O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Ćwiczenia Ignacjańskie 13-21 października 2010 ...


Ćwiczenia Ignacjańskie
13-21 października 2010

W dniach 13-21 października 2010 r. przeżywaliśmy Ćwiczenia Duchowe św. Ignacego Loyoli. Rekolekcje odprawiało 65 osób. Rekolektanci, adekwatnie do stopnia zaawansowania na drodze ćwiczeń ignacjańskich, uczestniczyli w jednym z czterech "tygodni" Ćwiczeń. Uczestnikom towarzyszyło ośmioro kierowników duchowych.

Dającymi punkta dla poszczególnych tygodni byli członkowie ekipy naszego centrum. Posługę towarzyszenia podejmowało nadto dwóch kapłanów diecezjalnych (z diecezji warszawsko-prawskiej i diecezji radomskiej), kapłan zakonny (z Towarzystwa Boskiego Zbawiciela) i siostra zakonna (ze Zgromadzenia Urszulanek Unii Rzymskiej).

Dziękujemy za dar modlitwy w intencji
uczestników ćwiczeń, prowadzących
i kierowników duchowych !

--------------------------------------------------------------------

Przed lustrem Jezusowej prawdy
homilia – środa 28. tygodnia zwykłego, 13 października 2010 r.
Ga 5, 18-25; Ps 1, 1-2.3.4.6; Łk 11, 42-46


Długo czekaliśmy na ten czas i wiele wysiłku włożyliśmy, aby tu przybyć i wreszcie usiąść z Jezusem przy stole Jego Słowa i Ciała, by słuchać Jego Słów i doświadczać Jego obecności. Z pewnością każdy z nas przyjechał tu ze swoimi oczekiwaniami i planami, ale starajmy się na samym początku wszystkie te plany i oczekiwania powierzyć Jezusowi. On chce się wszystkim zająć, przeniknąć światłem swojego Słowa i oczyścić. Powierzmy się Jezusowi w tym rekolekcyjnym czasie. Dajmy Mu całe nasze życie, a On nim dobrze pokieruje. W tym rekolekcyjnym czasie będziemy się starali, by stanąć przed Jezusem jak przed lustrem. Będziemy się starali, aby Jezus był dla nas lustrem, w którym będziemy odkrywali prawdę o Nim i o naszym życiu. Zwykłe lustro pokazuje nam jak wyglądamy zewnętrznie. Jezus natomiast będzie nam objawiał całą prawdę o nas samych, również o naszym wnętrzu.

Naszą rekolekcyjną drogę rozpoczynamy od wizyty w domu faryzeusza. Kościół już w dniu wczorajszym podczas Mszy Świętej zaprosił nas do tego domu. Dziś kontynuujemy wczoraj rozpoczętą lekturę perykopy ewangelicznej. Warto wspomnieć, że Jezus przyszedł do domu faryzeusza odpowiadając na jego zaproszenie. Ów faryzeusz, który zaprosił Jezusa, czekał na osobiste spotkanie z Nim. Myślę, że również każdy z nas długo czekał na to osobiste spotkanie z Jezusem. W domu faryzeusza spotkało się z Jezusem wielu innych ludzi. Byli tam uczeni w Piśmie, z pewnością byli również uczniowie. Ów dom był wypełniony, wypełniony oczekiwaniem na Jezusa. Jezus, jak możemy zauważyć, przyjmuje każde zaproszenie. Jezus przychodzi do każdego człowieka, zwłaszcza zaś do tych, którzy są biedni, słabi, krusi… A do takich osób należą przecież faryzeusze. Jezus nie ma względu na osoby. Jezus nie patrzy, kim kto jest, jaki pełni urząd, jakie jest jego pochodzenie. Dla Niego każdy jest ważny. Jezus wchodzi do domu i wypełnia sobą, swoją obecnością ten dom.

Po wejściu do domu faryzeusza Jezus zajmuje miejsce przy stole. Od razu widzimy ogromną dramaturgię tego spotkania. Gdzie bowiem pojawia się Jezus, zaczyna się dziać coś bardzo ważnego. Światło Prawdy spotyka się z prawdą serca człowieka, z prawdą serca każdego z obecnych w tym miejscu. Gdy człowiek otwiera przed Nim drzwi, Jezus światłem swojej prawdy rozświetla to, co w sercach osób, z którymi się spotyka, trzeba uporządkować, zmienić, a nawet wyeliminować, aby dom i serce człowieka mogły znów promieniować miłością, prawdą, szczęściem. Podczas pobytu w domu faryzeusza Jezus wypowie sześciokrotnie słowo „biada”: trzykrotnie mówiąc „biada” zwróci się do faryzeuszy, trzykrotnie wypowie to słowo pod adresem uczonych w Prawie. W słowie „biada” wyraża się ogromny krzyk bólu Jezusa i Jego gniew. Jezus pragnie nawrócić ich serca. Jezus pragnie, aby każdy z nich zaczął oddychać sprawiedliwością Bożą i Bożą miłością.

W dzisiaj odczytanym fragmencie Ewangelii czterokrotnie słyszymy z ust Jezusa „biada”. Czy Jezus wypowiada to słowo jedynie po to, by zgromić, by wytknąć błędy, by człowieka – jak to czasem mówimy – „zrównać z ziemią”? Nie! Jezusowe słowa są jak miecz obosieczny. Są słowami trudnej prawdy, jednak prawdy wypowiadanej z wielką miłością. W Ewangelii wg św. Łukasza faryzeusze są ukazani jako „nieprzyjaciele” Jezusa. Dostrzegamy jednak, że owi „nieprzyjaciele” są przez Jezusa szczególnie miłowani. Ewangelista Łukasza jest Ewangelią o miłosierdziu Boga. Jezus tymi mocnymi słowami chce tych tzw. „sprawiedliwymi – tych, którzy za sprawiedliwych się uważali –  przekonać do nawrócenia. Jak się okazuje nie będzie to łatwe. Czego dotyka Jezus swoim słowem? Jezus swoim pełnym bólu i gniewu okrzykiem „biada” ujawnia niewłaściwe zachowanie faryzeuszy i uczonych w Prawie. Jezus staje się dla nich jakby lustrem, w którym mogą zobaczyć to, z czym trzeba się im skonfrontować. Ta konfrontacja nie jest wcale łatwa.

Pierwsze „biada” wypowiedziane przez Jezusa do faryzeuszów dotyczą zbytniego akcentowania przez nich troski o zachowanie drobnych przepisów Prawa takich, jak dawanie dziesięciny z czegoś, co było nieobowiązkowe, z równoczesnym naruszaniem zasad sprawiedliwości o miłości. Jezus nie domaga się od nich rezygnacji z czegoś, co było nadobowiązkowe. Jezus domaga się jednak prawości serca. Jezus nie koncentruje się na tym, czy dziesięciny są małe czy wielkie. Ważne jest jednak, by były dziełem sprawiedliwości i miłości. Drugie „biada” dotyka próżności faryzeuszy i ich walki o przywileje. Faryzeusze troszczyli się o pierwsze miejsca w życiu społecznym. Chcieli być na przysłowiowym świeczniku. To jednak jest połączone z niebezpieczeństwem pychy i wykorzystania swojej pozycji dla własnego interesu. Jezus wobec takich postaw mówi „biada”. Kolejne słowa Jezusa wywołują jeszcze większą dramaturgię. Kolejne słowa Jezusa, możnaby powiedzieć, doprowadzają faryzeuszy do białej gorączki. Porównanie faryzeuszy do niewidocznych grobów, które to groby były dla nich miejscem nieczystym, z pewnością mocno szokowało i budziło w ich sercach ogromny opór. Groby były bielone dla oznakowania, ażeby ludzie chodząc po nich, nieświadomie nie zaciągali nieczystości. Jezus mówi o nich, jako o tych, którzy udając doskonałość ukrywają przed ludźmi swoją nieczystość. Faryzeusze uznawali siebie za ideały godne naśladowania; zajmowali pierwsze miejsca w synagodze. A tu słyszą, że są nieczyści! A tu słyszą, że są podobni do grobów, w którym spoczywają trupy! A tu okazuje się, że każdy, kto by się z nimi spotkał, zaciągnie nieczystość i powinien poddać się oczyszczeniu! Okazuje się, że kontakt z nimi jest groźny. Taka diagnoza jest druzgocąca. Ta diagnoza ujawnia ich klęskę. Zostają odarci ze swojej wizji własnej doskonałości. Również uczeni w Prawie są konfrontowani poprzez Jezusowe „biada”: „Bo wkładacie na ludzi ciężary nie do uniesienia, a sami jednym palcem ciężarów tych nie dotykacie”.

Jezusowe słowa na początku tych rekolekcji są bardzo mocne, jest jak miecz obosieczny, który chce oczyścić to, co zostało wypatrzone i zniekształcone. Jezus dotyka również tego, co w naszym życiu – w relacji do Boga, w relacji do drugiego człowieka i do siebie samych – zostało wypaczone, zniekształcone. Jezus ukazuje właściwą koncepcję wielkości człowieka, zbudowaną na sprawiedliwości, na miłości miłosiernej Boga, na prawym sumieniu. I tych wartości Jezus broni. Uleganie próżności i hołdowanie przywilejom, stawianie w centrum siebie i swojej chwały oraz udawane, dwuznaczne, letnie, powierzchowne, pełne obłudy życie religijne, stanowią zagrożenie i grożą osłabieniem w nas tej wizji, którą przynosi Jezus. W każdym z nas jest jednak owa zdolność wkraczania w takie postawy, jakie przyjęli faryzeusze i uczeni w Prawie. Niejednokrotnie ulegamy tym pokusom, które sprawiają później, że nasze życie jest bardzo odległe od tego życia, o którym mówi Jezus. Może i nam trudno słuchać dzisiejszych słów Jezusa. Może i my chcielibyśmy zamknąć dziś usta Jezusowi. Może i my chcielibyśmy powiedzieć Jezusowi: „dosyć, już dłużej nie potrafię tego słuchać”. Pamiętajmy jednak o tym, że Słowo Jezusa jest zawsze Słowem życia, jest Słowem, które szuka człowieka, które leczy człowieka, które podnosi człowieka. Jezus nie przestaje mnie szukać. Nawet jeśli dziś zamknę się na Jego Słowo, On w czasie tych rekolekcji będzie wypowiadać kolejne. Swoim Słowem pragnie szukać i leczyć to, co fałszywe, obłudne, dwuznaczne. Takie było Jego pragnienie wobec faryzeuszy, którzy stanowili dla Niego „trudny orzech do zgryzienia”. Jezus jednak nie przestał ich kochać i wciąż konsekwentnie wypowiadał do nich mocne słowo, aby skruszyć ich serca. Jedni się otworzyli, inni zamknęli się na Jego słowo. My, jestem o tym przekonany, z pomocą łaski Boga, chcemy przyjmować każde, również mocne czy trudne, Słowo Jezusa, które On w tym rekolekcyjnym czasie z miłością będzie do nas wypowiadał. W świetle Słowa będziemy doświadczać godności i wielkości dziecka Bożego.

ks. Joachim Stencel SDS

---------------------------------------------------------------------

Pomniki, które zamiast obudzić uśpiły sumienia
homilia – czwartek 28. tygodnia zwykłego, 14 października 2010 r.
Ef 1, 1-10; Ps 98, 1.2-3ab.3cd-4.5-6; Łk 11, 47-54

Jeszcze za życia sługi Bożego Jana Pawła II w pewnym momencie nastał boom, moda na budowanie jego pomników. Może nie wyrastały one jak przysłowiowe grzyby po deszczu, ale trochę się ich pojawiło. Wiele z nich niejednego znawcę sztuki przyprawiło o przysłowiowy zawał serca. Przy niektórych należałoby umieścić napis: „oglądać najlepiej po zmroku i to bez latarek czy noktowizorów!”. Jeśli uważnie słuchaliśmy papieża, to on nigdy nas nie prosił, byśmy stawiali mu pomniki. Prosił natomiast o żywą pamięć naszego serca i naszą modlitwę. Papież prosił, byśmy nie zostawiali go samego. A w tle jego prośby był ten drugi apel, byśmy przełamali nasz opór i nasze lenistwo, byśmy przełamali to, że „nie potrafimy” i sięgali częściej do jego nauczania. Papież chciał nas prowadzić do Jezusa. Na początku więc swego pontyfikatu wołał: „Otwórzcie drzwi Chrystusowi!”. Chciał nam pomóc, aby nasze serce było dla Jezusa otwarte.

Myślę, że tych pomników byłoby mniej, a te zbudowane byłyby pięknymi dziełami sztuki, gdyby budowniczowie niektórych z nich zagłębili się w myśl dzisiejszej Ewangelii. Pan Jezus upominając uczonych w Piśmie i faryzeuszów oraz walcząc o ich serca nawiązuje poniekąd do takich pomników. Oto bowiem ojcowie tychże uczonych w Piśmie i faryzeuszów zabili proroków; oczywiście, nie zabili ich z nudów, ale dlatego, że ci głosili im prawdę, Bożą prawdę, która wzywała ich do nawrócenia, do zmiany stylu życia: z bezbożnego na Boży styl życia. Dlatego ich zabili. Natomiast ich następcy, synowie, potomkowie, wspomniani uczeni w Piśmie i faryzeusze, byli „sprytniejsi” od swoich ojców. Oni owym zabitym prorokom postawili grobowce. Można powiedzieć, że dobra opinia współczesnych Jezusowi uczonych w Piśmie i faryzeuszów w szerokiej opinii publicznej wówczas urosła: „proszę, jak troszczą się o pamięć pomordowanych proroków!”. A tak naprawdę, to oni dołożyli się jeszcze do winy swoich ojców. Ponieważ postawione grobowce, zamiast obudzić ich sumienia, ich sumienia uśpiły. Budowniczowie grobowców proroków nadal mieli zamknięte serca na naukę tychże proroków, których zabili ich ojcowie. A przecież nauka proroków nie tylko formowała ich do pobożnego stylu życia, ale również  przygotowywała ich serce na spotkanie z Mesjaszem. Tymczasem, kiedy Mesjasz przyszedł, oni Go nie poznali. Okazało się, że czekają na kogoś innego. I ostatecznie, jak wiemy, Jezus będzie chciał im pokazać, że to On jest Tym, który był zapowiadany przez proroków. Niestety, doszło do ostatecznej konfrontacji. Ludzie ośmielili się podnieść rękę już nie na jakiegoś z proroków, ale na samego Mesjasza, Bożego Syna.

My nie chcemy popełnić błędu ani budowniczych niektórych pomników papieskich ani bohaterów dzisiejszej Ewangelii, którzy stawiali grobowce zabitym wcześniej prorokom. Chcemy szeroko otworzyć nasze serce i nasze życie na naukę, którą głosili prorocy, aby podjąć wybrzmiewające w tej nauce wezwanie do nawrócenia. Chcemy uczynić wszystko, aby droga do naszego serca była przygotowana, aby tą drogą swobodnie mógł codziennie wędrować ku naszemu sercu Mesjasz, Syn Boży, Jezus Chrystus, a z Nim cała rzeka obfitego Bożego błogosławieństwa. Jego obecność w naszym sercu sprawia, że nie jesteśmy podobni do grobów pobielanych, ale jesteśmy Bożą świątynią, żyjącą Bożym życiem. A odnośnie do pomników, chciałbym zacytować na koniec słowa znanej piosenki zespołu Lombard. Ten zespół śpiewał: „Nie zamieniaj serca w twardy głaz…”. Nie rób z Twego serca kamiennego posągu! – powiedzielibyśmy. „…póki jeszcze serce masz!”. Póki masz żywe serce – powiedzielibyśmy. „Przeżyj to sam!”. Przeżyj cudowną, piękną przygodę z Jezusem i Jego Ewangelią, dopóki masz serce!

ks. Ryszard Stankiewicz SDS

--------------------------------------------------------------------

Modlitwa, działanie i cierpienie – miejsca uczenia się nadziei
homilia – sobota 28 tygodnia zwykłego, 16 października 2010 r.
Ef 1, 15-23; Ps 8, 2.3b.4-5.6-7;  Łk 12, 8-12


Kiedy biorę do ręki dzisiejsze Słowo moją uwagę zwraca modlitwa św. Pawła wyrażona w Liście do Efezjan: „…Proszę w nich, aby Bóg Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec chwały, dał wam ducha mądrości i objawienia w głębszym poznaniu Jego samego. Niech da wam światłe oczy dla waszego serca, tak byście wiedzieli, czym jest nadzieja waszego powołania…”. W przytoczonym fragmencie modlitwy Apostoła pojawia się wzmianka o głębszym poznaniu Boga oraz o wypływającej z niego i związanej z nim nadziei chrześcijańskiej. Poznanie Boga jest źródłem nadziei, głębokiej nadziei. Im głębsze poznanie prawdziwego Boga, tym mocniejsza nadzieja. Tę prawdę dobitnie podkreśla Benedykt XVI w encyklice „Spe salvi”. Papież mówi: „Poznać Boga – prawdziwego Boga – oznacza otrzymać nadzieję” (Spe salvi 3). W dzisiejszym rozważaniu chciałbym więc obficie zaczerpnąć z myśli Piotra naszych czasów zawartych we wspomnianym dokumencie.

Papież odwołuje się właśnie do Pawłowego listu do Efezjan i stwierdza: „Paweł przypomina Efezjanom, że zanim spotkali Chrystusa, byli jakby ‘nie mający nadziei ani Boga na tym świecie’. Oczywiście mieli bogów, mieli religię, ale ich bogowie okazali się wątpliwi, a z ich pełnych sprzeczności mitów nie płynęła żadna nadzieja. Pomimo, że mieli bogów, ‘nie mieli Boga’ i w konsekwencji żyli w mrocznym świecie, bez jasnej przyszłości”. Elementem wyróżniającym chrześcijan jest „fakt, że mają oni przyszłość: nie wiedzą dokładnie, co ich czeka, ale ogólnie wiedzą, że ich życie nie kończy się pustką. (…) Kto ma nadzieję, żyje inaczej. Kto ma nadzieję, zostało mu dane nowe życie” (Spe salvi 2). W innym miejscu papież podkreśla: „Kto nie zna Boga, chociaż miałby wielorakie nadzieje, w gruncie rzeczy nie ma nadziei, wielkiej nadziei, która podtrzymuje całe życie (por. Ef 2, 12). Prawdziwą wielką nadzieją człowieka, która przetrwa wszelkie zawody, może być tylko Bóg – Bóg, który nas umiłował i wciąż miłuje „aż do końca”, do ostatecznego „wykonało się”. Kogo dotyka miłość, ten zaczyna intuicyjnie pojmować, czym właściwie jest życie”. Zaczyna przeczuwać, co znaczy słowo „nadzieja”. Pełne życie jest relacją z Tym, który jest źródłem Życia. Jeśli pozostajemy w relacji z Tym, który nie umiera, który sam jest Życiem i Miłością, wówczas doświadczamy pełnię życie. Wówczas „żyjemy” naprawdę (zob. Spe salvi 27).

Benedykt XVI mówi o trzech miejscach uczenia się nadziei. Są nimi modlitwa, działanie i cierpienie. „Pierwszym istotnym miejscem uczenia się nadziei jest modlitwa. Jeśli nikt mnie już więcej nie słucha, Bóg mnie jeszcze słucha. Jeśli już nie mogę z nikim rozmawiać, nikogo wzywać, zawsze mogę mówić do Boga. Jeśli nie ma już nikogo, kto mógłby mi pomóc, (…) On może mi pomóc [KKK 2657]”. Nawet jeśli w wymiarze ludzkich relacji doświadczam samotności, to jednak modląc się – wchodząc w relację z Bogiem – doświadczam, że nigdy nie jestem całkowicie samotny. „Modlić się, to nie znaczy wychodzić poza historię i chować się w prywatnym kącie własnego szczęścia. Prawidłowa modlitwa jest procesem oczyszczenia wewnętrznego, który czyni nas otwartymi na Boga i przez to właśnie otwartymi na ludzi. W modlitwie człowiek powinien uczyć się, o co prawdziwie powinien prosić Boga – co jest godne Boga. Musi uczyć się, że nie może modlić się przeciw drugiemu. Musi uczyć się, że nie może prosić o rzeczy powierzchowne i wygody, których pragnie w danym momencie – ulegając małej, fałszywej nadziei, która odwodzi go od Boga. Musi oczyszczać swoje pragnienia i nadzieje. Musi uwalniać się od ukrytych kłamstw, którymi zwodzi samego siebie” (zob. Spe salvi 32).

„Każde poważne i prawe działanie człowieka jest czynną nadzieją” – mówi papież. Działanie jest miejscem uczenia się nadziei. „Jest nią przede wszystkim w takim sensie, że w ten sposób usiłujemy wypełnić nasze małe i większe nadzieje: wywiązać się z takiego czy innego zadania, które ma znaczenie dla dalszej drogi naszego życia; przez własne zaangażowanie przyczynić się do tego, aby świat był bardziej promienny i ludzki, i aby tak otwierały się drzwi na przyszłość. Ważne jest wiedzieć, że mogę zawsze żywić nadzieję, nawet jeżeli w moim życiu albo w danym historycznym momencie jest oczywiste, że nie mam czego się spodziewać. Tylko wielka nadzieja-pewność, że na przekór wszelkim niepowodzeniom moje życie osobiste oraz cała historia są pod opieką niezniszczalnej mocy Miłości, i dzięki niej i dla niej mają sens i wartość – tylko taka nadzieja może w tym przypadku dodać jeszcze odwagi, by działać i iść naprzód" (zob. Spe salvi 35). Z jednej strony więc, kształtując naszą nadzieję, chcemy poprzez modlitwę wyrażać przekonanie, że od Boga wszystko zależy; z drugiej zaś, chcemy pracować i angażować się w pełni w działanie i wykonywanie swoich obowiązków, jakby od nas wszystko zależało.

Benedykt XVI podkreśla w swoje encyklice z 2007 roku, że również cierpienie jest miejscem uczenia się nadziei. Zauważa najpierw, że „musimy zrobić wszystko dla pokonania cierpienia, ale całkowite usunięcie go ze świata nie leży w naszych możliwościach – po prostu dlatego, że nie możemy zrzucić z siebie naszej skończoności i dlatego, że nikt z nas nie jest w stanie wyeliminować mocy zła, winy, która – jak to widzimy – nieustannie jest źródłem cierpienia. To mógłby zrobić tylko Bóg: jedynie Bóg, który stając się człowiekiem sam wchodzi w historię i w niej cierpi” (Spe salvi 36). „Nie unikanie cierpienia ani ucieczka od bólu uzdrawia człowieka, ale zdolność jego akceptacji, dojrzewania w nim, prowadzi do odnajdywania sensu przez zjednoczenie z Chrystusem, który cierpiał z nieskończoną miłością” (Spe salvi 37). Mówiąc o cierpieniu jako miejscu kształtowania nadziei papież przywołuje postać i następującą myśl św. Bernarda z Clairvaux: „Bóg nie może cierpieć, ale może współcierpieć”. Benedykt XVI kontynuuje: „Człowiek jest dla Boga tak bardzo cenny, że On sam stał się człowiekiem, aby móc współcierpieć z człowiekiem, w sposób rzeczywisty, w ciele i krwi, jak to nam przedstawia opis Męki Jezusa. Stąd w każde cierpienie ludzkie wszedł Ktoś, kto je z nami dzieli i znosi; stąd w każdym cierpieniu jest odtąd obecne con-solatio, pocieszenie przez współcierpiącą miłość Boga, i tak wschodzi gwiazda nadziei” (Spe salvi 36). Cierpienie przeżywane razem z Bogiem samo w sobie nie jest lżejsze, ból wcale nie musi być mniejszy. Ważne jest natomiast doświadczenie, że pośród cierpienia, w którym jestem bardzo samotny, Ktoś mi towarzyszy.

Prośmy w tych dniach, aby Bóg poprzez Słowo dawał nam głębiej poznać. Prośmy, by głębsze poznanie Boga, prawdziwego Boga, gotowego towarzyszyć nam w codzienności, w samotności naszej modlitwy, w naszym działaniu i w naszym cierpieniu, stawało się dla nas źródłem głębokiej i mocnej nadziei.

ks. Piotr Szyrszeń SDS

--------------------------------------------------------------------

Modlitwa – bardziej miejsce walki niż odpoczynek
homilia – 29. niedziela zwykła, 17 października 2010 r.
Wj 17, 8-13; Ps 121, 1-2.3-4.5-6.7-8; 2 Tm 3, 14-4,2; Łk 18, 1-8

Być może po raz kolejny, a może po raz pierwszy, może nigdy bardziej niż tutaj na rekolekcjach przekonujemy się, że modlitwa to naprawdę ćwiczenie. Modlitwa to czasem poligon, to czasem teren przypominający bardziej miejsce walki-bitwy niż wakacji przeżywanych w spokoju z Bogiem. Dzisiejsza liturgia mówi nam o takiej właśnie modlitwie, o modlitwie, która jest zmaganiem, która jest walką. To nie jedyny obraz modlitwy. W naszym życiu mamy również doświadczenie modlitwy, w której czujemy się niesieni – w stanach pocieszenia – przez łaskę, która przychodzi niezależnie od nas, niesieni przez różne natchnienia. Ale skoro dzisiaj słyszymy o modlitwie, która jest walką, zmaganiem – a myślę, że wielu z nas to doświadczenie modlitwy jest szczególnie bliskie – chciejmy takiej modlitwie się przyglądnąć w świetle dzisiejszej Liturgia Słowa.

Zanim jednak to uczynimy chciałbym razem z Wami przyglądnąć się doświadczeniu modlitwy tak, jak postrzega je duchowość żydowska. Przygotowując się do tej homilii znalazłem przepiękny obraz – opis modlitwy pojmowanej przez Żyda, przez pewnego rabina z Międzyrzecza, zostawmy jego imię. Mówi on, że „człowiek jest jak szofar (szofar to jest barani róg, w który dmie się w żydowski Nowy Rok w celu duchowego przebudzenia). Szofar rozbrzmiewa tylko wtedy, gdy przechodzi przez niego oddech; możemy odmawiać modlitwy tylko dlatego, że działa w nas Bóg. Podobnie jak Bóg [-mówi duchowość żydowska-] modlitwy są wszędzie, ale potrzebują ust i dłoni, które by im nadały melodię i ruch. Bez nas płynęłyby przez wszechświat niezauważone. Ludzie są instrumentami, które przekształcają modlitwę w muzykę i słowa. Księga Psalmów to jeden z największych i najstarszych zbiorów modlitw – utworów poetyckich [mówi rabin]. Jej słowa, podobnie jak słowa innych modlitw w tradycyjnym żydowskim modlitewniku, to zapis muzyczny, partytura do słów i pieśni, które już istnieją w każdym z nas i w całym stworzeniu” [L. Kushner, Duchowość żydowska. Krótkie wprowadzenie dla chrześcijan, Poznań 2002, s. 83-84]. Modlitwy już istnieją, ale potrzebują instrumentów, aby wybrzmiały jako słowa i muzyka, a tym instrumentem jest człowiek. Bóg daje oddech i sprawia, że modlitwy, które są, mogą zaistnieć, ponieważ my dajemy im oddech i się otwieramy. A potem dodaje rabin, że Bóg uczy nas i wychowuje do modlitwy, że Bóg nie tylko wysłuchuje nasze modlitwy, ale Bóg również odmawia nasze modlitwy poprzez nas. Przyznamy, że ten instrument, przez który ma wybrzmieć nasze modlitwa także w tych dniach –  a te modlitwy już tutaj są, tak jak Bóg jest –  że ten instrument, którym jest każdy z nas, jak się przekonujemy już nieraz w pierwszych godzinach modlitwy, ma różną kondycję. I czasami ów „róg barani”, przez który ma przepłynąć głos, aby nastąpiło przebudzenie, jest na różny sposób zdefektowany. Pan Bóg stworzył doskonały instrument, ale myśmy zaczęli przy nim „majstrować”. Zaczęliśmy Boga poprawiać i dlatego modlitwa wychodzi z nas taka, jaki jest ów nasz instrument. Bóg się jednak tym nie niepokoi, bo Bóg zna pierwotne piękno i słów i muzyki, która ma wybrzmieć w naszej modlitwie, do której to modlitwy mamy dojrzeć. Niejednokrotnie doświadczamy tego, jak nasza modlitwa staje się bardziej czytelna i bardziej przejrzysta, jak coraz wyraźniej brzmi w słowach i muzyce, w naszym sercu. To oznacza, że Bóg naprawia nasz instrument, a modlitwy, które są, są słyszalne coraz lepiej. Modlitwa mogłaby być trwaniem doskonałym, beztroskim w Bogu i przed Bogiem, gdyby ów „róg barani” był doskonały. Bóg, by nas przeprowadzić przez modlitwę, która nas uzdrawia i która czyni ten świat coraz bardziej pięknym, gdy my zdrowiejemy, potrzebuje czasu i dlatego zaprasza nas na ćwiczenia, by nastroić ten instrument, byśmy na nowo mogli usłyszeć w sobie modlitwę, która jest modlitwą dziecka, modlitwą człowieka pogodnego, zdrowego, modlitwą człowieka, który żyje w Bogu, a nie w sobie.

A co to ma wspólnego z dzisiejszymi czytaniami? Otóż, kiedy zacząłem czytać pierwsze i trzecie dzisiejsze czytanie, czytania z Księgi Wyjścia oraz z Ewangelii wg św. Łukasza, uświadomiłem sobie dwa obrazy, które pokazują co to znaczy, że w naszym życiu modlitwa często staje się z konieczności walką. Idźmy do pierwszego obrazu. Izrael, który żyje dla Boga, który ma być modlitwą Boga w świecie, nękany jest przez Amalekitę. Amalekici to naród, który wywodzi się od Ezawa. Amalekici to złowrogi dla Izraela lud, który ciągle nęka i uderza w Izraela; i uderza w to, co w nim jest najczulsze, najcenniejsze. Uderza w to, że Izrael jest narodem wybranym, umiłowanym. Amalekici to naród, który nieustannie oskarża Izraela i mówi: „Nie jesteś umiłowany! Nie jesteś wybrany! Nie jesteś Jego!”. Pomyślałem sobie, że jest to pierwsza bitwa, którą każdy z nas musi stoczyć na modlitwie, ponieważ w każdym z nas żyje taki Amalekita, który ciągle uderza w to, co w nas najcenniejsze, który uderza w obraz i podobieństwo Boga. W każdym z nas żyje taki Amalekita, który chce nas oskarżać i nękać, mówiąc: „Nie jesteś umiłowany! Nie jesteś wybrany! Nie jesteś cenny w oczach Boga!”. Przyznamy, ile walki musimy nieraz stoczyć na modlitwie, aby Pan Bóg nas uwolnił od Amalekity, aby Pan Bóg nas uwolnił od tego ducha oskarżania i odrzucania siebie, ducha niewiary, że jestem wybrany i umiłowany od początku. Mojżesz pokazał nam, jak się zwycięża. Zwycięża się przez wytrwałość, przez ręce ciągle wzniesione do góry. W jednej ręce trzyma Mojżesz laskę, która jest laską Boga. To ta sama laska, którą przed chwilą uderzył w skałę na Horebie i wypłynęła woda, i naród mógł ugasić swoje pragnienie. Bóg ugasi nasze pragnienie. Bóg objawi mi, że jestem umiłowany, że jestem wybrany. Jest jedna prawda o mnie i nie ma innej, ale potrzeba wytrwałości. Potrzebujemy również siebie nawzajem, podobnie jak Mojżesz potrzebował dwóch braci, którzy podtrzymywali jego ręce. Twoja wierność na modlitwie, kiedy nie ustajesz, pomaga drugiemu, kiedy słabną jego ręce. A potem na odwrót: wierność kogoś innego, trwającego na modlitwie, pomaga mi, kiedy słabną moje ręce.

I drugi obraz, który także pokazuje nam, że modlitwa jest walką. Szokującym jest porównanie, którego Jezus używa w przypowieści. To porównanie między sędzią i Bogiem. Kim jest wdowa? W Biblii to człowiek najsłabszy, bezbronny, nie mający znikąd ratunku, tylko od Boga. I ta biedna wdowa musi się zmierzyć… z kim? Z surowym sędzią, z człowiekiem cynicznym, nieprzejednanym, niesprawiedliwym. Ona woła o sprawiedliwość. Pan Bóg mówi do nas: „Popatrz na tę wdowę! Jaka ona, w swojej walce, jest nieprzejednana!”. Z kim tak naprawdę walczymy na modlitwie? Na modlitwie ważny jest nie tylko zdrowy obraz siebie. Każdy z nas ma coś z owej wdowy, która musi walczyć z tym obrazem surowego sędziego. Na modlitwie często walczymy z naszymi projekcjami Boga. Na modlitwie często jesteśmy kuszeni: „Bóg cię nie słyszy. Bóg się z tobą nie liczy. Bóg o tobie zapomniał. Bóg jest surowy. Bóg jest sędzią”. Rozumiemy, jakim ćwiczeniem jest błaganie, którym staje się modlitwa. Ale chodzi przecież o to, co najważniejsze: o wiarę nie tylko w to, że Bóg jest, ale że jest Miłością i że nigdy o mnie nie zapomina, że zawsze „prędko” – jak mówi Jezus – przychodzi mi z pomocą. Tyle tylko, że nie zawsze czekamy na Niego na drogach, którymi On przychodzi. Czasami wyczekujemy Go na drogach, które są bardziej naszymi wizjami niż Jego wolą. Uwierzyć w Boga Miłości, także wtedy, gdy jestem w sytuacji wdowy, kiedy czuję się bezbronny i samotny, niesłuchany czy odrzucony lub niesprawiedliwie traktowany.

Pozostańmy z tym pytaniem: „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?”. Jezus zadaje nam je jakby na kolejną modlitwę, walkę, zmaganie, ćwiczenie. Czy Jezus znajdzie wiarę we mnie, gdy przyjdzie, gdy przychodzi teraz, w tej Eucharystii, w tych dniach, w moim codziennym życiu?

ks. Krzysztof Wons SDS

---------------------------------------------------------------------

W szkole św. Jana Kantego: pokochać siebie, by pokochać innych
homilia – 20 października 2010 r., w archidiecezji krakowskiej: uroczystość św. Jana Kantego
Syr 3,30-4,10; Ps 112 (111) 1.4.5-6.8-9; Jk 2, 14-17; Mt 25, 31-40

Być może w sercu niejednego i niejednej z nas pojawiło się pytanie, co to Słowo, które dziś słyszymy w liturgii, oznacza dla nas, którzy od tygodnia jesteśmy „na pustyni”, na rekolekcyjnej pustyni, jakby wyłączeni z życia codziennego? Co oznacza ono dla nas, którzy zostawiliśmy w domach naszych bliźnich i to tych najbliższych, najdroższych? Są przecież wśród nas matki, które zostawiły w domach swoje dzieci. Są żony, które zostawiły w domu swoich mężów i mężowie, którzy zostawili w domu swoje żony. Są wśród nas osoby konsekrowane, które pozostawiły swoje współsiostry czy swoich współbraci, być może również mając świadomość, że tam, we wspólnocie, ktoś z nich musiał podwójnie zakasać rękawy, by nas zastąpić. Są wśród nas kapłani, którzy zostawili swoje parafie. Pytamy siebie: czy to ma sens? Myślę, że niejedna osoba, która wpadłaby do tego domu z biegu, mogłaby pomyśleć o nas: „to jakaś grupa egoistów! ludzie, którzy przez tydzień zajmują się sobą, jakby nie obchodziło ich to, co dzieje się w ich domach, wśród najbliższych, a być może tam sobie teraz nie radzą!”. Czy to ma sens? Czy jest to usprawiedliwione? Czy jest jakikolwiek powód, dla którego można zostawiać innych i to będących w potrzebie?

Dziś Kościół stawia przed nami niezwykłą postać: św. Jana Kantego. Był księdzem, profesorem Akademii Krakowskiej. I było coś niezwykłego w tym człowieku. Należał do najwybitniejszych wówczas profesorów Akademii, a jednocześnie był człowiekiem tak zwyczajnym… Znali go w Krakowie również ci, którzy byli obdartusami. Znali go biedni, ludzie często bez chleba i bez ubrania. Było i tak, że wracał do domu bez swojego płaszcza, który zostawił jakiemuś potrzebującemu. Był tak zwyczajny i tak prosty, że wielu być może nawet tego nie rozumiało. A papież w bulli kanonizacyjnej powiedział o nim, że czerpał wiedzę z najczystszego źródła. Ten, który wykładał studentom na Akademii, kiedy wychodził z uczelni, wchodził do kościoła i wtedy on - wykładowca słuchał wykładu. Jego pierwszym Wykładowcą, pierwszym Profesorem życia był Pan Bóg. Podobno długie godziny spędzał przed Najświętszym Sakramentem i modlił się. Może nawet niejednemu do głowy by nie przyszło, jak to może tak być, że ten wielki i uczony człowiek, że ten ksiądz, ma tyle wyczucia, tyle czułości i wrażliwości na ludzką biedę. Wydaje się, że było w życiu św. Jana Kantego coś, czego my chcemy uczyć się tutaj, na rekolekcjach. Wiedza, wiedza sama w sobie, nie rozszerza serca. Bywa tak, że gdy wielka głowa odłączona jest od serca, wówczas serce zapada w sklerozę, wówczas serce wapnieje i jest to gorsze zwapnienie niż zwapnienie mózgu. Jan Kanty miał wielkie serce, bo jego głowa była połączona z sercem i odwrotnie: jego serce było połączone z głową. On wiedział, że tylko modlitwa może udrożnić drogę z głowy do serca i z serca do głowy. Przyznacie, że w codzienności my dużo wiemy. Wiemy, jak pomagać innych. Wiemy, jak winniśmy pomagać. Znamy swoje obowiązki, obowiązki wynikające z powołania, obowiązki względem najbliższych. Znamy swój zakres odpowiedzialności. My dużo wiemy, ale nie zawsze nasze serce potrafi za tym, co wiemy, pójść i to pójść do końca. Czasami wieczorem dociera do nas to, czego nie zrobiliśmy, a co powinniśmy zrobić. I znowu stwierdzamy, że tyle wiemy, a jednak serce za tym, co wiemy, nie poszło.

Kochani! Nie jesteśmy tutaj, w tym tygodniu, grupą egoistów, pod warunkiem, że jesteśmy tutaj dla siebie i dla tych, których na ten tydzień opuściliśmy. Trzeba naprawdę umieć w siebie zainwestować. Trzeba nauczyć się być sobą i z sobą, by być z innymi. Dlatego tak bardzo potrzebujemy samotności, bo w samotności najlepiej rozeznajemy i rozpoznajemy, jaka jest naprawdę relacja między mną i mną, to znaczy, jaka jest moja relacja do siebie samego. Czy potrafię zadbać o siebie, kiedy jestem głodny? Czy potrafię zadbać o siebie, kiedy czuję, że moje serce już od dawna woła o Ewangelię, o modlitwę? Niektórzy żartobliwie mówią, że wiedzą o tym, że Pan Jezus już od kilku dni szuka ich z brewiarzem, szuka słowem Pisma Świętego. Czy ja potrafię zadbać o siebie? Pustynia i samotność pokazują nam, jak niełatwo jest nakarmić siebie samego. A jeśli nie nauczę się karmić siebie, nie nauczę się wyczuwania głodu innych i nie będę umiał karmić innych. Jeśli nie zadbam o moje pragnienia, jeśli nie pozwolę sobie na to, aby być spragnionym i dać sobie pić, to nie zrozumiem pragnień innych ludzi, a mogę je nawet podeptać. Trzeba się również nauczyć być wobec siebie, który jestem przybyszem, trzeba umieć naprawdę spotykać się ze sobą. Wielu ludzi – znamy to zjawisko nazywane nerwicą weekendową – pracując i harując przez pięć dni marzy o weekendzie, a potem wyjeżdża do swojego domu letniskowego, jeśli taki mają, by pobyć tam kilka dni i by odpocząć, i okazuje się, że dalej harują, bo wolą harować niż spotkać się ze sobą. Pojawia się nuda. Niektórzy mówią, że nuda to brak umiejętności przebywania sam na sam z sobą. Jeśli nie nauczę się przyjmować siebie, nie zrozumiem przybyszów i nie będę miał dla nich czasu. Podobnie jest z naszą nagością, z naszymi chorobami, z naszymi zniewoleniami. Być może ktoś z nas, kiedy tutaj przyjechał, już w pierwszym dniu stwierdził, że od dawna siedzi w więzieniu, że już od dawna jest zamknięty lub czymś zniewolony. Pomyślałem, że dzisiejsza Ewangelia, która z pewnością mówi o naszych braciach i siostrach, do których wrócimy i o których Jezus się upomina, mówi również o tym bracie i tej siostrze, którzy są w nas. „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci Moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. Jezus uczy nas tutaj sztuki, która okazuje się jedną z najtrudniejszych, chociaż w świecie i w mediach tyle się o tym mówi. Jezus uczy nas sztuki kochania siebie samego. Uczy pokochać siebie. Jeśli nie pokocham siebie, trudno mi będzie pokochać innych.

Od wczoraj, uparcie, wystawiamy przed Wami kopię fragmentu obrazu Rembrandta. Wydaje się, że ten obraz jest kopią naszych największych pragnień. Każdy z nas tęskni, za tym, by naprawdę poczuć się w ramionach Ojca. W ramionach Ojca bowiem stygną nasze głupie myśli. W ramionach Ojca stygną nasze złości, którymi źle traktujemy siebie. W ramionach Ojca giną, jeśli Mu je oddamy, nasze grzechy, które nas najbardziej niszczą. Nic tak bardzo nas nie leczy, jak leczą ramiona Ojca. Bóg nas tak stworzył i liczy na to, że pójdziemy za Jego stwórczym pomysłem, że kiedy rodziliśmy się i opuszczaliśmy łono matki, to pierwsze i najważniejsze spotkanie, po naszym wyjściu z łona matki, było spotkaniem z ramionami matki. Zanim spotkaliśmy się z kimkolwiek czy z czymkolwiek innym, najpierw spotkaliśmy się z ramionami matki, które są przedłużeniem ramion Boga – Ojca o sercu matki. Dlatego w tej Eucharystii, kiedy powoli dobiegają końca nasze rekolekcje, jeszcze raz zanurzmy się razem z Jezusem w modlitwie do Ojca, to znaczy w Eucharystii, która objawia nam ramiona Ojca w Jezusie Chrystusie. Prośmy, aby Bóg dał nam serca kochające, serca tak bardzo kochające siebie, byśmy potrafili kochać innych. Prośmy, aby wszystko, co było trudne w tych dniach i co dla niektórych z nas było ogromnym wysiłkiem w przyjmowaniu siebie i uczeniu się na nowo miłości, zaowocowało, gdy wrócimy do domu, w naszych pierwszych i następnych spotkaniach z najbliższymi i z tymi wszystkimi, do których On nas pośle. Prośmy o to z pokorą za przyczyną tego pięknego i świętego kapłana, św. Jana Kantego.

ks. Krzysztof Wons SDS

--------------------------------------------------------------------

Zginam kolana przed Ojcem i… dziećmi Takiego Ojca
homilia – czwartek 29 tygodnia zwykłego, 21 października 2010 r.
Ef 3, 14-21; Ps 33, 1-2.4-5.11-12.18-19; Łk 12, 49-53


W Słowie na dziś zatrzymuje mnie wyznanie św. Pawła Apostoła: „Zginam kolana moje przed Ojcem, od którego bierze nazwę wszelki ród na niebie i na ziemi…”. Kiedy wczytuję się w to Słowo, raz po raz wraca w mojej pamięci osoba i myśl Zmarłego Współbrata, ks. prof. Tadeusza Stycznia, którego pogrzeb właśnie teraz, w godzinie zakończenia naszych rekolekcji, odbywa się w niedalekiej Trzebini.

W świadectwie, zamieszczonym w numerze 11 „Zeszytów Formacji Duchowej” z 1999 r. ks. prof. Tadeusz Styczeń wspominał: „Jestem już w szkole, klasa chyba trzecia. I oto Władek, kolega z lewej strony w ławie szkolnej, dostał właśnie na lekcji religii od księdza Jana Klimczaka, przygotowującego nas do pierwszej Komunii Świętej, pytanie: ‘Kto cię stworzył?’. Władek wstał, spuścił głowę, poczerwieniał cały, licząc. Dlaczego? Czemu nie mówi zaraz tego, o czym wszyscy w klasie wiemy, że Pan Bóg przecież nas stworzył. Słychać jakieś szmery dokoła. Pyta ksiądz powtórnie: „Dlaczego nie odpowiadasz?’. I wtedy Władek, cały już w pąsach, przerwał ciszę wykrztusiwszy z siebie tylko jedno słowo, zamiast tych dwu oczekiwanych przez całą klasę i księdza. Nie powiedział: ‘Pan Bóg’. Powiedział: ‘Tatuś’. // Tym razem ksiądz poczerwieniał cały. Nastało nieznośne milczenie. Niektóre dziewczynki pochowały głowy pod ławami za fartuszki. I wreszcie ksiądz przemówił: ‘Władek, tyś to ciekawie ujął. Bo właśnie wtedy, gdy tatuś i mama się kochają, to Pan Bóg daje im dziecko. On tak stwarza. To coś wypowiedział o tatusiu, to Boża przede wszystkim sprawa. Nie tylko i nie przede wszystkim tatusia i mamy, ale cała ona jest święta, bo Boża… Czy nie to miałeś na myśli? Mówisz przecież codziennie do Boga: ‘Ojcze nasz’. // Władek, wciąż w pąsach, głębiej jeszcze spuścił głowę na znak przytaknięcia księdzu. Pamiętam do dziś ten dzień, także jako dzień, w którym wracaliśmy ze szkoły do domu po tej lekcji w zamyśleniu, bez biegu na wyścigi, ale obok siebie i nic nie mówiąc z Władkiem i o Władku. Ani o księdzu. Ale też śladu z dowcipów, którymi popisywali się niekiedy na ten temat niektórzy z kolegów… // Tak. Dziecko, które rodzi się w wyniku miłości rodziców jest dla nich darem Boga Ojca. Ta miłość to w takim razie coś bardzo wielkiego i świętego. Jam jest dzieckiem mych rodziców, mamusi i tatusia, ale równocześnie, a nawet przede wszystkim dzieckiem samego Boga. Bóg jest Ojcem każdego z nas. Dlatego wszyscy mówimy do Boga: ‘Ojcze nasz’” (T. Styczeń, Jak odkryłem i jak przeżywam ojcostwo, ZFD 11/1999, s.123-124).

Ksiądz profesor Tadeusz często powtarzał, że jest tylko jeden na to sposób, by człowiek zobaczył swą wielkość i żeby ją wybrał. Człowiek może zobaczyć kim jest, może zobaczyć i wybrać swoją wielkość, o ile zobaczy, jakiego Ojca jest dzieckiem. To, jakiego Ojca jesteśmy dziećmi, tylko wtedy, gdy spojrzymy w Jego stronę poprzez to okno na Niego, którym jest Jego Jednorodzony Syn, dany nam, ludziom, w darze”. Jezus został nam dany przez Ojca dany właśnie po to, aby każdy z nas zobaczył kim jest sam w sobie, skoro jest tyle wart w oczach Ojca, skoro jest wart w oczach Ojca ceny Jednorodzonego Syna. Całe życie tego salwatorianina pochodzącego z podkrakowskich Wołowic było ukierunkowane ku temu, by pomóc innym w odkrywaniu tego, kim są, skoro są dziećmi takiego Ojca. On służył rodzeniu człowieka do pełni człowieczeństwa poprzez ukazywanie mu Ojca. Budził ludzi do życia poprzez ukazywanie im ich Ojca. Budził ludzi do życia poprzez odkrywanie najgłębszego źródła ich niezwykłej godności – godności dziecka Bożego wymierzonej ceną Krwi Boga-Człowieka konającego na krzyżu dla ocalenia w nas tej godności. W cytowanym już świadectwie, które napisał dla czytelników Zeszytów Formacji Duchowej, wyznał: „Na progu mej aktywności jako nauczyciela uniwersyteckiego na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim powziąłem w sposób świadomy decyzję, że we wszystkich działaniach profesora etyki musi mi chodzić wyłącznie o to tylko jedno: Pokazywać swym studentom, słuchaczom, kim są, skoro są dziećmi takiego Ojca. Ojca, który każdemu z nas bez przerwy stwórczo wyznaje: ‘Jak dobrze byś był, dlatego: Bądź! Stań się!’ I my tylko dlatego, tylko dzięki temu stwórczemu wyznaniu miłości Boga-Ojca do nas jesteśmy, czy myślimy o tym czy nie. Stajemy się jednak w pełni sobą, gdy stajemy się z wyboru dziećmi Boga jako swego Ojca, gdy wybieramy świadomym wyborem Jego wybranie. Mój Mistrz Karol Wojtyła zamknie to w krótkim: ‘Swoim jestem, gdy jestem z wyboru Twoim’” (tamże, s. 129-130). Do tego zdania z dramatu Karola Wojtyły pt. „Promieniowanie ojcostwa” ks. Styczeń często się odwoływał: dopiero wtedy jestem mój, gdy cały jestem z wyboru Twój. Oto co znaczy zobaczyć i wybrać swoją wielkość: zobaczyć, jakiego Ojca jestem dzieckiem, oraz wybrać siebie, jako dziecko takiego Ojca.

Gdy dziś czytam wyznanie św. Pawła: „Zginam kolana moje przed Ojcem, od którego bierze nazwę wszelki ród na niebie i na ziemi…” przywołuję w pamięci również słowa kazania kardynała Karola Wojtyły z okazji 50-lecia śmierci br. Alberta Chmielowskiego: „Im bardziej Bóg udziela się duszy, im bardziej się do niej przelewa przez dary Ducha Świętego, tym bardziej rzuca ją na kolana. Tak właśnie na kolana rzucona została dusza Adama Chmielowskiego przed niewypowiedzianym majestatem Boga, świętością i miłością Boga. Ale Bóg w przedziwny sposób działa w dziejach człowieka. Oto rzucając go przed sobą na kolana, każe mu równocześnie uklęknąć przed jego braćmi, bliźnimi. Tak właśnie stało się w życiu Brata Alberta: rzucony na kolana przed majestatem Bożym, upadł na kolana przed majestatem człowieka, i to najbiedniejszego, najbardziej upośledzonego, przed majestatem ostatniego nędzarza”. I myślę sobie, że człowiek, który zgina kolana przed Ojcem Niebieskim, uczy się zginać kolana przez każdym dzieckiem tego Ojca, przed każdym dzieckiem takiego Ojca. Tego uczy nas najpierw Jezus, Syn Boży, zginający kolana przed Ojcem Niebieskim i zginający kolana przed uczniami w Wieczerniku, by umyć im nogi. Tego uczył sam Papież  Jan Paweł II. Często widzieliśmy go na klęczkach, na modlitwie, ale widzieliśmy go również, kiedy w czasie pielgrzymek po wyjściu z samolotu, całował ziemię do której pielgrzymował. Nim spojrzał ludziom w oczy, nim dotknął ich rąk, zanim przystąpił do sprawowania wśród nich Eucharystii, najpierw naśladował Jezusa w bezsłownym geście z Wieczernika. Gest przyklęknięcia i ucałowania śladów stóp ludzi tej ziemi będzie stanowić wykładnię wszystkich dalszych z nimi spotkań (por. T. Styczeń, Kim właściwie jest Jan Paweł II?, w: T. Styczeń, St. Dziwisz, Modlitwa w Getsemani trwa, Lublin, 2003, s. 36-37). Jestem przekonany, że tego klękania przed Takim Ojcem i szacunku dla każdego dziecka Takiego Ojca uczył nas zmarły Ksiądz Profesor. Oto Chrystusowy sposób rzucania ognia na ziemię – Miłość pokorna.

Miłość pokorna. Kiedy sięgając dziś, w czasie liturgii, po Ewangelię, słyszę słowa Jezusa: „Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął”, przychodzi mi na myśl incydent w pobliżu miasteczka samarytańskiego, którego mieszkańcy nie przyjęli Jezusa na nocleg. Jakub i Jan, synowie Zebedeusza, nazwani synami gromu, pytają Jezusa: „Panie, czy chcesz, a powiemy, aby ogień spadł z nieba i spalił to miasto?”. Jezus stanowczo zakazuje uczniom odwoływania się do przemocy. Jezus raczej da się spalić na stosie niż odwoła się do przemocy, do której chcieliby się odwołać Jakub i Jan. Jezus nie przyszedł świata spalić, potępić czy odrzucić, ale przyszedł świat zbawić. Jezus raczej da się ukrzyżować niż złamie ludzką wolność. I choć wielu Jezusa do tego kusiło, nie zstąpił z krzyża, bo chciał pokazać mnie i Tobie, o jaką wielkość w człowieku, we mnie i w Tobie, Ojciec niebieski, pomimo, grzechu człowieka, zabiega. Jezus nie zstąpił z krzyża, by nam pokazać, jak wielkie są rozmiary i konsekwencje grzechu, skoro aż taka interwencja ze strony Boga okazała się nieodzowna. Jezus nie zstąpił z krzyża również dlatego, by nam pokazać, jak wielka jest miłość Boga do człowieka, skoro do takiej interwencji Bóg z miłości do człowieka wciąż jest gotów (por. T. Styczeń, Człowiek w ‘Dzienniku duchowym’ Ojca Jordana, w: Gdy mocą człowieka jest Pan. Duchowość Ojca Franciszka Marii od Krzyża Jordana w świetle jego ‘Dziennika duchowego’, red. K. Wons, Kraków 1995, s. 221). Jezus przyszedł „ogień rzucić na ziemię”, przyszedł zapalić serca miłością, przyszedł pokazać do czego, do jakiej ofiary, jest zdolny dla człowieka, nawet tego człowieka, który teraz Go odrzuca.

W 2000 r. Prezydent RP Aleksander Kwaśniewski przyznał ks. Tadeuszowi Styczniowi Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Profesor nie przyjął jednak tego wysokiego odznaczenia. Odmowę uzasadnił tym, że dokument przyznający mu to odznaczenie byłby sygnowany podpisem tego samego Prezydenta, który widnieje również pod ustawą z dnia 30 sierpnia 1996 r. wyjmującą w Polsce, nazywanej domem dla wszystkich, spod wszelkiej ochrony prawnej życie tysięcy bezbronnych dzieci przed ich narodzeniem się. Tak postąpił zmarły Ksiądz Profesor broniąc nie mających głosu dzieci Takiego Ojca. Profesor nie szukał honorów i zaszczytów, ale szukał woli Ojca Niebieskiego. Klękał przed Ojcem Niebieskim, w którym rozpoznawał Takiego Ojca, i klękał z szacunkiem przed każdym z dzieci Takiego Ojca. Czy ja potrafię zginać kolana przed Ojcem, od którego bierze nazwę wszelki ród na niebie i na ziemi? Czy ja również potrafię zginać kolana przed dziećmi tegoż Ojca, uszanować dzieci Takiego Ojca? To nie jest domena tylko herosów ducha, jak Jan Paweł II czy jego wierny uczeń i następca na katedrze etyki w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Postawa Księdza Profesora przywołuje w mojej pamięci historię z pierwszej połowy bieżącego roku. To historia stewardessy, Mª Belén López Delgado, która towarzyszyła hiszpańskiej Parze Królewskiej w Jej pierwszym locie do Rzymu. Pamiątką tego wydarzenia, jedną z bardziej przez nią cenionych, było zdjęcie Pary Królewskiej ze specjalną dla niej dedykacją. W marcu 2010 r. odesłała królowi to cenne dla niej zdjęcie, które spoczywało na znaczącym miejscu w jej domu uzasadniając, że w jej domu nie może zajmować pierwszego miejsca zdjęcie monarchy, w założeniu katolickiego, który popiera, swym podpisem, ustawę rozszerzającą aborcję, pozostawiającą kobietę bez wsparcia czy ograniczającą władzę rodzicielską rodziców względem ich niepełnoletnich córek w ciąży.

Wsłuchując się w wyznanie św. Pawła: „Zginam kolana moje przed Ojcem, od którego bierze nazwę wszelki ród na niebie i na ziemi”, prośmy i my razem z nim, by Bóg „według bogactwa swej chwały sprawił w [nas] przez Ducha swego wzmocnienie siły wewnętrznego człowieka”. Prośmy, byśmy potrafili zginać kolna przed Ojcem Niebieskim oraz okazać należny szacunek również wszystkim dzieciom Takiego Ojca; byśmy również potrafili naśladować Jezusa w rzucaniu ognia miłości na ziemię.

ks. Piotr Szyrszeń SDS

--------------------------------------------------------------------

 

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl