O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Śluby przeżywane według Ducha 31 V - 2 VI 2015 - homilie< ...


SZKOŁA FORMACJI ZAKONNEJ
Śluby przeżywane według Ducha
31 maja - 2 czerwca 2015

TEKSTY HOMILII
które w czasie sesji wygłosił Raniero Cantalamessa OFMCap.

 


na zdjęciu: O. Raniero Cantalamessa OFMCap. - CFD Kraków, 31 maja 2015 

Od indywidualizmu do komunii osób na wzór Najświętszej Trójcy
homilia – uroczystość Najświętszej Trójcy, 31 maja 2015 r.
Pwt 4, 32-34.39-40; Ps 33, 4-6.9.18-20.22; Rz 8, 14-17; Mt 28, 16-20

Na koniec roku liturgicznego Kościół każe nam celebrować tajemnicę, od której wszystko się zaczęło i w której wszystko się zakończy. Trójca Św. jest jak ocean. Z tego oceanu unosi się woda w formie chmur, które później przemieniają się w deszcz. Deszcz jest zbierany przez rzeki i strumienie, a potem przez góry, przepaście i doliny spływa do morza. To jest obraz naszego życia. Wychodzimy od Trójcy Św., przechodzimy przez życie, często burzliwe jak rzeka, która ma różne zakręty lub zakola. Jesteśmy wszyscy „przeznaczeni”, aby znów znaleźć się w tym oceanie pokoju. W liturgii włoskiej mamy hymn na to święto, w którym są słowa: „O, błogosławiona Trójco, Oceanie pokoju. Kościół Tobie poświęca, swoje wieczyste uwielbienie”. Całe życie chrześcijańskie rozgrywa się pod znakiem Trójcy Św. Zostaliśmy ochrzczeni „w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” - słyszeliśmy w Ewangelii, a potem każdy ważny moment naszego życia rozgrywał się pod znakiem Trójcy. W Trójcy zostaliśmy bierzmowani. My, kapłani, zostaliśmy wyświęceni „w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Pobożność chrześcijańska każe nam przywoływać tajemnicę Trójcy Św. wiele razy w ciągu dnia, czyniąc znak krzyża. Wreszcie, pod koniec życia będziemy mieli radość umierania w towarzystwie braci w wierze i ostatnimi słowami, jakie usłyszymy, choć może niezbyt jasno, będą może te: „Odejdź, duszo chrześcijańska, z tego świata, w imię Ojca, który cię stworzył; w imię Syna, który cię odkupił; w imię Ducha, który cię uświęcił”.

Trójca Św. nie jest więc tajemnicą odległą, abstrakcyjną. I nie jest również Trójca Św. jedynie tajemnicą do wierzenia, jest również tajemnicą do naśladowania. Trójca Św. jest wzorem całego stworzenia; a nawet bardziej niż „wzorem” jest „matrycą”, w której zostaliśmy ukształtowani. Zobaczmy więc, w jakim sensie Trójca Św. jest tajemnicą do naśladowania, szczególnie dla nas, osób zakonnych, osób konsekrowanych. Chciałbym wykorzystać momenty w czasie Mszy świętych i czas homilii, które mam wygłosić, właśnie po to, by dotknąć niektórych aspektów życia konsekrowanego. Nie chodzi mi o trzy śluby, którymi zajmiemy się w czasie naszych rozważań, ale o inne aspekty, które są zasadniczymi aspektami życia konsekrowanego. Trójca Św. przypomina nam tego wieczoru o tym aspekcie życia, jakim jest komunia i życie wspólnotowe. Życie konsekrowane winno być epifanią, przejawem Kościoła, który jest komunią. Św. Jan Paweł II napisał list „Novo millennio ineunte”, w którym wyznaczył program na drugie tysiąclecie. Położył w nim duży nacisk na komunię i wspólnotę, i na to, że „należy krzewić duchowość komunii” (NMI 43).

Zobaczmy, w jaki sposób Trójca Św. może być inspiracją dla nas, jeśli chodzi o życie wspólnotowe. Czym jest Trójca Św.? To komunia Miłości! To komunia między różnymi Osobami! Dzisiaj kategorią, której chętniej używa się mówiąc o Trójcy Św., nie są natura ani istota, ale właśnie komunia. Zdarza się, że osoby żyjące w środowiskach, w których chrześcijanie są mniejszością, nieraz słyszą to zastrzeżenie: „Dlaczego wierzycie w trzech Bogów? Dlaczego wierzycie w Trójcę?”. Często rozmawiałem z osobami ze wspólnot chrześcijańskich żyjących np. w Emiratach Arabskich, które zadawały mi pytanie, co mają odpowiedzieć tym, którzy ich pytają, dlaczego wierzą w Trójcę. Mówiłem im, że odpowiedź jest prosta. Wierzymy w Trójcę Św., bo wierzymy, że Bóg jest Miłością, a miłość jest możliwa przynajmniej między dwiema osobami. Gdyby Bóg był Najwyższym Prawem albo jedynie Najwyższą Władzą, nie trzeba by było wielości Osób, ale Bóg chrześcijan jest Miłością, dlatego wspólnota jest komunią miłości. Osoby Trójcy Św., czyli Ojciec, Syn i Duch Święty - bracia w kapłaństwie to pamiętają - są nazywane relacjami, a żeby być precyzyjnym relacjami subsystentnymi. Osoby Boskie są zawsze ukierunkowane na Inne. Ojciec jest Ojcem, bo jest zawsze ukierunkowany na Syna. Syn nie ma w sobie nic poza tym, że jest Synem.

My „mamy” relacje: „mamy” relację z rodzicami, z przełożonymi, z przyjaciółmi. My „mamy” relacje, tymczasem Bóg nie „ma” relacji, ale „jest” Relacją. Dla Ojca wszystko to, kim jest, to bycie Ojcem, bycie skierowanym ku Synowi. Oto dlaczego Bóg stwarzając, stworzył mężczyznę i kobietę! To trochę dziwne, bo w tekście czytamy, że Bóg „stworzył mężczyznę i niewiastę, na swój obraz ich stworzył” (zob. Rdz 1, 27), czyli istnieje pewna relacja między byciem mężczyzną i kobietą, i byciem na obraz Boga. W jakim sensie, możemy zapytać, skoro Bóg nie jest ani mężczyzną ani kobietą. Jest tak, bo Bóg jest relacją: jest „Ja”, które zwraca się do „Ty”. Oto dlaczego para ludzka jest pierwszym, „embrionalnym” znakiem Trójcy; a wspólnota zakonna, wspólnota chrześcijańska, Kościół w ogólności, ale również małe wspólnoty, do których należymy, są o wiele bardziej obrazami Trójcy Św. Bo my nie jesteśmy razem i nie zwracamy się ku sobie z powodów cielesnych, ale z powodów duchowych.

Co to konkretnie oznacza dla naszego życia we wspólnocie? Oznacza to, że nie można żyć we wspólnocie będąc odizolowanymi, ignorując innych. W Trójcy Św. każda Osoba czyni siebie darem dla Innych. Wspólnota zakonna nie polega na tym, że się mieszka razem pod tym samym dachem, ale na stawaniu się darem jeden dla drugiego. Oto dlaczego, kiedy wspólnota zakonna realizuje bycie jedni dla drugich, staje się naprawdę znakiem Trójcy Św. pośród Kościoła. Wówczas staje się również wspólnotą ewangelizującą, bo pierwsza ewangelizacja to cicha ewangelizacja wspólnoty! Dzieje Apostolskie po Zesłaniu Ducha Świętego opisują nam pierwszą wspólnotę chrześcijańską. Pamiętacie, że „przebywali razem i wszystko mieli wspólne, (…) z radością”. Nie mówi się tam, że oni głosili naukę, ale jest informacja, że codziennie Pan dołączał nowych wierzących do wspólnoty (zob. Dz 4, 42-47). Co było powodem, że ci ludzie przychodzili do wspólnoty? Tym powodem było samo istnienie nowej grupy ludzi, którzy żyli razem mając nową relację miłości. Także w dzisiejszym świecie wspólnota zakonna, jakkolwiek byłaby mała i pokorna, w której widzi się, że jeden kocha drugiego, akceptuje drugiego, staje się znakiem obecności Boga. Wielki uczony i znawca historii rozwoju chrześcijaństwa i początków Kościoła, który nazywał się Adolf Harnack, badał motywy, dla których chrześcijaństwo tak szybko się rozpowszechniło w pierwszych wiekach i mówił, że motywem szczególnym i najbardziej skutecznym było samo istnienie tej nowej wspólnoty. Wspólnota ewangelizuje!

Kochani bracia i siostry, życie wspólnotowe - wiemy to - nie jest łatwe. Są choroby wspólnoty. Nie chcemy teraz robić wykazu wszystkich chorób, jakie występują w ludzkich wspólnotach ani też nie będziemy mówić o chorobach wielkich wspólnot, jak państwo czy społeczność cywilna. Powiedzmy kilka słów o chorobach, jakie są w naszych wspólnotach. Myślę, że chorobą, którą trzeba potraktować na serio, jest indywidualizm. Czym jest indywidualizm? W środowisku zakonnym polega on na tym, że ktoś stwarza sobie swój mały świat, zbudowany ze znajomości i zaangażowania w pracę; świat, którym zarządza samodzielnie, na własną rękę. Często inni o tym nawet nie wiedzą. Może nawet robi rzeczy, które zostały mu nakazane, które wykonuje z urzędu, ale jego serce jest wyłącznie w tym małym świecie. To jest niebezpieczeństwo, o którym często słyszałem. To rozbija wspólnotę, gdy każdy - jak się mówi - „uprawia swój mały ogródek”. Jakie jest lekarstwo na ten indywidualizm, który jest dokładnie przeciwieństwem tego, co widzimy w Trójcy? Bo w Trójcy wszystko jest wspólne. Znana zasada teologiczna mówi, że wszystkie dzieła, których Bóg dokonuje poza sobą są wspólne dla całej Trójcy Św.: Ojciec, Syn i Duch Święty są razem w stworzeniu; razem projektują Wcielenie; są razem w naszym uświęceniu. W Trójcy Św. wszystko jest wspólne z wyjątkiem relacji, które odróżniają Osoby Ojca i Syna, i Ducha Świętego.

Lekarstwem na indywidualizm… jest „rewolucja kopernikańska”. W Polsce to powinno być dobrze znane. Musimy przeprowadzić „rewolucję kopernikańską”! Być może pierwszy raz słyszycie ten przykład. Na czym polegała „rewolucja kopernikańska”? Myślano, że Ziemia jest centrum Wszechświata i że Słońce krąży wokół Ziemi. Tymczasem Mikołaj Kopernik odkrył, że to Słońce jest w centrum systemu słonecznego, a Ziemia krąży dookoła Słońca. Co oznacza przeprowadzić rewolucję tego rodzaju w świecie duchowym? My jesteśmy przyzwyczajeni, by uważać nasze „ja” za centrum świata; i że wszystko powinno krążyć dookoła nas; i że także Bóg ma służyć naszej promocji. „Rewolucja” dokonuje się natomiast wówczas, gdy centrum czynimy Jezusa, a „ziemia”, którą my jesteśmy, jest na służbie Chrystusa! Konkretnie to oznacza: nawrócić się do wspólnoty; nie czynić centrum świata swego „ja”, ale uczynić centrum swoją wspólnotę; oczywiście chodzi o moją wspólnotę włączoną w wielką wspólnotę Kościoła, bo chodzi o mój sposób bycia w Kościele.

Gdy to się dokonuje, gdy co jakiś czas dokonujemy tej „rewolucji” wewnątrz nas, gdy staramy się przenieść nasze „ja” z centrum i umieścić w centrum Chrystusa, wówczas ma miejsce cud: charyzmat jednego staje się charyzmatem wszystkich. Dobrze to wyjaśnia św. Augustyn. Mówi on, że słuchając, jak na przykład w rozdziale dwunastym pierwszego listu do Koryntian wyliczane są charyzmaty (św. Paweł wymienia tam apostołów i uczonych; nauczycieli i proroków; tych, którzy mają dar uzdrawiania i dar mówienia językami); słuchając tego cudownego wykazu, ktoś mógłby się poczuć rozczarowanym, bo mógłby pomyśleć, że nie ma żadnego z tych nich. Św. Augustyn mówi: „Uważaj! Jeśli kochasz wspólnotę, wówczas to, co posiada ktoś we wspólnocie, jest również twoje; także ty to posiadasz! Jeśli odrzucisz zazdrość, mój charyzmat będzie twoim, a jeśli ja odsunę od siebie zazdrość, to twój charyzmat stanie się również moim!”. Inny przykład mamy w ludzkim ciele. Jedynie oko widzi, ale oko nie widzi tylko dla siebie, ale dla całego ciała. Jedynie ręka działa, ale ręka nie działa tylko dla siebie, ale dla całego ciała. I św. Augustyn tłumaczy, że jeśli kamień zostanie rzucony w moim kierunku na wysokości moich oczu, to moja ręka nie powie: „Nie ruszę się, bo to uderzenie nie jest skierowane w moją stronę”. Nie, ręka podnosi się na wysokość oczu, aby chronić oko przed rzuconym w jego kierunku kamienieniem; bo oko widzi dla ręki, a ręka działa dla oka. W ten sposób Trójca Św. staje się dla nas wzorcem do naśladowania w naszym życiu wspólnotowym. Tym, czego dziś naprawdę bardzo potrzeba, jest właśnie znak mocnej komunii, ponieważ siły odśrodkowe i indywidualizm naszego społeczeństwa są bardzo mocne.

Teraz kontynuować będziemy celebrację Mszy św. Mamy nadzwyczajną łaskę. Eucharystia i Trójca Św. są w ścisłej relacji. Widzicie, my nie możemy objąć oceanu! Czy możemy objąć ocean naszymi ramionami? Nie! Ale możemy zrobić coś piękniejszego: możemy po prostu wejść do oceanu, zanurzyć się. Nie możemy naszym umysłem zrozumieć Trójcy Św., ale możemy wejść do środka. Eucharystia jest właśnie bramą, by wejść do Trójcy; co więcej przez Eucharystię Trójca Św. wchodzi do nas. Prośmy Ducha Świętego, by dał nam dziś naprawdę zasmakować tego nadzwyczajnego daru: przyjąć Trójcę Św. i wejście w Trójcę Św.

---------------------------------------------------------------------

Jeśli nie staniemy się świętymi, nasze życie będzie porażką!
homilia – poniedziałek 9. tygodnia zwykłego (rok A), 1 czerwca 2015 r.
Tb 1, 1a.2; 2, 1-9 (Wlg); Ps 112, 1-6; Mk 12, 1-12

W przypowieści o niewiernych dzierżawcach Jezus oferuje nam streszczenie całej historii zbawienia. Jest to potężna synteza całego planu Bożego: Bóg stworzył świat, wybrał lud Izraela, troszczył się o niego, jak o winnicę, posyłał proroków. Tutaj jest streszczona cała historia Starego Testamentu. I wreszcie posyła Syna: Wcielenie. W tej przypowieści jest również zawarta Męka i Śmierć, i całe Misterium Paschalne, ponieważ syn zostaje zabity i wyrzucony z winnicy. Jest to synteza dość surowa, bo kończy się w sposób negatywny. Dla nas natomiast jest ważnym to, że cała ta historia w czasie Mszy świętej staje się rzeczywistością. Syn, który został posłany wpośród nas jest kamieniem odrzuconym, który stał się kamieniem węgielnym, czyli umarł, ale zmartwychwstał. To jest tajemnica, którą za każdym razem celebrujemy w Eucharystii. Cała historia zbawienia, zawarta w tej przypowieści, odżywa na nowo w każdej Eucharystii. Powiedziałem te słowa, jak zauważyliście, w dużym pośpiechu, ponieważ - jak mówiłem wczoraj wieczorem - chciałbym skorzystać z tej okazji, jaką daje homilia, by dotknąć niektórych aspektów życia konsekrowanego, które wprawdzie nie dotyczą ślubów, ale są może jeszcze ważniejsze od ślubów.

Co łączy nas wszystkich? Co łączy wszystkie osoby zakonne: mężczyzn i kobiety, instytuty kontemplacyjne i instytuty życia czynnego? Jest jedna rzecz, którą wszyscy mamy wspólną, a mianowicie to, że nasze instytuty nazywane są „instytutami doskonałości”. Kościół zajął się nami w czasie Soboru w dekrecie, który rozpoczyna się od słów: „Perfectae caritatis” („Dążenie do miłości doskonałej”). Tym, co nas łączy, jest powołanie do bycia świętymi! Zgromadzenia zakonne i zakony są środkami i drogami do osiągnięcia tego wspólnego celu, jakim jest bycie świętymi. Powiedziałem dziś rano, kiedy mówiłem o czystości, że według Biblii człowiek jest nie tyle naturą, czyli czymś zdeterminowanym przez swoje narodzenie, ale jest powołaniem, to znaczy tym, do czego jest wezwany, by się tym stał. Jako że jesteśmy powołani do bycia świętymi, takie jest właśnie nasze powołanie! Jeśli nie staniemy się świętymi, jeśli nie staramy się być świętymi, nasze życie jest porażką. Przeciwieństwem świętego nie jest grzesznik, ale człowiek, który poniósł klęskę. Mówi się, że kto miał osiągnąć cel, ale go nie osiągnął, ten poniósł porażkę.

Świętość jest jedyną ważną rzeczą w życiu. Filozof Blaise Pascal zostawił nam pewne myśli rozproszone, które jednak są bardzo „gęste” i znaczące. W jednej ze swoich myśli mówi on, że w świecie są trzy porządki wielkości. Można więc stać się kimś wielkim według trzech porządków albo na trzech różnych poziomach. Pierwszym poziomem jest poziom materialny. Na tej płaszczyźnie są ci, którzy mają wielkie bogactwa, wielkie piękno fizyczne albo wielką siłę atletyczną; na tej płaszczyźnie spotkamy ludzi bogatych, aktorów, gwiazdy sportu. Są to wartości pozytywne, jeśli oczywiście są dobrze używane, bo one również prowadzą do Boga. Dalej, B. Pascal mówi, że istnieje drugi poziom wielkości, nieskończenie wyższy od pierwszego: jest to poziom inteligencji, geniuszu. Na tym poziomie spotykamy artystów, pisarzy, naukowców. Ich wielkość jest innego porządku, dlatego np. geniuszowi niczego nie dodaje ani niczego nie odejmuje to, czy jest bogaty czy biedny, piękny czy brzydki. I zazwyczaj ludzie zatrzymują się tutaj, na tych dwóch płaszczyznach, ale Pascal mówi, że istnieje jeszcze trzeci poziom wielkości, nieskończenie wyższy od drugiego, i jest to poziom świętości. Na tym poziomie najwyższym szczytem jest Jezus, Syn Boży, i w zależności od Niego Maryja Dziewica i wszyscy święci. To wielkość, która trwa wiecznie. To wielkość dla dobra wszystkich! To prawdziwa wielkość! To największy sukces w życiu!

Święci są osobami, które odniosły największy sukces w życiu! Ludzie często nawet nie zdają sobie z tego sprawy, że święci naznaczyli nie tylko historię, ale również geografię ludzką. Pewnego razu podejmowałem posługę kaznodziejską w Kalifornii, w małym miasteczku, które nazywało się Cupertino. Eksperci od komputerów wiedzą, że jest ono siedzibą Apple; to słynne miejsce na świecie. Gdy jednak zapytałem mieszkańców, skąd pochodzi nazwa ich miasteczka, oni tego nie wiedzieli. Copertino zaś to mała wioska we Włoszech, w regionie Puglii, która wydała świętego: św. Józefa z Kupertynu (san Giuseppe da Copertino). Misjonarze, którzy ewangelizowali tamten region Ameryki, nadawali różnym miastom imiona świętych: San Diego, San Franscisco, San Cupertino… Święci naznaczyli także geografię ludzką.

Można być świętymi we wszystkich stanach życia. Kościół daje nam tego przykład kanonizując różne osoby. Pozostając w przestrzeni życia konsekrowanego, są święci, którzy byli przełożonymi, także przełożonymi generalnymi, choć są oni nieliczni w porównaniu z tymi, którzy się uświęcili będąc kucharkami czy żebrakami. Świętość jednak jest dla wszystkich! Co oznacza być świętym, kochani bracia?

Świętym jest jedynie Bóg! W czasie Eucharystii modlimy się: „Zaprawdę, święty jesteś, Boże, źródło wszelkiej świętości”, bo źródłem wszelkiej świętości jest Bóg! Być świętym oznacza więc być w kontakcie z Bogiem. W Starym Testamencie ten kontakt odbywał się przede wszystkim poprzez obrzędy; wtedy należało unikać kontaktu z rzeczami, które mogły spowodować nieczystość. Albo osiągano świętość poprzez odwiedzanie miejsc świętych. Odkąd Syn Boży stał się człowiekiem, świętość Boga przybrała ludzkie oblicze. W rzeczywistości w Ewangelii Jezus dwukrotnie jest nazywanym „Świętym Bożym”. Jeden raz, dla przykładu, to słowo pojawia się w ustach Szymona Piotra. Kiedy Jezus pyta uczniów: „czyż i wy chcecie odejść?”, uczeń mówi: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga” (J 6, 68-69). Jezus jest świętością Bożą, zamkniętą w jednej Osobie. Odtąd, od czasu Jezusa, być świętym nie oznacza być oddzielonym od tego czy tamtego, od czegoś, co powoduje nieczystość. Odtąd być świętym oznacza być zjednoczonym z Jezusem i uczestniczyć w świętości Jezusa. To zaś dokonuje się przede wszystkim poprzez sakramenty. Poprzez sakramenty i wiarę przyjmujemy w siebie świętość Jezusa. Świętość Jezusa staje się naszą. Dobrze to zrozumiał św. Bernard.

W jednym ze swoich kazań, które odczytujemy w brewiarzu, św. Bernard mówi: „Ja to, czego mi brakuje…” - i nie mówi tu o pieniądzach ani o zdrowiu, ale o świętości i cnotach; mówi więc: „Ja to, czego mi brakuje, z ufnością przywłaszczam sobie z serca Pana, gdyż pełne jest miłosierdzia. Deklaruję, że moimi zasługami są zmiłowania Pańskie. A skoro zmiłowania Pańskie są liczne, również ja będę obfitował w zasługi”. Dalej św. Bernard pyta: „A co będzie z moją sprawiedliwością i moimi wysiłkami?” i odpowiada: „O Panie, ja już nie chcę o nich pamiętać, ponieważ jest napisane, że Ty stałeś się dla mnie sprawiedliwością, uświęceniem i odkupieniem” (por. Homilia do Pieśni nad pieśniami 61, 4-5). Ostatnie słowa to słowa św. Pawła z pierwszego listu do Koryntian. Jezus stał się dla nas „sprawiedliwością, i uświęceniem, i odkupieniem” (1 Kor 1, 30). Tu jest sekret świętości, kochani bracia i siostry! Świętości się nie produkuje; nie jest ona efektem własnej produkcji. Świętość przyjmuje się jako dar. W tym tkwi wielkość Jezusa! On nie dał nam jedynie przykładu świętości. Nie dał nam po prostu jakiejś cudownej reguły świętości, ale daje nam łaskę i daje nam swoją świętość. Dla mnie tu jest „szczyt odwagi i zuchwałości” w życiu zakonnym. Na przykład w Eucharystii, kiedy przyjmujemy Eucharystię, świętość Jezusa jest wewnątrz nas. W tym momencie posłuszeństwo, pokora i czystość Jezusa są nasze. Tu rodzi się pytanie, czy to zwalnia nas z wysiłku podjętego dla osiągnięcia cnót. Nie, a właśnie świętość Jezusa będzie tym, co nas obliguje, by żyć spójnie.

Tu pojawia się dar naszych reguł zakonnych, naszych konstytucji, bo one mówią nam, jakie jest wobec nas wyzwanie płynące ze świętości, którą otrzymaliśmy. Widzicie, że nasz wysiłek nie jest przyczyną łaski, ale skutkiem. Najprostszym przykładem jest to, co dokonuje się w życiu biologicznym. Dziecko nie może nic zrobić, żeby zostało poczęte w łonie matki. Potrzebuje miłości dwojga rodziców. Życie otrzymuje w darze, ale gdy się już urodziło, musi uruchomić swoje płuca i zacząć oddychać. Musi się karmić, bo inaczej życie, które otrzymało, umrze. Dlatego zdanie św. Jakuba: „wiara bez uczynków jest martwa” (por. J 2, 26) oznacza, że jeśli za wiarą nie idą nasz wysiłek i nasze działanie, nasza wiara umiera. Oto, jak mamy przedstawiać sens naszych reguł czy konstytucji: mamy je przedstawiać jako konkretny środek przewidziany przez Boga dla każdego z nas, aby kultywować (uprawiać) świętość.

Kończę cytując znowu słowa św. Bernarda. Był on mnichem, założycielem cystersów [założycielem cystersów był św. Robert z Molesmes - przyp. red.], ale był kimś bardzo aktywnym. Wzywano go wszędzie, aby zaprowadzał pokój, aby przemawiał i zwalczał herezje… Prowadził życie bardzo aktywne. Jego biograf, św. Wilhelm z Saint-Thierry, mówił, że od czasu do czasu św. Bernard, kiedy miał moment spoczynku czy odpoczynku w klasztorze, zatrzymywał się i stawiał sobie pytanie: „Bernarde, ad quid venisti?”, co się tłumaczy: „Bernardzie, dlaczego tu przybyłeś?”, co może znaczyć: „Bernardzie, dlaczego zostałeś mnichem?”. To pytanie pomagało mu odkryć na nowo główny cel jego życia zakonnego. Czy przyszedłeś do klasztoru, aby być przełożonym lub opatem? Nie, mam nadzieję, że nie! Czy przyszedłeś do klasztoru, aby być kaznodzieją, przełożonym albo administratorem? Nie! Przyszedłeś do klasztoru, aby zostać się świętym! Nam też dobrze zrobi to, że zadamy sobie to samo pytanie, wypowiadając na początku swoje imię. Ja wypowiadam moje imię pytając: „Raniero, dlaczego nosisz habit, który nosisz? Dlaczego podjąłeś życie zakonne?”. „Dlatego, że… Dlatego, że… Dlatego, że…”. Nie! Nosisz habit i podjąłeś życie zakonne, by zostać świętym! Jeśli wrócimy do domu i umieścimy dobrze cel naszego życia, możemy pomóc także ludziom, którym mamy służyć, by ukierunkowali swoje życie ku temu jedynemu celowi, który jest czegoś wart: ku uczestnictwu w świętości Jezusa.

---------------------------------------------------------------------

Mów „amen”, jak Maryja: z radością, a nie z rezygnacją!
homilia – wtorek 9. tygodnia zwykłego (rok A), 2 czerwca 2015 r.
Tb 2, 10-23; Ps 112, 1-2.7-9; Mk 12, 13-17

Poprosiłem, aby ta ostatnia Msza św. była celebrowana ku czci Dziewicy Maryi, aby powierzyć Jej wszystkie postanowienia tych naszych dni, ponieważ Ona jest Tą, która uzyskała Ducha Świętego dla Apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy, ale również dlatego, że jest Ona najwznioślejszym wzorem życia konsekrowanego Bogu. Przejdźmy szybko całą drogę Maryi, by zobaczyć, co może Ona powiedzieć nam, duszom konsekrowanym. O Matce Bożej nie wspomina się zbyt często w Nowym Testamencie. Jeśli jednak spojrzymy z bliska, zauważymy, że Maryja jest obecna we wszystkich momentach fundamentalnych misterium chrześcijańskiego. Są trzy momenty, które razem stanowią misterium zbawienia: Wcielenie Słowa, Misterium Paschalne Śmierci i Zmartwychwstania Chrystusa oraz Pięćdziesiątnica. Maryja jest obecna obok Jezusa w każdym z tych trzech momentów; jest obecna nie tylko fizycznie, ale jako przedstawicielka Kościoła, jako pierwsza komórka Kościoła. W każdym z tych trzech momentów Maryja staje przed nami jako wzór.

W jaki sposób Maryja jest wzorem w chwili Wcielenia? Jest nim poprzez swe całkowite zawierzenie woli Boga. Jest nim poprzez swoje „Oto ja! Fiat!”, jakim powierza się całkowicie słowu Bożemu. Wiara Maryi nie była wiarą łatwą. Może czasem myślimy, że stanie się Matką Mesjasza było dla Maryi chwałą. Tymczasem, Maryja wiedziała o tym, co zostało zapisane w Prawie Mojżesza. Wiedziała, że - zgodnie z Prawem Mojżeszowym - jeśli w dniu zaślubin okazało się, że młoda kobieta nie jest dziewicą, należało ją poprowadzić do drzwi domu ojca i ukamienować (zob. Pwt 22, 20-21). Przyjmując orędzie zwiastowane jej przez anioła Maryja ryzykowała własnym życiem! Jest więc ważne dla nas, abyśmy spróbowali zejść do tego konkretnego momentu, z którym Bóg związał odkupienie ludzi. Bóg bowiem chciał „tak” stworzenia, by móc zrealizować swój plan.

To, że Maryja powiedziała „tak” jest wzorem dla nas wszystkich, a zwłaszcza dla nas, zakonników. Jesteśmy przyzwyczajeni do utożsamiania Maryi z Dziewicą „fiat”, ale Maryja nie powiedziała „fiat”, bo nie mówiła po łacinie. Nie wiem, jak się mówi „fiat” po polsku, ale Maryja nie powiedziała tego słowa również po polsku. Kładę na to nacisk, ponieważ możemy jednak dojść do prawdziwego słowa, które wyszło z ust Maryi. Za każdym bowiem razem, gdy w Biblii pojawia się słowo, które tłumaczy się jako „fiat”, w Biblii hebrajskiej występuje inne słowo, które też doskonale znamy i które powtarzamy tyle razy w ciągu dnia. To słowo „Amen”. Maryja powiedziała Bogu „Amen”. Piękne jest również to, że to słowo, które znajdujemy w Ewangelii św. Łukasza, to jest „Amen” radosne. Czasownik, którym Maryja wyraża swoje „tak” dla Boga, w języku greckim jest użyty w szczególnym trybie, którego używa się, kiedy chce się wyrazić niecierpliwość i pragnienie, by coś się stało. Maryja powiedziała Bogu „tak” i powiedziała je z radością, a nie z rezygnacją (godząc się z losem). Nie uczyniła tego, jak ktoś, kto mówi: „Jeśli już nie może być inaczej, niech się stanie Twoja wola!”. Maryja mówi: „Jestem niecierpliwa! Cieszę się z powodu tego, co Bóg uczyni ze mną!”.

Potem Maryja wypowiada inne słowo. Jest to słowo, które wychodzi z ust Abrahama, Samuela… Po włosku mówimy „Eccomi!” („Oto ja!”). To jest słowo, które wypowiedział Abraham, kiedy został powołany: „Eccomi!”. To jest słowo, które wypowiedzieli wszyscy wielcy powołani przez Boga. „Oto ja!” oznacza „Jestem tutaj, Panie! Nie uciekam, jak Adam. Jestem gotów czynić to, czego Ty pragniesz!”. My też w obrzędzie profesji zakonnej wypowiedzieliśmy to słowo. Kiedy zostaliśmy wywołani po imieniu, powiedzieliśmy: „Oto ja! Jestem!”. Spotkanie takie, jak to, powinno być okazją do odnowienia tego „Oto ja!”. Panie, nie wiem, co masz na myśli, jeśli o mnie chodzi, ale mówię: „Oto ja!”. Powiedzieć Bogu to radosne „Oto jestem!” to jakby zacząć wszystko od początku, jakby odnowić swoją profesję zakonną.

Przejdźmy do momentu Krzyża i obecności Maryi w Misterium Paschalnym. Św. Jan pisze, że obok krzyża Jezusa stała Jego Matka (zob. J 19, 25). Podkreśla, że stała, to znaczy stała na nogach. Maryja to mocna kobieta. Mówiąc po ludzku, Maryja powinna była uciec z Kalwarii. Po ludzku patrząc, powinna wołać do Boga: „Oszukałeś mnie! Obiecałeś mi, że mój Syn będzie panował nad domem Jakuba (zob. Łk 1, 33)!”. Po ludzku mówiąc, miała wszelkie motywy ku temu, by czuć się oszukaną przez Boga. Tymczasem Ona stała pod krzyżem i stała się dla nas wzorem wytrwałości. Przychodzi bowiem taki moment w życiu, a dla wielu z nas może już przyszedł, w którym wydaje się, jakby Bóg wycofywał się ze swoich obietnic. Powierzył nam określone zadania, polecił nam założyć coś nowego, dał nam jakąś relację, przyjaźń… Później w pewnym momencie zostaje nam to zabrane. Zadanie, które zostało nam przez Boga powierzone jako zadanie życiowe, zostaje nam odebrane. Założyliśmy jakąś wspólnotę… - to się zdarzyło tylu założycielom zgromadzeń zakonnych - i w pewnym momencie prosi się nas, byśmy tę wspólnotę i te zadania zostawili innym.

To zdarzyło się przede wszystkim Abrahamowi. Bóg obiecał mu syna, Izaaka, jako znak Jego życzliwości. To przez niego Abraham miał mieć potomstwo. I w pewnym momencie Bóg prosi, by złożył syna w ofierze i wszystko się zaciemnia. Wydaje się, jakby Bóg wycofał się ze swych obietnic. To samo Bóg uczynił z Maryją. Obiecał Jej Syna, który będzie królował, a teraz prosi, aby towarzyszyła Synowi w drodze na górę, gdzie zostanie On ukrzyżowany. Gdyby to miało się zdarzyć nam, że Bóg poprosi nas właśnie o to, co nam dał i co uważaliśmy za naszą misję życiową, nie wpadajmy w kryzys, ale patrzmy na Maryję! Pozostańmy pod krzyżem, bo Bóg nigdy nie rozczarowuje! Faktycznie, Bóg dotrzymał złożonej Maryi obietnicy wbrew wszelkim oczekiwaniom, bo wskrzesił Chrystusa z martwych. Kościół opiewa to spotkanie Zmartwychwstałego z Maryją śpiewając w okresie wielkanocnym: „Regina caeli, laetare, alleluia!”.

W takim momencie, momencie ciemności, poznałem pewną siostrę, założycielkę, która mówiła do Boga: „Ojcze mój, już Cię nie rozumiem, ale ufam Ci!”. Ta modlitwa może nam się czasem przydać: „Ojcze mój, już Cię nie rozumiem, ale Ci ufam!”. Maryja pod krzyżem jest dla nas wielkim wzorem. Nie jest jednak jest takim wzorem, jak jakaś modelka (wł. „modello” - przykład; wł. „modella” - modelka - przyp. red), która stoi i się maluje. Maryja jest wzorem, który nam pomaga. Uzyskuje, wyprasza nam łaskę! Pracuje z nami!

Powiedzmy jeszcze kilka słów o Maryi w dniu Pięćdziesiątnicy. Także tutaj jest tylko jeden werset Dziejów Apostolskich. Wystarczy on jednak, by zobaczyć, że Maryja znajduje się w sercu Pięćdziesiątnicy. Kiedy uczniowie schodzą z góry Wniebowstąpienia mówi się, że „wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa, …” (Dz 1, 14). Musimy zaraz wyjaśnić sobie pewną rzecz: Maryja w dzień Pięćdziesiątnicy nie była obecna tak, jak wiele innych kobiet. Była tam obecna jako Matka Jezusa, a to stawia Ją w sytuacji jedynej na świecie. Bo oznacza to, że Duch, który ma przyjść do Kościoła, to Duch Jej Syna. To Duch, dzięki któremu Ona zrodziła Chrystusa. Między Maryją i Duchem Św. jest niewypowiedziana więź. Św. Franciszek z Asyżu wyraził to mówiąc, że Maryja jest Oblubienicą Ducha Świętego. O czym mówi nam obecność Maryi w dniu Pięćdziesiątnicy? Maryja już otrzymała Ducha Św. Pięćdziesiątnicą Maryi było Zwiastowanie. Anioł powiedział do Niej: „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię” (Łk 1, 35). To są dokładnie te same słowa, których św. Łukasz użyje opowiadając Pięćdziesiątnicę: „Duch Święty zstąpi na was, otrzymacie Jego moc” (Dz 1, 8), „będziecie uzbrojeni mocą z wysoka” (por. Łk 24, 49). Maryja, kiedy otrzymała Ducha Świętego, wyśpiewała w Magnificat: „wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny” (Łk 1, 49), a św. Łukasz mówi, że Apostołowie w dniu Pięćdziesiątnicy głosili „wielkie dzieła Boże” (zob. Dz 2, 11). W oryginale Biblii tego samego słowa, które tu wypowiada Maryja, św. Łukasz użyje również w Dziejach Apostolskich w odniesieniu do apostołów („wielkie rzeczy” - gr. „megaleia”; „wielkie dzieła Boże” - gr. „ta megaleia tou Theou” - przyp. red).

Maryja otrzymała Ducha Świętego, a teraz w dzień Pięćdziesiątnicy pomagała Apostołom przyjąć Go. Pismo Św. tego nie mówi, ale możemy sobie wyobrazić rolę, jaką odegrała Maryja w dniu Pięćdziesiątnicy. Uczniowie dopiero co wyszli z dramatu Męki. Mieli tyle rzeczy do wyrzucenia sobie nawzajem: jeden z nich zdradził, inni byli bliscy porzucenia wszystkiego. Kto uczynił ich jednym ciałem, jednym sercem i jedną duszą? To właśnie obecność Matki Jezusa ich pojednała. Postawiła ich w tej sytuacji pustki i oczekiwania, która jest konieczna, by otrzymać Ducha. Prośmy Maryję, by uczyniła względem nas to, co uczyniła wówczas dla uczniów. Prośmy, by uspokoiło się nasze serce, by nasz umysł został uwolniony z wszelkich trosk. Nie ma pewniejszej drogi dla otrzymania Ducha Świętego, jak Eucharystia, bo tutaj otrzymujemy źródło, z którego wytryska Duch Święty. Symbolem Ducha Świętego była Krew i Woda wypływająca z przebitego boku Chrystusa (J 19, 34). Jeśli przyjmujemy Jezusa z wiarą, wiemy że w Nim jest ogień Ducha Świętego: „Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął” (Łk 12, 49). Ten ogień dociera do nas poprzez Pięćdziesiątnicę, poprzez Eucharystię.

Po powrocie do domu starajmy się naśladować Maryję, pomagając naszym wspólnotom żyć tak, aby każdego dnia mogły przyjmować Ducha Świętego. Jedną z najpiękniejszych ról przełożonych i animatorów jest właśnie to, jest pomóc wspólnocie, aby stała się jednym duchem i jednym sercem (por. Dz 4, 31-32), by ponad różnicami opinii i temperamentu starać się skoncentrować rozmowę na tym, co jest centrum naszego życia; by starać się sprowadzić rozmowę na to, co istotne: na świętość, na Jezusa. Kiedy wspólnota jest całkowicie uwikłana w małe problemy personalne czy finansowe, rolą przełożonego czy przełożonej jest to, by spoglądać w dal i nie dać się uwięzić w małych problemach, ale zawsze w centrum umieszczać Jezusa. Musimy powtarzać sobie i innym to, co powtarzał sobie św. Bernard: „Bernarde, ad quid venisti?”, „Bernardzie, dlaczego tu przybyłeś?”. Dlaczego przyszedłeś do zakonu? Czy po to, by robić to lub tamto? Nie! Przyszedłeś, aby iść za Jezusem; więc wszystkie inne rzeczy uważaj za drugorzędne! Bo z Jezusem ma się wszystko.

Przygotujmy się więc teraz, by przyjąć Jezusa tak, jak Ona Go przyjęła. Wyobraźmy sobie Maryję zaraz po zwiastowaniu. Ma Jezusa w sobie; nie tylko w ciele, jak mówi św. Augustyn, ale również w sercu i w umyśle. Jest cała pełna Jezusa. Gdziekolwiek Maryja szła, czuło się zapach Jezusa! Także my każdego dnia w Eucharystii otrzymujemy Jezusa, aby potem Nim promieniować wokół nas w sposób, którego my może nie widzimy, ale inni powinni to widzieć. Kiedy ktoś używa jakichś perfum, - choć nie polecam tego siostrom zakonnym ;-) -, nie ma potrzeby wypisywać etykietki, jakich używa perfum, bo to się czuje. Napełnijmy się więc Jezusem, a ludzie poczują zapach Jezusa!

----------------------------------------------------
w tekstach spisanych z nagrania
na żywo (nieautoryzowanych),
zachowano styl języka mówionego; 
tłum. z jęz. włoskiego : Danuta Piekarz
(red.)
----------------------------------------------------

=== === ===

   

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl