O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Homilie z rekolekcji lectio divina u benedyktynek w Żytomierz ...


T E K S T Y   H O M I L I I
z rekolekcji lectio divina
u sióstr benedyktynek w Żytomierzu

30 czerwca - 8 lipca 2017

- CZĘŚĆ PIERWSZA -
1, 2 i 4 lipca 2017

część druga - homilie
6 i 8 lipca 2017
>>>.

 

„Przepasawszy więc biodra wiarą i pełnieniem dobrych uczynków, podążajmy ścieżkami Pana za przewodem Ewangelii, abyśmy zasłużyli na oglądanie Tego, który nas wezwał do swego Królestwa. Jeśli zaś pragniemy zamieszkać w Przybytku Jego Królestwa, musimy biec drogą dobrych uczynków, gdyż inną tam się nie dochodzi”.

(św. Benedykt, Reguła – Prolog, 21-22).

---------------------------------------------------------------------

Jezu, uzdrów nas z paraliżu, z niezdolności proszenia!
homilia – sobota 12. tygodnia zwykłego (rok I), 1 lipca 2017 r.
Rdz 18, 1-15; Łk 1, 46b-50.53-54; Mt 8, 5-17

Setnik podszedł do Jezusa „prosząc” (gr. „parakalon”) Go. Ewangelista użył tu czasownika, który – gdyby pojawił się w innym kontekście – mógłby zostać przetłumaczony: „pocieszając” Go. Jakie to jest pocieszające dla Boga, gdy zaczynamy Go prosić, gdy z ufnością prosimy Boga i nie ustajemy. Człowiek pyszny o nic nie prosi. Zaskakujące jest to, że setnik to poganin. Kult pogański polegał często na przekupywaniu bóstwa. Tymczasem wiemy, zwłaszcza z relacji św. Łukasza, że setnik został oczyszczony z mentalności zasługiwania. Tą mentalnością, mentalnością zasługiwania, – co paradoksalne –, żyje starszyzna żydowska, a więc ci, po których spodziewalibyśmy się życia według Ducha Bożego; tymczasem to oni żyją według ciała. Bo kiedy starsi żydowscy przychodzą do Jezusa mówią: „godzien jest, abyś mu to uczynił”. A sam setnik reaguje: „Panie, nie jestem godzien”. Choć brzmi to dramatycznie, ale trzeba zapytać, czy przypadkiem nie następuje jakaś dramatyczna zamiana miejsc, że poganie reagują „pobożniej” niż ci, którzy nazywają się wierzącymi. Zapytajmy, czy nasza modlitwa nie staje się bałwochwalcza? Czy my, „pobożni”, nie pokładamy ufności w sobie, w naszych modlitwach, w naszej sprawiedliwości, w naszych zasługach? A może poganie są nie tylko poza Kościołem? Mogą żyć, paradoksalnie, wewnątrz Kościoła, a może i w nas samych? Czy nie jesteśmy „bałwochwalcami”, którzy próbują zdobyć Królestwo Boże sami, własnymi siłami?

Sparaliżowany sługa setnika w Ewangelii wg św. Mateusza jest charakterystycznie określony. Gdy sięgniemy do tekstu greckiego, możemy być zaskoczeni, ponieważ nie jest określony słowem gr. „doulos” (sługa, niewolnik), ale innym, a mianowicie gr. „pais”, które możnaby przetłumaczyć „chłopiec” (łac. „puer”). To też sługa, choć nazwany delikatniej. My dziś też czasem mówimy, że ktoś jest „chłopcem na posyłki”. Od jakiegoś czasu ten fragment przypomina mi przypowieść o ojcu miłosiernym z Łukaszowej Ewangelii. Dlaczego? Bo w tamtym domu są trzy kategorie sług. Pierwsza to najemnicy, pracujący za pieniądze i najemnikiem chce zostać wracający do domu młodszy syn. Druga kategoria to niewolnicy, określeni greckim słowem „douloi”, którzy z polecania ojca przynoszą wracającemu synowi pierwszą szatę, pierścień, sandały… Ale jest jeszcze trzecia kategoria. Jej przedstawicielem jest sługa, określony słowem greckim „pais”, wezwany przez starszego syna i wyjaśniający starszemu synowi, co się stało. On mówi coś zaskakującego. Mówi dosłownie, że młodszy syn jeszcze „jest wracający” do domu, a ojciec już „zabił” utoczone cielę. Nie mówi, że młodszy syn „wrócił”, a kiedy wrócił, ojciec kazał zabić cielę, ale że brat wciąż „jest wracający”, a ojciec już „zabił” cielę na ucztę.

Dlaczego to akcentuję? Bo chcę zapytać najpierw siebie, a potem was, czy u nas przypadkiem nie jest tak, jak u setnika w domu, że sparaliżowany jest właśnie ten „chłopiec”, który zna (ta „dziewczynka”, która zna) Dobrą Nowinę, że zanim całkowicie przeszliśmy na stronę Boga, Bóg przeszedł całkowicie na naszą stronę. Jezus Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami, gdyśmy byli jeszcze niedoskonali. My swoją sprawiedliwością, swoim wypełnianiem Prawa Bożego, nie możemy zasłużyć na zbawienie! Zbawienie jest darem darmo nam danym. Gdy przyjmiemy ten dar darmo nam dany, jesteśmy zaproszeni, by darmo przekazywać/opowiadać go innym: „darmo otrzymaliście, darmo dawajcie!”, ale zasłużyć na niego nie możemy! Zapytajmy, czy przypadkiem w naszych klasztorach nie choruje ten „chłopiec”, to dziecko Boże! Dorosły chrześcijanin to dziecko Boże! Dorosły i dojrzały w wierze chrześcijanin mówi do Boga: „Tato”. Imię Boga dojrzałych chrześcijan to „Abba”! Dojrzały chrześcijanin, powtórzmy, to dziecko Boże, które wie, że własnymi siłami do nieba się nie dostanie, ale że Ojciec posłał Syna, aby nas do nieba „wyniósł”.

Tu odwołajmy się do historii patriarchy Jakuba, który nad potokiem Jabbok nocą walczył. O co walczył? Tam, nad potokiem Jabbok, umarł „stary” Jakub, który błogosławieństwo Boże załatwiał sobie sam, własnymi rękami; który błogosławieństwo Boże wykradał. Tam, w nocy, w bólach urodził się Izrael, tj. „nowy” Jakub, to znaczy dziecko Boże, które wie, że potrzebuje błogosławieństwa Ojca Niebieskiego i prosi o to błogosławieństwo tak usilnie, prosi z takim uporem, że woła: „Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz”. Tam, nad potokiem Jabbok, umarł złodziej, który błogosławieństwo załatwiał sobie sam, a urodziło się dziecko pocieszające Ojca tym, że całym sobą prosi Ojca o dar błogosławieństwa. Sparaliżowane dziecko w nas to dziecko, które nie prosi, które nie umie prosić, które wstydzi się prosić, które prośbę pojmuje jako upokorzenie.

Setnik mówi Jezusowi, że ten jego sługa „bardzo cierpi”. Tę Ewangelię czytałem mając przed sobą tekst grecki i jego dosłowne tłumaczenia na język hiszpański. To „bardzo cierpi” zostało tam oddane przez: „‘burzowo’ cierpi”, tak jakby powiedzieć, że przechodzą przez niego bardzo mocne burze. Ks. Jakub Wujek w swoim przekładzie Biblii wyraził to: „leży w domu paraliżem tknięty i ciężko jest dręczony”. Drogie siostry, dlatego nie dziwi mnie natychmiastowa reakcja Jezusa: „Przyjdę i uzdrowię go”. Gdy Jezus widzi, że próbujemy zbawiać się sami, i – gdy tego nie osiągamy –, przeżywamy mocne burze, i wpadamy w rozpacz, Jezus chce nas natychmiast leczyć. Widzi, że chodzimy po skrajnościach: od pychy sugerującej, że jesteśmy wszechmocni i potrafimy sami „wdrapać się” do nieba aż do pogardzania sobą, czyli innej odmiany pychy, sugerującej, że jesteśmy niczym i pozostaje nam tylko rozpacz. Gdy Jezus widzi nasze udręczenie, nasze szamotanie się, nasz paraliż, gdy widzi, że przeżywamy wewnętrzne bardzo mocne burze, oferuje natychmiast swoją pomoc. Na czym ta pomoc polega? On chce uzdrowić w nas sparaliżowane dziecko, które w swoim paraliżu nie potrafi prosić. Poprośmy Jezusa, by uzdrowił dziecko Boże w nas! Tym sprawimy mu radość, pocieszymy Go!

PSz

---------------------------------------------------------------------

Prorok – uważny na głos Boga i wrażliwy na głos najmniejszych
homilia – 13. Niedziela Zwykła (rok A), 2 lipca 2017 r.
2 Krl 4, 8-12a.14-16a; Ps 89, 2-3.16-19, Rz 6, 3-4.8-11; Mt 10, 37-42

W czasie rozważania dzisiejszych czytań towarzyszyło mi pytanie, jaki związek mają pierwsze czytanie zaczerpnięte z księgi Królewskiej z fragmentem Ewangelii wg św. Mateusza. Pytałem, na co Kościół, nasza Matka, chce nam zwrócić uwagę, wybierając na tę niedzielę takie, a nie inne czytania? I kolejne ważne pytania: co Bóg, nasz Ojciec, chce nam powiedzieć? Co Bóg chce powiedzieć nam, osobom konsekrowanym, przeżywającym rekolekcje? Co chce powiedzieć o naszej codzienności i w naszej codzienności?

Zauważmy najpierw, że odczytany fragment Ewangelii to zakończenie tzw. mowy misyjnej. Jezus mówi do swoich uczniów, których posyła (na razie posyła ich do owiec, które poginęły z domu Izraela, nie do pogan ani do Samarytan): „kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje, a kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał”. I dalej: „kto przyjmuje proroka jako proroka, nagrodę proroka otrzyma”. A w pierwszym czytaniu słyszymy o proroku, o Elizeuszu, który wypełniając misję prorocką raz po raz przechodzi przez kraj Szunem. A ilekroć przechodzi, pewna kobieta nie tylko zaprasza, ale zatrzymuje go i wręcz zmusza do jedzenia: Autor księgi pisze: „zawsze nakłaniała go do spożycia posiłku”. Ta kobieta otwiera przed prorokiem drzwi swojego domu, a równocześnie Bóg otwiera drzwi serca kobiety i jej oczy; bo za łaską Bożą Szunemitka uznaje w Elizeuszu proroka. Mówi do swego męża: „jestem przekonana, że świętym mężem Bożym jest ten, który ciągle do nas przychodzi”. Bóg otworzył jej oczy i jej serce, że nie patrzy ona powierzchownie, ale głębiej.

Mogłoby się to wydawać bez znaczenia, ale dowiadujemy, że to jest „kobieta bogata”; tak też czytamy po ukraińsku: „багата жінка”. Ale w tekście greckim i łacińskim czytamy, że była „wielka” (gr. „gyne megale”, łac. „mulier magna”). Ks. Jakub Wujek wyraził to staropolskim „niewiasta można”. Do tej pory bywa, że mówiąc o „możnych” tego świata, mamy na myśli „bogatych”, a czasem nazywamy ich „wielkimi”. Już sam fakt, że ma ona dom, w którym można wygospodarować pokoik dla proroka, potwierdza ten fakt. Z drugiej strony w jej domu jest takie miejsce, bo jest bezdzietna. Sługa Elizeusza, Gechazi, zauważy: „niestety, ona nie ma syna, a mąż jej jest stary”. Wyobraźmy sobie ten dom, może nawet duży, który stoi pusty, w którym nie ma ruchu, bo nie ma w nim dziecka. Jest więc bogata materialnie, ale uboga, gdy chodzi o potomstwo.

Być może pierwszy raz w lekturze tej księgi zauważyłem informację, że Szunemitka była „bogata”. Ta informacja przywołała w mojej pamięci kobietę, którą św. Paweł apostoł spotkał w Filippi. Święty Łukasz opowiada o tym w Dziejach Apostolskich: „W szabat wyszliśmy nad rzekę, gdzie – jak sądziliśmy – było miejsce modlitwy. Przysłuchiwała się nam też pewna kobieta z miasta Tiatyry imieniem Lidia, która sprzedawała purpurę. Pan otworzył jej serce, tak że uważnie słuchała słów Pawła. Kiedy została ochrzczona razem ze swym domem, poprosiła nas: ‘Jeżeli uważacie mnie za wierną Panu – powiedziała –, to przyjdźcie do mego domu i zamieszkajcie w nim’. I wymogła to na nas” (Dz 16, 13-14). Na marginesie, cóż to za kobiety, które nakłaniają proroków czy wymagają na apostołach skorzystanie z posiłku czy gościny. Lidia przebywa w Filippi, ale pochodzi z Tiatyry. Jest więc emigrantką. Sprzedaje purpurę, która raczej materiał dla bogatych niż dla ubogich. Wydaje się, że sytuacja finansowa Lidii nie jest najgorsza, ale jej czegoś brakuje. Szuka czegoś więcej. Wychodzi z miasta, nad rzekę, gdzie jest miejsce modlitwy, bo szuka Boga. A Bóg? Bóg obdarza ją łaską otwartych uszu i otwartego serca. Św. Łukasz zwraca uwagę, że to „Pan otworzył jej serce, tak że uważnie słuchała słów Pawła”. Być uważnym! Ojcowie Kościoła, mówiący po grecku, zwracali uwagę na podobieństwo greckich słów: gr. „proseuche” – modlitwa i gr. „prosoche” – uwaga. Ale nie chodziło im jedynie o podobieństwo/grę słów, ale o związek uwagi i modlitwy. Mówili oni, że uwaga jest matką modlitwy.

Trzeba być uważnym spotykając się czy rozmawiając z Bogiem. Trzeba być uważnym również spotykając się i rozmawiając z człowiekiem. Mieć serce otwarte, a otwarte serce to łaska Boga, z którą trzeba współpracować właśnie będąc uważnym, wrażliwym na misterium Boga i tajemnicę drugiego człowieka. Za łaską Bożą Szunemitka uznaje w Elizeuszu męża Bożego, proroka. To jednak, co mnie dziś wprowadza w zakłopotanie, to fakt, że Elizeuszowi wydaje się brakować należnej uwagi. Siostry znają tę zachętę św. Benedykta lepiej ode mnie, że w ważniejszych sprawach klasztoru opat powinien zasięgać rady wszystkich, ponieważ zdarza się, że Pan objawia się najmłodszemu. Elizeusz, żeby odkryć prawdziwy problem i źródło bólu Szunemitki, potrzebuje oczu i serca swojego sługi. To Gechazi potrafi zauważyć, że „niestety, ona nie ma syna, a mąż jej jest stary”. Sam Elizeusz tego nie zauważa. A nawet więcej, bo we fragmencie odczytanym przed chwilą w liturgii zostało pominięte jedno zdanie. Nie słyszeliśmy przed chwilą pytania Elizeusza: „Co można dla ciebie uczynić? Czy można przemówić słowo za tobą do króla lub dowódcy wojska?” (2 Krl 4, 13). Skąd, pytam…? Skąd prorokowi przyszło do głowy, że ta zamężna i bogata kobieta potrzebuje wstawiennictwa u króla albo protekcji u jakiegoś „hetmana” wojska? To trochę tak, jakby ksiądz pytał kobietę sprawującą funkcję wojewody, czy ma się wstawić za nią u premiera rządu albo u dowódcy armii? Szunemitka odpowiada Elizeuszowi: „Ja mieszkam pośród swego ludu”, to znaczy: „mam dostateczną opiekę”. Ale prawdziwe źródło bólu tej kobiety odkrywa sługa Elizeusza, Gechazi. Źródłem jej bólu jest bezdzietność. Źródłem bólu jest to, że nie przekazuje życia. Źródłem ogromnego naszego bólu bywa nie tylko to, że nie doświadczyliśmy miłości, ale również to, że nie przekazujemy miłości. „Więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu” (Dz …, …).

„Kto miłuje ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien”. Te słowa Jezusa z Ewangelii przypominają mi historię powołania Elizeusza. Eliasz odnalazł Elizeusza podczas pracy w polu, orzącego. Zarzucił na niego płaszcz; powołał go. Elizeusz pobiegł za prorokiem, ale… pobiegł, żeby mu powiedzieć: „Pozwól mi ucałować mego ojca i matkę, abym potem poszedł za tobą”. I problem nie tkwi w tym, że kochał rodziców i chciał ich ucałować, bo cześć dla rodziców jest przykazaniem Bożym, ale problem tkwi w słowach „najpierw” i „potem” (to ostatnie słyszymy w jego wypowiedzi). Problem tkwi w tym, kto i co jest „najpierw”, kto i co jest „potem” w naszym życiu. W każdym momencie naszego życia, w każdym naszym „dziś”, jesteśmy wzywani do nawrócenia. Do nawrócenia, to znaczy do ponownego ułożenia według właściwego porządku, według właściwej kolejności wszystkich osób, relacji, spraw naszego życia. Do nawrócenia jesteśmy wzywani nie tylko u początku drogi, ale na każdym etapie drogi. Również w godzinie konania będziemy mogli wybrać to, co jest „najpierw” i co „potem”. Elizeusz przez całe życie, swoje prorockie życie, jest wzywany do nawrócenia. Jest zapraszany, do tego, by nie patrzył na życie innych powierzchownie, ale potrafił dostrzegać ich najgłębsze bóle i najprawdziwsze potrzeby. W tym dziele nawrócenia pomaga mu jego sługa. Prorok jest prawdziwym prorokiem, kiedy potrafi słuchać Boga i potrafi słuchać najmniejszych, kiedy jest wrażliwy na głos ostatnich, bo to świadczy o jego wrażliwości na cichy głos Boga. A Bóg mówi do nas również „w szmerze łagodnego powiewu”, również „w dźwięcznej ciszy”. Człowiek nawrócony i ciągle nawracający się to człowiek uważny: uważny w spotkaniu z Bogiem na modlitwie i uważny w spotkaniu z najmniejszymi czy ostatnimi ludźmi na tej ziemi. Taka wrażliwość, taka uwaga – to łaska! Raz jeszcze przypomnijmy Lidię, której Pan otworzył serce, aby uważnie słuchała słów apostoła Pawła. Prośmy o wrażliwość i uwagę serca!

PSz

---------------------------------------------------------------------

Bóg był tak łaskawy, a Lot… ośmielił się prosić o więcej!
homilia – wtorek 13. tygodnia zwykłego (rok I), 4 lipca 2017 r.
Rdz 19, 15-29; Ps 26, 2-3.9-12; Mt 8, 23-27

Sodoma – miasto, w którym mieszkał Lot z żoną i córkami – za chwilę zostanie zniszczona. W związku z tym aniołowie przynaglają Lota, by prędko z niej uciekał. Jeszcze przed chwilą, gdy Lot przestrzegał swoich „niedoszłych” zięciów przed niebezpieczeństwem i zachęcał ich, by z nimi wyszli z miasta, ci myśleli, że ten mówiąc o zniszczeniu miasta żartuje. Ale i sam Lot ociąga się z opuszczeniem miasta. Zwleka. Aniołowie przynaglają go słowem, a gdy to nie wystarcza chwytają go, wyciągają i wyprowadzają poza miasto. Autor księgi Rodzaju, a przynajmniej tłumacz w języku greckim, nie omieszkał podkreślić, że aniołowie musieli chwycić za ręce i wyciągnąć z miasta każdego z osobna: jakby nie wystarczyło chwycić za ręce Lota, trzeba było chwycić za ręce także jego żonę, a potem także chwycić za ręce jego córki. To obraz miłości, która jest bardzo konkretna i zdecydowana. Gdy grozi niebezpieczeństwo Miłość „nie patyczkuje się” z ociągającymi się, ale poprzez aniołów każdego chwyta za ręce, bierze za przysłowiowe „za fraki”, i wyprowadza.

Jest w tej historii coś, co mnie mocno poruszyło. To wypowiedź Lota: „Jeżeli darzysz twego sługę życzliwością, … – [z języka greckiego możnaby to przełożyć mniej więcej tak: „jeżeli twój chłopiec znalazł u ciebie miłosierdzie…”] – …, uczyń większą łaskę niż ta, którą mi wyświadczyłeś, ratując mi życie”. Słuchając tej prośby nie mogę wyjść z podziwu. Przecież w tej chwili Bóg wyprowadza Lota i jego najbliższych z Sodomy i ratuje mu życie, a Lotowi to nie wystarcza i ośmiela się… właśnie, ośmiela się prosić o więcej! Ja bym się krępował! Nie ośmieliłbym się poprosić! Dlaczego? A kim ja jestem, żeby prosić o więcej!? Łaska już mi została okazana ponad miarę! Proszenie o więcej wydaje się być nadużywaniem dobroci.

O co prosi Lot? Prosi, by mógł się schronić w pobliskim miasteczku, a więc prosi o ocalenie tego miasteczka. Jest w tym jakiś paradoks, – podkreślone jest to dwa razy –, że to miasto jest „mikro”, jest „małe”. Późniejsza nazwa miasta „Soar” – „maleństwo” nawiązuje też do „misear” – „mało”, „nic”. Lot więc odważył się poprosić, by Bóg ocalił coś, co jest „małe”. Poprosił o ocalenie czegoś, co w kategoriach świata było niczym. To, co zrobił Lot w czasie pośpiesznej ucieczki z Sodomy, z jednej strony budzi mój podziw, bo przecież prosząc ocalił małe miasto, ale wciąż nie daje mi spokoju to, że ja bym się krępował, że ja bym się nie ośmielił. Tu dygresja: gdyby wczoraj nie było święta św. Tomasza Apostoła, w liturgii czytalibyśmy fragment o innym, który odważył się prosić o więcej, o Abrahamie niejako „targującym się” z Bogiem: „Pozwól, o Panie, że jeszcze ośmielę się mówić do Ciebie, choć jestem pyłem i prochem”. A chwilę potem: „Niech się nie gniewa Pan, jeśli rzeknę”. I jeszcze: „Pozwól, o Panie, że ośmielę się zapytać…” (Rdz 18, 27.30.31). Pamiętamy, że tak od liczby pięćdziesięciu sprawiedliwych „zeszli” do dziesięciu, których znalezienie ocaliłoby Sodomę.

Skąd ta śmiałość Abrahama i Lota? A może ma ona źródło w głębokim przekonaniu, że Bóg jest łaskawy? Bo jeśli nie ma we mnie tej śmiałości proszenia o więcej, nawet o odrobinę, to może nie jestem do końca przekonany, że Bóg jest łaskawy ponad miarę. My wyraziliśmy tę prawdę przed chwilą w psalmie, najpierw powtarzając refren: „Twoją łaskawość zawsze mam w pamięci”, a potem modląc się, wsłuchując się w słowa psalmu: „przed moimi oczyma łaskawość Twa stoi”. Drogie siostry, te słowa powtarzaliśmy, bo są w liturgii wyznaczone, ale pytam siebie i was, czy tak rzeczywiście jest w moim życiu? Czy w codzienności, również w sytuacjach trudnych, zawsze mam w pamięci i przed oczami łaskawość Boga? Bo gdyby tak było, może w modlitwie, jak Lot, ośmieliłbym się prosić o coś więcej, o ten drobiazg, o coś tak nikłego, jak miasteczko Soar. Czy widzę łaskawość Boga względem mnie i czy jestem wdzięczny Bogu za Jego łaskawość? Bo jeśli jej nie widzę i jeśli nie jestem wdzięczny, istnieje możliwość, że jestem zgorzkniały i że wręcz oskarżam Boga. Czy w sytuacji trudnej odwołuję się do Bożej łaskawości czy też narzekam, a może nawet oskarżam Boga?

W Ewangelii jesteśmy dziś świadkami sytuacji trudnej: burzy na jeziorze. I możemy przyglądać się reakcji uczniów w sytuacji zagrożenia. Według Mateusza, czyli drugiego Ewangelisty, uczniowie wołają: „Panie, ratuj, giniemy!”. Ale przypomnijmy sobie, że w pierwszej Ewangelii ich reakcja i słowa są inne. Według Marka uczniowie w czasie burzy nie proszą Jezusa, ale Go oskarżają: „Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy?” (Mk 4, 38). Oskarżają Jezusa, jak Marta: „Panie, czy ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą” (Łk 10, 40). W greckim tekście Ewangelii „nic Cię to nie obchodzi” i „czy ci to obojętne” to te same słowa (gr. „ou melei soi hoti”). To przywołało w mojej pamięci informację z przesłuchania Jezusa przed Herodem: „arcykapłani i uczeni w Piśmie stali i gwałtownie Go oskarżali” (Łk 23, 10). Ktoś przetłumaczył to nawet, że nie męczyli się oskarżając Go! I wróciło do mnie pytanie, które ośmielę się zadać również wam, czy nie jesteśmy kimś, kto sadza Boga na ławie oskarżonych i oskarża, czasem gwałtownie. Świadomość otrzymanych łask, świadomość Bożej łaskawości, i wdzięczność za dary otrzymane odpręża, natomiast ślepota na dary Boże, niezadowolenie z życia, rozgoryczenie, oskarżanie Boga męczą i to męczą potwornie.

Dlaczego Lot ośmielił się poprosić o więcej? Przypomnijmy raz jeszcze, że on widzi siebie w relacji z Bogiem nie tyle jako „niewolnika”, który nie ma zupełnie nic do powiedzenia (gr. doulos”), ale jako sługę określanego mianem „chłopca” (gr. „pais). Lot mówi: „Jeżeli twój sługa [twój chłopiec] znalazł u ciebie miłosierdzie…”. Poprośmy dziś o łaskę dziecięctwa Bożego! Poprośmy o ufność, o odwagę, o śmiałość proszenia właściwą dziecku, właściwą dziecku Bożemu.

PSz

---------------------------------------------------------------------

 

 

   

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl