O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Wierzę w Boga Ojca Stworzyciela 3-6 czerwca 2010 - homilie


„Wierzę w Boga Ojca Stworzyciela”
SZKOŁA WIARY
3-6 czerwca 2010

TEKSTY HOMILII
wygłoszonych przez o. Marko Ivana Rupnika SJ

---------------------------------------------------------------------

Otrzymujesz to, czym jesteś: Ciało Chrystusa
homilia – uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pana Jezusa, 3 czerwca 2010 r.
Rdz 14, 18-20; Ps 110, 1-2.3-4; 1 Kor 11, 23-26; Łk 9, 11-17

Podejmijmy tylko kilka elementów tego wielkiego Misterium, które dziś Kościół tak uroczyście świętuje. Pierwszą rzeczą, którą chciałbym uwidocznić, jest to, że z powodu Eucharystii nic nie jest tylko tym, czym jawi się dla oczu. Z powodu Eucharystii chleb nie jest tylko chlebem, a wino nie jest tylko winem. A ponieważ te dwie rzeczywistości pochodzą z ziemi, znaczy to, że nic z tego, co nasze oko może widzieć, nie wyraża się tylko w tym, co my widzimy; ale zawsze jest jakaś głębsza rzeczywistość. Chleb i wino zamieniają się w Chrystusa; przyjmują oblicze, oblicze Chrystusa. Dlatego dla nas, chrześcijan, nic nie kończy się na powierzchni. We wszystkim szukamy czegoś głębszego. Dla nas świat nie jest tylko płonącym krzewem. Dla nas świat nie jest tylko tajemnicą kogoś, kto mówi do nas poprzez wszystko to, co istnieje. My szukamy Chrystusa we wszystkim, co widzimy, a z powodu Eucharystii [w naszym poszukiwaniu] nie będziemy rozczarowani.

Zauważmy, że kiedy widzimy chleb i wino na ołtarzu… Co się wówczas dzieje? Jesteśmy prowadzeni na Kalwarię i naprawdę spotykamy Ukrzyżowanego. I naprawdę widzimy, jak On cierpi. I naprawdę widzimy, jak On umiera. Św. Paweł powiedział jasno, że gdy spożywany chleb i pijemy wino Eucharystii, głosimy Śmierć Chrystusa [„Ilekroć bowiem spożywacie ten chleb albo pijecie kielich, śmierć Pańską głosicie, aż przyjdzie”]. Ale nie zatrzymujemy się tylko na Krwi wypływającej z Ciała Chrystusa na krzyżu. Ten Chleb i Wino prowadzą nas także do pogrzebu Chrystusa, w towarzystwie Józefa z Arymatei, aż do grobu. Nie zatrzymujemy się tutaj. Razem z Magdaleną idziemy wcześnie rano do grobu i spotykamy tam tego Ogrodnika; tak przecież myślała Magdalena, bo nie mogła sobie wyobrazić, że Pan zmartwychwstał. I nie zatrzymujemy się tutaj, ale wstępujemy razem z apostołami na górę i widzimy obłok, który ich okrywa. Bo On wstępuje do Ojca. Właśnie to wszystko, jeżeli jesteście uważni, wypowiada kapłan zaraz po tym, gdy my ogłaszamy śmierć Jezusa. Bo przecież po konsekracji, to właśnie wy powiecie: „Głosimy śmierć Twoją, Panie Jezu…”. Właśnie tak, jak napisał święty Paweł. Ale zaraz potem kapłan podejmuje to w następnych słowach. W słowach Modlitwy Eucharystycznej jest wszystko: pogrzeb, zmartwychwstanie, wstąpienie do nieba. Widzicie więc, że chleb i wino w Eucharystii widzimy jako chleb i wino, ale one stają się czymś innym. Stają się Chrystusem w Jego Passze.  Stają się wydarzeniem, wydarzeniem dramatycznym, gdzie płynie krew, ale gdzie również pokonana została śmierć.

Drugą rzeczą, jaką chciałbym podkreślić, jest to, że jest zstąpienie Ducha, który sprawia, że chleb i wino stają się Chrystusem. Ten sam Duch, który zstępuje, sprawia że my stajemy się Ciałem Chrystusa. Kiedy zostaliśmy ochrzczeni, w co zostaliśmy wszczepieni? Zostaliśmy wówczas wszczepieni w Ciało Chrystusa. Kościół jest Ciałem Chrystusa. Dlatego Eucharystia nie jest tylko kontemplacją Paschy Chrystusa w Jego Ciele i Krwi, ale to także kontemplacja nas samych w Chrystusie. Jest to równie ważne, jak ta pierwsza rzecz. Tak więc, nie tylko szukamy Chrystusa wszędzie, ale również my sami szukamy samych siebie wszędzie tam, gdzie jest Chrystus, a przede wszystkim w Eucharystii. Kiedy kapłan dziś podniesie Hostię, a później złoży Ją albo do ust albo na rękę, musisz wiedzieć, że kiedy to widzisz, widzisz Paschę Chrystusa, ale widzisz także samego siebie. Bo my jesteśmy Ciałem Chrystusa. Nigdy nie oddzielaj tych dwóch Ciał. Nie istnieje Chrystus bez swojego Ciała. Jego ciało fizyczne umarło i zmartwychwstało. Teraz, tu na ziemi, jako Jego Ciało jesteśmy tylko my. Tak więc Eucharystia jest punktem wspólnym jedności tych dwóch Ciał. Widzicie, ciało bez krwi jest martwe. To właśnie dlatego chrześcijanie mówili „nie możemy żyć bez niedzieli, bez Eucharystii”. Bo my nie możemy żyć bez Krwi Chrystusa. Nie możemy wzrastać, dojrzewać, jeśli nie czerpiemy nieustannie z tego, czym jesteśmy, jeśli nie czerpiemy nieustannie z Ciała Chrystusa. Św. Augustyn zwraca uwagę, że kiedy kapłan mówi „Ciało Chrystusa”, a ty odpowiadasz „Amen”, owo „Amen” dotyczy twojej tożsamości. Bo otrzymujesz to, czym jesteś. Otrzymujesz Ciało Chrystusa.

---------------------------------------------------------------------

Słuchać z sympatią niezrozumiałego Słowa
homilia – piątek, 4 czerwca 2010 r.
2 Tm 3, 10-17; Ps 119, 157.160-161.165-166.168; Mk 12, 35-37

Ewangelia kończy się słowem: „A wielki tłum chętnie Go słuchał”. Zatrzymajmy się na chwilę na tym szczególe. Myślę, że jest słusznym i ważnym, by słuchać Pana „chętnie”. Niemniej jednak trzeba też wycieniować owo „chętnie”. Wszak w innym miejscu jest powiedziane, że Herod „chętnie” słuchał i dlatego pozostawał bardzo mocno poruszony, a wiemy, że Herod nie był piękną postacią. Trzeba więc zatrzymać się na tym i zapytać, co znaczy owo „chętnie”. Jeśli pamiętamy komentarz Orygenesa do Pieśni nad Pieśniami, już na pierwszych stronach tego komentarza Orygenes mówi, że słuchanie Słowa powinno dokonywać się w postawie właściwej dla Oblubienicy z Pieśni nad Pieśniami. Orygenes mówi, że trzeba przygotować serce do współodczuwania Słowa. Chodzi o współodczuwanie w sensie greckim tego słowa (gr. „sympátheia”), czyli o odczuwanie razem z kimś innym. Wtedy jesteśmy już w miłości. Orygenes mówi również, że także zrozumienie Słowa zależy od owej „sympátheia”, owego współodczuwania. Bo ci, którzy podchodzą do Słowa z agresją, którzy podchodzą do Słowa pytając „co to znaczy? co to znaczy?”, zostają z pustymi rękami. Ponieważ Słowo to jest Osoba. A osoba objawia się wówczas, gdy znajdzie przyjaciela. Więc trzeba stać się przyjaciółmi Słowa. Słucha się chętnie wówczas, gdy odczuwa się sympatię („sympátheia”), ponieważ jest się w przyjaźni ze Słowem, nawet jeśli nie rozumie się tego, co się słyszy. Fantastycznym tego przykładem jest Maryja Dziewica w chwili Zwiastowania. Archanioł mówi, ale Dziewica z Nazaretu nie rozumie wielu rzeczy. Co więcej, w miarę jak anioł mówi, Maryja zadaje coraz więcej pytań: „jak to się stanie? czy to jest niemożliwe? nie rozumiem, co to znaczy”. Ale Maryja odczuwa podstawową „sympátheia” z Panem, prawdziwą miłość i przyjaźń względem Pana. To zaś każe Jej powiedzieć: „cokolwiek mi powiesz, zrobię według Twego Słowa. Niech stanie się właśnie tak, jak Ty mówisz”.

Rozumiecie już, że są różne odcienie owego słuchania „chętnie”. Jest to coś bardzo ważnego również dla życia duchowego i dla życia modlitwy. W ostatnich czasach staliśmy się bardzo psychologiczni w modlitwie. Chcemy zaraz odczuwać natychmiastowy efekt modlitwy. Św. Teofan Rekluz mówi, że szukanie efektu modlitwy to jest najlepszy sposób, żeby przestać się modlić. Czasem czytam w jakimś czasopiśmie katolickim, że ktoś się modli, żeby mieć się dobrze, żeby odczuć pokój… Moi drodzy! Modlimy się dlatego, że bez modlitwy nie możemy żyć! To, czy się coś odczuwa czy też się nie odczuwa, nie należy do nas. Jeśli koncentrujemy się za bardzo na efekcie modlitwy, tracimy z oczu Pana, z którym przebywamy. Jest to wyrafinowany sposób koncentrowania się na sobie samym. Psychologizm w modlitwie może polegać również na tym, by chcieć rozumieć wszystko o czym się myśli i co się czyta. Ten sam św. Teofan Rekluz mówi, że kiedy masz słowo do medytacji czy do kontemplacji, nie martw się o to, co ono oznacza, ale zważaj na to, czyje jest to słowo. Często nie rozumiemy Słowa. Weźmy na przykład modlitwę „Ojcze nasz”. Wszyscy wielcy Ojcowie Kościoła próbowali napisać komentarz do tej modlitwy i nikt jej nie zrozumiał. Również niektórzy teologowie współcześni chcieli to zrobić. A jednak wciąż modlimy się tą modlitwą, choć jej nie rozumiemy. Weźmy nawet proste „Zdrowaś Maryjo”. Co znaczy „pełna łaski”? Ciągle tego nie rozumiemy.

Ale widzicie, powtarzać z sympatią (gr. „sympátheia”) oznacza pozwolić przeniknąć Słowu. Prorocy znajdowali Słowo, które paliło - czy wiecie gdzie? - w kościach, w szpiku. To znaczy, że Słowo musi wejść do środka, aby kształtowało nasz umysł, nasze serce i naszą wolę. Spróbujcie pomyśleć, co oznaczało dla ludzi minionych pokoleń, którzy jako małe dzieci w domu ciągle słyszeli słowo „Dziewica i Matka”. Jako dzieci nie rozumieli tego słowa, bo nikt tego słowa nie rozumie. My rozumiemy tylko trochę, ale dziecko może nawet nic nie rozumieć z tego słowa. Ale to niezrozumiałe słowo wchodziło do środka. I możemy być spokojni, że relacja mężczyzn [którzy jako chłopcy słuchali tego niezrozumiałego słowa – przyp.] z kobietą z pewnością była warunkowana przez to słowo. Możemy być pewni, że również tożsamość kobiet [które jako dziewczynki słuchały tego niezrozumiałego słowa – przyp.] była przez to słowo formowana. Nie słysząc, nie słuchając tego niezrozumiałego słowa, jakaż powstała pustka, pustka wypełniana tyloma innymi rzeczami. Oto jak ważna jest ta „sympátheia”, żeby przyjmować Słowo poprzez powtarzanie.

Jak mówi św. Jakub trzeba uważać, aby nie być słuchaczami bez pamięci. I podaje przykład człowieka, który przegląda się w lustrze, a potem się odwraca i już zapomina, jakim był. Mówi św. Jakub: „wy nie powinniście być tacy, wy powinniście wprowadzać Słowo w czyn”. To jasne. Ale my „moraliści” zaraz zrozumieliśmy, że Słowo Boże jest swego rodzaju planem pięcioletnim partii komunistycznej i zaraz trzeba je wprowadzić w czyn. A takie podejście to filozofia Mao Zedong’a, a nie Ewangelia Jezusa Chrystusa. To, że trzeba „wprowadzać Słowo w czyn”, trzeba zrozumieć właśnie na przykładzie tego lustra. Dzisiaj, w egzegezie współczesnej, często zwraca się uwagę na etymologię słów. Co znaczy „wprowadzać w praktykę”? Oznacza to, że kiedy przeżywasz codzienność wkładasz do środka Słowo – popatrzyłeś w lustro. Później idziesz do sklepu, do kościoła, do szkoły… i według św. Jakuba powinieneś mieć złożony wewnątrz ten obraz, który widziałeś. Tak więc, „wprowadzić słowo w czyn” oznacza - po wysłuchaniu Słowa - mieć stałą pamięć, stałą uwagę na to Słowo, które się usłyszało i iść… do szkoły, do biura, wymyć dziecko, gotować. Iść zawsze i wszędzie z uwagą na to Słowo. „Wprowadzać w czyn Słowo” znaczy: „nie zapominać o Nim, mieć je obecne”.

Tak właśnie starożytni mnisi uczyli się wprowadzać Słowo w czyn. Responsorium w brewiarzu jest przypomnieniem tego. Bo powtarzano Słowo w chórze, a później… - podaję przykład - …opat mówił: „Pan jest moją siłą!”, a jedna strona chóru powtarzała „Pan jest moją siłą!”, po czym druga modliła się: „Chwała Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu…”. Opat pytał: „czy umiecie już wszyscy?”, a oni odpowiadali: „tak”. Następnie opat zwracał się do drugiej części chóru intonując werset do powtórzenia, a wszyscy powtarzali za nim: „Pan jest moją siłą!”, po czym reszta mnichów modliła się: „Chwała Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu…”. Po upewnieniu się, że cały chór umie już werset „Pan jest moją siłą” opat wysyłał mnichów do obowiązków: „Idźcie pracować!”. Co się działo później? W południe mnisi pracowali, a przecież na Bliskim Wschodzie było gorąco, słońce - wszak to nie Polska. I przychodzi demon południa: nie masz ochoty na nic, stoisz i czekasz, żeby nic nie robić siedząc w cieniu. Przychodzi pewien mnich i zwraca się do drugiego: „Słuchaj, Janie, chodź pomóż mi nieść ten worek ziemniaków, które zebrałem”. „Jak mogę pomóc nieść ten worek, kiedy nie mogę unieść samego siebie?” – odpowiada mnich Jan i w tym momencie przypomina sobie słowa wyuczonego wersetu: „Pan jest moją siłą!”. Bierze worek i niesie go. W praktyce rozumie się Słowo. Słowo rozumie się w praktyce. Niosąc je w praktyce rodzi się dynamika pomiędzy tym, co spotkałeś [w życiu] i tym, co niesiesz [słowem]. I rozumie się Słowo w praktyce, i rozumie się „práksis” (praktykę) poprzez Słowo.

---------------------------------------------------------------------

Bóg zasługuje nie tylko na złoto, ale na wszystko
homilia – sobota, 5 czerwca 2010 r.
2 Tm 4, 1-8; Ps 71, 8-9.14-17; Mk 12, 38-44

Pan Jezus mówi, że wdowa oddała wszystko: „ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała, całe swe utrzymanie”. To ciekawe, że bogatemu człowiekowi, który pyta Jezusa: „co mam czynić Panie, aby osiągnąć życie wieczne?” – gdy ów człowiek powie, że spełnia wszystkie przykazania – Pan mówi mu: „jesteś dzielny, ale brakuje ci jednej rzeczy, jednej rzeczy…”. Natomiast o ofierze ubogiej wdowy Jezus mówi, że to jest wszystko. Ciekawe jest również i to, że nawiedzając Martę i Marię Jezus pierwszej z nich zwraca uwagę:  „troszczysz się i martwisz o wiele rzeczy”, a o drugiej mówi, że  wybrała najlepszą cząstkę, tę jedną jedyną – Chrystusa. Jeszcze inna sytuacja ewangeliczna: gdy uczeni w Piśmie ciągle wystawiają Jezusa na próbę, gdy pytają i starają się sprawdzić czy Chrystus dobrze odpowie i czy dobrze myśli, Jezus powie do jednego z uczonych: „niedaleko jesteś od prawdy, jeszcze trochę”.

Co oznacza, że komuś „brakuje jeszcze trochę”, że komuś „brakuje jednej rzeczy”? I co znaczy, że wdowa z dzisiejszej Ewangelii „oddała wszystko”? W tych stwierdzeniach mowa jest o fundamencie, o pewności, o pewności osoby ludzkiej. W Ewangelii jest powiedziane również, że ci którzy myślą, że coś mają, stracą nawet to, co myślą, że mają. Tak więc wszystko to, co ktoś sobie wybiera jako swoje oparcie – właśnie z tego powodu, jaki jest świat i jakie jest życie człowieka – te wszystkie pewniki („podpórki”) pewnego dnia zostaną rozbite. Te „podpórki” mogą ukrywać się w naszych przekonaniach intelektualnych, w naszych pozycjach społecznych, w naszej działalności (jak to ma miejsce w przypadku bardzo dzielnej ewangelicznej Marty) albo w tym, co materialne, w pieniądzach. Nic z tego nie może być jednak prawdziwym oparciem, ponieważ pewnego dnia to wszystko zamieni się w proch. Nic z tych rzeczy nie przetrwa. Pozostanie tylko jedna rzecz; pozostanie tylko Słowo Boga albo tylko miłość, bo tylko miłość – jak mówi św. Paweł – nie ma końca; cała reszta się kończy. A skąd się wie, co jest pewne? Skąd mam wiedzieć, na czym mogę się oprzeć? Jezus odpowiada w ostatnim zdaniu dzisiejszej Ewangelii: „wrzuciła wszystko, co miała, całe swe utrzymanie”. Czyli kwestia pewności to ta, z którą my wiążemy nasze „być albo nie być”, z którą my wiążemy nasze „żyć albo nie żyć”. Ileż razy się mówi: „tego nie da się zrobić”, „jeśli to się usunie, to wszystko się skończy”. Tam ukryte są nasze pewniki.

Kobieta, o której słyszymy w Ewangelii, na pewno należała do tych, którzy byli nazywani „ubogimi Jahwe”. Należała do tych, którzy złożyli całą ufność w Panu. Ta kobieta była bardzo hojna. Wiedziała, od kogo przyszło życie. Wiedziała, kto jest Panem życia. Była bardzo mądra. Wiedziała, kto jest Panem życia. W Magnificat słyszymy: „wejrzał na uniżenie swojej służebnicy”. W języku greckim na określenie uniżenia używa się słowa „tapeinos”, tzn. „malutki”. Malutki  jest ten, kto nie znajduje w sobie żadnej rzeczy trwałej, czyli nie ma żadnego kapitału, nie może oprzeć się na sobie samym. Nie mogąc oprzeć się na sobie samym, gdzie szuka oparcia, gdzie patrzy? Patrzy na Pana. Maryja postrzega siebie jako służebnicę, jako służebnicę ubogą, która nie ma kapitału i nie znajduje w sobie żadnego punktu stałego, aby się na nim oprzeć. Więc na czym się opiera? Maryja opiera się na spojrzeniu Pana. Słyszymy w Magnificat: „WEJRZAŁ na uniżenie swojej służebnicy”. Ich spojrzenia, spojrzenia Boga i Maryi, się spotkały. Ich spojrzenia się spotkały, bo Maryja na Niego patrzyła. Gdzie miałaby patrzeć, skoro tylko On jest źródłem? Kobieta z dzisiejszej Ewangelii w swej postawie jest podobna do Maryi i za to Chrystus ją chwali. Ta kwestia dotyka bardzo wielu punktów życia duchowego. Np.: kto jest pierwszy w naszym sercu? kto jest pierwszy, nie na naszych wargach, nie w naszych rękach, ale kto jest pierwszy w naszym sercu? kogo my naprawdę słuchamy? komu naprawdę oddajemy pierwszeństwo? I nie należy zakładać z góry, że Bóg jest tym pierwszym.

Kiedy ukończyłem mozaikę liczącą 2400 m2 w nowej bazylice świętego ojca Pio – starałem się urządzić kryptę jak „pałac Króla Niebios” (jak mówił o. Pio), stąd było tam wiele złota – ludzie zaczęli się gorszyć. Lubiłem więc rozmawiać z pielgrzymami, bo chciałem zrozumieć jak funkcjonuje ich myślenie. Wśród pielgrzymów była pewna pani ze wspaniałym naszyjnikiem, która stwierdziła, że tego złota  jest za dużo. Zwróciłem się do niej: „Czy Pani myśli, że człowiek może zrobić coś ‘za dużo’ dla Boga?”. Odpowiedziała: „…ale nie taką rzecz, to jest za dużo. Ojciec Pio był ubogi. On tu w środku nie czuje się dobrze”. Więc zapytałem: „Dlaczego pragnie Pani ubóstwa ojca Pio na życie wieczne, skoro Pani powodzi się bardzo dobrze? Czy jest Pani osobą wierzącą?”. „Ależ oczywiście!” – usłyszałem w odpowiedzi. „Skoro jest Pani osobą wierzącą, to trzeba w pełni zaakceptować nasze ‘Credo’. Co mówi nasza wiara? Mówi nam, że kto w życiu dla Chrystusa wyrzeka się wszystkiego i żyje jako ubogi, w niebie otrzyma sto razy tyle, otrzyma życie wieczne, otrzyma chwałę Chrystusa. A pani chce widzieć ojca Pio biedaczyskiem na wieki?”. Niestety, nie zrozumiała  za wiele z tego co mówiłem, bo rzuciła jeszcze: „W każdym razie to wszystko, to jest za dużo. Jest przecież tylu ubogich na świecie”. Mówię więc do niej: „To prawda. Przewidziałem to Pani pytanie i już uczyniłem Pani portret”. „Jak to?”. „A tak: tutaj przedstawiona jest Betania. Marta i Maria urządzają ucztę dla Jezusa po wskrzeszeniu Łazarza, w czasie której jest tak wiele perfum i tak wiele olejku. Z tyłu jest Judasz brzydki jak grzech…”. Moja rozmówczyni milczała, a ja kontynuowałem: „Proszę Pani, to jest właśnie Pani portret”. Niestety nie zrozumiała za wiele z tego, co mówiłem. Usiłowałem więc tłumaczyć dalej. Przerwała mi: „A Pan kim jest?”. Odpowiedziałem: „Nie powiem Pani, ale przysięgam, że Pani naszyjnik kosztuje więcej niż całe to złoto tutaj w środku”. „Niemożliwe”. „Ależ owszem, to złoto sam tu umieściłem, dlatego wiem ile go jest; nawet trzech kilogramów nie ma. Niech Pani zaglądnie do internetu, da trochę zniżki i przekona się Pani, że będzie ono kosztować jakieś 70 tys. euro”. Ponieważ obok stał jej mąż, zapytałem czy ma samochód. Słysząc twierdzącą odpowiedź zapytałem o markę samochodu, a usłyszawszy odpowiedź powiedziałem: „jeden samochód jest wart mniej więcej tyle, co to całe złoto”. 

Oto smutny obraz naszej wiary. Ktoś nas przekonał, że dla Boga nie należy dawać tego, co najlepsze. Powiedziałem jeszcze do owej pani: „Całe to złoto, to były pierścionki i łańcuszki pielgrzymów, ich ofiara. A my umieściliśmy to w ‘pałacu Króla Niebios’, aby ukazać, gdzie żyje ojciec Pio, aby ukazać że żyje w chwale Chrystusa. Mówi Pani, że tego nie należy robić. Dlaczego? Dlaczego nie należy dawać [złota] Bogu? Niech Pani popatrzy! Dopóki świat będzie istniał, będzie prawdą, że jeśli oziębnie miłość do Boga, to nie będzie też miłości do człowieka. Jeśli to nie jest prawda, to dzisiaj powinno być tak dużo miłości do człowieka, bo jest jej tak mało dla Boga. [Tymczasem jest odwrotnie]. Źródło miłości jest tylko jedno”.

Kobieta, o której słyszymy w Ewangelii, nie złożyła w skarbonie jednego pierścionka, ona złożyła tam to, czego potrzebowała do życia. Zrobiła to, co uczyniła wdowa z Sarepty: miała jeszcze trochę mąki, jej syn już umierał, a ona miała umrzeć wkrótce potem. Przyszedł Eliasz i owa wdowa, o dziwo, Eliaszowi daje pierwszeństwo. A potem oleju i mąki jej nie tylko nie brakuje, ale są w obfitości. Bóg jest pierwszy, ale dzisiaj ta prawda [w dzisiejszym świecie] jest taka trudna do zrozumienia. Powiedzmy sobie wyraźnie, że nie ma żadnej walki pomiędzy miłością do Boga a miłością do człowieka. Kiedy kocha się Boga, kocha się wszystkich tych, których On kocha. Powiedzcie mi, jakim to sposobem mają się w świecie rodzić powołania, jeśli ja nie mogę Bogu ofiarować złota? Co sprawi, że w świecie pojawią się powołania, jeśli my mówimy, że Bóg nie zasługuje za złoto? Co dzisiaj się robi z miłości, tak po prostu z miłości? Coraz mniej, nawet ministranci chcą, żeby im płacono. W dzisiejszym świecie wszystko musi mieć jakąś rekompensatę. Jeśli Bóg jest  pierwszy, to wszystko się zmienia.

Inny mały szczegół dotyczy ubóstwa. My chrześcijanie mamy tendencję do mówienia, że winniśmy być ubodzy. Ale ubóstwo – ufam, że bibliści przyznają mi rację – jest przekleństwem. Błogosławieństwo oznacza posiadanie wielu krów i owiec, oznacza zdrowe i długie życie, a ubóstwo to przekleństwo. A my chcemy być ubodzy i to jest sztuczne. (...) „Trzeba być ubogimi” – ileż opracowań na ten temat powstało w życiu zakonnym. Ileż opracowań, które nie przyniosły skutku. Dzisiaj [w czasie konferencji] usłyszeliśmy, że materia świata jest stworzona, aby znaleźć się w naszych rękach jako dar dla drugiego, abyśmy mogli się wzajemnie kochać. Bo my nie możemy ciągle tylko mówić: „ja cię kocham, ja cię kocham” nic nie robiąc i siedząc; trzeba wstać i coś zrobić. Miłość wymaga materii. Jeśli chcę ci pokazać, że cię kocham, muszę wziąć coś w swoje ręce, muszę coś przynieść. Rozumiesz? Jest naprawdę ważne, by świat materii stał się darem w naszych rękach. A dlaczego jesteśmy ubogimi zakonnikami? Dlatego, byśmy nie mieli posiadania, by rzeczy przez nasze ręce tylko przechodziły, byśmy niczego nie brali dla siebie. Czasem osoba najbardziej skąpa to jest osoba zakonna, duchowny… i ludzie tego nie przebaczają, bo to jest bardzo dziwne. My jesteśmy powołani do wyzwalania świata z egoistycznego posiadania, aby materia „ślizgała się” w naszych rękach. Wyobraźmy sobie: gdybyśmy powiedzieli, że jutro każdy z nas na obiad przyniesie coś ze sobą ze swojego domu, każdy przyjdzie ze sobą swoją torebkę z pożywieniem, w samotności coś zje i po wszystkim; gdyby natomiast o. Krzysztof ogłosił, że jutro każdy przyniesie coś ze sobą na obiad i położymy to razem, prawdopodobnie ze trzy grupy takie jak nasza mogłyby się najeść, sami nie dalibyśmy rady wszystkiego spożyć. Tam, gdzie jest miłość, tam jest obfitość. Wyrzeczenie się posiadania rzeczy prowadzi do bogactwa, prowadzi do dobrobytu, bo to jest błogosławieństwo. Gdzie jest miłość, tam jest dobrobyt, tam jest piękno, tam jest obfitość; jest tak po prostu dlatego, że ja wyrzekam się posiadania. Właśnie dlatego, że nie chcę oddychać materią śmierci, ale chcę ją owinąć miłością, bo wtedy ją uratuję na życie wieczne. Darując ją komuś drugiemu, dając rzeczy, sprawiam sobie radość na życie wieczne.

U Dostojewskiego jest pewien obraz: człowiek umiera i znajduje się zawieszony na zielonej części cebuli między niebem a ziemią. Patrzy w dół i widzi piekło. „O Boże, jeżeli teraz to się rozedrze, to koniec! Tam są już wszystkie diabły gotowe” – woła i patrzy na tę bardzo delikatną cebulę. „Niebo jest bardzo daleko, a piekło bardzo blisko. Jak mogę teraz dotrzeć do nieba?!”. I krzyczy do góry: „Rzućcie tam drabinę lub coś takiego”. I słychać głos: „Do nieba dociera się tylko przez to, co się dało. Ty dałeś tylko jedną cebulę, a my mamy cię uratować?”. Św. Jan Chryzostom powiedział coś bardzo pięknego. Mówił, że jedynym prawdziwym kapitałem, jedynym prawdziwym bogactwem człowieka jest to, co zostało ofiarowane, co stało się darem dla innych, bo właśnie to doprowadzi go do życia wiecznego. Jakie to piękne! Oto dlaczego Pan Jezus chwali ową wdowę wrzucającą dwa pieniążki do skarbony! Bo była bardzo mądra.

---------------------------------------------------------------------

 

 

 

Tęsknota za miastem, w którym śmierci nie będzie
homilia na zakończenie sesji – niedziela, 6 czerwca 2010 r.
1 Krl 17, 17-24; Ps 30, 2-6b.11-12a.13b; Ga 1, 11-19; Łk 7, 11-17

W Ewangelii widzimy scenę typowo ludzką. Ktoś młody umarł w mieście i wynoszą go. Jest coś takiego w człowieku, że nawet jeśli sam prowokuje śmierć, to jednak nie chce jej zaakceptować. W jakiś sposób ukazuje to, że naprawdę śmierć nie jest częścią nas. Sposób jednak, w jaki eliminujemy śmierć, nie jest właściwym sposobem. Jest jednak faktem, że w mieście, pośród murów miasta nie chce się mieć cmentarza, ale buduje się go na zewnątrz. To mieści się w szerszym obrazie duchowym, już o tym wspomniała Nataša [Govekar]. Bóg stworzył ogród, a człowieka umieścił w środku. Później człowiek został wypędzony z ogrodu i zaczyna budować sobie miasto.

Ciekawe jest, że w tym mieście, jakie człowiek buduje, nie chce się śmierci. Człowiek z wielkim trudem uznaje swój grzech, który doprowadził go do śmierci. Jest to doświadczenie nas wszystkich. Cokolwiek robimy – nawet jeśli jest to coś bardzo drobnego i biednego – jest w nas pewien rodzaj oczekiwania, żeby to, co robimy, było doskonałe, żeby to, co robimy, nigdy nie uległo zniszczeniu. A kiedy coś w nas się niszczy, spontanicznym naszym gestem jest ukrywanie tego i eliminowanie, wyniesienie i pogrzebanie gdzieś, aby nikt tego nie widział. Banalny przykład: jakaś rodzina czeka na odwiedziny proboszcza, ale wieczorem tata trochę wypił, rozgniewał się, skrzyczał żonę, źle ją potraktował. Następnego dnia rodzice mówią dziecku: „przyjdzie proboszcz. Absolutnie nie wolno ci powiedzieć o tym, co się wczoraj stało! Czy zrozumiałeś!?”. „Tak, tak…”. Co się okazuje? Oczywiście, pierwsza rzecz, która spontanicznie przychodzi dziecku do głowy w czasie odwiedzin proboszcza, to jest właśnie to, co miało pozostać w ukryciu. Jest ciekawe, jak próbuje się ukryć kruchość! W Ewangelii jest taka postać, która była bardzo zdolna w ukrywaniu swoich niedoskonałości, w nieuznawaniu ich. To Szymon Piotr. I gdzie kończy? Na dziedzińcu najwyższego kapłana, przed służącą, która jest absolutnie totalnym „zerem” (już kobieta nic nie znaczyła w Izraelu, a co dopiero służąca!). Szymon Piotr przed służącą ukazał swoją prawdę. Nie ma sensu ukrywać kruchości, bo w chwili gdy się urodziliśmy już mieliśmy diagnozę: „chorzy śmiertelnie”.

Jest jasne, że rzeczy, które widzimy nie są doskonałe. Ale jest w nas ta chęć zbudowania naszego miasta, gdzie nie będzie śmierci i dlatego człowiek z tego miasta śmierć wynosi. A przecież wiemy, że takie miasto [miasto, w którym śmierci nie będzie], naprawdę kiedyś będzie. Mówi o tym Apokalipsa św. Jana. W Apokalipsie słyszymy o tym mieście, o Niebieskim Jeruzalem, które Chrystus przez Paschę przygotowuje i gdzie będziemy definitywnie żyć. O tym mieście mówi się: „a śmierci już odtąd nie będzie” (Ap 21, 4). Widzicie, że to marzenie człowieka zostanie zrealizowane z powodu Paschy Chrystusa, a nie dlatego, że to my wyeliminujemy śmierć. Trzeba nosić w sobie śmierć Chrystusa, a nie tylko naszą śmierć. Jeśli nosimy Śmierć Jezusa, będziemy mieć udział również w Jego Zmartwychwstaniu. Jest uderzające, że próbując wyeliminować śmierć, eliminuje się także życie. Lepiej jest, jak mówił św. Paweł, nosić śmierć Chrystusa, bo inaczej grozi nam, że zniszczymy samych siebie. Właśnie Tarkowski mówi, że kiedy próbuje się wyeliminować zło, eliminuje się także człowieka, bo za bardzo [człowiek i zło] wyrośli razem. I wydaje nam się to idealizmem młodzieńczym: eliminowanie zła i budowanie doskonałego społeczeństwa. Ziemia polska, właśnie tutaj blisko [Auschwitz – przyp.], ma tragiczne znaki wskazujące, dokąd prowadzą te rzeczy. Europa opłakiwała miliony ofiar, bo ktoś kiedyś wbił sobie do głowy, że zbuduje doskonałe społeczeństwo, doskonałą rasę, „super-człowieka”, bez kruchości, bez słabości, bez grzechu. Próbując eliminować zło, eliminuje się i człowieka. Tymczasem musi być inny sposób na wyeliminowanie zła.

Popatrzcie, w Ewangelii mowa jest o jedynym synu i jego mamie, która była wdową. Syn umarł, więc skończyła się ludzkość. Mama jest wdową, jest tylko jeden syn i ten syn umarł. To jest los człowieka po trzecim rozdziale Księgi Rodzaju; kiedyś się skończy. Tymczasem przychodzi On – Chrystus, nowy Oblubieniec. Wiecie, że Jan Chrzciciel mówi, że nie jest godzien rozwiązać Mu sandałów. O geście rozwiązywania sandałów jest mowa w prawie lewiratu ustanowionym w związku z potomstwem: kiedy ktoś nie mógł mieć dzieci a umarł, inny krewny miał poślubić wdowę po nim, aby wzbudzić mu potomstwo. A jeśli ów krewny nie chciał albo nie mógł dopełnić tego obowiązku, ten, kto wziął na siebie ten obowiązek, rozwiązywał mu sandał (zob. Pwt 25, 5-10). Jan Chrzciciel mówi: „ja nie jestem godzien rozwiązać sandałów Chrystusa, bo ja nie jestem tym, który da Życie. Ja nie jestem w stanie dać mu potomstwa. To On jest prawdziwym Oblubieńcem. To On da Życie. To On zjednoczy ludzkość ze światłem oddzielając ją od ciemności”. To właśnie czyni oblubieniec: bierze oblubienicę ze sobą. Ewangelia dzisiejsza mówi, że kiedy Jezus wskrzesił tego syna, oddał go matce. Oto nowy Oblubieniec, który daje życie ludzkości. Poprzez ten gest Chrystusa możemy budować miasto bez śmierci, miasto pełne życia.

Nasz „mały” ks. Konrad – mówię „mały”, ponieważ od ośmiu dni jest kapłanem – jest naprawdę malutki, jest noworodkiem. Chciałbym – myślę, że razem ze wszystkimi – wyrazić to życzenie i wypowiedzieć tę modlitwę prośby, aby Duch Święty zawsze mu przypominał, że kapłan nie jest celem niczego, że kapłan nie jest epicentrum niczego, że kapłan jest po prostu przyjacielem Oblubieńca. To nie kapłan jest Oblubieńcem; kapłan jest przyjacielem Oblubieńca. Kapłan nie jest przewodnikiem; kapłan jest przewodnikiem prowadzonym. Jest szafarzem, czyli sługą jedynego kapłaństwa, kapłaństwa Chrystusa. Posługuje nie czemuś romantycznemu, ale Ludowi Bożemu. Konradzie, jeśli będziesz to robił, będziesz tak szczęśliwy, jak teraz wydaje się, że jesteś, ale potem będziesz naprawdę. A jako, że jesteś tak prosty w swoim sercu, myślę że naprawdę Bóg może działać.

A my dwaj – ja i ks. Krzysztof – po dwudziestu pięciu latach kapłaństwa, jeśli jesteśmy poważni, a przecież jesteśmy, nie możemy zrobić nic innego, jak tylko po prostu być ogromnie wdzięcznymi. Z pewnością czujemy się niżej niż dwadzieścia pięć lat temu, ale dużo bardziej gorliwi, dużo bardziej gorący, dużo bardziej… – jak to powiedzieć – doświadczeni, wypróbowani. Myślę, że wiele rzeczy już zostało wypalonych. Dlatego jesteśmy wdzięczni Kościołowi, a jako że dzisiaj Kościołem, poprzez który wchodzimy do Kościoła powszechnego, jesteście Wy, w tej wspólnocie, jesteśmy Wam wdzięczni.

Maria [Campatelli], Nataša [Govekar] i ja, dziękujemy Wam też za to nadzwyczajne świadectwo, jakie widzieliśmy w tych dniach. Dziękujemy za to mocne przyjęcie, przyjęcie intensywne i pokorne. To nas bardzo uderzyło, a także pokora tych salwatorianów, którzy są naprawdę sympatyczni… sympatyczni w sensie greckim tego słowa.

---------------------------------------------------------------------

Zachęcamy do skorzystania z nagrań bieżącej sesji:

oraz innych sesji, które w ostatnim czasie odbyły się w naszym domu. Prowadzili je: o. Józef Augustyn SJ; abp Bruno Forte;  o. Anselm Grün OSB; ks. Stanisław Haręzgaks. Bruno Maggioni, Danuta Piekarz, ks. Krzysztof Wons SDSo. Augustyn Pelanowski OSPPEo. Jacques Philippe; Marko Ivan Rupnik SJ, Nataša Govekar; ks. Joachim Stencel SDS; ks. Bogusław Szpakowski SAC; ks. Piotr Szyrszeń SDS; ks. Krzysztof Wons SDS.

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl