O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Bezrobocie mi nie grozi. Z księdzem prałatem Stanisławem Orze ...


ks. prałat Stanisław Orzechowski - od ponad trzydziestu duszpasterz akademicki "Wawrzynów" we Wrocławiu.
 

Istnieje jakieś kryterium, po którym poznałbyś, że już nie możesz im służyć?

Gdyby mnie nie chcieli słuchać, gdybym był izolowany, zostawiany. Tymczasem wydaje mi się, że zaistniała inna rzecz, którą i ja sam odkryłem dzięki tym młodym: jest im potrzebny ojciec, a może nawet i spokojny dziadek.

Ksiądz w roli ojca, a nawet dziadka?!


Tak. Powiem też, dlaczego dziadka, czemu taki fajny jest dziadek? Bo z dziadkiem można się spokojnie wybrać na spacer i on nie będzie co chwila podwijał rękawa by sprawdzić, która godzina - ma czas; jest już na emeryturze, nie ma się do czego spieszyć, więc słucha! A wnukom, zwłaszcza takim nastoletnim, są potrzebne często długie chwile wysłuchania.

Zatem z jednej strony konflikt pokoleń, z drugiej - nieodzowność kogoś dojrzałego wiekiem, z kim można rozmawiać? I twierdzisz, że młodzi nie mają kogoś takiego w swoim domu?

Nie mają. Dlatego chętnie przychodzą i najczęściej mówią mi "Ojcze Orzechu". (Niektórzy mówią nawet "Dziadku Orzechu"). Pobrzmiewa w tym nuta stwierdzenia: "Jesteś nam potrzebny". Zawsze miałem szczególne sny. Gdy miałem zostać diakonem, śniło mi się, że rozsypałem kielich z komuniami. Gdy miałem głosić kazanie, to mi się zdawało, że się zacukałem, a z dołu spod ambony ludzie mówili: "No, my wiemy, że chciałeś nam coś powiedzieć, zejdź już i koniec". Budziłem się wtedy spocony, bo to poruta. Teraz zaczęły mi się śnić puste pomieszczenia duszpasterstwa tudzież pusty kościół - no i tu miłe rozczarowanie.

Tę potrzebę księdza-ojca i księdza-dziadka młodzi sami odkryli, czy Ty im w tym pomogłeś?

Sami zaczęli do mnie mówić per ojcze. Tu nie chodzi o paternalizm - zawsze się tego wystrzegałem. Natomiast dlaczego nie ojciec, zwłaszcza duchowny?

Byle nie kumpel?

Tak. Nie paternalizm i nie kumplostwo, ale ojcostwo. Przychodzą do mnie jak do ojca.

Z czym przychodzą?

Bardzo często nie umieją podejmować decyzji i to w ważnych sprawach, np. na małżeństwo. On nie wie co. Bo i ta, i ta..., i Kasia, i Basia.

A może jeszcze w ogóle nie tędy?

Dlatego dobrze, że mam taka instytucję, nad którą się trochę napociłem, mianowicie "dialogi narzeczeńskie". Mówię: "Zrób przymiarkę z Kasią".

 Zatem nie Ty podejmujesz za nich decyzję?

Trochę im w tym pomagam, chociaż czasem odważyłbym się na wyraźną podpowiedź.
Wspominam, że moje kapłaństwo uratował nasz ojciec duchowny w seminarium, ojciec Bolek (z którego czasem klerycy się podśmiewali). Gdy przyszły na mnie "terminy ostatnich wątpliwości" gdzieś koło piątego roku studiów, poszedłem do niego z rozpaczą, a ten zażądał: "Mów ostatni raz!" Gdy skończyłem, ojciec orzekł: "Pan Jezus ci mówi, że masz zostać księdzem".

Ojciec ma taką władzę?

Właśnie. Do dziś modlę się za ojca Bolka. Stąd wiem, że w niektórych sprawach tak musiałbym zareagować i rzeczywiście niekiedy potrafię powiedzieć: "Tak masz zrobić". Tego "popchnięcia" wielu potrzebuje.

W tej funkcji ojca idzie o rolę nauczyciela, wychowawcy, doradcy - czy wszystko naraz jest potrzebne?

Wszystko naraz. Najbardziej wychodzi to przy spowiedzi.

Zatem: kapłan - ojciec - spowiednik?

Tak jest. Zresztą "od zawsze" tak mówiono. Pamiętam jak się oburzyłem w pierwszym roku kapłaństwa, gdy mi babcia mówiła w konfesjonale: "Ciebie ojcze proszę o rozgrzeszenie". Myślałem wtedy: "Mój Boże, toż to wnukiem jestem, a ja tu dla niej ojciec?!" A ona potem przyszła i dodała: "Jeszcze coś ci powiem, ojczulku, że cię chce pocałować w ramię". "Cóż to takiego? - pytam." A ona mówi: "Bo to mi przypomina ranę Pana Jezusa na tym prawym ramieniu!" "To całuj, babciu".

Niesamowite!

Było to ojcostwo duchowne, które dopiero się kreowało, a teraz ono już rzeczywiście jest.

Jaka jest zatem różnica między spowiednikiem a ojcem duchownym?

Spowiednika interesuje głównie dusza człowieka, jego grzechy i ich okoliczności. Ojciec zaś zagląda do butów, czy ten ktoś ma np. odpowiednie skarpetki na zimę, albo pyta, dlaczego tak wątle wyglądasz.

Pozwalają na to Twoi studenci, cieszą się z tego?

Miałem taką rozmowę: "Bo mamy biedę w domu". "A czemu?" "Mama tylko pracuje, a nas dwóch studentów i upokorzony ojciec, gdyż nie dostaje pracy" - oto nasz polski kairos. I przyszedł z tym do mnie.

Upraszczając, można powiedzieć, że ten akurat przyszedł do Ciebie po pieniądze.

Trochę tak.

Czy z tej jego biedy nie wynika przy okazji jakieś załamanie, rozpacz?

Oczywiście! On mówi, że nie może patrzeć na matkę, która wiecznie jest zasmucona i która wiecznie kombinuje, jak wszystkiemu podołać. Sam nie wie, czy dalej studiować, bo może lepiej gdzieś dorabiać? Przyszedł więc do mnie, abym go jakoś podtrzymał, zachęcił do wytrwania na tej niełatwej drodze.

Nie idzie taki ktoś do Opieki Społecznej czy innej instytucji, ponieważ oprócz pieniędzy potrzebuje wsparcia, zachęty?

Potrzebuje tego duchowego wsparcia, gdyż jest załamany. Mówi, że ile razy przyjdzie do kościoła czy słyszy mnie, jak mówię, to podnosi się na duchu. Przecież o to chodzi. Mówię mu więc: "No to przychodź, facet, skoro tak Pan Bóg działa..." Przez osły działa, więc...

Zdarzyło Ci się stanąć bezradnie wobec czyjegoś problemu, jakiejś ludzkiej biedy?

Wobec narkomanii. To jest dziś "ból nad bólami", bo nie wiadomo, co począć. Próbowaliśmy wyciągać z tego nieszczęścia wielu (nie sam duszpasterz, ale wszyscy, którzy tworzą duszpasterstwo, "kooperują" z księdzem).

Próbowaliśmy z pewnym Maćkiem. Wydawało się że już jest po odtruciu i po wszystkich innych zabiegach; tymczasem ostatnio gdzieś się nam zagubił i okazuje się, że jest gorzej, niż dno. Patrzę wtedy na Jahwe i pytam: "Co mam uczynić?"

 Jak się wtedy czujesz jako ksiądz?


Szukam najpierw, czy mam jeszcze jakieś możliwości do wykorzystania i czy jakiegoś działania nie należało podejmować jeszcze intensywniej. Wołam wtedy w tę stronę, z której pomoc może przyjść. Muszę jednak uwzględnić tajemnicę wolności tego konkretnego człowieka. Jeśli on kiedyś powiedział "Chcę się z tego wydostać", wtedy jakoś szło to wszystko.

Można zatem pomóc ostatecznie tylko tym, którzy o pomoc poproszą i zgodzą się na uczciwą współpracę? Podobnie jak lekarz: może działać, gdy się jako pacjent do niego dobrowolnie zgłoszę, zechcę ujawnić prawdę o swojej biedzie i podejmę współpracę z nim według podanych zleceń.

Dlatego stale zastanawiam się nad pytaniem: co możemy zrobić, żeby zainteresowani chcieli, "chcieli chcieć".
Swego czasu "walczyłem" z młodym, załamanym studentem I roku od piątej po południu do piątej rano (inna rzecz, że byłem wtedy dużo młodszy) siedząc z nim w dworcowej herbaciarni, usiłując go przekonać, żeby się nie zabijał.

-Pomogło?

Pomogło, ale głupio pomogło. Gdy już na końcu byłem wściekły na niego, powiedziałem mu: "Jeżeli ci już tak nie zależy na życiu (a była akurat wigilia Bożego Narodzenia) to mi podaruj rok twego życia - co ci zależy wte czy wewte? Był to chytry pomysł obliczony na to, że w ciągu tego roku ja coś "zakombinuję" tak, że jemu zechce się żyć.

Zakombinowałem z jego kumplami to, żeśmy zrobili wędrowny obóz w Bieszczadach. Od smakołyków począwszy poprzez różne inne "atrakcje" robiłem wszystko, by jemu zechciało się żyć. Minął rok, człowiek przyszedł do mnie (nb. był i chyba dalej jest niewierzący - tacy też przychodzą). Pytam go: "Chcesz żyć?" "Nie". I wtedy się zdenerwowałem tak strasznie, że go skląłem i pomieszałem z gęsiami. Trochę go to ruszyło. Powiedział mi: "Skoro ci tak zależy na moim życiu, to rzucę los: orzeł czy reszka? Jeżeli orzeł - to może jeszcze będę żył". To są studenci! Wyrzucił orła, więc powiedział, że jeszcze raz spróbuje żyć. Dziękowałem Bogu, że wyrzucił orła, czyli życie. Dzisiaj jest ten ktoś bardzo porządnym nauczycielem.

 Tym razem się udało.

Bo się walczyło o człowieka.

Walczenie o człowieka - czyli podpowiadanie mu motywów, argumentacji za życiem. Czy w tej argumentacji sięgasz także do motywów nadprzyrodzonych, religijnych, czy też zaczynasz od strony egzystencjalnej?

Raczej od strony egzystencjalnej. W sytuacji tego konkretnego człowieka o którym opowiadałem przed chwilą okazało się, że on miał "serducho" przygotowane na miłość. Po jakimś czasie, gdy go już lepiej poznałem, mogłem zobaczyć, że jest to jego dobra strona, a kiedyś będzie to dobry mąż. Nie pomyliłem się. Trafiła się osoba, która go pokochała i do dzisiaj jest to dobre małżeństwo.

Wobec tego trzeba pilnować takiego zrozpaczonego człowieka, aby jakimś głupstwem, nieprzemyślanym do końca działaniem, nie dokonał nieodwołalnych szkód w swoim życiu; przetrwać wraz z nim kryzys, mądrze mu towarzysząc. Być może wtedy taki ktoś w swojej biedzie znajdzie Pana Boga.

W minionych latach swojej posługi duszpasterskiej odkryłem swoistą prawidłowość (nie wiem, co powiedzieliby na to antropolodzy, albo co ty byś powiedział, obserwując kleryków w seminarium): Podobnie jak istnieje "ząbkowanie" w młodości, tak w latach 19-20 do 25 występuje "przesilenie" w duchowości człowieka, czyli swoisty kryzys, polegający na zniechęceniu do życia, depresja. I teraz - w zależności od tego, jaką kto ma wiarę, jakich ma przyjaciół - albo przeżywa taki stan tak, że aż gotów jest targnąć się na własne życie, albo dzieje się to wszystko łagodniej, gdy taki kto trafi do duszpasterstwa, lub gdy ma przyjaciół rzeczywistych, zdolnych do chronienia, dbania, pilnowania, aż do czasu przejścia tego kryzysu. Coś takiego istnieje.

Dzieje się to wszystko tak samo u młodych kobiet jak i u młodych mężczyzn?


Muszę powiedzieć, że u chłopaków dzieje się to częściej.

Zatem "one" są bardziej odporne?


Chyba tak. Są dojrzalsze, a psychicznie są zdolne przetrzymać znacznie więcej. Potrafią wprawdzie "ryczeć", ale nie są to jeszcze "łzy ostateczne". Cierpią, ale jednak mniej, niż chłopcy. Mężczyźni są w tej dziedzinie bardziej nieporadni.

Czy potrafiłbyś ułożyć swoisty "katalog nieszczęść", które są dziś powszechne w życiu młodych ludzi, doprowadzając ich do depresji, rozpaczy, zwątpienia, a nawet do myśli samobójczych i odrzucenia Pana Boga?


- Odpowiem bez hierarchizowania zagadnień, wrzucając je niejako "do jednego worka":

Narkotyki.

Kłopoty z seksem - bardzo często uzależnienie. W takiej sytuacji nie ma tu wpływu fakt, czy ktoś jest wierzący czy nie: gdy wkradł się w tę dziedzinę jakiś nieporządek, to taki ktoś ma "kaca moralnego", co powoduje ciężkie przeżycia małowartościowości.

Nieszczęśliwa miłość. Okres życia ludzi, którymi się przede wszystkim zajmuję, to jest czas, gdy kończą się sympatie średniej szkoły, które są "koleżeństwem na dużej przerwie" (chociaż i tam już się czasem coś poważniejszego zaczyna). Na tym etapie studenci już wiedzą, że trzeba się w końcu zdecydować na jakąś perspektywę - małżeńską lub inną - a jeżeli małżeńską, to z kim? Są wśród młodych tacy, którzy po raz pierwszy dokonują takiego wyboru - bywa, że dość pochopnie. Zwłaszcza wtedy, gdy dochodzi do tego nieopanowana emocjonalność, zdarzają się pomyłki, a te są bolesne, gdy ktoś jest rzeczywiście zaangażowany, a doświadcza nagłego rozczarowania. Trudno im wtedy uwierzyć, że w swoim życiu będą mieli jeszcze okazję przeżyć coś podobnego.

Nie wierzę zewnętrznym pozom młodzieży bo wiem, że takich sytuacji jest bardzo dużo. Ktoś obnosi się z kolczykami w uchu, w brwiach i w ogóle, ale gdy dojdzie do rzeczywistej rozmowy, okazuje się, że ma wrażliwe serducho, poranione często, nastawione na czułość...

Ale takie spotkanie musi odbywać się indywidualnie, by ten wewnętrzny obraz został ujawniony?

Odsunąć trzeba wtedy zwłaszcza towarzyszy "imprez". Przy tej okazji widzę znów wielką rolę świeckich. Zastanawiam się, czy nie zaryzykować i nie pójść do rektora, aby poprosić, bym przynajmniej w pewne dni mógł zamieszkać w akademiku, w przydzielonym mi pokoju!

Po to, żeby potrzebujący mogli do Ciebie przyjść po pomoc?

Zwłaszcza ci, którzy nie mają odwagi przyjść do duszpasterstwa.

Jesteś przekonany, że przyjdą do Ciebie, gdy będziesz mieszkał wśród nich?

Przyjdą na pewno. Wiem o tym stąd, że każde godziny, kiedy jestem w Duszpasterstwie Akademickim, są zawsze "oblepione". Stąd dochodzę do wniosku, że dopóki jeszcze "ojciec" lub "dziadek" ma rozum, jest potrzebny, może im służyć. Pewnie... jak Papież?!

Rozmowę naszą podjęliśmy w seminarium. Czy jesteś w stanie sprecyzować wymagania i oczekiwania w stosunku do przyszłych kapłanów, odnośnie ich pomagania młodzieży w sytuacjach kryzysu i załamania? Czy istnieje - Twoim zdaniem - jakiś szczególny kodeks postępowania w takich sytuacjach? A może jest to wyjątkowa łaska stanu, przydzielona konkretnemu księdzu?

Myślę tutaj przede wszystkim o pewnych "warsztatach" w tej dziedzinie. Mądra Matka-Kościół powinna słuchać swoich synów, gdy Jej coś podpowiadają. Zatem jako syn Kościoła (za takiego się przecież uważam, a bardzo mi też zależy, by Matka była dobra i świetna) podpowiadałbym tak: więcej okazji do przetrenowania pewnych rzeczy (dla kleryków). Teorię w seminarium przyszli księża otrzymują bardzo dobrą. Ale jako spowiednik ogromnie zwracam uwagę na ich sprawozdania z wakacji. Seminarium stwarza jednak swoiście "sztuczny świat" swoim wychowankom.

Papież uważa, że formacja kapłana dokonuje się zasadniczo na parafii - i to zarówno przed święceniami, jak i po ich przyjęciu! Tobie chodzi zatem o to, by "kapłani jutra" mieli jak najszerszy kontakt z człowiekiem, któremu potem mają całe życie służyć - tak, aby się tego człowieka później nie bali i rozumieli go?

Trzeba w seminarium o tym mówić, bo chyba za mały jest udział kleryków choćby w takim obozie adaptacyjnym dla studentów pierwszych roczników (Biały Dunajec). Gdy alumni mieli w okresie swojej formacji taką szczególną praktykę, wspaniale sprawdzają się w duszpasterstwie. Ile się oni nauczyli na tych obozach i jak potem potrafią pracować z młodzieżą! Sami młodzi księża przyznają, ile mieli okazji do bezpośrednich kontaktów z ludźmi, zastępując chociażby mnie, gdy na parę dni musiałem ten obóz opuścić. Umieli być wierni porannej jutrzni, nie przejmując się, czy wstało dziesięciu czy piętnastu, ale wszyscy wiedzieli, że jest jutrznia i ten młody kleryk to trzyma. To było świetne, to warto podtrzymać.

Druga płaszczyzna dla podobnej praktyki otwiera się podczas dialogów narzeczeńskich. To jest sztuka, by wtedy podsłuchać, co mówią przyszli małżonkowie, jakie mają problemy. Wprawdzie nie księża tam są wtedy najważniejsi, ale jednak bardzo potrzebni, jako stojący i obserwujący z boku - także po to, by parom animatorskim dodać ducha. Potem jeszcze nocne rozmowy - jesteśmy wtedy potrzebni. Okazuje się, że studenci, narzeczeni chętnie porozmawialiby z klerykami, bo czasem nie od razu mają odwagę porozmawiać z duszpasterzem, którego wstępnie jednak się boją.

Klerycy wstępnie przygotowaliby tych młodych do spotkania z księdzem.

Podczas rekolekcji w Sadowicach w "Poprawczaku" najpierw ci wszyscy "obwiesie" przeszli przez rozmowę z katechetką, bo mieli strach przyjść do mnie. Podobnie na pielgrzymce przydaliby się klerycy, zwłaszcza do rozmów z niejednym młodym chłopakiem, gdy ten boi się spowiedzi. Chociaż kleryk nie da po wysłuchaniu jego zwierzeń rozgrzeszenia, to jednak już przygotuje grunt do przyjęcia tego sakramentu.

Trzeba więc, aby klerycy to, co wzięli do serca podczas wykładów, sprawdzili - oczywiście nie bezdusznie - w praktyce. Nie powiem, żeby się nie garnęli do takiej posługi (np. wieczory Janowe, Taiz?) ale jednak trzeba, żeby seminarium i diecezja wiedzieli, że to doświadczenie jest im bardzo przydatne.

Orzechu, a gdyby tę naszą rozmowę przeczytała jakaś osoba załamana, zrozpaczona - jaką radę byśmy komuś takiemu przekazali? Wszyscy potrzebujący pomocy przecież do Ciebie nie przyjdą. Co oni mają zrobić, gdy nie mogą liczyć na nikogo ze swych najbliższych, a grunt im ucieka spod nóg?


W pierwszej fazie dobrze byłoby, gdyby młodzież pomogła młodzieży.

Wierzysz, że to jest możliwe?!

Jest to możliwe. Mam w pamięci, jak koleżanki "ugniatały" swoją koleżankę z akademika, przygotowując ją do spowiedzi św. tak, że ją wreszcie przekonały. Wiedząc o tym ich działaniu, czując zamieszanie za drzwiami, wziąłem je na spytki: "Jak to jest, czyście ją na sznurku przyprowadziły?" "Nie, Orzechu - ona przyszła z własnej woli. My teraz idziemy do kaplicy, będziemy się modlić, ty ją spowiadaj, bo ona naprawdę jest już przygotowana".

Szczytem, swoistym celem duchowej pomocy potrzebującym pozostaje zatem mimo wszystko sakrament pokuty?

Sądzę, że tak, ponieważ pewne rzeczy nie ruszą bez pomocy Bożej. Np. nie wierzę, żeby się wyciągnął człowiek z narkotyków w inny sposób. Może pomóc jakaś odtrutka, ale dalszy ciąg bez Boga nie nastąpi. Oni zresztą to wiedzą i sami o tym mówią.

Jeden z kroków grup AA wyraźnie odwołuje się do Boga, jakkolwiek Go ktoś pojmuje.

Ciekawe, że gdy już jest ktoś taki odratowany dla Pana Boga, bardzo chętnie zajmuje się innymi potrzebującymi. Tu kryją się pokłady wielkiej nadziei: młodzi pociągają młodych. Tak zresztą Papież ich wychowuje.

Księża mimo to bezrobotni nie pozostaną?

Dlatego nadal siedzę i służę jak potrafię, bo nikt naprawdę jeszcze nie woła, bym zszedł z dachu i nie psuł gontów.
KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl