O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Bóg chce pomóc, ale czy pozwolę Mu sobie pomóc? ...


Bóg chce pomóc, ale czy pozwolę Mu sobie pomóc?

   

Kraków, 18 października 2010 r., poniedziałek, godz. 8.50 rano. Siedzę właśnie u siebie w pokoju z kubkiem kawy po porannej medytacji. Siedzę i myślę, dziękując Bogu za poznanie, mądrości życiowe, które daje mi na tych rekolekcjach. Dziękuję zwłaszcza za te dotyczące mnie i mojego wnętrza, jakże mocno grzechem splamionego i od środka „zepsutego” (…).

Drugi tydzień ćwiczeń ignacjańskich to rozeznawanie swojej drogi życiowej zgodnie z wolą Bożą. To poszukiwanie tego, co w człowieku jeszcze nieuporządkowane. Nie byłam świadoma, ile tego jeszcze we mnie jest. Chaos, mętlik, wszystko wywrócone do góry nogami. Po ludzku „jest to niemożliwe”… Niemożliwe jest, by człowiek sam tak wnikliwie zobaczył tą stronę siebie.

Na swoim przykładzie po raz kolejny w swoim życiu mogę zobaczyć, jak działa człowiek zaślepiony… Mogę zobaczyć, jak ten mechanizm się toczy i w którym kierunku to zmierza… Mogę zobaczyć, z jakiego powodu i od którego momentu ten obraz się tworzy. Wiedzę, że od nas samych wypływa, że pochodzi z naszego zniekształconego wnętrza, które następnie kreuje nasz obraz o innych i sobie samym. Rzadko kiedy jest prawdziwy i autentyczny obraz nas widziany ludzkimi oczami, jeśli nie prześledzimy go wraz z Panem Bogiem. Do tego też jest nam potrzebna łaska Boża, łaska poznania swojego własnego wnętrza.

„Człowiek zaślepiony” pozorami tego świata, za którymi – otwierając oczy codziennie z samego rana – kroczy, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy czasu brakuje na wszystko. Człowiek przygnieciony problemami tego świata i ilością w ogóle nie potrzebnych rzeczy… Jak to się mówi, człowiek ma na tacy ma podane wszystko, ma wszystko „czarne na białym” i nic nie widzi. To jest ogromna tragedia dla każdego z nas i tego świata. Bóg mówi, a ja słucham i nie słyszę. Ksiądz powtarza, podając przykład, a ja nadal nie widzę. To, jednak co słyszę, dociera powoli… Przez chwilę myślę i dochodzę do wniosku, do którego łatwiej dojść: „mnie to nie dotyczy!”.

Przykład z dnia dzisiejszego. Biorę do ręki Ewangelię św. Marka – Mk 4, 3-9 (przypowieść o siewcy) oraz dalszą jej część 4, 14-20 (wyjaśnienie przypowieści o siewcy). Oby do człowieka dotarło, jaki szatan jest podstępny. Modlę się, czytam, analizuję… Jestem przekonana, że wiem, o co chodzi, ale czuję w sobie pustkę. Przeczytane Słowo dociera do mnie słabo… Dlaczego? Bo już w tym samym momencie, gdy chciałam sama – własnymi siłami te słowa zrozumieć, zostały mi one odebrane. Dopiero za łaską Pana docierają do nie te słowa. Ja nawet tego nie jestem w sama stanie zrobić… Ta przypowieść pokazuje mi również strukturę działania Szatana oraz to, jak wiele zależy od Boga. W Nim, w Bogu, trzeba pokładać całą swoją nadzieję! Słowo przecież jest od Niego, od Niego również pochodzi każda chwila naszego życia związana nawet z najmniejszą myślą naszą.

W sobotę Pan Bóg pokazał mi obraz tego, co mnie dzieli od Niego. Pokazał mi, jak mocno to na mnie działa i jak mocne są tego więzy? „Nie uporządkowane życie w relacjach z ludźmi”. Kiedy nasze słabości czy wady dochodzą do głosu… Gdy drugi człowiek, a nie Bóg, nami rządzi! Kiedy ta świadomość do mnie dotarła, zaczęłam Panu Bogu oddawać wszystkich razem i każdego z osobna. Zaczęłam oddawać Bogu różne relacje, które mnie łączą z nimi, zwłaszcza z tymi najbliższymi, zwłaszcza z tymi, na których najbardziej mi zależy. Zaczęłam oddawać Bogu to, co mnie z nimi wiąże: pragnienie, aby mnie rozumieli, by mnie kochali, by mnie docenili, by nie osądzali, żebym dobrze „wypadła” w ICH oczach, a nie w oczach Pana Boga… A myślałam, że jest inaczej! Oni nie kroczą, niestety, drogą Pana Boga. Pytam siebie: „Za kim ja podążałam? W czyich oczach chciałam być piękna?”. Myślę, że odpowiedź się nasuwa się sama. Niby to banalne, ale ja tego nie widziałam. Nie wiedziałam wcześniej, jak bardzo mnie to od Pana Boga odciąga. Mało tego, byłam przekonana, że w ten sposób ściągnę ich na Bożą drogę. Myślałam, że ściągnę ich do Boga „kombinując” (jak by tu siebie i swoją nową drogę w życiu, a co najgorsze samego Boga pod nich przypodobać).

Było to bolesne, kiedy dotarła do mnie ogromna świadomość, jak bardzo Pana Boga tutaj poniżam i oszukuję… Bolesnym było zobaczyć, ile w tym obłudy z mojej strony. A trzeba było po prostu, stojąc w prawdzie, świadczyć sobą o Bogu. Ile tu we mnie egoizmu i niewiary, że się bardziej o samą siebie martwię i to bez żadnego powodu, zostawiając daleko w tyle Tego, który mi naprawdę pomaga i się o mnie troszczy, zostawiając w tyle samego Pana Boga. Marny ze mnie człowiek. Do tego jeszcze to dziwne przekonanie, że przyprowadzę innych do Pana Jezusa nie idąc drogą prawdy! Takie moje podejście i działanie było przede mną mocno zamaskowane. Było bardzo, bardzo głęboko ukryte przed „moim wzrokiem”. Z tego powodu, w sposób całkowicie nieuświadomiony, myśląc, że czynię dobro, daję – PO RAZ KOLEJNY W SWOIM ŻYCIU – dopust złemu. Nie pytam, czy Pan Bóg tak chce. Idę myśląc, że kroczę za Panem Bogiem, a przecież ja Go od samego początku, nieładnie mówiąc, znowu „podeptałam”. A On nie chce zakłamania, nie chce fałszu czy obłudy, nawet tej, a zwłaszcza tej, przedstawianej w tak subtelny sposób… Bóg chce samej tylko PRAWDY.

Krok do przodu i następny dzień. Wczoraj Mszę świętą ofiarowałam w intencji zawierzenia się Panu Bogu do końca, abym cała była tylko Jego. Prosiłam Go o to myśląc, że główne przeszkody już są za mną. W czasie Mszy św. dostałam słowo, że to jeszcze nie ten czas. Mocno zdziwiona, nie mogłam tego zrozumieć. W wymienionej intencji przyjęłam również Eucharystię. A zaraz po zakończeniu Eucharystii Pan dał mi obraz posągu, który wyrasta z ziemi, który rośnie coraz to bardziej aż do ogromnego monumentu… Z niecierpliwością czekałam, co albo kto będzie na szczycie owego posągu?! Łudziłam się, że może będzie tam Pan Jezus. Przecież o to się modliłam! Jednak prawda jest inna, nie zawsze przyjemna czy taka, jak byśmy tego chcieli. Na samej górze była moneta, pieniądz. Starałam się odepchnąć od siebie ten obraz. Przecież to niemożliwe! Zostałam bez niczego. „Boże! Przecież ja ci już wszystko oddałam” – myślałam. Ale jak bardzo i jak często nasze myślenie jest złudne i takie „ludzkie” właśnie! Zaczęłam się modlić i prosić Boga, aby to ode mnie zabrał. Byłam zmęczona i zrezygnowana. Nie rozumiałam tego. Długo jednak nie czekałam na odpowiedź od Pana Boga.

Bóg odpowiedział bardzo szybko na moje wołania. Odpowiedział pokazując mi, jak bardzo daleka jest mi postawa ubóstwa, której On od nas wymaga, jeśli mamy być do Niego podobni. Proszę, ale nie chcę. Taka jest prawda. Już nie wspominam, jak daleka jest dla mnie myśl o rzeczywistym ubóstwie. I znowu nasuwa się pytanie „dlaczego?”. Przecież Pan Bóg nie da mi zginąć! Czy nie jest przypadkiem pragnienie wygody i luksusu? Dotarła do mnie świadomość, jak mocno w mojej głowie zakorzeniona jest „machina robienia pieniądza” dla samego pieniądza. Mimo tego, że podczas okresu mojego tzw. „oczyszczenia” wszystko Mu oddałam. Zabrał mi wszystko, co nie pochodziło od Niego, a ja się temu poddałam. Bo nie zdawałam sobie sprawy, jaki jest tego ciąg dalszy. Nie zdawałam sobie sprawy, w którym kierunku zmierza mój umysł i za nim cały organizm, w którym kierunku biegną moje myśli i pragnienia… Pod pozorem spłat pewnych zobowiązań – co po ludzku wydawałoby się logiczne – „kalkulowałam”, zupełnie nie zastanawiając się nad tym, iż naturalnie nie tylko w tym kierunku to zmierza. Oby tylko je [pieniądze] mieć! Nie tylko, by spłacić zobowiązania, ale mieć i to mieć nie mało, mieć wiele, mieć dużo. Po co? Po, to aby „MIEĆ” właśnie, by posiadać i aby dawać innym…. Tutaj jednak nasuwa się następne pytanie: „Komu dawać? Co się kryje pod słowem ‘pomagać’?”. Najpierw najbliższym, aby było im wygodniej, aby podnieść ich standard życiowy. Potem innym… Ale czy przypadkiem nie po to, by żeby się im pokazać czy im przypodobać? Myślałam, że taka nie jestem! A tak łatwo przychodziło mi ocenianie innych! Nie zapomniałam i tego, aby wymienić w myślach ludzi biednych, ludzi naprawdę potrzebujących. Przecież jestem dobrym człowiekiem, tak o sobie zawsze myślałam, ale powiedzmy sobie wprost: jestem człowiekiem „mało świadomym, naiwnym i na wiele rzeczy ślepym”. Wychodząc z „bagna” weszłabym w to samo „bagno” tylko trochę inną drogą, i to korzystając ze ścieżek, używając sposobów czy narzędzi, które powinny służyć na chwałę Bożą, zamiast zepsuciu siebie, innych ludzi czy dążeniu żeby być lepszym… Krzywdząc siebie samą, krzywdząc innych… Służąc szatanowi, a nie Bogu… Mamona, ogromne uzależnienie, hobby… To, co mnie dzieli od Pana Boga to ukryte pragnienie, które pociągają za sobą dalsze grzechy. A po co to wszystko? Niestety, aby przypodobać się ludziom!

Dużo tutaj cierpienia? Tak jest go trochę. Boli, ale to chwila przecież, a nie całe życie. Kiedy dochodzi do nas świadomość tego, co robimy, w czym żyjemy, świadomość że to co robimy jest obłudne, wówczas ta świadomość boli. Ale przecież możemy to zmienić! Dzięki Panu Bogu możemy to poznać, jeśli chcemy, i możemy się tego pozbyć. Możemy to uczynić nie sami; sami nie damy rady. Pan Jezus nam zawsze pomoże. Ważne jest to, czy naprawdę chcemy się zmienić! Ważne jest to, że chcemy zło odrzucić, abyśmy już dalej przez zło w naszym życiu nie musieli więcej cierpieć. Zło, które spotyka nas w naszym życiu, nie pochodzi od Pana Boga. Zło czynimy sami. Mamy przecież wolną wolę i rozum. Możemy wybierać. Zawsze mamy wybór… Tylko, że nas najczęściej ciągnie do złego, a wynika to z naszej grzesznej natury. I tu również Pan Bóg chce być dla nas pomocą. Bóg tylko czeka, czy Mu na to pozwolimy, czy „wpuścimy” Go do swojego życia i do swojej codzienności. Bóg ciągle czeka, bo nas kocha. Bóg czeka, bo zawsze, bez względu na wszystko, nas kocha. PAN JEZUS KOCHA KAŻDEGO Z NAS TAK SAMO, KOCHA PRAWDZIWĄ MIŁOŚCIĄ.

Pewien młody chłopak (na imię ma Kamil) powiedział mi, że w Boga nie wierzy, bo przez Niego on i jego rodzina doznali tyle cierpienia. Chcę wam powiedzieć, abyście pamiętali, że to cierpienie, które Pan Bóg dopuścił, On sam potrafi zamienić w szczęście. Wyprowadza z niego dobro. Pomaga wyjść z wad, z grzechów, z naszego nieuporządkowanego życia czy ze świata dookoła nas. Błędny wizerunek Boga pociąga za sobą w konsekwencji uraz, lęki, przez które boimy się Bogu w pełni oddać i zawierzyć. Nie bój się człowieku! Pan Bóg jest wielki i nic złego cię nie spotka z jego strony! Bądź tego pewny! Oddaj Mu się, a poznasz, co to miłość i prawdziwe życie.

Jedynie Pan Bóg – i nic więcej do szczęścia ci nie potrzeba! On ci da wszystko, bo i tak wszystko od Niego zależy. To, co złego w naszym życiu jest owocem tego, co robimy sami, kiedy słuchamy samych siebie czy podszeptów złego, a nie słuchamy samego Pana Boga! Ja wybrałam Jego. Wybrałam Jezusa prosząc, aby Jego, a nie moja wola wypełniała się w moim życiu. Chcę żyć w pełni i podążać za Nim, rezygnując z tego, co ze świata pochodzi, a brać więcej i iść do wieczności. Życie z Jezusem jest piękne i fascynujące, choć „nikt nie powiedział, że będzie łatwo”; z pewnością jednak będzie lepiej i w prawdzie. I tutaj jest tylko jedna droga – iść przez życie z Jezusem – czekając na Niebo. Znając Boga, możesz je [niebo] mieć z Nim jeszcze tutaj na ziemi.

Bogu dzięki, że przysłał mnie na te rekolekcje. Bogu dzięki za wskazówki, które mi daje na dalsze życie, na moją drogę przed „powrotem do świata”. Bogu dzięki za to, że mnie strzeże przed zatraceniem się, że mnie pilnuje, abym nie wpadła znowu w sidła złego. Proszę Cię, Panie Boże, daj mi mądrość i wskazuj drogę, abyś Ty, a nie świat, nie ludzie, nie pieniądze, ale byś Ty był na pierwszym miejscu.

(…) Wypiłam kawę, która prawie ostygła. To był długi poranek. To była dopiero połowa rekolekcji…

 

Agnieszka z Krakowa
„Wspólnota Miłość i Miłosierdzie Jezusa” – Czatachowa
uczestniczka II tygodnia ćwiczeń ignacjańskich

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl