O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Paweł i Tymoteusz: wychowanie do dojrzałej wiary. 2 List do T ...


Paweł i Tymoteusz: wychowanie do dojrzałej wiary.
2 List do Tymoteusza

SZKOŁA BIBLIJNA
1-3 września 2017

 

NAGRANIA konferencji >>>.
INFO o sesji >>>.

 

NAGRANIA I TEKSTY HOMILII
które w czasie sesji wygłosił bp Grzegorz Ryś

---------------------------------------------------------------------

Daj się Bogu poznać! Nie chowaj się, nie uciekaj przed Miłością!
Niech nie będzie w tobie obszaru nie dotkniętego Jego miłością!
*
homilia – wspomnienie bł. Bronisławy, 1 września 2017 r.
[czytania z piątku 21. tygodnia okresu zwykłego - rok I]
1 Tes 4, 1-8; Ps 97, 1-2b.5-6.10-12; Mt 25, 1-13

 

 

Zacznę od takiej „przygody”, która mną wstrząsnęła. Mam ją w każdym razie „w sobie”. Wiecie, że miałem na Jasnej Górze nowennę przed uroczystością Matki Bożej Częstochowskiej. Zaraz po przyjeździe na Jasną Górę, gdy wszedłem do klasztoru, spotkał mnie jeden z paulinów, na moje wyczucie czwarty czy piąty rok seminarium, więcej nie, bo potem go widziałem, że służył „do świeczki”; więc jakoś tak. I nawet bez „pochwalony…” mówi mi, że on mi bardzo życzy, żeby te wakacje były moimi ostatnimi na tej ziemi. […] Popatrzyłem mu głęboko w oczy i powiedziałem: „Też się modlę o paruzję”. Nie wiem, czy on miał dokładnie to na myśli. […] Życzę wam takich rozmów. I „siedzi to we mnie”. Ta Ewangelia pokazuje, że gdyby Pan Jezus miał przyjść w tym roku, to by jeszcze nie był problem. Gorzej, jak nie przyjdzie; gorzej, jak nie przyjdzie [w tym roku]. Jakoś ten rok wytrzymamy, ale pięćdziesiąt lat. To nie jest tak, że się spóźnia, bo była wichura i drogę Mu zatarasowało, tylko tu, w tym tekście, jest wyraźnie: „kiedy oblubieniec czynił zwłokę”. To znaczy, że opóźnienie oblubieńca nie jest przypadkowe, nie jest niezamierzone, nie jest wynikiem niesprzyjających okoliczności, tylko Pan całkiem świadomie przedłuża ten czas, czyni go jakoś nam nieznanym, ale go właśnie przedłuża. To jest taka myśl, która każdego Adwentu do nas wraca, że… nie tyle idzie o to, żeby się bać, że Pan Jezus przyjdzie dzisiaj w nocy. Dzisiaj w nocy, słuchajcie, jakby przyszedł, zastałby nas na lectio divina… Poezja! Ale we wtorek już tak nie musi być!

To jest bardzo piękny tekst. On mi się w szczególny sposób „otwarł” w czasie pielgrzymki krakowskiej. Gdzieś mnie tam zawieźli, do jakiegoś innego „członu” niż ten, z którym zwykle chodzę. To było w święto św. Edyty Stein. Ta właśnie Ewangelia była czytana i bardzo do mnie przemówiło to słowo oblubieńca, który mówi do owych pań, dam, dziewic: „Nie znam was”. „Nie znam was”. To jest już drugi raz u św. Mateusza; jest jeszcze ostrzej w siódmym rozdziale. W siódmym rozdziale jest: „Nigdy was nie znałem”. Jest równoległy tekst u św. Łukasza w trzynastym rozdziale, ale brzmi tak, jak tu, czyli: „Nie znam was”. Bardzo mnie to uderzyło i zacząłem się zastanawiać, jak to jest możliwe, że Bóg mnie nie zna – Bóg, który jest wszechwiedzący. Jak to jest możliwe, żeby mnie nie znał? I jeszcze, żebym usłyszał od Niego: „Nigdy cię nie znałem”? To jest dość oczywiste, że miara tego „poznania” nie jest zależna od Boga i od Jego możliwości, ponieważ On jest wszechmocny i wszechwiedzący. Problem więc nie jest po Jego stronie! Problem jest po mojej stronie! To znaczy, że ja uniemożliwiam Bogu poznanie mnie samego. To uniemożliwienie Bogu poznania mnie samego tak naprawdę oznacza zablokowanie relacji. Wszyscy specjaliści od lectio divina wiedzą, że słowo „poznać” w języku biblijnym oznacza tyle, co podjąć ze sobą współżycie - takie, jakie łączy mężczyznę i kobietę. To znaczy „poznać”. Bogu chodzi o relację ze mną i o relację, która jest relacją miłości. Nie bez powodu bohaterem tej przypowieści jest oblubieniec. To jest definicja Jezusa Chrystusa. On jest Oblubieńcem! To jest definicja Boga w Starym Testamencie. Nie chodzi o to, żeby wiedzieć, ze Bóg istnieje, tylko żeby Go poznać jako Oblubieńca. Oskar Miłosz tak pisał, że przed Bogiem całe stworzenie jest żeńskie. Czasem zazdroszczę kobietom, bo im łatwiej to zrozumieć. Ale „przed Bogiem całe stworzenie jest żeńskie”, więc chodzi o relację. I właśnie tu też jest miejsce na ten przedłużający się czas, bo chodzi o relację, która jest trwała, która nie ustępuje przy próbie czasu, która nie trwa pół dnia albo trzy dni [przeznaczone] na lectio divina, która nie jest relacją „skokową”, na moment, a potem nastaje jakaś codzienność, taka sobie codzienność… Albo jeszcze gorzej, że jest najpierw taki czas intensywny, a potem nie ma nic. Chodzi o coś, co można by nazwać postawą, co można by jakąś prawdą własnego istnienia: nie istnieję inaczej, jak w relacji z Nim, w relacji miłości, która jest relacją trwałą. To jest to, z czym ludzie dzisiaj mają duży problem: mają duży problem z taką decyzją, która obejmuje całe życie; z której się człowiek nie wycofuje, a przeciwnie, chce i pragnie ją pogłębiać, i pogłębiać.

Jeśli Chrystus mi kiedykolwiek powie: „Nie znam cię” albo „Nigdy cię nie znałem”, to będzie to wyłącznie moja wina. I nie wiem… można się tylko wczuwać w Jego emocje i w Jego ból, z którym to powie: „Nigdy cię nie znałem, bo nigdy nie pozwoliłeś Mi się poznać. Bo nigdy nie wszedłeś ze Mną w taką relację, w tak otwartą relację. Nigdy Mi nie pokazałeś siebie. Zawsześ się przede Mną chował. Zawsześ przede Mną uciekał”. To jest poznanie, które jest wynikiem komunii, jedności osób. Nie chodzi o poznanie teoretyczne. Inaczej znamy bohaterów z historii, nawet ulubionych, a inaczej znamy osobę, z którą mieszkamy pod jednym dachem. Komunia jest „narzędziem” poznania. Ile we mnie jest z tej oblubienicy? Kim ja jestem przed Nim? Na ile jestem? Na ile jestem w komunii z Nim?

Wszystkie teksty „równoległe”, które wspominałem, są warte przeczytania przy tej Ewangelii. Mt 7, 23 – to jest to: „Nigdy was nie znałem”. „Jak to? W Twoje Imię prorokowaliśmy, w Twoje Imię wyrzucaliśmy złe duchy, w Twoje Imię czyniliśmy cuda!”. A Jezus mówi: „Nigdy was nie znałem. Odejdźcie od Mnie, wy, którzy dopuszczacie się nieprawości”. Czujecie, jaki tam jest wstrząs? Kard. Müller użył tego tekstu w „Iuvenescit Ecclesia”. Mówi tam tak, że niektórzy chcieliby mierzyć swoją wiarę jakością swoich charyzmatów: „robię rzeczy nadzwyczajne”. A tymczasem wiary nie mierzy się charyzmatami ani tym, co potrafisz zrobić, nawet z Ducha Bożego. Wiarę mierzy się relacją z Jezusem, osobistą relacją, która jest w Duchu Świętym. Duch Święty ją ustanawia między mną i Jezusem. I jak nie ma tej relacji, to – z tego tekstu Mateuszowego wynika, że – te wszystkie dzieła, które czynię w Imię Jezusa są „nieprawością”. Są „nieprawością”! Jeśli nie potrafię zadbać o „jeden do jeden” z Nim, o taką bliskość, bliskość, która jest intymna, to mogę usłyszeć, że te wszystkie wielkie dzieła, łącznie z wyrzucaniem złych duchów i czynieniem cudów, i przepowiadaniem z mocą proroctwa, to będzie „nieprawość, nieprawość”, „jakim prawem, jakim prawem to robisz, jeśli między nami nic nie ma? Nigdy cię nie znałem”.

U św. Łukasza ten tekst też jest mocny: „jadaliśmy z Tobą i piliśmy z Tobą”. Będziemy czytać drugi list do Tymoteusza. W drugim liście do Tymoteusza dziewiętnasty werset: „Pan zna tych, którzy są Jego”. „Pan zna tych, którzy są Jego” – to jest cytat z księgi Liczb z szesnastego rozdziału. Bóg mówi to do Koracha, bo Korach ma wielkie pretensje przed Bogiem. Ma pretensje o Mojżesza: „To Pan Bóg już tylko z Mojżeszem rozmawia! Nie rozmawia z innymi!”. Korach – przywódca buntu na pustyni przeciw Mojżeszowi; człowiek, któremu od początku do końca zależy na sobie. I jemu Bóg mówi: „Pan zna tych, którzy są Jego”. To będzie pokazane. Będzie znane, którzy „są Pana”, których Pan „poznaje”! Ta wiedza zostanie objawiona. „Pan zna tych, którzy są Jego”. Człowiek nie może być własnością Pana inaczej, jak właśnie mocą własnej decyzji, mocą własnego wyboru, mocą miłości. Jeśli jestem Jego, to usłyszę: „Znam cię, znałem cię, zawsze cię znałem”. Jeśli nie jestem Jego, jeśli jestem jak Korach zapatrzony w siebie, w swój własny interes, w swoją własną pozycję, której chciałbym się „dochrapać” w Ludzie Boga, to usłyszę: „Nigdy cię nie znałem”.

Myślę, że warto jeszcze dwa inne teksty przywołać, które dotykają tego „poznania”. Oczywiście, warto przeczytać cały dziesiąty rozdział Ewangelii wg św. Jana. „Moje owce słuchają mojego głosu, Ja znam je, a one idą za Mną” (J 10, 27). „Znajomość” bierze się z tego, że słucham Słowa, ale w taki sposób słucham, że też za Nim idę. Bo tak naprawdę idę za Panem, który to słowo wypowiada. Czyli to słowo mnie „uruchamia”. Wtedy mogę mówić o „znajomości” Pana, ale też On mówi wtedy o mnie: „Znam cię”. Mówi: „Znam te [owce], które słuchają mojego głosu”. Bardzo piękny tekst jest też w księdze Wyjścia w trzydziestym trzecim rozdziale. Pan mówi do Mojżesza: „Znam cię po imieniu”; i dlatego Pan go posyła. „Znam cię po imieniu”, czyli „znam twoją tożsamość. Wiem, kim jesteś”. Ale to się sprawdza w misji, w powołaniu i w posłaniu. Znów to samo! To jest taka „znajomość” Boga, która mnie posyła, która generuje we mnie doświadczenie wezwania, powołania. Wtedy można mówić o „znajomości”.

Wszystkie te teksty układają się w ten sposób, że „znajomość”, jaka się rozwija między Bogiem a nami, nie jest żadną teorią. Tu nie chodzi o wiedzę, nie chodzi o naukę, niezależnie od tego, że wiedza i nauka są ważne. Ale to nie może być teoria. To nie może być teoria! Liczy się ostatecznie to, kim jestem w spotkaniu z Nim i na ile to, że jestem w spotkaniu z Nim, w jedności z Nim, w komunii z Nim, który jest Oblubieńcem, jest we mnie postawą trwałą. Na ile jest postawą trwałą, która wytrzymuje próbę czasu, która – daj Boże! – rośnie w miarę upływu czasu, znajduje nowe formy, ale jest ciągle intensywna, ciągle jest ważna. Dać się Bogu poznać! Wejść z Nim w relację! Nie uciekać przed Nim! Nie chować się! Otworzyć się w pełni w takim zaufaniu, że przed Nim mogę otworzyć się absolutnie! Niczego nie tracę na tym otwarciu się na Niego! Zawsze tracę, jak się przed Nim chowam! To wtedy jestem stratny, kiedy zostają we mnie jakieś obszary nie dotknięte Jego łaską, nie dotknięte miłością, miłosierdziem, przebaczeniem, uzdrowieniem. Wtedy jestem stratny we wszystkich swoich miejscach, do których nie chcę Boga wpuścić, gdzie On mi mówi: „Nie znam cię. Nie znam cię, boś mi się nie pokazał. Nie pozwoliłeś Mi tam wejść! ”.

Myśl, że mamy taki piękny czas, żeby dać się Bogu poznać i żeby Bóg mógł nas czytać swoim słowem, jak mówi zawsze Krzysiu. Będzie teraz lectio divina, a to znaczy Pan Bóg będzie czytał nasze życie swoim słowem. I będzie fajnie, jak po tych trzech dniach powie: „Trochę lepiej cię znam!”. Amen.

---------------------------------------------------------------------

Pan daje siebie mi, niewolnikowi! Czy ja chcę „bardziej”, jak On? *
homilia – sobota 21. tygodnia okresu zwykłego, 2 września 2017 r.
1 Tes 4, 9-11; Ps 98, 1bcde. 7-9; Mt 25, 14-30

 

 

Pewnie każdy z nas patrzył w to słowo dzisiaj. Do mnie przemówiły właściwie, z tej liturgii dzisiejszej, dwa słowa: jedno z pierwszego czytania, jedno z Ewangelii. Z pierwszego czytania przemówiło do mnie słowo: „bardziej”. „Bardziej”. Może dlatego, że kiedyś tam na wykładach z historii duchowości chrześcijańskiej tłumaczono nam kilka zasad fundamentalnych podpowiadanych przez św. Ignacego Loyolę i wśród tych zasad była też ta, którą nazywa się czasem zasadą maksymalizmu chrześcijańskiego. Mówi ona, że „możesz bardziej” albo „możesz lepiej”. I właściwie to się odnosi do wszystkiego. Modlisz się: możesz „bardziej” i „lepiej”. Czytasz Słowo: możesz „bardziej” i „lepiej”. Tu była mowa, kochasz: możesz „bardziej” i „lepiej”. W pierwszej chwili jest to zasada dość „przerażająca”. Czy nie? Spróbuj „bardziej”! Nie, to nie jest zasada przerażająca; to jest właśnie zasada, która się rozjaśnia w Ewangelii. Tylko wtedy, gdy próbujesz „bardziej” i „lepiej”, zachowujesz to, co dostałeś. Zachowuje się tylko przez pomnażanie. Jeśli nie pomnażasz, nie zachowujesz! Moment, w którym zaczyna mi wystarczać to, co mam i to, jak przeżywam moją wiarę – ten moment, w którym jestem zadowolony i zaspokojony – jest momentem, w którym tracę to, co posiadam. Zachowuje się tylko to, co się pomnaża! Bo to „więcej” i „bardziej” zaczyna się zawsze z poziomu obdarowania. To tylko ten nieużyteczny sługa był przekonany, że pan nic mu nie dał i że nigdy nie daje, a przeciwnie: tylko wymaga, wymaga i wymaga; i wymaga owoców z czegoś, czego nigdy nie użyczył wcześniej. On ma taki obraz Boga. Natomiast pozostali dwaj dobrze wiedzą, że są niebywale obdarowani w życiu. I z tego poziomu obdarowania wychodzą, pomnażając. Zachowują wtedy to, co dostali od pana, ale wyłącznie dlatego, że to pomnażają. Więc zasada maksymalizmu, że „chcę więcej”, „chcę bardziej”, „chcę lepiej” jest tak naprawdę warunkiem „być albo nie być” w wierze. Jesteśmy bardzo nieszczęśliwi w momencie, w którym się zatrzymujemy zadowoleni z tego stanu wiary, życia z Bogiem, który mamy. Ewangelia jest przed nami, wszystko w wierze jest przed nami; nic nie jest za nami.

Natomiast z Ewangelii o talentach dzisiaj najbardziej mnie uderzyło słowo „swój” [tak jakoś „dziwnie” dziś Pan Jezus do mnie mówił]. „Przekazał im swój majątek”. Mają pomnażać coś, co tak naprawdę do nich nie należy, tylko jest pana! Wierność także tu się sprawdza. Dbają o to, co jest pańskie, jakby dbali o swoje, wiedząc, że gdy pan przyjdzie, zażąda rozliczenia i trzeba będzie to oddać. Oczywiście, zdziwią się, bo tak naprawdę to on im to wszystko przekaże i jeszcze pomnoży, ale póki co oni są niewolnikami. Tam słowo sługa jest, oczywiście, greckim słowem „doulos” – niewolnik. Każdy z nich jest niewolnikiem. Oni nie mają prawa do majątku. On im przekazuje „swój majątek”. I ten „swój majątek” bardzo mnie zaintrygował. To znaczy, rozpoznajemy w tym panu Jezusa. Co nam Jezus daje? Ostatecznie, – myślę, że wszyscy to rozumiemy –, że we wszystkich darach, które On nam zostawia, tak naprawdę daje nam Siebie! Chrystus nie daje nam jakichś rzeczy. Talenty można rozmaicie rozumieć, Wiemy, jak się potoczyły losy tego słowa z tej Ewangelii. Dzisiaj „talent” to jest wszystko: ten umie grać na gitarze, tamten umie śpiewać, jeszcze inny pięknie maluje, wszyscy są „utalentowani”. Bóg daje nam Siebie, Bóg nam nie daje rzeczy. Kiedy Jezus nam zostawia swoje dary, to w tych darach zostawia nam siebie. Jak nam zostawia swoje Słowo, to w tym słowie zostawia nam… Siebie! Jak nam zostawia chleb i wino, to w tym chlebie i winie, zostawia nam… Siebie! Jak nam zostawia Kościół, to w tej wspólnocie zostawia nam… Siebie! Jak nie widzimy Jego w tych wszystkich darach, one stają się takie dość „płaskie” i stają się dość „wymierne”. Tymczasem, gdy widzimy, że On jest tym Darem, że On zostawia nam Siebie, to zaczynamy coś rozumieć.

Pięć talentów – sto trzydzieści pięć kilogramów złota. Ma ktoś? A wyobrażacie sobie, co z tym zrobić? Bo ja nie! Zawsze mi się wydawało, że mam dużą wyobraźnię. Ale właściwie… Może, Krzysiu, gdybyś mi dał kilogram, to bym jeszcze wiedział, co z tym zrobić. Ale sto trzydzieści pięć…? Nawet nie wiem, jak to wygląda! To jest jakoś nie do ogarnięcia! Ten dar jest nie do ogarnięcia! Tracimy jakąś równowagę, tracimy spokój. Ten dar nas wytrąca z bierności, bo to, co dostajemy, jest niepojęte. On… Siebie… mnie… niewolnikowi?! Mnie, niewolnikowi?! Komuś, kto nie ma żadnych praw?! W jaki sposób Pan może siebie dawać niewolnikowi?! Zawsze rozumiano to odwrotnie: niewolnik to jest własność pana, to jest rzecz. Jeśli pan chce, sprzeda; jeśli chce, podaruje; jeśli chce, zabije. Tu jest kompletne odwrócenie relacji: Pan daje Siebie niewolnikowi! To nie dziwi, że tych dwóch natychmiast się „uruchomiło”. Takie doświadczenie „uruchamia”: doświadczenie takiej miłości, która kompletnie i w żaden sposób mi się nie należy, i jest, normalnie rzecz biorąc, poza moim zasięgiem i naraz jest w taki sposób obdarowany: Nim samym! Wiem, nie potrafię już wtedy tego nawet wycenić, przecenić! Nie potrafię przecenić tej Księgi! Nie potrafię przecenić Chleba i Wina! Nie potrafię przecenić Kościoła! Nie potrafię tego przecenić, wtedy kiedy widzę, że On zawsze Siebie daje w tych darach. I to właśnie daje Siebie mi, który jestem Jego niewolnikiem! Nie mam prawa do tego! Nie mam prawa do tej własności! Nie wiem, jak was, ale mnie to „uruchamia”. Bo to nie chodzi o to, że Pan ma biznes i nie chce, żeby Mu się zmarnowało, dokąd nie wróci. To nie chodzi o to, że On ma jakiś interes i potrzebuje kogoś, kto za Niego to zrobi. Tylko to jest Pan, który absolutnie kocha każdego z nas. I kocha miłością, która nam się nie należy; która nie pasuje w ogóle do kategorii, jakich używamy na co dzień w naszym myśleniu. Tak nie powinno być, bo przecież pan nie kocha niewolnika, ale ten Pan – tak! Ten Pan daje Siebie! Daje Siebie! Jest pytanie: jak pomnażać Jego obecność? Jak pomnażać tę relację? Jak pomnażać tę komunię? Jak się o nią zatroszczyć? Jak zatroszczyć się nie o rzeczy, ale o relację z Nim? Z całą pewnością to jest to, na czym warto się skupić. Amen.

---------------------------------------------------------------------

………*
homilia – 22. Niedziela Zwykła (rok A), 3 września 2017 r.
Jr 20, 7-9; Ps 63, 2-6.8-9; Rz 12, 1-2; Mt 16, 21-27


()

---------------------------------------------------------------------
[w miarę możliwości uzupełnimy teksty]-->

-------------------------------------------------
* tytuły pochodzą od redakcji

w tekstach spisanych z nagrania
zachowano styl języka mówionego
-------------------------------------------------

 

0 0

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl