O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  O. Marco Ivan Rupnik SJ odpowiada ...


W dniach 4-6 kwietnia 2008 r. w Centrum Formacji Duchowej Salwatorianów w Krakowie, w ramach Szkoły Kierownictwa Duchowego, odbyła się sesja formacyjna pt. "Rachunek sumienia i rozeznawanie duchowe". W naszej rubryce „pytania - odpowiedzi” przedstawiamy zapis konferencji na zakończenie sesji, w której o. Marco Ivan Rupnik SJ odpowiadał na pytania uczestników.

*** *** ***

Pytań jest tak wiele, że myślę, że byłoby wielkim zarozumialstwem sądzić, że mogę na nie wszystkie odpowiedzieć, także dlatego, że ja nie umiem odpowiadać na pytania, bo gdybym umiał odpowiadać na pytania, możecie sobie wyobrazić, gdzie bym już był. Ja po prostu mam tę bezczelność, że myślę na głos. I tak zrobię z waszymi pytaniami. Postaram się pomyśleć na temat pewnych kwestii. Nie uważam, tak jak nigdy nie uważałem w tych dniach, że mam jakiś autorytet, ani że mówię w sposób wyczerpujący. Nie mówię ex cathedra, więc każdy może mieć zdanie dokładnie odwrotne od tego, co ja mówię. Nie musi się bronić, bo ja nie mam żadnego autorytetu. Rozumiecie, jakie to piękne: jestem naprawdę wolnym artystą, więc nie brońcie się. Jednak naprawdę szczerze dziękuję tym osobom, które na tych kartkach powiedziały mi coś osobistego, powierzyły mi jakiś swój kawałek historii. Dziękuję też tym, którzy byli bardzo uprzejmi, powiedzieli jakieś słowo zachęty do niżej podpisanego. Bardzo wam dziękuję. Jeśli chodzi o pytania, myślałem, że je pogrupuję, ale są tylko dwa lub trzy pytania, które są podobne, wszystkie inne są rozbieżne, 360 stopni. Zatem pomyślałem, że będę odpowiadał i dokąd dojdę, to dojdę i nic nie stracicie, jeśli nie odpowiem na resztę, a na 25. rocznicę tego kursu zrobimy drugą część.
 

Jedno z pytań dotyczyło mojego stwierdzenia, że trzeba opowiedzieć wszystko Chrystusowi - a przecież Chrystus mówi, żeby nie być gadatliwym na modlitwie. I wydaje się, że jest tu kontrast pomiędzy Chrystusem a mną. A ja nigdy nie myślałem, że jestem tak wysoko! W każdym razie tutaj kwestia jest bardzo prosta.

Widzicie, każdej religii w pewnym momencie grozi dekadencja, schyłek. To dzieje się falowo, a jedną z form dekadencji religijnej jest formalizm: nie ma już treści, ale pozostała forma i podtrzymuje się ją, a jako że formę można zmierzyć, więc normalnie chodzi o formalizm ilościowy. „Bardziej religijny jest ten, który spędza więcej godzin przed Najświętszym Sakramentem”. A kto to powiedział?! Ale jest wielu, którzy tak myślą. W czasach Chrystusa zauważało się silny formalizm w kwestii zachowywania przykazań, pewnych bardzo dokładnych, precyzyjnych przepisów, była to naprawdę epoka formalizmu ilościowego. Istniało przekonanie, że Bóg bardziej słucha tych, którzy bardziej się modlą, tzn. odmawiają więcej modlitw, w sensie ilości. Ponadto forma modlitwy żydowskiej była zawsze mniej więcej taka, że wypowiadano wielki tytuł Boga i zdarzało się, że zamiast zwyczajowej formuły: „Bóg święty i wierny, Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba”, ktoś robił wykaz 99 określeń Boga, tak jak dziś robią np. muzułmanie. Ale sama modlitwa miała zawierać dwa lub trzy tytuły. Później przypominało się Bogu, ile rzeczy Bóg zrobił już dla nas. Stworzyłeś niebo i ziemię, morza… A później robiło się cały wykaz ryb, jakie się znało. Stworzyłeś wszystkie zwierzęta – i znów cała zoologia. Później wyprowadziłeś nas z Egiptu, później zrobiłeś nam to i tamto. I po tym bardzo długim wykazie dodawano: „Panie, zrób nam jeszcze to”. To był styl modlitwy. Natomiast ja mówiłem wczoraj o tym, żeby nie gadać, ale powierzać się, otwierać się, czynić akt miłości. To nie oznacza pustej gadaniny, chodzi o to, by ufać Panu, ofiarować się Jemu, zapraszać Go, by był obecny. To jest naprawdę czysty akt wiary. I to nie jest sprzeczne z żadnym słowem Chrystusa. Właśnie postawa uczniów z Emaus była dla wielu ojców przykładem, jak się modlić. Podobnie kiedy Chrystus spotkał ojca epileptyka, szukał informacji: kiedy się to stało? jak to się stało? Chodzi o to, że wszystko, co jest typowo ludzkie, jest i musi stać się duchowe, bo Bóg stał się człowiekiem. Tak więc naszym zadaniem jest przylgnąć do tego. Dlatego nie bójcie się.
 

Później było inne ciekawe pytanie. Ktoś stwierdził, że ja mówiłem źle – co jest prawdą, ale cóż na to poradzę, już mówiłem źle, już jest za późno! – w tym sensie, że nie jest bardzo ładnie, kiedy podczas rozmowy duchowej ktoś modli się zamiast słuchać uważnie, bo to oznacza lekceważenie rozmówcy.

Problem w tym, że, jak mówią w Centrum Aletti, gdzie znają mnie dobrze od tylu lat, ja zawsze jestem artystą, ale również Ojcowie, kiedy mówili, starali się malować, żeby widzieć. Toteż i ja, kiedy podaję jakiś przykład, robię to, żeby pomóc coś zrozumieć, ale też żeby obudzić słuchacza. Przykłady nie są dogmatem, ale szanują dogmat. Zostawcie więc na boku sposób, w jaki ja o tym mówiłem, ale idźmy do istoty rzeczy. Podczas rozmowy duchowej głównym zadaniem ojca duchownego, przynajmniej według starej tradycji, jest to, że gdy słucha, modli się. Jest właśnie tak. Także ja mówiłem ojcu Špidlikowi, mojemu mistrzowi i ojcu duchownemu: „Ale jak ja to zrobię? Bo jeżeli ty do mnie mówisz, jak mogę się modlić?” A on odpowiedział: „Jaki ty jesteś głupi. Widzisz, jesteś racjonalistą”. „Ja?” „Tak się robi. Podczas gdy ktoś mówi, ty musisz mieć umysł zanurzony w duchu, więc modlisz się: opowiadasz Panu to, co mówi ta osoba. Bo ta osoba może jeszcze nie jest w stanie powierzyć całego swojego życia Bogu, więc ty słuchasz i zaraz powtarzasz to Panu”. To jest wielka sztuka, także o wielkiej skuteczności psychologicznej.
Św. Serafin Sarowski był znany jako ktoś, kto znał ludzkie serce, miał znajomość serc. Ale to nie był cud, to było bardzo proste. Gdy słuchasz i powierzasz wszystko Panu, gdy tylko rozmówca się zatrzyma, pierwsza myśl, która przychodzi, jest duchowa. Otwierasz usta i mówisz: „Jeżeli dobrze zrozumiałem, ty powiedziałeś mi to i to”. A osoba staje jak wryta, bo gdy mówiła, wydawało się, że jesteś roztargniony, a tymczasem mówisz dokładnie to, co ona powiedziała. A dlaczego? Bo powtórzyłeś wszystko Bogu. A potem mówisz to małe słówko, które ci przyszło na myśl, a rozmówca mówi: „To jest właśnie to!”. Tak się zdarza prawie zawsze. Ja przy całej mojej nędzy przeżyłem wiele lat, w których prowadziłem rozmowy duchowe nawet przez 12 godzin dziennie. Spróbujcie pomyśleć: mam 53 lata, a przez 5 lat dawałem tylko rekolekcje, od 1 stycznia do 31 grudnia. Jeżeli zbiorę wszystkie te rekolekcje, będzie to prawie 300 tygodni, więc przeprowadziłem bardzo wiele rozmów. Rozmowa powinna trwać 20 minut do pół godziny, bo potem już są pogaduszki, ale i tak gdy ojciec duchowny wysłucha 10 osób, powinien być wykończony. A tymczasem ja nie czuję się wykończony, bo ja jestem tylko pośrednikiem między tym człowiekiem a Bogiem i w drugą stronę. Dlatego ludzie przychodzą i mówią: „Pamiętasz to, co ci mówiłem w poprzedniej spowiedzi?” „Nie”. „Jak to nie pamiętasz?” „Przez 10 lat ćwiczyłem się, żeby nauczyć się tak spowiadać, by w pół godziny po spowiedzi już nie pamiętać grzechów, a teraz ty chcesz, żebym ja je pamiętał. Nie pamiętam!” 
 

Ktoś też zadał pytanie: „Co badać w rachunku sumienia?”

Z jednej strony trzeba badać wszystko to, co się przeżywa w ciągu dnia. Pytasz się serca, czy jest coś, co nie jest zgodne z tym obrazem, który miał Chrystus, kiedy cię zbawił. Czy jest coś, co „gryzie się” z tym obrazem Chrystusa we mnie? Jeżeli jest coś, co nie prowadzi cię do Chrystusa, jeżeli to odkrywasz – jak powiedziałem wcześniej – opowiedz to Panu, aż zaczniesz odczuwać żal i na koniec powiesz: „Zmiłuj się nade mną”. A jeśli jest to coś poważnego, przygotuj się do pojednania. Ale badamy też rzeczy dobre. Bada się wszystko to, co się przeżyło. Jak mówiłem – dziękuje się za tyle rzeczy, za osoby spotkane, za piękną twarz, którą się zobaczyło... nawet za krzyż, który cię dotknął. Chrystus w Wieczerniku dziękował Ojcu psalmami Hallelu, a wiedział, że będzie zdradzony i że Piotr się Go zaprze. My dziękujemy tylko wtedy, gdy wszystko idzie gładko, ale też jest pięknie dziękować, że pomimo tego, co mnie uderzyło, mogłem przylgnąć sercem do Pana, nie dałem miejsca gniewowi, złości, urazie, ale pozostałem na drodze z Panem.
Mówiłem też, że w rachunku sumienia trzeba uważać na nowe rzeczy. Ponadto istnieje także szczegółowy rachunek sumienia. Co to oznacza? Oznacza to, że jeżeli odkrywam, że jest wiele rzeczy, które się powtarzają, np. złoszczę się bardzo łatwo i bardzo często, wtedy umawiam się z Panem, że będę zwracał szczególną uwagę na tę moją złość. Rano wstaję i gdy robię rachunek sumienia - w tym sensie, że nadaję całemu dniowi pewien kierunek – podczas tych kilku minut modlitwy umawiam się też z Panem, że będę uważał na moją złość. W południe, jeżeli nie wcześniej, przypominam sobie o tym przed Panem: „Panie, jak jest dzisiaj z tą moją złością, znowu coś nie wyszło!” I to samo wieczorem. I jeśli przypadkiem się rozzłoszczę, staram się dobrze wyjaśnić przed Panem, dlaczego i jak się rozzłościłem.
Wyobraźcie sobie koryto rzeki: na dole są kamienie, a woda płynie górą. Kamień, nawet jeśli jest wyczyszczony, co może poczuć? Kamień niczego nie czuje! Ale wyobraźmy sobie, że tym kamieniem jest moje serce, które jest żywe. Co czuje? Czuje wodę! Ta woda to Pan, bo życie nie ma źródła we mnie, ale przychodzi do mnie. Dlatego ja muszę być wyczyszczonym kamieniem, bym odczuł, jak przepływa życie. Jeżeli na kamieniu leży błoto,  niczego nie odczuję. Rachunek szczegółowy ma to zadanie, by usunąć błoto. Ale ono znowu się pojawi. I wtedy co zrobisz? Tak długo opowiadasz to Panu, że choć może trochę błota będzie zawsze, ale jako że ciągle nad nim pracujesz, stanie się twarde, stanie się jak kamień i zacznie odczuwać wodę, która przepływa. Bo pewnych rzeczy nie zmienisz, są one krwią twojej krwi, ciałem z twego ciała, dziedzictwem wszystkich twoich dziedzictw, nie zmienisz się. Ale musisz stać się duchowy. A co to znaczy: duchowy? Powtórzmy znaną definicję: duchowym jest to wszystko, co w działaniu Ducha Świętego mówi mi o Bogu, kieruje mnie na Boga, przytula mnie do Boga, czyni mnie podobnym do Chrystusa, czyni mnie synem w Synu. Widzicie więc: ja się złoszczę, ale ciągle opowiadam o tym Panu i złość staje się duchowa, bo staje się motywem mojej relacji z Panem. Osoby, które tak postępują, stają się sympatyczne dla innych nawet ze swoimi wadami, bo się widzi, że są dobre. A Bóg nie powołuje duchów. Pośród swoich uczniów Pan miał dwóch takich, którzy się nazywali boanerges – synowie gromu, oni na pewno nie byli flegmatykami. Był też zelota, pewnego rodzaju komandos. Dlaczego tacy ludzie? Bo Chrystus ich potrzebował. Wyobraźcie sobie, co by było, gdyby miał dwanaście osób całkowicie spokojnych, doskonałych buddystów. Gdzie mógłby ich posłać? Do Aten, by rozmawiali z greckimi filozofami? On potrzebował ludzi silnych.
Musimy bardzo uważać, by odróżniać pomiędzy pokusą, myślami, uczuciami a grzechem. To jest rozróżnienie, którego ludzie dzisiaj nie czynią, jak to widać w spowiedzi. Co więcej, młode pokolenie, ci, którzy mają poniżej 30 lat, znają tylko trzy uczucia, najzdolniejsi znają cztery - i chcą nauczyć się rozeznania! Nie da się, to niemożliwe! Jeżeli kiedyś ojcowie salwatorianie zaproszą nas na sesję o rozeznaniu, zobaczycie, że główną rzeczą jest relacja pomiędzy myślą i odpowiadającym mu uczuciem. Bez tego nie ma rozeznania. Problemem jest dziś to, że ludzie mają tylko myśli, a nie mają uczuć, tzn. nie umieją ich nazwać. Kiedy czytasz Dostojewskiego albo Cankera (spróbujmy pominąć polskich autorów, bo tych już czytaliście), co zauważasz? Ci autorzy opisują bohatera, to, co robi i to, co odczuwa. Autor nazywa to po imieniu: „Zamknął drzwi pokoju, usiadł na łóżku i odczuł to...”. Ten, kto czyta, identyfikuje się z bohaterem, doznaje tych samych uczuć i odkrywa, że tak się one nazywają. Film nie opisuje nigdy żadnego uczucia, daje ci je odczuć, ale nie mówi ci, jak to się nazywa. Dlatego dzisiaj jesteśmy biedni i nędzni, a chcemy robić rozeznanie.
Kard. Carlo Maria Martini powiedział: „Nie mówię już o rozeznaniu, bo mówią o nim wszyscy, ale nikt nie umie tego robić”. Bo mamy ten podstawowy brak, brakuje nam właśnie nazw. Ale w rozeznaniu odkrywasz, że poprzez pewne uczucia Duch Święty nigdy nie przemawia. Podajmy przykład: zadowolony, usatysfakcjonowany, pogodny, radosny, szczęśliwy. To jest pięć uczuć. Poprzez pierwsze dwa nigdy Duch nie mówił. Ale dzisiejsi młodzi ludzie, choćbyś im zapłacił, nie potrafią rozróżnić tych uczuć. Możesz im nawet powiedzieć: „Dam ci mazdę 6”. Nie ma rady, nie potrafią. I jak zrobią rozeznanie?
W rachunku sumienia jest ważne, by otworzyć przed Panem własne uczucia, doznania, natomiast w rachunku szczegółowym poświęca się pewien czas zagadnieniu, które ty odczuwasz jako problem.
 

Były dwa lub trzy pytania trochę podobne: jak rozbudzić miłość jako dobrowolne przylgnięcie? Jak odczuć to dobrowolne przylgnięcie? Jak rozbudzić serce, aby stało się gorące, wrażliwe, aby modliło się świadomie, a nie rutynowo? Jak poczuć się ogarniętym miłością?

Chcę odpowiedzieć tylko tak: nasz wielki błąd polega na tym, że mamy idealistyczne i psychoanalityczne podejście do miłości. Ale patrząc duchowo, miłość jest zawsze dramatem. Jest dużo bardziej prawdopodobne, że nauczymy się kochać, odkryjemy, czym jest miłość, dopiero na łożu śmierci. Bardzo późno! A kto myśli, że zrozumiał miłość, będzie jeszcze bardzo rozczarowany, bo przyjdzie moment, że któregoś wieczoru w chwili samotności odkryje, że to jeszcze nie była miłość. A my na fali naszego romantyzmu, myślimy, że miłość budzi miłość. Ale to jest bardzo naiwne. Miłość budzi miłość tylko w osobie duchowej, natomiast w osobie grzesznej budzi przemoc. Kto kocha, jest często bity przez tego, kogo kocha, jest często niezrozumiany. Ty robisz gesty wielkiej troski, wielkiej miłości i zostaniesz zupełnie niezrozumiany.
Gdy bracia zobaczyli Józefa Egipskiego, powiedzieli: „Zabijmy go, zabijmy go!” Z jakiego powodu? Bo był kochany. Św. Augustyn w Liście do katechistów mówi, że Chrystus zstąpił na ziemię, aby objawić miłość Ojca do nas i przez to objawienie wzbudzić w nas odpowiedź miłości do Boga. A kiedy człowiek uczynił pierwszy gest miłości ku Bogu ? Zrobił to Józef z Arymatei, kiedy pochylił się nad martwym ciałem Chrystusa i owinął je w płótno. Chrystus wzbudził odpowiedź dopiero przez Triduum Paschalne. Jest to bardzo naiwny idealizm: myśleć, że dwie osoby się kochają bez przejścia przez śmierć, przez Wielki Piątek. Jeśli tak myślą i tak żyją, nie kochają się. Bo kto kocha, prędzej czy później dochodzi do prawdziwej miłości, a ta się realizuje w formie paschalnej. Nie ma innego sposobu. Popatrzcie na kogoś w historii, kto był kochany – np. jakiś założyciel zakonu: wszystko idzie świetnie, powołanie, ludzie, ruch, wszystko... To jeszcze nie jest wiarygodne. Musimy zobaczyć, że naprawdę kochał i że to nie jest jego dzieło. Kiedy to zobaczymy? Kiedy zaczną go bić, niszczyć jego dzieło, kiedy zacznie być prześladowany. Wtedy okaże się wiarygodny.
Henri de Lubac moim zdaniem był jednym z wielkich teologów XX wieku. Ja mu wierzę, ponieważ miał wiedzę agapiczną. Kościół go potępił, jego książki były na indeksie, miał zakaz spowiadania, odprawiania Mszy, głoszenia kazań, pisania listów, telefonowania, i nie tylko, nawet odwiedzania bibliotek. Ustalono, że jedyną osobą, która mogła się z nim kontaktować, był kardynał z Mediolanu – kard. Montini. De Lubac przez wiele lat żył jakby w więzieniu, a nie w domu jezuitów, bo to był jezuita. Swoją wielką książkę o Duchu Świętym napisał we francuskich pociągach. Pewnego dnia przełożony usłyszał, że de Lubac płacze i krzyczy. Poszedł do niego przekonany, że on zwariował, bo tak cierpiał. Zastał go obok radia, a w radiu podawano wiadomość, że Montini został wybrany papieżem jako Paweł VI. Potem kończy się Sobór Watykański II. Po prawej stronie papieża, przy ołtarzu św. Piotra – widać to na historycznej fotografii - zgodnie z dawną tradycją stoi główny teolog soboru – jest to Henri de Lubac. Kiedy przyjechał do Rzymu po kapelusz kardynalski, przyszedł, by porozmawiać z nami, młodymi jezuitami i powiedział nam: „Myślę, że mogę powiedzieć – miał ponad 80 lat – że nie było żadnego dnia w moim życiu, żebym nie kochał Kościoła”. To jest wiarygodne. To jest człowiek przeniknięty miłością. Natomiast romantyzm, idealizm, moralizm zniszczyły miłość.
Wcześniej mówiłem wam trochę o tej myśli Bułhakowa o dwóch Osobach, które objawiają Ojca – Syn i Duch. Myślę, że rozbudza się dobrowolne przylgnięcie, rozbudza się serce poprzez wydarzenia życia, gdy w pewnym momencie, na jakimś rozdrożu człowiek rozumie, że ocaleje, jeśli wejdzie w miłość, a jeśli chce ocalić swoje życie, straci je. A tego nikt cię nie może nauczyć. Myślę, że nasza formacja także dlatego jest błędna, że chce uformować wszystko. Ja nauczyłem się kilku bardzo ważnych rzeczy od prawosławnych: kto ma powołanie, to ma. Nawet jeśli go zabijesz, zrealizuje je. Kto go nie ma, jest nieużyteczny. Moja siostra nie jest matką Kościoła, jest matką rodziny. Pyta mnie: Dokąd jedziesz? Do Czech. Co tam robisz? Kurs formacyjny. Dokąd jedziesz? Do Słowacji. Co robisz? Kurs formacyjny. Gdzie jedziesz? Do Rumunii? Co robisz? Kurs formacyjny. Gdzie jedziesz? Do Niemiec. Co robisz? Kurs formacyjny. Ale co wy formujecie? Formatorów! Do czego? Dla nowicjuszy, seminarzystów... Daj spokój, Marko… Kto jest w ciąży, urodzi, nic się nie poradzi! Żadne dziecko nie pozostało w łonie przez 30 lat. A jeśli ktoś nie jest w ciąży, nie ma sensu przygotowywać łóżeczko, pieluszki i wszystko, a potem urodzi się tylko wiatr.  Myślę, że trzeba, żeby ludzie byli wypróbowani, tak jak chciał św. Ignacy, a to działa. W czasach komunizmu byliśmy dużo mocniejsi, to było wielkie błogosławieństwo dla Kościoła. Już opłakujemy tamte czasy, gdy była jeszcze wiara.
Ale ja to widzę także wśród moich artystów: przejeżdża artysta, skończył Akademię, a praktycznie nic nie umie. Ja zaczynam uczyć go kilku rzeczy. Po sześciu miesiącach - to jeszcze nie jest nic, bo u mnie szkoła trwa 5 lat! -  pracujemy na fasadzie Lourdes. Mówię do tego artysty: „Choć ze mną, zaczynamy robić twarz Matki Bożej”. On na mnie patrzy: „Nie, nie, nie mogę”. „Mamy mało czasu!” I robi. Jeśli się nie uda, to zniszczymy to, co zrobił, ale jeżeli to zrobi, dam mu taką pewność, że nawet diabeł mu jej nie odbierze: „Zrobiłem wizerunek Matki Bożej z Lourdes – po sześciu miesiącach nauki!” I w ten sposób on stanie się wolnym artystą, bo tylko ten, kto stoi na nogach może coś zrobić. On cierpiał, było 8 stopni poniżej zera, okropne zimno, zamarzał klej i palce. Ja przychodziłem i ciągle poprawiałem kamyczki, a on się nie zniechęcił i dał radę. I tak rzuca się ucznia na głęboką wodę.
Kiedyś chciałem nauczyć się pływać, więc wrzucili mnie do morza. Napiłem się słonej wody, widziałem ten okropny kolor na dnie morza i powiedziałem sobie: „Już nigdy nie wejdę do morza, ale tymczasem muszę wyjść, więc lepiej żebym zaczął pływać”.
 

Jest też inne ciekawe pytanie. Ktoś mówi, że kiedyś żył z Chrystusem w relacji przyjacielskiej, a teraz ta relacja jest trudna, nie udaje się już osiągnąć tej zażyłości.

Uwaga, nie łudźmy się co do efektów modlitwy. Św. Teofan Rekluz, wielki ojciec duchowy, mówił, że najlepszy sposób, żeby przestać modlić się, to zważać na efekty modlitwy. Nie modlimy się po to, by się dobrze czuć. Modlimy się dlatego, że Bóg powiedział, żeby się modlić, bo inaczej nie mogę żyć. A poza tym, kiedy Ivan i Natasza są bardzo zakochani, to nie powinni zaraz brać ślubu w kościele, bo trzeba zobaczyć, czy się kochają. Kiedy ktoś przychodzi na rozmowę duchową i dużo mówi o modlitwie, jaka ona jest piękna, to nie jest ważne. Ale kiedy wraca i już nie mówi o modlitwie, dobrze jest zadać pytanie: „Jak idzie modlitwa?” Bo człowiek zaczyna się modlić, kiedy nie jest to łatwe. Relacja rozwija się w ten sposób. Kiedy Iwan i Natasza są zakochani, patrzą na siebie ciągle, kontemplują się nieustannie. Później się pobierają. Odwiedziłem jedną z takich rodzin i mówię: „Natasza, gdzie jest Ivan?”. „Och, kto go widział? Pracuje”. „A ty?”. „W domu, pracuję”. „I jak idzie?”. „Bardzo dobrze, bo nie pobraliśmy się po to, by patrzeć na siebie. Patrzyliśmy na siebie przedtem. Teraz musimy troszczyć się o rodzinę, dzieci. Teraz nie jest czas, żeby patrzeć na siebie, Iwan musi pracować, a nie stać tutaj przy mnie”. Tak mówi dojrzała kobieta.
I tak też jest z Chrystusem. Kiedy byłem nowicjuszem, pisałem tyle wzniosłych rzeczy: „Panie Jezu! Ja jestem zapaloną lampą przed Tobą”. A teraz co robię: wstaję, jadę do Polski, do Niemiec, biegam jak wariat i mówię: „Panie, to jest właśnie ten chłopczyk od zapalonej świecy, który stał się mężczyzną”. To jest już inna relacja. Trzeba bardzo uważać, żeby nie stać się ofiarą własnych myśli, dlatego uważajcie, kiedy relacja się zmienia. Czasem Chrystus zaczyna odbierać wiele pociech duchowych, ale ten smutek, który odczuwasz, ma cel pedagogiczny – po prostu dlatego, żebyś zrobiła trzy kroki naprzód. Trzeba dokonać tego przejścia od dziewczynki do kobiety.
 

Inne ciekawe pytanie, mocno związane z poprzednim: „Bardzo chciałem się narodzić na nowo, ale czuję tyle blokad, dlatego nie budzę życia wokół siebie, nie pociągam innych do Chrystusa”.

Chciałbym wykorzystać to pytanie, by powiedzieć coś ważnego o życiu duchowym. Uważajcie, by nie być ofiarą własnych oczekiwań i idealizmu. Ktoś może żyć w dobrej rodzinie, kobieta może mieć dobrego męża, dobre dzieci, zawsze są razem, na pielgrzymce, w pracy, na wakacjach – rodzina w stylu Hollywood. Ale może też być inaczej: zły mąż, dzieci idą każde swoją drogą, a żona czuje, że jej życie jest całkowicie zniszczone, wszystko upadło. Ale bardzo uważajmy, bo w świecie ducha możemy być na koniec bardzo zaskoczeni. Ukazałem to w pewnej mojej książce: może tę panią znajdziemy w Królestwie Niebieskim, bo jej małżeństwo było bardziej udane od tego doskonałego. Jak możesz osądzać, gdzie miłość jest bardziej paschalna, bardziej intensywna? My jesteśmy niewiarygodnymi formalistami. Wyobrażamy sobie, że idealna wspólnota to taka, w której ludzie się nie kłócą, a tymczasem doświadczamy urazy, zazdrości – piekło. Wyobrażamy sobie, że małżeństwo jest idealne wtedy, gdy nigdy nie ma przykrego słowa. Popatrzcie, dogmatycznie jest całkowicie poprawne to, co teraz powiem: Miłość Boga Ojca nie ma uprzednio wybranej idealnej formy. Nie ma! Skoro to jest prawdą dogmatyczną, że Chrystus jest wypełnieniem miłości Ojca w historii, to pomyślcie, w jakich warunkach to się wypełniło: w zbrodni, w prawdziwej zbrodni, jaką jest ukrzyżowanie.
Kiedy w Mexico City zwiedzałem największe na świecie muzeum antropologiczne i oglądałem te wszystkie ludy, narody, plemiona, to widziałem, że każdy lud rezerwował najpiękniejszy obraz, najpiękniejszy pomnik, najpiękniejszy kolor dla swojego bóstwa. Powiedziałem sobie: „My chrześcijanie nie możemy tego robić, bo nasz Bóg jest tak oszpecony,  że odwracano od Niego twarz, jak mówił Izajasz”. A jednak jest najpiękniejszym z synów ludzkich, bo jest przeniknięty miłością. Wbrew Heglowi my kontemplujemy i czcimy ranę, a nie formalną doskonałość. My czcimy kogoś, kto został zmiażdżony, a nie supermana. I dopóki na ziemi będzie choć jeden krzyż, cokolwiek zdarzy się w twoim życiu, największy upadek, jaki możesz sobie wyobrazić, pamiętaj, że jeszcze nic nie jest przesądzone. Miłość ma inną perspektywę. Nie jest najlepszym zakonnikiem ten, który jest posłuszny wszystkim przepisom i biega jak wariat. Poczekajmy, zostawmy sąd Bogu. Tylko Kościół może oceniać na ziemi, a jak widzicie, w przypadku świętych nie jest to łatwe – więc bądźmy spokojni. I właśnie święci pokazują nam, przez jakie próby przechodzili, jakie klęski ich spotkały. Trzeba bardzo uważać, by nie popaść w idealizm, ale by zawsze wychodzić od osoby. 
 

Może teraz dotknę pytania, które jest z tym związane, a dotyczy niecierpliwości. Mam pewien ideał i chcę go zrealizować. Ale nie zapominajmy, że gdy pewien mnich przyszedł do swojego abba i zapytał: „Abba, co to jest grzech?”, abba odpowiedział po namyśle: „Pośpiech”. Piękne. Ale dzisiaj żyjemy w innym świecie. Powiedziałem, wam przedtem, że aby zrozumieć nasze nowe życie, nie wystarczy po prostu przejmować mentalności innych i wkładać ją w nasze życie. Tak zdarzyło się też w tym punkcie. My dzisiaj żyjemy według mentalności cyfrowej. Jaka jest różnica między tym, co analogowe, a tym, co cyfrowe?

To, co jest analogowe, robi jedną rzecz po drugiej, można co najwyżej przyśpieszyć  przejścia między czynnościami. W sprzęcie cyfrowym jednym przyciskiem uruchamiam kilka tysięcy działań. Nie jedno po drugim, ale równocześnie. To właśnie stwarza nową mentalność. Wszystko musi być natychmiast, od razu, najlepiej, itd. To samo spotykamy teraz także w Kościele. Ja się temu dziwię, bo jestem biednym grzesznikiem, ale czytałem tyle tekstów: dokumenty rad duszpasterskich, dokumenty kapituł generalnych, dokumenty wszelkiego rodzaju zebrań, i co odkryłem? Że prawie wszystkie są napisane dla supermanów. Bo na przykład czytam teksty z kapituły generalnej sióstr XY i wynika z nich, że wszyscy powinni być nadludźmi. To jest takie doskonałe, ale Ewangelia taka nie jest, bo w Ewangelii są grzesznicy. A w tych dokumentach ich nie ma, wszystko jest doskonałe. Ale my mamy takie wyobrażenia, zapominamy, że jesteśmy grzesznikami i że w jednej chwili potrafimy zniszczyć wszystko. Później widzisz program pedagogiczny: pierwszy rok - to i to; drugi rok - to i to. W duszpasterstwie młodzieżowym pierwszy rok to, drugi rok to. Ale co to ma być? Czy jesteśmy maszynami? Jesteśmy osobami, a w życiu duchowym nie działa ten system. Ale my całkowicie tkwimy w tym myśleniu. I dziwimy się, że ludzie wchodzą do nowicjatu, a później ulegają depresji. To bardzo logiczne. Tymczasem nie ma pośpiechu, ważne jest, by zacząć we właściwym punkcie, a później to przyjdzie samo. Tak więc uważajmy na niecierpliwość, to wielki nieprzyjaciel dojrzewania. A teraz panuje też ta wielka mania, żeby wszystkich robić przełożonymi czy biskupami w bardzo młodym wieku. To bardzo błędne. Dlaczego to mówię? Bo spotkałem tylu z nich zniszczonych. Jeżeli prezydent USA jest młody, czy premier polskiego rządu jest młody, to bardzo dobrze. Ale co innego być przełożonym, to zupełnie coś innego. Jeżeli młoda osoba jest zdolna, zróbcie ją dyrektorką jakiegoś dzieła i zrobi cudowne rzeczy. Ale do zarządzania ludźmi trzeba mądrości; nie wiedzy, ale właśnie mądrości. A mądrość - z wyjątkiem św. Tymoteusza - przychodzi z wiekiem, wraz ze starością. Wyślij młodych, żeby robili, co chcą, a przewrócą Polskę do góry nogami, ale jeśli chodzi o zarządzanie osobami, ustanów ojców i matki, a zobaczysz, jak wszystko rozkwitnie, bo oni są cierpliwi, mądrzy i wiedzą, że człowiek ma swoje rytmy.
Pewna włoska mniszka, świetna, nadzieja klasztoru, pewnego dnia zabrała gitarę i odeszła. Wszystkie siostry załamane płakały, bo była świetna. Ksieni powiedziała: „Ale dlaczego mieliśmy tę gitarę? Gdybyśmy nie mieli tej gitary, może by nie odeszła”. Ale przełożona była jedyną osobą spokojną. „Ciebie to nie obchodzi?”. „Obchodzi mnie. Ale ona wróci”. „Nigdy nie wróci”. „Wróci!”. Ksieni mówi: „Przecież nie może wrócić, skoro tak wyszła z klasztoru!”. „Matko, to jest reguła. Ale jest też mądrość. Jest słuszne to, co matka mówi, ale to nie jest roztropne”. Ksieni spuściła uszy. I po półtora roku ta siostra wraca. Ksieni mówi: „Nie ma mowy! Gdybyś wróciła po miesiącu, to jeszcze, ale teraz nie ma mowy!”. Przełożona się temu przeciwstawiła i postawiła na swoim: siostra wróciła. Jest to siostra tak nadzwyczajna, że teraz została ksienią w innym klasztorze. Dlaczego? Bo ta przełożona ją znała. To jest ufność. A kto dzisiaj zna kogoś w formacji?!
Ambroży, ojciec duchowy Dostojewskiego, prowadził rozmowy z Dostojewskim, który pił, miał kobiety, grał w karty, a wydaje się, że Ambroży nigdy nie mówił z nim o tych rzeczach, ale traktował go bardzo surowo: „Skończyłeś już ten dialog między bohaterami nowej powieści?”. „Nie”. „Jak to: nie?!!”. Ambroży uparcie stał za nim. Dostojewski pisał, a on stał cały czas za nim. To jest ojciec duchowny. Ojciec duchowny nie patrzy na to, czy ktoś ma doskonałą matkę, doskonałą psychikę... – na to patrzą inni, którzy pomagają. Ojciec duchowny patrzy na to, jak Duch Święty dokonuje dzieła zbawienia, jak ta osoba mogłaby się otworzyć na to działanie, jak mogłaby być użyteczna. A tu nie ma rytmów, jak w komputerze: jeden miesiąc, dwa miesiące, rok...
 

Jest też pytanie dotyczące wczorajszego kazania – widać, że lepiej by było, żebym nie głosił kazań. Chodzi o problem zła. Jak traktować zło, czy nie mówić o złu, czy nie walczyć ze złem?

Widzicie, także w życiu duchowym trzeba pewnej uczciwości wobec siebie. Na przykład: jeżeli dzisiaj, kiedy przyjadę na lotnisko, przyjdzie kapitan austriackiego samolotu, bo tym razem lecę austriackimi liniami, i powie: „Ksiądz to ojciec Rupnik? Proszę przyjść, dzisiaj ojciec będzie pilotował samolot do Wiednia, a dalej ja poprowadzę. Lotnictwo austriackie daje ojcu ten zaszczyt”. „Wielki zaszczyt. Dziękuję!” I siadam w kabinie. To jest głupie, czyż nie? I tak robimy w życiu duchowym. Natomiast jeśli przyjadę na lotnisko i powiedzą mi: „Ojcze Rupnik, my chcemy upiększyć to lotnisko. Mógłby ociec zrobić tu 100 metrów kolorowej mozaiki, albo fresk?” „Myślę, że tak!” Czy to jest głupie? Nie, bo skromnie mówiąc, to właśnie potrafię robić, ale pilotować Boeinga nie potrafię.
Albo na przykład idę ciemną drogą na peryferiach Rzymu i widzę pięciu mężczyzn: czarne kurtki, żelazne łańcuchy. Mówię: „Panie, jeżeli nie dam rady, przyjmij moją duszę. Teraz przyślij mi siłę Michała Archanioła, żebym rozbił te drzwi obok mnie i wszedł do środka, albo żebym mógł biec jak najszybciej, dopóki nie zobaczę otwartych drzwi”. A ktoś powie, że trzeba stawić czoła złu, że w życiu nie należy uciekać! Nie, to głupie. Jak ja stawię czoła tym pięciu słoniom? Jako dobry jezuita zacznę mówić kazanie? Także tu trzeba trochę mądrości. W życiu duchowym pewne rzeczy mnie przerastają. Ileż razy ojcowie mówią: „Jeszcze nie jestem zdolny do tego”. Pewien święty mówi, że nawet czytanie duchowe może być niebezpieczne, jeżeli osoba nie jest dostatecznie przygotowana, bo zacznie porównywać się z tymi mistrzami, zacznie idealistycznie pragnąć ich poziomu, a nie będzie respektować poziomu, na którym się znajduje. Rozumiecie? Nie można w życiu duchowym stawiać czoła wszystkiemu, to była mania Jana Jakuba Rousseau, że trzeba doświadczyć wszystkiego. Ja widzę sześć osób, które są przede mną. Idą. Pierwsza znika, druga znika, szósta znika. My w Alpach powiedzielibyśmy: „Zatrzymam się już teraz, bo tam jest dziura, już sześć osób tam wpadło. Ja się lepiej zatrzymam”. To jest właśnie to: nie muszę doświadczać dokładnie wszystkiego. Tak nie można. Ze złem się nie igra. Ze złem naprawdę się nie igra.
Pamiętam, jak pewien młody jezuita dawał rekolekcje. Gdy zadzwonił do mnie, zaraz rozpoznałem po jego głosie, że stało się coś bardzo poważnego, więc pojechałem do niego, bo mi powiedział, że jest tam dziewczyna, która widzi demona. Jadę tam i widzę dziewczynę, która siedzi w kącie, spięta w sposób nieludzki. Mówię: „Jak się nazywasz”, a ona: „Joanna”. Pytam księdza: „To prawda?”, a on: „Tak”. A więc nie jest opętana, bądźmy spokojni. Ja drżałem, bo ojciec Špidlik mówił mi: „Nigdy nie żartuj z diabłem”. Ale jak zobaczyłem, że nie jest opętana powiedziałem: „Najlepszą rzeczą przeciw herezjom, chorobom psychicznym i duchowym, zanim się człowiek rozchoruje, jest humor”. Trzeba tu zrobić gest zbawczy. Panie, daj mi jakiś pomysł! I przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Mówię: „Słuchaj Joanno, nie martw się, za chwilę wszystko będzie dobrze”. Miałem głos zdecydowany, jak John Wayne. „Słuchaj, gdzie jest ten diabeł?”. A ona odpowiedziała takim głosem, że gdy sobie przypomnę, do dziś przebiegają mi po plecach dreszcze: „Pod łóżkiem”. Więc ja się energicznie pochylam, zaglądam, podnoszę się i mówię: „Nie ma. Zbyt nisko”. Diabła nie ma pod łóżkiem, bo jest zbyt niskie. Okazało się, że ten pomysł był dobry. Ta dziewczyna wróciła do normy, później wyszła za mąż i normalnie żyje.
Ale ze złem się nie gra. My mamy bardzo kruchą wyobraźnię, bardzo kruchą. Zobaczcie, co się dzieje pomiędzy narzeczonymi, którzy wymagają od siebie, aby powiedzieć sobie wszystko: a więc on jej opowiada, jak to dopuszcza się masturbacji i jeszcze robi nie wiadomo, co, a ta dziewczyna odtąd już nie potrafi usunąć z siebie tego obrazu. Już ma go w sobie. Ale dlaczego tak się stało? Złu mogą stawić czoła ci, którzy są w stanie mu stawić czoła. Mówię tu nie tylko o diable i o ciemnych mocach, ale też o małych pogaduszkach pomiędzy nami. Dlaczego zaczynamy ustępować? Dlaczego akceptujemy myśl, że nasza siostra jest taka i taka? A później to kultywujemy i już nie możemy utrzymywać ze sobą normalnych relacji. Trzeba będzie lat, żeby to naprawić. Dlaczego? Trzeba wiedzieć: ja nie jestem od tego, aby pilotować samolot. Pewnych rzeczy nie zrobię.
A później inna rzecz: kiedy ktoś zaczyna czuć się źle, ma w sobie złość, urazy, negatywne myśli, kiedy jest wojna, wtedy obowiązują prawa wojenne. A o tym zawsze zapominamy. Kiedy jest wojna, nie ma sensu mówić: „Ja jestem pacyfistą”, bo zaraz cię zastrzelą. To jest wojna. I jeżeli zło dało się odczuć, jedyną odpowiedzią jest walka duchowa, walka dobra ze złem. Święte kobiety mówią o walce, o wojnie. Czytasz dzieła św. Teresy i widzisz, że używa ona języka jakby z westernu. To ciągła walka, ciągłe ciosy, ale to nie ja walczę. Popatrz na ikonę św. Jerzego: on bierze włócznię, ale trzyma ją w bardzo dziwny sposób, a zabija smoka. Bo to nie on, starożytny John Wayne, zabija smoka, lecz Duch Święty i Książę światłości – to On może pokonać księcia ciemności, a nie ja. A ludzie błądzą, bo idą sami do walki ze złem. Tylko broń duchowa mi się przysłuży, ja sam nie dam rady, ja sam będę zawsze pokonany. A kto zaczyna zajmować się złem, będzie wciągnięty w wir zła i łatwo się z niego nie wydostanie.
Ja o tym właśnie mówiłem. Nie w tym sensie, żebyśmy ignorowali zło – nie bądźmy naiwni, bądźmy realistami, ale realistami duchowymi, którzy wiedzą, że człowiek nie może zwyciężyć zła, ale może współpracować z Panem w walce przeciw złu świata. Pierwsze działanie, jakie do mnie należy, to wiedzieć, co mogę, a czego nie mogę. Dlaczego mam szperać w rzeczach, które potem mi zaszkodzą? To tak, jak młodzi ludzie, którzy idą oglądać pornografię. Dlaczego masz się ubrudzić? To zawsze pozostanie w twoim wnętrzu. Trzeba napełnić się dobrem, napełnić się obrazami duchowymi. Jeżeli tego jesteś pełen, to wtedy wszystko funkcjonuje. Ale o tym będziemy mówić za 25 lat.

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl