała jaskiń, w których mogłaby czuć się bezpiecznie. Jaskinia jest obrazem matczynego łona. Jeśli dziecko nie czuje się bezpiecznie przy matce, to nie znaczy, że nie jest bezpieczne. W jaskini doświadcza, że istnieje macierzyński Bóg, który otacza ją swoją miłosną obecnością. Jeszcze inna kobieta, która w czasie wojny jako dziecko zmuszona była spędzieć wiele godzin w zimnych bunkrach i wyraźnie cierpiała z powodu oziębłości swojej matki, najchętniej w dzieciństwie bawiła się lalkami. Bawiła się zawsze w matkę, która troszczy się o swoją córkę i z miłością się nią opiekuje. Tym, czego nie doświadczyła ze strony matki, obdarzała się sama w zabawie. W nas istnieje bowiem nie tylko konkretne doświadczenie matki i ojca, ale również archetypowy obraz ojca i matki. Jako dzieci możmy przenieść   ten obraz albo na Boga, u którego możemy wtedy doświadczyć albo macierzyństwa albo ojcostwa, albo też na innych mężczyzn czy kobiety z naszego otoczenia, którzy zaspokoją trochę nasze potrzeby. Ostatecznie jednak doświadczenie braku kieruje nas zawsze na Boga, który jedynie może zaspokoić naszą głęboką tęsknotę za ojcem i matką.

Nie wystarczy tylko przypomnieć sobie o śladach Anioła w naszym dzieciństwie. Powinniśmy na nowo zetknąć się z tymi uzdrawiającymi śladami w naszym życiu. Dokona się to, jeśli uświadomimy sobie, co wtedy tak naprawdę przeżywaliśmy i zetkniemy się z tym uzdrawiającym źródłem na modlitwie i medytacji. Kobieta, która jako dziecko czuła się dobrze w jaskini, doświadczyła ponownie tego źródła medytując z tym obrazem. Dotąd również codziennie medytowała, ale zawsze pod presją: Czy naprawdę robię wszystko dobrze? Czy spełniam to czego Bóg ode mnie oczekuje? Teraz medytowała zobrazem jaskini. W czasie medytacji poczuła się ogarnięta Bożą miłującą obecnością. Mogła pozwolić, aby wszystko od niej odpadło. Wiedziała, że teraz w czasie medytacji nikt od niej nic nie chce. Mogła cieszyć się Bożą miłością. Było to dla niej jak źródło, z którego mogła pić. Pewien meżczyzna, który mógł o sobie zapomnieć, kiedy przypatrywał się płynącym wodom Renu, starał się co dzień siadać nad pobliskim strumykiem. Tam doświadczał on w obliczu płynących wód, jak problemy jego życia nabierają właściwych rozmiarów. Czuł jak życie znowu w nim płynie. Rozumiał co dokonało się w nim w czasie chrztu, że wytrysnęło w nim Boskie źródło Ducha Świętego. Spoglądając na wodę dotykał rzeczywistości Bożej wswoim wnętrzu. Takie sposoby modlitwy i medytacji mają na nas uzdrawiające działanie. Wtedy Bóg sam uzdrawia nasze rany. Nie patrzymy wtedy wcale na nasze rany, ale na rzeczywistość Boga. Im bardziej spoglądamy na Boga, który jest już w nas obecny, tym silniej zadziała w nas uzdrawiająca moc Boga. Jest to równie ważne jak przedkładanie naszych ran Bogu.

Wnioski

Było to tylko kilka myśli na temat, jak możemy obchodzić się z naszymi zranieniami. Nie jesteśmy po prostu na nie skazani. Mogą one zostać przemienione i uzdrowione, jeśli świadomie się im przyjżymy i przedłożymy Bogu na modlitwie. Mogą one zostać przemienione w perły, coś drogocennego, co nie będzie więcej przeszkodą w naszym życiu, a raczej obdarzy nasze życie najgłębszą wartością. Nie posiadamy poza tym jedynie ran, ale również ślady uzdrawiające, kiedy Bóg był obecny w naszym życiu, są to ślady poprzez które Bóg chciałby również dzisiaj w nas działać, wypełniając nas swoją mocą i siłą. Bóg jest w nas źródłem zbawienia i uzdrowienia. Musimy je tylko odkryć i się ku niemu zwrócić. Wtedy doświadczymy pośród naszych zranień, że istnieje w nas przestrzeń, która jest już zintegrowana i uzdrowiona.

Z języka niemieckiego tłumaczył Andrzej Marniok

 

 

Redakcja Zeszytów Formacji Duchowej
ul. św. Jacka 16; 30 - 364 Kraków
tel. (0-12) 269 2397 w dni powszednie godz. 8.30-12.00, 14.00-17.30, 18.00-19.00
fax (0-12) 254 6060, tel. kom. 694 448170
e-mail: zeszyty@salwatorianie.pl

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl