O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Ćwiczenia Ignacjańskie 30 stycznia - 7 lutego 2017 homilie cz ...


Ćwiczenia Ignacjańskie
30 stycznia - 7 lutego 2017

 

info i homilie - część pierwsza
30-31 I i 1 II 2017
>>>.

homilie - część druga
2-4 II 2017
>>>.

Dziękujemy za modlitwę w intencji uczestników i prowadzących
oraz kierowników duchowych!
Dzielimy się tekstami/nagraniami homilii.

---------------------------------------------------------------------

 NAGRANIA I TEKSTY HOMILII
wygłoszonych w czasie rekolekcji
- CZĘŚĆ TRZECIA -
5-7 lutego 2017

---------------------------------------------------------------------

Z Ukrzyżowanym odkrywaj wartości, jak sól w kopalni
homilia – 5. Niedziela Zwykła (rok A), 5 lutego 2017 r.
Iz 58, 7–10; Ps 112, 4-8a.9; 1 Kor 2, 1–5; Mt 5, 13–16

NAGRANIE HOMILII Z 5 LUTEGO 2017
[KLIKNIJ, BY ODSŁUCHAĆ]

W naszych ćwiczeniach duchownych, duchowych, towarzyszymy dzisiaj Jezusowi, który przebywa na górze, który zwraca się do zgromadzonego tłumu, który chwilę wcześniej wypowiedział błogosławieństwa, który w pięknych i pełnych mocy Bożej słowach rozpala w słuchających pragnienie nieba. Rozpala w słuchających pragnienie spotkania z Ojcem. Dzisiaj słyszymy kolejny raz słowa, które być może wydają nam się bardzo oczywiste. Nie zdziwiłbym się, gdybyśmy słuchając o soli ziemi naszą uwagę w pierwszej kolejności kierowali do napomnienia, aby nie stracić przypadkiem smaku, a może do wątpliwości, czy czasem moje życie nie traci smaku. Tym bardziej, że pojawiają się dwie wątpliwości: sól w zasadzie nie traci smaku; a druga rzecz, że każdy z nas już tyle soli w życiu zdeptał, że chyba łatwiej byłoby się odnaleźć w doświadczeniu bycia zdeptanym; że zostaliśmy przez kogoś wyrzuceni lub sami siebie wyrzucaliśmy na drogę i doświadczyliśmy w życiu zdeptania.

Przyznam, że kiedy prowadziłem rozważania, szukałem i prosiłem Pana Boga, od jakiej myśli zacząć dzisiejszą homilię, uświadomiłem sobie, że wpadam w pułapkę, która grozi nieraz kaznodziejom, a na pewno grozi nam uczestniczącym, przeżywającym ćwiczenia. Jest to pułapka polegająca na tym, aby znaleźć myśl, która słuchających zachwyci, zachwyci ich tak bardzo, że później będzie można od nich otrzymać pochwały i wdzięczność. Czasem dzieje się to w osobistej modlitwie, gdy staje się ona poszukiwaniem słowa, które nas zachwyci i którym będziemy mogli pochwalić się Panu Bogu, że zobaczyliśmy, że odkryliśmy „nowość”. Lekarstwem na te rozważania okazuje się dzisiaj św. Paweł. Jest on nie tylko geniuszem w tym, co dzisiaj do nas mówi, ale można odnieść wrażenie, jakby on sam przeżył rekolekcje ignacjańskie, jakby przeżył ćwiczenia duchowne, jakby w swoim życiu dokonał rozeznania. A co najważniejsze, możemy zobaczyć, że nie ma oporów, aby dzielić się też odkrywaniem swoich błędów.

Dzisiaj św. Paweł wyraźnie mówi nam, że nie przyszedł, aby błyszczeć słowem mądrości, aby nie głosić świadectwa Bożego przez słowa mądrości, które, możemy tak powiedzieć, miałyby tylko zachwycić lub uwieść słuchającego. Niewątpliwie św. Paweł kierując te słowa do Koryntian wspomina wydarzenie, które miało miejsce niewiele wcześniej, kiedy był w Atenach. Tam, co prawda dokonał pierwszego rozeznania, przeszedł i zobaczył wszystkie wybudowane w Atenach, i znalazł też świątynię poświęconą bogu nieznanemu. Prawdopodobnie ucieszył się, że znalazł punkt zaczepienia, że może teraz przemówić do Ateńczyków w taki sposób, który ich zachwyci, a równocześnie jednoznacznie pozwoli mu przybliżyć im Chrystusa. Ale doznaje porażki. Na koniec bowiem słyszy: „posłuchamy cię innym razem”. Przemawiając dzisiaj jest jak gdyby po drugim rozeznaniu. Zobaczył, że nie chodzi o to, żeby zachwycić, ale jedyną Osobą, jedyną Treścią przekazu może być sam Jezus Chrystus i to ukrzyżowany; może być Ten, przez którego dokonało się zbawienie; Ten, który nie potrzebuje ani wstępu, ani tłumaczenia. Św Paweł zrozumiał, że wystarczy, aby w jego słowach Chrystus zajmował pierwsze, centralne i ostateczne miejsce, że całym przekazem będzie Jezus.

Św. Paweł mówiąc, że przynosi Chrystusa i to ukrzyżowanego, mówi o trzech elementach swojej postawy, którą przyjmuje, stając wobec czytających list: „stanąłem przed wami w słabości, bojaźni i z wielkim drżeniem”. Słabość. Na określenie słabości używa terminu gr. „astheneia”, który oznacza pewne ograniczenia wynikające z natury, wynikające z tego, kim jest i jakim jest. Ten termin może określać też np. ograniczenia wynikające z choroby. Św. Paweł jednoznacznie mówi: „przynoszę wam Chrystusa, ale wiem, że czyniąc to, mój przekaz nigdy nie będzie doskonały. Mam świadomość własnej bezradności”. Nie przychodzi jako ten, który chce błyszczeć. Chociaż z drugiej strony św. Pawłowi niczego nie brakowało, aby błyszczeć i błyszczy do dzisiaj jako Apostoł Narodów, to jednak uświadamia sobie, że nie chodzi o to, aby błyszczeć. To nie od jego blasku zależy jakość odkrywania, kim jest Jezus Chrystus.

Idźmy dalej. Św. Paweł staje „w bojaźni”. Św. Paweł używa tutaj określenia gr. „fobos”, które ma dwa znaczenia w Piśmie Świętym. Pierwszym znaczeniem jest: obawa, lęk. Opisuje ono sytuację, gdy ktoś po prostu się boi, ale ten termin używany jest również na określenie bojaźni Bożej. Św. Paweł chce wyraźnie powiedzieć, że nie wie, jak zostaną odebrane jego słowa, a z drugiej strony, jak gdyby chciał całe swoje zaangażowanie powierzyć Bogu, że to ma być bojaźń Boża. Bojaźń Boża w Starym Testamencie była rodzajem pobożności i do dzisiaj jest. Św. Paweł mówi, że przynosząc Chrystusa przede wszystkim przynosi Go w wierze, a nie w mocy swojego słowa. Choć jak każdy z nas wie, jeszcze raz to podkreśle, możemy powiedzieć, że nic jego słowu nie brakowało.

Największym zaskoczeniem dla mnie było odkrycie znaczenia trzeciego terminu, o którym św. Paweł mówi: „i z wielkim drżeniem”. Otóż w pierwszym znaczeniu chodzi dokładnie o drżenie, które może być wyrazem obawy. Ale termin gr. „tromos”, którego używa św. Paweł ma jeszcze drugie znaczenie: szczera lojalność. Św. Paweł mówi do adresatów listu: „staję wobec was w szczerej lojalności”. Jakby chciał przez to powiedzieć: „staję wobec was jako świadek, jako ten, kto mówi, ale po zakończeniu świadectwa nie zostawię was”. Widzimy ten rys w całym nauczaniu, w całej postawie św. Pawła. Jak gdyby stawia siebie na szali świadectwa. Nie uchyla się przed odpowiedzialnością za świadectwo. Szczera lojalność.

Chciejmy w tych trzech postawach św. Pawła poczuć się też zaproszeni do tego, żebyśmy potrafili tak jak on, w pierwszej kolejności nie bać się też ciągłego odkrywania w życiu tego wszystkiego, co może okazać się, że było błędem lub grzechem. Jesteśmy w przededniu spotkania z Jezusem, spotkania Ojcem i Duchem Świętym w sakramencie pojednania. Może to być dla nas piękne zaproszenie, byśmy chcieli odkrywać całą prawdę o naszym życiu. I nie bójmy się też odkrywać, że w naszym życiu będzie i bojaźń, i będzie bezradność, i będzie się pojawiało wielkie drżenie, ale prośmy Apostoła Narodów, aby to on uczył nas jak w tych doświadczeniach odkrywać Tego, który jest w centrum, Jezusa Chrystusa Ukrzyżowanego.

Przybliżając się w naszych rozważaniach do Jezusa, do Jego serca, możemy jeszcze na chwilę wrócić do Ewangelii. To, co mówi Jezus jest najważniejsze. To, co do tej pory powiedziałem może być ostatecznie uznane za błyszczenie. Nie jest istotne. Jeżeli nie pomaga wejść w spotkanie z Jezusem, to proszę zapomnieć. Kiedy wróciłem ponownie do obrazu „sól ziemi”, o którym mówi Jezus, uświadomiłem sobie też, że w moim przynajmniej odczuciu, sól ziemi kojarzy się po prostu z solą w ziemi. Sól w ziemi jest w kopalni. Ją trzeba wydobyć. Jej nie ma. Jak gdyby rekolekcje ignacjańskie i każde rekolekcje są też tym ciągłym zaproszeniem, które kieruje do nas Jezus, byśmy na nie odpowiedzieli, byśmy zobaczyli, że On chce wydobywać tę wartość, która ciągle może być jeszcze nie odkryta. Sól ze względu na swoją wartość była też traktowana jako waluta, środek płatniczy. Sól można powiedzieć, jest też „jakiegoś koloru” złotem. Ważne, że jest to coś bardzo wartościowego. W tych słowach Jezusa, skoro są one następstwem błogosławieństw, jest zaproszenie, abyśmy Mu pozwalali, aby On, który zna nasze serce, wydobywał tę całą wartość na wierzch. I to co jest niezwykłe, kiedy Jezus dalej mówi w wezwaniu: „Tak niech wasze światło jaśnieje przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie»”, potwierdza, że ten, kto słucha Jego słowa, kto rozważa Jego słowo jest tym, kto świeci Jego światłem. Choćby najdelikatniejszym blaskiem, ale w wielkiej ciemności wystarczy naprawdę niewielki płomień, wystarczy zapałka, aby rozświetlić ciemności.

W każdej Eucharystii, a szczególnie przygotowując się do sakramentu pojednania, chciejmy uświadomić sobie, że do nas nie tyle należy rozważanie, gdybanie, czy mam wystarczająco światła w sobie, tylko odkrywania, że to Jezus nieustannie rozpala w nas zdolność do świecenia Jego blaskiem. Ciągle nas zaprasza. Nieraz wiąże się to z tym, że tam, gdzie zapalimy światło tam widać więcej. Widać też rzeczy, które należy przemeblować, które należy zmienić. Nie chodzi jednak, aby czynić to po omacku, ale o to, aby działo się to pod wpływem Jego światła, Jego miłości, pod wpływem naszej bliskości do Niego. I kiedy to czynimy możemy też zrozumieć jeszcze jedną rzecz, na którą niewątpliwie zwraca naszą uwagę św. Paweł. Niewątpliwie kiedy mówi o bojaźni i drżeniu, i kiedy mówi o bezradności, jak echo słychać inne słowa z jego nauczania: „któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej?” (Rz 8, 35) albo „wystarczy ci mojej łaski” (2 Kor 12, 9). Myślę, że możemy też usłyszeć nawiązanie do 53. rozdziału z księgi proroka Izajasza, które chciałbym zostawić każdemu z nas jako zakończenie, byśmy rzeczywiście w Jezusie widzieli Tego, który był zapowiedziany, który w dziele zbawienia przynosi wolność, wybawienie każdemu człowiekowi.

Prorok Izajasz w 53 rozdziale zostawia nam takie słowa: „Nie miał On wdzięku ani też blasku, aby na Niego popatrzeć, ani wyglądu, by się nam podobał. Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Mąż boleści, oswojony z cierpieniem, jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa, wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic. Lecz On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści, a myśmy Go za skazańca uznali, chłostanego przez Boga i zdeptanego. Lecz On był przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy. Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest nasze zdrowie” (Iz 53, 2-5).

Rafał Ziajka SDS

---------------------------------------------------------------------

Słowo Boga porządkuje i ozdabia, i leczy to, co odbiera ci życie!
homilia – poniedziałek 5. tygodnia zwykłego (rok I), 6 lutego 2017 r.
Rdz 1, 1-19; Ps 104, 1-2a.5-6.10.12.24.35c; Mk 6, 53-56

NAGRANIE HOMILII Z 6 LUTEGO 2017
[KLIKNIJ, BY ODSŁUCHAĆ]

Otrzymujemy dzisiaj w liturgii Słowa niezwykły dyptyk: dwa obrazy, które należy czytać razem, razem je widzieć. Z lewej strony, rzec można, pierwszy obraz, który przedstawia dzieło stworzenia, a po prawej stronie, czyli w dzisiejszej Ewangelii, dzieło odkupienia. Ojcowie starożytni i teolodzy mówili, że wspaniałe było dzieło stworzenia (jest wspaniałe, ponieważ przeżywamy creatio continua, dzieło stworzenia trwa). Ale jeszcze większym dziełem było dzieło odkupienia (jest dzieło odkupienia). Wpatrujmy się przez chwilę w ten dyptyk. Niech on nam towarzyszy w czasie tej Eucharystii, ale także potem, w kolejnych dniach życia. To taki dyptyk na całe życie. I z lewej, i z prawej strony, używając nadal tego obrazu, w dyptyku jest centrum. Jest to, co najważniejsze i co trzeba uchwycić. To słowo Boga. Stwórcze słowo Boga i to słowo zbawcze, uzdrawiające, podnoszące do życia na nowo.

Najpierw to słowo, które stwarza. Wiele razy już czytaliśmy ten święty tekst z pierwszej stronicy Biblii. Zwróćmy uwagę, że to Słowo jest na początku wszystkiego, jak to zresztą później zapisze św. Jan (J 1, 1). Ono jest także na początku naszego życia. Bóg rzekł i stało się. Bóg rzecze: „niech się stanie światło” i stało się światło. To jest słowo, które ma moc i które daje życie. Takie jest Słowo Boga. Słowa Boga nie należy się bać, nie trzeba się bać! Zbliżać się do słowa Boga to tak, jakby zbliżać się do źródła życia. Poddać się słowu Boga to tak, jakby poddać się słowu, które daje życie. To jest słowo obietnicy, które się spełnia. Bóg obiecuje i staje się to, co obiecuje. To słowo stwarza mnie, nieustannie stwarza. Jak stwarza? Słyszeliśmy. Bóg stwarza przez swoje słowo najpierw oddzielając; moglibyśmy użyć też innego słowa: porządkując, bo na początku jest chaos. Kiedy słowo zbliża się do tego chaosu… – w jaki sposób pojawia się życie? Pojawia się właśnie w taki sposób, że – Bóg z tego chaosu wyprowadza harmonię. Oddziela światło od ciemności, wody górne od wód dolnych, sklepienie od ziemi. Oto, jak życie powstaje! Oto, co znaczy, że życie jest! Życie jest, ponieważ jest harmonia, ponieważ jest porządek, ponieważ nie ma już chaosu, nie ma bałaganu, nie ma zamętu, nie ma zatartych granic. Tak rodzi się życie! Bóg daje życie wprowadzając harmonię, wprowadzając porządek. My wiemy, że w Bogu Trójjedynym jest doskonały porządek, jeśli można użyć takiego słowa, doskonała harmonia Trzech Osób miłujących się. A my jesteśmy na obraz i podobieństwo tego Boskiego życia. A więc Bóg daje słowo stwórcze, które porządkuje, a potem – kapitalnie to określa kard. Ravasi, zawsze mi wraca w pamięci ten jego komentarz, w którym mówi, że Bóg kiedy już uporządkował – ozdabia, przyozdabia. Pojawiają się rośliny, pojawiają się zwierzęta, pojawiają się ciała niebieskie, a potem pojawia się człowiek. Bóg daje życie porządkując i ozdabiając, wydobywając piękno. Wydobywając „minerały” życia, wydobywając to, co objawia piękno i chwałę Boga w świecie.

Tak Bóg stwarza i tak nas stwarzał w tych dniach. Bóg nas stwarzał na nowo porządkując nasze życie. Te siedem dni [ćwiczeń duchownych] jest jak siedem dni stworzenia świata. Niezwykła analogia. Niemal u końca rekolekcji otrzymujemy te pierwszą stronicę, by sobie uświadomić, że ponownie Bóg nas jakby włączył w to dzieło stwórcze. Uświadomił nam, że nieustannie jesteśmy w tych siedmiu dniach, które się toczą, które nieustannie są, są w moim życiu. Bóg mnie stwarza porządkując moje życie! Każdy z was mógłby dzisiaj powiedzieć, jak Bóg porządkował jego życie, jak zaczął oddzielać w nim ciemności od światła, bałagan od harmonii, prawdę od fałszu. Możnaby tak mnożyć… Każdy z was wie i może powiedzieć przed Bogiem, jak go Bóg porządkował, jak go Bóg dzisiaj i w tych dniach uporządkował. A potem ozdabiał, czyli wydobywał na nowo te „minerały” życia, które w nas są, a które zamierzył od początku; one są we nas. Twoje talenty, twoje dary, twój sposób miłowania, twoja wiara, nadzieja. To, co jest w tobie jedyne i niepowtarzalne i co w każdym z nas jest niepowtarzalne. To, co jest twoją osobowością, co osobliwe, co osobiste, co niepowtarzalne, jedyne. Bóg jest naprawdę kochany! Bóg jest Stwórcą! Bóg nas tak stwarza! Nigdy tego nie zapomnijmy, że Bóg jest Miłośnikiem życia! Boga nie interesuje śmierć. Boga interesuje życie! Ze śmierci będzie nas wyprowadzał nieustannie. Dlatego, jeśli byłem w grobie, mówił do mnie, jak do Łazarza: „Wyjdź z grobu! Wyjdź! Zacznij żyć! Dla życia cię stworzyłem!”.

I dlatego jest ta druga stronica dyptyku. To dzieło odkupienia. Widzimy Jezusa. To Słowo Wcielone! To jest niezwykły cud, którego Bóg dokonał: Słowo stało się ciałem! Logos, który stwarzał ten świat, Syn Boży, który był przy Ojcu w tym dziele stwórczym, „a duch unosił się nad bezładem”, Słowo staje się ciałem! Już nie tylko jest wydarzeniem, ale jest ciałem. Jest Osobą i staje pośród nas! O, jak ci ludzie biegają w dzisiejszej Ewangelii: z jednej strony na drugą, od jednego krańca do drugiego! Idą tam, gdzie jest On, gdzie jest Ten, który nie tylko daje życie, ale który potrafi nam je dać na nowo. Bo ci, którzy przychodzą do Niego, są poranieni grzechem. W międzyczasie pojawił się grzech. Po dziele stworzenia, niestety, pojawiło się… spustoszenie. Człowiek jakby na nowo zaczął wracać do chaosu, przez grzech. Ale Bóg nie rezygnuje i dlatego posyła Syna. I dlatego nas, chorych, którzy przybiegaliśmy do Niego, nas, słabych, poranionych, upadających, podnosił! A ktokolwiek się Go dotknął, odzyskiwał zdrowie! Taki jest Bóg! Nie musimy się bać naszych ran, nie musimy się bać naszych słabości, nie musimy się bać naszych chorób, nie musimy się bać nawet naszego grzechu. On jest większy od tego wszystkiego. On przychodzi i znowu z chaosu naszego życia, z tego bałaganu, w który nas wprowadził grzech, wyprowadza na nowo życie. Oto, co oznacza, że uzdrawia! Ale, w jaki sposób uzdrawia? Z jakich chorób nas wyciąga? Choroby cielesne to zawsze coś potwornego i ponurego, ale to nie są prawdziwe choroby. To są choroby, które mogą dotknąć tylko ciała, które i tak prędzej czy później zamienia się w proch. Są takie choroby, które są najgorsze. To te, które mogą toczyć twoje talenty, twoją zdolność kochania, twoją zdolność do wiary i do nadziei. Mogą toczyć twoją niepowtarzalną i jedyną osobowość, twój charakter, twoje cechy, twoją zdolność do życia. To jest prawdziwa choroba i On przychodzi, by nas z tej choroby przede wszystkim wydobyć! I nie trzeba się dziwić temu, że nie wszystkich uzdrawia. Są ludzie fizycznie chorzy i bardziej zdrowi niż niejeden zdrowy fizycznie. I są ludzie zdrowi fizycznie nieraz bardziej chorzy niż niejeden chory fizycznie. Prawdziwą chorobą jest ta, która mi zaczyna zabierać życie; zaczyna mi zabierać to, dzięki czemu żyję, dzięki czemu moje życie konkretne – życie osobowe, moja osobowość, charakter, temperament, talenty, dary, to wszystko, co otrzymałem – zaczyna umierać. Zaczyna uchodzić z tego życie. To chce Jezus w nas uzdrowić! To uzdrawiał w nas! Ćwiczenia były po to, by uzdrawiał w nas przede wszystkim relacje, relacje miłości, z Bogiem, z drugim człowiekiem, ze sobą. Dlatego rację mają teolodzy, ojcowie starożytni, kiedy mówią, że dzieło odkupienia jest jeszcze większe niż dzieło stworzenia. Paradoksalnie, ta miłość, która przecież już tak się objawiła, szczyt tego objawienia osiągnęła w Jezusie Chrystusie, który objawił nam Boga, który miłuje „do końca”, nawet jeśli to moje życie, które mi podarował, tak piękne, zabieram do grobu i zaczynam tłuc się po moich grobach, On jeden, jedyny, pójdzie za mną aż do grobu, by mnie z niego wyprowadzić.

To, co się dzieje w Eucharystii, jest nieustannym objawianiem się Boga miłości, Boga życia, Boga, który kładzie siebie. Bóg Wcielony, Jezus Chrystus, kładzie siebie na ołtarzu, bym ja mógł żyć, bym nie zmarnował życia, które On mi podarował. Żyj i kwitnij! Chciejmy usłyszeć to zaproszenie do życia! Niezależnie od tego, jaka jest woja historia; niezależnie od tego, jakie biedy cię w życiu spotkały; niezależnie nawet od tego, jakie choroby fizyczne cię nękają. Żyj i kwitnij! Niech życie, które Bóg ci dał, dalej się objawia, bo On dał ci tę łaskę! Ale na końcu, przy Ołtarzu i przy Stole Słowa, musimy tym bardziej zatęsknić za Słowem Boga. To w Nim jest ta moc! To przez Nie objawiło się dzieło stworzenia i dzieło zbawienia! I niech się nadal objawia w twojej medytacji, w twojej modlitwie Słowem, w umiłowaniu słuchania Bożego Słowa, bo w tym Słowie jest życie. Tylko w Nim jest życie! Żadne inne słowo nie zastąpi nam Słowa Boga!

Krzysztof Wons SDS

---------------------------------------------------------------------

Nie szukaj „pobożnej” nadzwyczajności, ale zwyczajnej miłości!
homilia – wtorek 5. tygodnia zwykłego (rok I), 7 lutego 2017 r.
Rdz 1, 20 – 2, 4a; Ps 8, 4-9; Mk 7, 1-13

NAGRANIE HOMILII Z 7 LUTEGO 2017
[KLIKNIJ, BY ODSŁUCHAĆ]

Niektórzy z uczniów Jezusa brali posiłek „nieczystymi, to znaczy nieumytymi rękami”. Ręce uczniów były takie po prostu „pospolite” i to bulwersowało faryzeuszy i jakichś uczonych w Piśmie z Jerozolimy. Przypomnijmy tutaj, że tym samym przymiotnikiem był określany język grecki, jakim porozumiewano się przez jakieś 600 lat, od 300 r. przed Chr. do 300 r. po Chr., w basenie Morza Śródziemnego. W tym „pospolitym” i „wspólnym” (gr. „koine”) dialekcie, przekazywano Ewangelię i powstało wiele ksiąg NT. Można powiedzieć, że to był język ulicy, pozbawiony jakichś wykwintnych „ę” czy „ą”. Czytając jednak tym razem tę Ewangelię bardzo przypadł mi do gustu, jeśli można tak powiedzieć, taki przekład, dość „nietypowy”, odmienny od wielu, przekład tzw. Biblii Poznańskiej: „zobaczyli, że niektórzy Jego uczniowie jedzą chleb ZWYCZAJNIE, to znaczy nie umywszy rąk” (Mk 7, 2). „I pytali Go faryzeusze i nauczyciele Pisma: ‘Dlaczego Twoi uczniowie nie postępują według nakazu przodków, ale jedzą chleb ZWYCZAJNIE, nie umytymi rękami?’” (Mk 7, 5). Tym, co bulwersuje, jest pospolitość, zwyczajność. Myślę, że pierwsze i bardzo proste przesłanie dzisiejszej liturgii Słowa jest takie, że słowo Boże zostało złożone w nasze „pospolite” serca, w nasze „pospolite” ręce i nasze takie „zwyczajne” życie. Bóg tak właśnie chciał! Nie trzeba być człowiekiem z wyższych sfer w kategoriach tego świata, a nawet nie trzeba być z jakichś wyższych „duchowych sfer”, by móc otrzymać słowo Boga. Jesteśmy zaproszeni, by być ze słowem Boga, tak „zwyczajnie”, tak „po prostu”. Przychodzi mi na myśl św. Urszula Ledóchowska, która kiedyś miała pytać swoje siostry, jak najtrudniej jest się spowiadać i sama odpowiadała, że „tak po prostu”. Najtrudniej jest się spowiadać tak po prostu, bez, jak to mówimy, „owijania w bawełnę”. Tak, my mamy świadomość, że nasze ręce nie są czyste, że nasze wargi i serca nie są czyste. Nie chcemy tego faktu bagatelizować, uznajemy grzech, chcemy się nawracać i przyjmujemy słowo Boga, które nas oczyszcza i nas nawraca. Takie doświadczenie przeżył Izajasz w chwili swego powołania. Miał wizję Boga Świętego i uświadomił sobie: „Biada mi! Jestem zgubiony! Wszak jestem mężem o nieczystych wargach i mieszkam pośród ludu o nieczystych wargach…”. I doświadczył wówczas miłosierdzia. Jeden z aniołów zbliżył się do niego trzymając węgiel, który wziął z ołtarza, dotknął nim jego ust mówiąc: „twoja wina jest zmazana, zgładzony twój grzech”. I wówczas Izajasz słyszy pytanie: „Kogo mam posłać? Kto by Nam poszedł?” i odpowiada Bogu na to pytanie: „Oto ja, poślij mnie!” (Iz 6, 3-8). Opuścimy za chwilę progi tego domu i to, czego Bóg od nas oczekuje, to jest zwyczajność. Nie bójmy się prostoty! Nie bójmy się zwyczajności naszego kontaktu z Bogiem, ze słowem Bożym, ale również z ludźmi. Bądźmy ze Słowem tak po prostu, jak potrafimy, i bądźmy z ludźmi tak po prostu, jak potrafimy!

Dzisiejsza Ewangelia niesie też ze sobą przestrogę. Jezus przestrzega nas. Przed czym? Przed uchylaniem przykazań Bożych, przez porzuceniem bezpośredniego kontaktu ze słowem Bożym, przed porzuceniem kontaktu z samym źródłem wody, a trzymaniem się i to jeszcze kurczowym „ludzkiego przekazu”, zafałszowanego na dodatek przekazu tych przykazań. Wyobraźmy sobie rzekę. Biada rzece, która odcina się od źródła, która traci kontakt ze źródłem, ale również biada rzece, która nie ma nawadnia jakiegoś terenu, która przestaje zasilać morze. Rzeka odcięta od źródła, czyli od początku i od celu, staje się kałużą. Woda już w niej nie płynie. Bóg jest źródłem, z którego my, jak rzeka, czerpiemy, a bliźni są terenem albo morzem, którym my, jak rzeka, mamy służyć. Jeśli jako rzeka zaczniemy lekceważyć źródło, to znaczy zaczniemy opuszczać słowo Boga, grozi nam też niebezpieczeństwo zaniedbania terenu do nawodnienia, czyli zaniedbania bliźniego. Jak bardzo można pobłądzić, opuszczając Boga, pokazuje dziś Jezus w Ewangelii. Pokazuje Jezus, do jakich absurdów (!) może dojść w naszym życiu, gdy skupimy się na sobie samych, na jakiejś swojej wyimaginowanej „pobożności”, a zapomnimy o źródle, czyli o Bogu i o morzu czy tym terenie do nawodnienia, którym jest drugi człowiek! Sytuacja, o której Jezus mówi, – pewno można by szukać różnych określeń – „mrozi krew w żyłach”, a innym może „się gotować krew żyłach”. Bóg dał przez Mojżesza przykazanie: „Czcij ojca swego i matkę swoją”. Tymczasem pogwałcono je tak bardzo, że na dodatek dziecko próbuje jeszcze tłumaczyć rodzicom, że ono złożyło Bogu ofiarę w świątyni i dlatego w żaden sposób nie może ich wspomóc. Ono tłumaczy im, że ono jest „pobożne” i dlatego, że jest „pobożne” nie może im w żaden sposób pomóc. A tak „zwyczajnie” nie kocha! Bo jak to inaczej nazwać? A Bóg oczekuje takiej „zwyczajnej” miłości, takiej „pospolitej” miłości! Lekarstwo jest jedno. Możemy je wyczytać z fragmentu księgi Izajasza który Jezus cytuje: być sercem blisko Boga! Być sercem blisko Boga! Przylgnąć sercem do słowa Bożego! Pozwolić Bogu, Świętemu i Czystemu, wejść na nasz nieczysty teren. Zawsze pozwalać Jezusowi, aby On, Dobry Pasterz, brał nas, zabłąkane i zbrukane grzechem owce, na ramiona. Pozwolić Mu, żeby się brudził przynosząc nas z powrotem do domu. Pozwolić, by słowo Jezusa, by Serce Jezusa, przylgnęło do naszego życia i prosić tak, jak dziś w śpiewie przed Ewangelią: „nakłoń moje serce do Twoich napomnień!”. Bardzo mnie „uderzyło” jedno zdanie, z odcinka projektu „Nowa Jakość Życia”, który przed chwilą wspólnie oglądaliśmy (to odcinek na zbliżającą się niedzielę, którą przeżyjecie już w swojej codzienności). Było tam takie mocne ostrzeżenie. Istnieje niebezpieczeństwo, że zgubimy Boga i „stratujemy” drugiego człowieka. Grozi nam nie tylko jakieś „zaniedbanie”. Jeśli zgubimy Boga, istnieje niebezpieczeństwo nie tylko że „zaniedbamy”, ale że „stratujemy” drugiego człowieka.

Kiedy wracamy do domów trzeba nam uważać, by nie wejść w stare schematy, błędne, dramatycznie błędne schematy. Ne daje mi spokoju powtarzające się w Ewangelii sformułowanie „trzymać się tradycji starszych”. Dla mnie brzmi ono, jak „być więźniem”, być „zahaczonym” jak bosak w jakimś fałszywym, kłamliwym przekazie. Bywają ludzie uwięzieni przez kłamliwy przekaz, np.: „do niczego się nie nadajesz”. Bywają, którzy idą przez życie jakby z kagańcem na ustach założonym: „nie odzywaj się; co wolno wojewodzie, to nie tobie, …”. Bywają więźniowie perfekcjonizmu mówiący, że zaczną coś robić, jak osiągną doskonałość; więźniowie PR-u zatroskani o to, „żeby chwytało”, żeby osiągnąć efekt, jakiego chcą; albo więźniowie nawyków różnych nabytych w swoim środowisku, czasem tak nabytych, jak się katar „nabywa”: „chwyciło mnie, uwięziło mnie”. Może być trudno nie wejść w stare koleiny. Ale ty cierpliwie wydeptuj nową ścieżkę do słowa Bożego. Przytul się do słów: „A Bóg widział, że wszystko, co uczynił było bardzo dobre” (Rdz 1, 31). Wyszedłeś z rąk Bożych i masz swoją dobroć i doskonałość. Choć nie jesteś jeszcze dokończony, jesteś „w drodze” do ostatecznej doskonałości, to Bóg się tobą bardzo cieszy. W swojej Opatrzności Bóg ci towarzyszy (KKK 302), więc zadziwiaj się codziennie razem z psalmistą: „kim jestem, Boże, że o mnie pamiętasz? Kim jestem, że troszczysz się o mnie?” (por. Ps 8). Nie zapominaj o źródle! Czerp ze źródła, ale też pamiętaj, że powołaniem rzeki jest nawadniać innych! Trudno jest wyzbyć się starych, złych ludzkich przekazów. Trzeba być realistą, trudno jest! Ale ty wytrwale odnawiaj się nowością słowa Bożego, dla którego wszystko jest możliwe! I jak Mędrcy ze Wschodu, spróbuj „inną drogą”, wskazaną przez Pana Boga, nie tylko wrócić do domu, ale chodzić w swojej codzienności!

Piotr Szyrszeń SDS

---------------------------------------------------------------------

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl