O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Rekolekcje Lectio Divina 9-17 marca 2010 ...


Rekolekcje Lectio Divina
(etapy I - IV)
9-17 marca 2010 r.

W dniach 9-17 marca 2010 r. przeżywaliśmy kolejną serię rekolekcji lectio divina. 86 osób uczestniczących w ośmiodniowych ćwiczeniach rekolekcyjnych  w klimacie pustyni modliło się Słowem Bożym w oparciu o Ewangelie wg św. Marka, św. Mateusza, św. Łukasza oraz św. Jana.

Wprowadzenia do modlitwy dawali trzej członkowie ekipy naszego centrum oraz o. Paweł Przygodzki OSPPE. Uczestnikom towarzyszyło dziesięcioro kierowników duchownych; oprócz wspomnianych prowadzących byli to: dwaj kapłani diecezjalni, jeden kapłan zakonny, dwie siostry zakonne i osoba świecka.

Poniżej zamieszczamy teksty dwóch homilii wygłoszonych w czasie rekolekcji. Wkrótce podzielimy się również innymi tekstami.

Dziękujemy za dar modlitwy w intencji uczestników,
prowadzących poszczególne etapy i kierowników duchowych!

 -----------------------------------------------------------------------------------

Modlitwa: twarzą w twarz, a nie twarzą w maskę
homilia w czasie rekolekcji lectio divina:  13 marca 2010 r. 
Oz 6, 1-6; Łk 18, 9-14

Kiedy rano czytałem Słowo na dziś, Bóg jako pierwszą myśl – i za tą myślą poszło moje serce – pokazał mi, że obłudna religijność jest bardziej niebezpieczna dla zbawienia niż grzech. Dlaczego? Bo jeśli człowiek jest duchowo dobrze ustawiony, to widzi swój grzech, z dostrzeżonym grzechem chce coś zrobić, chce go przepracować, chce z nim zerwać, chce go oddać Panu Bogu. Natomiast jeśli Zły duch oszuka nas wprowadzając na drogę fałszywej pobożności, obłudnej i faryzejskiej religijności, wówczas najczęściej nie chcemy z taką postawą zerwać, a nawet nie widzimy w niej nic złego czy obłudnego. Zwiedzeni przez Złego nie dostrzegamy nawet tego, że Bogu się to nie podoba; nie dostrzegamy tego, ponieważ jest nam z tym dobrze, czujemy się prawi, sprawiedliwi, pobożni i religijni. Naprawdę, obłudna religijność może być bardziej niebezpieczna dla zbawienia niż grzech.

W dzisiejszym fragmencie Ewangelii wg św. Łukasza czytamy, że „dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić…”. Zanim będziemy kuszeni do tego, żeby konkretne imiona i nazwiska członków naszych wspólnot, grup religijnych czy rodzin, z których przyjechaliśmy na te rekolekcje, przyporządkować i wskazać kto jest faryzeuszem, a kto jest celnikiem… i zanim zastanowimy się, gdzie my sami w tym wszystkim jesteśmy, chciałbym Wam, moi kochani, przypomnieć, że Słowo Boże mówi nam, że nasze serce jest świątynią, że serce każdego z nas jest jak świątynia. I to nas nie zwalnia z tego, by Słowo Boże w całości odnieść do siebie. Bo przewrotność naszego serca czyni nasze serce tak pojemnym, że pomieścimy w nim zarówno faryzeusza, jak i celnika. Przewrotność naszego serca tak je rozszerza, że mieścimy w nim te obie postawy. Czasem jesteśmy jak celnik, szczególnie po doświadczeniu upadku… Kiedy natomiast jest dobrze, kiedy nie mamy grzechu, możemy się wynosić jak faryzeusz… Dzisiaj Słowo Boże zaprasza nas do tego, abyśmy jednego z tych panów, a z nim całą tę krzywą [faryzejską] postawę duchową, wyprosili z naszego serca.

Jeśli sięgniemy do tekstu greckiego, zauważymy, że coś bardzo ważnego. Otóż napisane jest, że faryzeusz modlił się do samego siebie. Napisane jest wprost: „Faryzeusz stanąwszy do siebie tak modlił się: …”. Celnik natomiast wołał: „Boże, daj się przebłagać mi grzesznemu”. Oto podstawowa różnica [między obiema modlitewnymi postawami], różnica którą mamy się przejąć, z którą mamy coś zrobić. Modlitwa samouwielbienia, fałszywa pobożność, fałszywe poczucie sprawiedliwości, skupianie się na sobie samym – taka modlitwa jest kręceniem się „w kółko”, jest kręceniem się wokół siebie samego; a w takiej modlitwie nie ma Boga. Natomiast pokorne wycofanie się na wzór celnika jest okazją do spotkania Boga.

Zobaczmy, jak często jest tak, że na modlitwie szukamy swojego dobrego samopoczucia. Czasem wychodząc z modlitwy niezadowoleni twierdzimy, że modlitwa nam nie poszła. Twierdzimy, że nasza modlitwa była złą modlitwą, ponieważ nic się takiego na modlitwie nie stało, nic takiego się nie zadziało… Czasem uważamy, że modlitwa była złą modlitwą, ponieważ wychodzimy z modlitwy niezadowoleni z siebie. Kiedy nam się ziewało, kiedy na modlitwie się nic nie wydarzyło, wówczas wychodzimy z modlitwy niezadowoleni, bo w naszym mniemaniu taka modlitwa była złą modlitwą. Dlaczego? Ponieważ jesteśmy zbyt mocno skoncentrowani na sobie.

Odpowiedzmy sobie na pytanie: czy celnik się dobrze czuł mówiąc: „Boże, miej litość dla mnie, grzesznika!”? Czy Jezus Chrystus modląc się w Getsemani dobrze się czuł na tej modlitwie? Jezusowi w Ogrodzie Oliwnym było ciężko. O tym, czy modlitwa była dobra, wcale nie świadczy moje dobre samopoczucie. Jest wiele modlitw dobrych, jest wiele modlitw, które się Bogu podobały, z których my wychodziliśmy niezadowoleni. Wychodziliśmy niezadowoleni, ale Bóg widział nasze zmęczenie, widział naszą walkę. Taka nasza modlitwa została przyjęta przez Boga, nawet jeśli nam trudno było przyjąć siebie w takiej modlitwie: „bo nic wielkiego się nie wydarzyło, bo nie otwarło się niebo…”.

W przypowieści Jezus mówi o celniku, że „stał z daleka”. Informacja o celniku stojącym z daleka przypomniała mi, że wcześniej w tej samej Łukaszowej Ewangelii, w rozdziale 15, w przypowieści o synu marnotrawnym czytaliśmy, że ojciec ujrzał syna marnotrawnego właśnie z daleka: „A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec…”. W przypowieści jednak o synu marnotrawnym słyszymy również o starszym synu, który fizycznie pozostawał blisko ojca, ale sercem był bardzo oddalony od ojca. I to nam pokazuje, o jaką bliskość z nami Bogu chodzi, na jakiej bliskości z nami Bogu zależy. Nie chodzi o tę jedynie fizyczną bliskość, ale chodzi o bliskość serca. Bliskość z Bogiem trzeba by była przeżywana sercem w serce. Przeżywamy Rok Kapłański, więc warto sobie powiedzieć o tym, że ów starszy syn w języku greckim jest nazwany „presbyteros”, co znaczy „starszy”. Myślę, że w przeżywanym Roku Kapłańskim nie będzie nadużyciem, gdy to słowo „presbyteros” odniesiemy do kapłaństwa i do kapłanów. Istnieje bowiem takie duchowe zagrożenie, że im bliżej człowiek jest fizycznie Pana Boga, tym bardziej jest kuszony do oddalenia się sercem. Dotyka to nas kapłanów w pierwszym rzędzie, bo jesteśmy najbliżej Boga: stoimy najbliżej ołtarza, bierzemy Ciało Chrystusa do rąk. I nam najbardziej grozi to, że sercem się oddalimy od Niego. Możemy sobie nawet powiedzieć na kanwie naszej kapłańskiej służby i przeżywania relacji z Bogiem, że bliskość z Bogiem nie przeżywana na poziomie serca jest bylejakością i widać to potem bardzo mocno w naszej posłudze kapłańskiej… Ale chciałbym, żebyśmy wszyscy zobaczyli, że im bliżej fizycznie podchodzimy do Jezusa, tym bardziej będziemy doświadczali działania Złego ducha. Zły duch będzie się starał nie dopuścić do tego, byśmy zbliżyli się do Jezusa sercem. Zły duch zrobi wszystko, aby serce nasze oddalało się od naszego Boga.

Bóg, który sam jest ukryty, który sam się ukrył, ma upodobanie w ukrytej postawie. Zobaczmy, że nikt z nas na modlitwie – chyba, że są tutaj takie dusze, to takim zazdroszczę – nie widzi Pana Boga. Ja na modlitwie nie widzę Boga. Dla mnie Bóg na modlitwie jest Bogiem ukrytym, fizycznie Go nie widzę. Ale przez to, że Bóg jest ukryty, zaprasza mnie do tego, abym i ja ukrył się, abym ukrył się przed światem, abym ukrył na modlitwie. Boga nie znajdują ci, którzy tak naprawdę przez całe życie szukają tylko siebie, tylko swojej chwały, tylko swojego zadowolenia, tylko samouwielbienia. Ewangelia dzisiejsza pokazuje mi bardzo wyraźnie, że Bóg kocha pokornych. Człowiek pokorny to często ten, który przeżył jakieś upokorzenie. Tak chyba najlepiej w swoim życiu osiągnąć pokorę: zgodzić się w swoim życiu na upokorzenie. Są tacy, którzy cieszą się z upokorzenia, bo widzą, że upokorzenie zbliża ich do Pana Boga. Są również tacy, którzy sytuacje upokorzenia przeklinają, ponieważ ich osobiście dotknęły i odarły ich z własnej chwały. Upokorzenie może być duchowym skarbem, może mi pomóc: w owym upokorzeniu się, w wycofaniu, w owym byciu z daleka, w odrzuceniu mogę spotkać Pana Boga.

Ewangelia pokazuje mi również bardzo wyraźnie, że Bóg nie gardzi wzgardzonymi, lecz ich wyróżnia i odsłania przed nimi w ukryciu swoje oblicze. Bóg wysłuchuje modlitw tych, których w świecie nikt już nie chce wysłuchać. Również tych, którzy w świecie wstydzą się i krępują wypowiedzieć choćby jedno słowo, Bóg na modlitwie szczególnie wysłuchuje. A więc, im bardziej wycofujesz się w skromność, tym bardziej stajesz się widoczny dla Boga. Bóg nie cieszył się postawą faryzeusza, który w stronę nieba rzucał swoimi postami i dziesięcinami, ale zobaczył Bóg wycofanego w kąt świątyni celnika. Im bardziej się wycofasz, tym bardziej będziesz widoczny dla Boga. Bóg nie ukrywa się przed tymi, którzy doznają wzgardy i może nawet sami sobie wydają się być nędznymi.

Wczoraj, gdy w ramach Liturgii Godzin modliłem się tzw. małą godziną, tzn. modlitwą w ciągu dnia, Bóg dotknął mnie Słowem, którego nie rozumiałem, ale w kontekście dzisiejszej Ewangelii bardzo dobrze je rozumiem. To fragment Psalmu 22. Były to słowa: „Bo On nie wzgardził ani się nie brzydził nędzą biedaka, ani nie ukrył przed nim swojego oblicza i wysłuchał go, kiedy ten zawołał do Niego” (Ps 22, 25). Moi drodzy! To nie nasza nędza ani nasza duchowa bieda, ani nawet nasze słabości, z którymi się borykamy… nie to wszystko nie pozwala nam doświadczyć Pana Boga. Boga nie pozwala nam doświadczyć nasza faryzejska doskonałość, faryzejska sprawiedliwość, poczucie tego, że jesteśmy idealni. Bóg zaprasza nas poprzez tę Ewangelię, abyśmy ściągnęli z naszego oblicza  maskę faryzeusza, gdyż Bóg – uczy nas tego Biblia – rozmawia z człowiekiem twarzą w twarz, a nie twarzą w maskę.

o. Paweł Przygodzki OSPPE

-----------------------------------------------------------------------------------

Droga wiary: od bezsilności do pełni życia
homilia w czasie rekolekcji lectio divina:  15 marca 2010 r. 
Iz 65, 17-21; Ps 30, 2.4-6.11-13; J 4, 43-54

Fragment dzisiejszej Ewangelii zaczerpnięty jest z czwartego rozdziału Ewangelii Janowej. Pierwsza część, pierwsze rozdziały tej Ewangelii, zwana jest Ewangelią znaków i ma bardzo charakterystyczną budowę. Na początku każdego rozdziału św. Jan umieszcza znak, który wskazuje na mesjańskość Jezusa, a potem cała treść rozdziału jest wyjaśnieniem tego znaku. Jaki zatem znak pojawia się czwartym rozdziale Janowej Ewangelii, abyśmy mogli znaleźć klucz do naszego lectio? Otóż, tym znakiem jest spotkanie Jezusa z Samarytanką przy studni. W czasie tego spotkania Jezus wypowiada znamienne słowa, które w tym rozdziale wydają się być najważniejsze. Mówi Jezus do Samarytanki: „Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu” (J 4, 13-14). Woda życia.

Spotkanie Jezusa z dworzaninem królewskim możnaby opowiedzieć jak bajkę. Otóż: był bogaty człowiek, który miał umierającego syna. Widząc dziecko, które gaśnie na jego oczach, dowiaduje się on, że istnieje takie źródło życia, z którego jedna kropla wystarczy, aby przywrócić jego dziecku życie. Niełatwo jednak to źródło znaleźć, ponieważ nikt nie wie, gdzie ono jest. Nikt nie wie, gdzie jest owo źródło, ponieważ ono zmienia miejsce położenia, dziś jest w jednym miejscu, jutro może być w innym miejscu. Ów człowiek wiedziony pragnieniem ratowania swojego dziecka wyrusza w drogę. Wyrusza sam, bez sług, pieszo. Wędruje po dość trudnych półpustynnych okolicach. Nie wie naprawdę dokąd ma iść, ale pragnienie serca daje mu siłę. Siłę daje mu pragnienie zdobycia odrobiny wody ze źródła życia. W pewnym momencie odnajduje źródło. Gdy jednak chce z niego zaczerpnąć… zostaje wystawiony na próbę, niełatwą próbę. Zostaje najpierw wystawiony na próbę miłości: „Po coś przyszedł? Chcesz jakiegoś cudu, znaku?”. Ów człowiek nie szukał nadzwyczajności, niósł w sercu miłość do dziecka. Odpowiadając zwraca się do źródła i mówi: „Przyjdź, zanim moje dziecko umrze!”. Zostaje wystawiony jeszcze na drugą próbę, próbę o wiele trudniejszą, próbę wiary. Ten, który okazał się źródłem, nie dając mu nic, przynajmniej pozornie nic mu nie dając, powiedział do niego: „Idź, syn twój żyje!”. Ów człowiek uwierzył słowu. Przyjął to słowo jako skarb. Był posłuszny słowu i następnego dnia doświadczył niezwykłej radości. Okazało się, że słowo, które niósł sercu, wyprzedziło go. Słowo poleciało na skrzydłach miłości prosto do pozostającego w domu dziecka. Słowo, które niósł w sobie, stało się ową kroplą wody życia, która przywróciła siły jego synowi. Zanim doszedł do domu, dowiedział się, że syn żyje i ma się dobrze.

Można słuchać ewangelicznej historii opowiedzianej jak bajka. Powiedziałbym, że warto słuchać bajek, bo jest wiele mądrych i pięknych bajek, które mówią o miłości, o przyjaźni, o życiu. Czerpią one swoją inspirację z Ewangelii. Można powiedzieć nawet więcej, a mianowicie, że czytając mądre bajki więcej dowiemy się o życiu niż oglądając wiadomości telewizyjne. Warto sięgać tam, gdzie jest źródło mądrości.

Sięgnijmy jeszcze głębiej do owego źródła życia. Wodą życia jest właśnie Słowo Jezusa. To jest woda, której mamy zaczerpnąć. Gdy będziemy opuszczać to miejsce [dom CFD] już niebawem, za dwa dni, będą się w nas rodzić różne pragnienia. Może ktoś odkryje w sobie pragnienie bycia z Jezusem. Ale - schodząc nieco na ziemię - trudno jest zweryfikować owo moje bycie z Jezusem. Trudno jest zweryfikować, kiedy jestem z Jezusem, a kiedy z Nim nie jestem. Natomiast czerpiąc ze źródła życia, przyjmując Słowo, niosąc w sobie Słowo, mamy konkret, z którym w każdym momencie możemy się zmierzyć: czy niosę Słowo w pamięci, w umyśle i w sercu? czy karmię się Słowem? czy fizycznie otwieram księgę Pisma Świętego i czytam? czy jestem posłuszny Słowu? czy to, co czytam, odnoszę do swojego życia? czy zachowuję Słowo? Tu możemy bardzo konkretnie zobaczyć w naszej codzienności obecność Słowa. To jest obecność Jezusa. On jest obecny w swoim Słowie. Św. Jan na początku swojej Ewangelii powie: „Bogiem było Słowo”, ale powie również: „W Nim było życie”. Niosąc w sobie Słowo Boże, niesiemy życie. Słowo ciałem się staje – tak, jak stało się w życiu Maryi – kiedy człowiek, istota cielesna, przyjmuje Słowo Boga i pozwala mu się prowadzić: „Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa!”. Niech Słowo mnie poprowadzi drogami mojego życia! Niech stanie się życiem we mnie!

Słowo może być bardzo proste. Czasem może to być to słowo takie, jakie usłyszał ów urzędnik królewski: „Idź…!”. I moja odpowiedź w tym momencie też winna być prosta: mam się ruszyć z miejsca; nie dyskutować, tylko iść. Czasem Słowo powie mi: „zostań!”. Takie słowo usłyszeli uczniowie w Getsemani: „Zostańcie, módlcie się”. Innym razem Słowo powie mi: „nie lękaj się!”. Jeszcze w innej sytuacji wezwie mnie do czegoś dziwnego, jak miało to miejsce w historii ślepca, któremu Jezus polecił: „Idź do sadzawki Siloam i obmyj się” (J 9, 11). Takie dziwne Słowo może się okazać trudne. Czasem proste Słowo może okazać się trudne. Pamiętamy historię trędowatego Syryjczyka Naamana, który przyszedł po uzdrowienie, a prorok powiedział mu: „Idź, obmyj się siedem razy w Jordanie…!” (2 Krl 5, 10). Naaman bardzo się zdenerwował. Dobrze, że prorok szybko zamknął drzwi za sobą, bo chory był wojownikiem i ta historia mogła się źle skończyć. Wydawało mu się to bezsensowne, nielogiczne: „Dlaczego mam się kąpać siedem razy w rzece? Nieraz już to rozbiłem!”. Wtedy jego mądry sługa powiedział: „Gdyby prorok kazał ci spełnić coś trudnego, czy byś nie wykonał? …” (2 Krl 5, 13). „Na pewno bym wykonał, przecież jestem najdzielniejszym wojownikiem”. „Zrób więc to, co proste. Zrób to, co najprostsze!”. Posłuszeństwo Słowu właśnie w tym najprostszym geście, okazało się doświadczeniem mocy Bożej.

Słowo prowadzi nas do wiary. Przyglądając się spotkaniu Jezusa z dworzaninem królewskim, możemy zobaczyć wiarę, która niejako „narasta” falami, które przechodzą. W tym krótkim spotkaniu możemy zobaczyć cztery etapy dorastania do głębokiej, żywej wiary. Pierwszy etap to doświadczenie bezsilności. Doświadczenie bezsilności, które prowadzi do zwrócenia uwagi na Boga. Dziecko umiera, nikt mu pomóc nie może. Został jeszcze tylko Bóg; został jeszcze tylko ten, który jest Panem życia. Właśnie to doświadczenie bezsilności zwraca nasze serce ku Panu Bogu (nie zawsze, ale może zwrócić). Pierwszym krokiem w wierze, który podejmujemy, jest poszukiwanie pomocy u Pana.

Drugi krok w wierze to szukanie, które doprowadza do spotkania. Stajemy w obecności Jezusa i trwając w obecności Jezusa zaczynamy słuchać. W obecności Jezusa chcę usłyszeć, co On ma mi do powiedzenia. Bardzo ważne jest to uważne słuchanie, bo czasem Jezus, zanim zrobi następny krok, pragnie wejść ze mną w dialog i czeka na moją odpowiedź. Jeśli nie jesteśmy przygotowani do dialogu, możemy zwlekać z odpowiedzią przez całe życie i kolejnego kroku w wierze nie zrobimy. Trzeba uważnie słuchać, żeby dać odpowiedź. Ta odpowiedź to jest już trzeci krok w wierze.

Trzecim krokiem w wierze jest posłuszeństwo w wierze. Odpowiadając na Słowo czynię to, co usłyszałem od Boga. Zaczyna się droga ku życiu. Właśnie wtedy, gdy przyjmujemy Słowo, Słowo zaczyna ukierunkowywać nasze życie, zaczyna wskazywać nam drogę. Krok uczyniony na tej drodze to jest krok ku życiu. Czasem ten krok może być bardzo prosty. Ten krok ku życiu zrobiliśmy na przykład dziś, przeżywając sakrament pojednania. W sakramencie pojednania słyszymy na zakończenie takie słowa: „Pan odpuścił tobie grzechy. Idź w pokoju”. Krok ku życiu to jest krok zwycięzcy, krok kogoś będącego na drodze orszaku Baranka zwycięskiego, krok uczyniony z radością w stronę mojej codzienności, z podniesioną głową, z godnością dziecka Bożego. Jeśli po spowiedzi dalej mam wrażenie, że jestem podeptany przez życie, to trzeba mi zapytać siebie, czy uwierzyłem Słowu, czy poniosłem Słowo życia. Dziś należymy do rodu zwycięzców. Dziś mamy stanąć z podniesioną głową przed Panem, wychwalając Jego zwycięstwo. Niejeden i niejedna z nas nosimy rany w naszym sercu, w naszym życiu. Ale rany zwycięzcy są jak stygmaty, których nie trzeba się lękać. Zwycięzca, który staje wobec ludzi z podniesionymi ramionami, pokazuje je jako rany chwalebne. Ten, kto przegrał, ma się czego wstydzić. Ale ten, kto zwyciężył, właśnie pokazując swoje rany, daje świadectwo, że walczył, że do zwycięstwa doszedł trudną drogą; daje świadectwo, że stanął po właściwej stronie, po stronie Baranka, który zgładził grzech, zgładził śmierć i wyprowadza ku życiu. Drogą ku życiu jest posłuszeństwo Słowu.

Wreszcie czwarty krok na drodze wiary to objawienie mocy Słowa, pełnia życia. Gdy doświadczamy mocy Słowa w swoim życiu, wtedy chcemy świadczyć, a nawet musimy świadczyć. To jest jak wulkan. Wyjście uczniów w dniu Pięćdziesiątnicy z Wieczernika (wyjście „jakby granat tam się rozerwał w środku”), było owocem tego właśnie, że doświadczyli owego czwartego kroku w wierze; doświadczyli pełni życia, którą muszą się podzielić, bo inaczej coś by ich rozsadziło od środka. Uczniowie wychodzący z Wieczernika byli zadziwieni, z jak wielką mocą działa słowo świadectwa. Dworzanin królewski, gdy dowiedział się, że jego syn żyje, uwierzył sam, a z nim cała jego rodzina. Wiara tego jednego człowieka zaowocowała głęboką wiarą całej jego rodziny. Uwierzyć to nie znaczy dokonywać rzeczy nadzwyczajnych. Uwierzyć to znaczy nieść Słowo Jezusa w historię, to znaczy być posłusznym Słowu w codzienności. Słowo, które niesiemy w sobie, ono nas zmienia, ale również zmienia całe nasze otoczenie. Słowo, które niesiemy w sobie, jest rzeczywiście Słowem życia i sprawia, że pustynia zmienia się w ogród. Ono wnosi życie w nasze wspólnoty i w podejmowane przez nas dzieła apostolskie, a nade wszystko zmienia nasze serca i nasze umysły. Miarą natomiast wiary jest to, jak daleko to Słowo jesteśmy w stanie zanieść, jak długo to Słowo, które nosimy w sobie, będzie siłą życia dla nas. Jeśli widzimy, że starcza nam na krótko, to znaczy, że wciąż musimy wracać do źródła. A w pewnym momencie – tak, jak Jezus mówił – „woda, którą Ja mu dam, stanie się w was źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu” (por. J 4, 13-14). Tego Wam i sobie życzę.

ks. Tadeusz Kwitowski

-----------------------------------------------------------------------------------

Bóg jest zawsze większy
homilia na zakończenie rekolekcji lectio divina:  17 marca 2010 r. 
Iz 49,8-15; J 5,17-30

Św. Augustyn mówił, że Bóg jest zawsze większy: „Deus semper maior” (zob. Enarratio in Psalmos; por. KKK 2628). Nie da się ogarnąć Boga najszerszym umysłem, najlepszą inteligencją. Nie da się ogarnąć Boga najpiękniejszym słowem ani wielu słowami. Nie da się wyrazić Boga w jednym obrazie ani w wielu nawet bardzo różnorodnych obrazach. Najpiękniejszy obraz - obraz matki jest za mały, by zawrzeć całą prawdę o Bogu. Przypomina nam o tym dziś Bóg poprzez proroka Izajasza: „Mówił Syjon: Pan mnie opuścił, Pan o mnie zapomniał. Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie”. Bóg jest większy niż najlepsza mama. Bóg większy niż najlepszy przyjaciel. Tę prawdę o Bogu przekazuje nam pierwsze dzisiejsze czytanie.

Ale każde słowo o Bogu niesie z sobą żywotną prawdę o nas samych i o naszym życiu. Wszak zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boże. Prawda, że Bóg jest zawsze większy, ma również znaczenie dla mnie - człowieka, dla nas - ludzi. Jest to ważna prawda, gdy przyglądam się swojemu życiu i życiu innych. Bo moje życie wymyka się schematom. Może z niepokojem, a może z radością, odkrywam, że nie mieszczę się w schematach. Wobec pokusy szufladkowania siebie i szufladkowania innych, odkrywam z niepokojem, a może i z radością, że wymykam się schematom i inni tymże schematom również się wymykają. Przecież raz po raz siebie samego zaskakuję: pozytywnie lub negatywnie. „Tego jeszcze o sobie nie wiedziałem!” – mówię raz po raz odkrywając coś nowego o sobie, czego jeszcze wczoraj nie wiedziałem. Raz po raz zaskakują mnie bliźni żyjący obok mnie: zaskakują mnie pozytywnie lub negatywnie. „Tego jeszcze o nich nie wiedziałem!” - raz po raz odkrywam coś nowego o nich, czego jeszcze wczoraj nie wiedziałem.

Ani Boga ani mnie, ani innych nie mogę zamykać w schematach, w klatce przyzwyczajenia, w klatce sloganów. Doświadczam nieraz jak bolesne jest przebywanie w takiej klatce, nawet złotej, zbudowanej własnymi czy innych rękoma. Może z trudem, ale czasem dane mi jest zauważyć, że i dla innych przebywanie w klatce przyzwyczajeń i sloganów jest bolesne, nawet jeśli jest to klatka pozłacana. Codziennie staję wobec tajemnicy Osoby Boga i tajemnicy osoby człowieka. Imię Boga, które kryje tajemnicę i imię człowieka, które kryje tajemnicę. Nazywać siebie i kogoś po imieniu, a nie sloganami, to dawać sobie i komuś przestrzeń wolności, przestrzeń wzrastania, możliwość zmiany, możliwość rozwoju. Przychodzi mi na myśl obraz kwiatka zasadzonego w doniczce: w miarę rozwoju trzeba zmienić doniczkę na większą; a czasem gdy roślina się rozrasta zasadzić ją w ogrodzie, gdzie będzie mogła rozpuścić korzenie i przez to w pełni rozkwitnąć. Trzeba mieć na względzie przede wszystkim kwiatek, a nie doniczkę. Trzeba szanować tajemnicę osoby: Osoby Boga i osoby człowieka nie zamykając Jej/jej w doniczce sloganów i przyzwyczajeń.

Tym, co mnie uderza w dzisiejszej Ewangelii, jest obraz Syna wpatrzonego w Ojca: „Syn nie mógłby niczego czynić sam od siebie, gdyby nie widział Ojca czyniącego. Albowiem to samo, co On czyni, podobnie i Syn czyni…” oraz Ojca ukazującego Synowi wszystko: „…Ojciec bowiem miłuje Syna i ukazuje Mu to wszystko, co On sam czyni, i jeszcze większe dzieła ukaże Mu, abyście się dziwili…”. W ostatni dzień rekolekcji widzimy Jezusa wpatrzonego w Ojca Niebieskiego. I uświadamiamy sobie, że słowa Jezusa rodzą się z przebywania z Ojcem. Uświadamiamy sobie, że pełne mocy i miłości słowa Jezusa rodzą się w ciszy modlitwy, w ciszy wsłuchiwania się w Ojca, a nawet więcej w ciszy wpatrywania się w Ojca. Uświadamiamy sobie, że wielkie znaki i dzieła, których dokonuje Jezus, rodzą się z kontemplacji Ojca. Ojciec Niebieski jest tym, co mówi. W Ojcu Niebieskim nie ma najmniejszej "szczeliny" między słowem i czynem, między zapewnieniem i realizacją. To, co mówi, to czyni. Słowo wypowiadane przez Ojca utrwala się w stworzeniu. Słowo wypowiadane przez Ojca zawsze staje się ciałem. Ojciec jest jednością. Nawet gdy milczy wypowiada bardzo klarowne Słowo. Nie ma najmniejszej szczeliny pomiędzy Jego słowem i działaniem, między słowem i postępowaniem. Syn kontempluje takiego Ojca i naśladuje takiego Ojca. Jezus w spotkaniu w Ojcem poznaje Ojca i poznaje wielkie dzieła dokonywane przez Ojca, ale również jest zapraszany do otwarcia się na tajemnicę większych dzieł, które jeszcze się dokonają: „Ojciec bowiem miłuje Syna i ukazuje Mu to wszystko, co On sam czyni, i jeszcze większe dzieła ukaże Mu, abyście się dziwili…”.

Ten ewangeliczny obraz Syna zapatrzonego w Ojca przywołuje w mojej pamięci założyciela mojej wspólnoty zakonnej o. Franciszka Marii od Krzyża Jordana. Często wraca do mnie w ostatnim czasie i przychodzi mi na myśl obraz Ojca Jordana klęczącego przed Najświętszym Sakramentem: klęczącego w kaplicy Domu Macierzystego i klęczącego w Bazylice św. Piotra (przy konfesji św. Piotra, a szczególnie w kaplicy Najświętszego Sakramentu). Ten obraz zapisał się mocno w umysłach i sercach współbraci jemu współczesnych. Wielu z nich przywoływało go składając świadectwa o Ojcu Założycielu. Obraz niezwykle ważny dla dziecka - obraz klęczącego ojca. Ojciec adorujący długo w milczeniu Najświętszy Sakrament nie musi wiele mówić o swej relacji z Bogiem, zostawia bowiem bardzo ważny sygnał, bardzo ważne słowo zostawia w swojej postawie. Ojciec ziemski długo adorujący Boga uczy się od Boga Ojca ojcostwa i dokonywania naprawdę wielkich dzieł.

Gdy dziś wsłuchujemy się w słowa pierwszego czytania z księgi proroka Izajasza, a w Janowej Ewangelii wpatrujemy się w Jezusa przebywającego z Ojcem, możemy przywołać w swojej pamięci obraz ojca, który obejmuje z czułością matkę swoich dzieci i swoją żonę, który całuje ją w rękę czy policzek codziennie przed wyjściem do pracy, który pamięta o urodzinach żony i swoich dzieci, który stawia czoła pewnym wyzwaniom pojawiającym się w codzienności… Słowo dzisiejszej liturgii może wydobyć z pamięci naszego serca również inny obraz ojca: ojca, który jest fizycznie, a jakoby go w domu nie było; który używa brutalnych słów względem swoich najbliższych albo raniącego milczenia, który sam rani albo nie reaguje, gdy ktoś rani jego najbliższych. Tak w jednym, jak i w drugim przypadku, potrzebujemy pamiętać, że Bóg jest zawsze większy!

Gdy wsłuchujemy się w słowa dzisiejszych czytań mszalnych możemy przywołać w pamięci obraz matki, która zawsze gotowa jest słuchać i przygarnąć dziecko, również wtedy gdy coś nie ułożyło się jej dziecku i zrobiło ono jakąś głupotę; obraz matki, która gotowa jest słuchać, nie bagatelizuje porażek czy potknięć, ale dopuszcza taką możliwość, że dziecko mogło się potknąć, że dziecko mogło sobie z czymś nie poradzić. Matki, która z uwagą słucha dziecka, które przy każdej nadarzającej się okazji krzyczy „nie”, czy jest to uzasadnione czy też nie, sprawdzając rodziców, czy przyjmują je również wówczas gdy ono protestuje czy wyraża coś po swojemu. Słowo dzisiejszej liturgii może jednak wydobyć z pamięci naszego serca również inny obraz matki: matki udającej, że nie jest matką, zapominającej o dziecku, nie zauważającej jego potrzeb i nie dającej okazji  do dzielenia się radościami i troskami codzienności… I znów, tak w jednym, jak i w drugim przypadku, potrzebujemy pamiętać, że Bóg jest zawsze większy! Deus semper maior!

ks. Piotr Szyrszeń SDS

-----------------------------------------------------------------------------------

Rekolekcje Lectio Divina

Książki:

   

Nagrania MP3:

    

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl