O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Jak rozwijać wrażliwość duchową i moralną? 6-8 maja 2011< ...


Jak rozwijać wrażliwość duchową i moralną?
Szkoła Kierownictwa Duchowego
6-8 maja 2011

W dniach od 6 do 8 maja 2011 roku gościł w naszym domu o. Wojciech Giertych OP. Dominikanin pełniący od sześciu lat posługę Teologa Domu Papieskiego prowadził sesję formacyjną pt. „Jak rozwijać wrażliwość duchową i moralną?”. W spotkaniu uczestniczyło 110 osób.


Wojciech Giertych OP (prowadzący sesję) i Krzysztof Wons SDS (dyrektor CFD)

Ojciec Wojciech Giertych jest członkiem Zakonu Kaznodziejskiego. Profesję zakonną złożył w 1976 r., a święcenia kapłańskie przyjął w 1981 r. Pracę doktorską z teologii obronił na Papieskim Uniwersytecie św. Tomasza z Akwinu w Rzymie; jest również magistrem historii. Jest wykładowcą teologii moralnej na wspomnianym rzymskim Uniwersytecie Angelicum.

1 grudnia 2005 r. Wojciech Giertych OP został powołany przez Benedykta XVI na stanowisko teologa Domu Papieskiego. Jest również konsultorem Kongregacji Nauki Wiary, a od 4 marca 2010 r. członkiem Papieskiego Komitetu ds. Międzynarodowych Kongresów Eucharystycznych.

Sesja "Jak rozwijać wrażliwość duchową i moralną?" odbywała się w ramach Szkoły Kierownictwa Duchowego. Podobnie jak inne spotkania była przeżywana w klimacie pustyni, ciszy i medytacji. Uczestnicy wprowadzani byli w modlitwę i rozeznawanie duchowe. Mieli możliwość skorzystania z sakramentu pokuty i indywidualnej rozmowy z kierownikiem duchowym.

Prowadzący spotkanie weekendowe wykładowca teologii moralnej podejmował takie tematy jak: Tragiczne owoce rozwodu duchowości z moralnością; Żywa wiara otwarciem na łaskę; Fides et liberum arbitrium: Łaska wewnątrz wolności; Fides et actio: Łaska wewnątrz moralnych kroków; Fides et passio: Łaska wewnątrz emocji; Fides et ratio: Łaska wewnątrz myślenia. 

---------------------------------------------------------------------

HOMILIE
wygłoszone w czasie sesji
przez o. Wojciecha Giertycha OP

Trzymać się Chrystusa i nie mieszać ludzkich pomysłów z wiarą
homilia – piątek II tygodnia wielkanocnego, 6 maja 2011
1 Kor 15, 1-8; Ps 19, 2-5; J 14, 6-14

"Pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy". Filip obcując z Jezusem ma przeczucie, że Bóg jest Ojcem. Stary Testament nie objawił Trójcy Świętej, nie objawił Ojcostwa Boga, ale Filip w obcowaniu z Jezusem to przeczuwa. Przeczuwa, że warto być dzieckiem wobec Boga, który jest Ojcem. W centrum życia duchowego jest trwanie wobec Boga jak dziecko. Jezus tego właśnie uczył Apostołów; uczył ich ufności wobec żywego Boga. Bóg jest tajemniczy. Bóg ukrywa się w tajemnicy. Bóg nie jest filozoficzną zagadką, ale jest odpowiedzią na zagadkę istnienia świata, bytu, kosmosu. Bóg jest Ojcem i właśnie dlatego, że jest Ojcem, stał się Stwórcą. Dlatego, że jest Ojcem przeznaczył nas dla siebie, abyśmy my byli dziećmi Bożymi, jeszcze zanim świat stworzył. Bóg ukrywając się w tajemnicy, którą się penetruje nie tylko rozumem, ale wiarą - wiarą, w której jest ufność - Bóg kryjąc się w tajemnicy pokazuje, że jest Osobą, że jest Ojcem. Boga nie można wyczerpać prostą formułą. Trzeba ku Niemu wnikać, ku Niemu zmierzać poprzez wiarę. Poprzez to ukrycie się w tajemnicy Bóg ukazuje, że jest Osobą, że jest Ojcem. Takiej właśnie więzi z Ojcem pragnie Filip. Jezus mu odpowiada, że aby poznać Ojca, wystarczy poznać Jezusa: "Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca. Dlaczego więc mówisz: Pokaż nam Ojca?" (J 14, 9). Ojca poznaje się głębiej poprzez Syna, poprzez Jezusa. Jezus jest drogą do Ojca. Poznać Jezusa to poznać jego więź z Ojcem i poprzez Niego poznać drogę do Ojca. Duch Święty kieruje nas do Jezusa, a Jezus kieruje nas do Ojca. Bo Jezus jest oczami, rękoma, sercem Ojca. Jezus jest słowem Ojca, jest zamysłem Ojca dla świata. Dlatego Jezus mówi: "słów tych, które wam mówię, nie wypowiadam od siebie" (J 14, 10). Jezus mówi to, co otrzymał i to, co otrzymał przekazuje. Przekazuje treść otrzymaną od Ojca, która najpełniej wyraża się w Nim samym.

W wierze jest przyjęcie treści otrzymanej. Wiara jest cnotą wlaną w naszą duszę przez Boga, ale treść wiary jest przekazana w Objawieniu, jest przekazywana dalej w Kościele. U podstaw naszej wiary jest przyjęcie tej treści, która została przekazana. Ta treść najpełniej odsłania się w Misterium Paschalnym, w całkowitym darze Jezusa na krzyżu i Jego zmartwychwstaniu. W Misterium Paschalnym mamy całkowity dar Ojca w miłości ukazany w Jezusie. Jezus się wydał i tym Jego wydaniem siebie za nas jest dar Jezusa i zarazem dar Ojca dla nas. I to trzeba żebyśmy wiarą przyjęli. Jeżeli nie przyjmujemy tego wiarą, to stajemy się nierozumni. Dwa razy w Nowym Testamencie mamy to sformułowanie: „O, nierozumni”. Tak napisał św. Paweł do Galatów, którzy nie byli otwarci na dar (Ga 3, 1.3) i tak powiedział Jezus uczniom idącym do Emaus: "o, nierozumni,…" (Łk 24, 25). Jest pewna rozumność w pokorze umysłu w wierze, która "wychyla" umysł dalej ku tajemnicy. Rozum musi przyjąć Misterium Paschalne jako takie, jako tajemnicze i odsłaniające Ojca. Pan Jezus w drodze do Emaus mówi: "czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały?" (Łk 24, 26) W Chrystusie został ukazany ojcowski zamysł wobec człowieka, a uczniowie do Emaus mówili: "a myśmy się spodziewali,…" (Łk 24, 21), "a myśmy mieli nasze własne pomysły, nasze własne oczekiwania".

Aby więc wzrastać we wierze ważne jest, aby nie mieszać naszych ludzkich pomysłów z wiarą. Sobór w Chalcedonie sprecyzował istnienie jednej Osoby Jezusa Chrystusa i wskazał, że w Jezusie są dwie natury: natura Boska i ludzka w jednej Osobie. Ów Sobór Chalcedoński powiedział, że te dwie natury w Jezusie Chrystusie są odrębne i nie zmieszane. Pojawia się tam greckie słowo "asynkhytos" – "niezmieszany". Natomiast jest ogromna pokusa gnozy, pokusa mieszania, wymieszania razem obu dyskursów: dyskursu rozumu - dyskursu naszych własnych pomysłów: "a myśmy się spodziewali…", dyskursu naszych własnych planów [z jednej strony] oraz tej tajemnicy, która się objawiła [z drugiej strony]. Ogromną pokusą jest mieszanie wiary z jakimś argumentami i z jakimiś racjami, które są spoza wiary. Największe zamieszanie, które pojawiło się w wielu krajach, w Kościele w latach posoborowych, polegało właśnie na tym, że zaczęto stawiać na najwyższym poziomie jakieś nauki: czy to nauki historyczne, czy lingwistyczne, czy archeologię biblijną, czy jakieś pomysły, jak urządzić ten świat, czy jakieś ideologie polityczne, lewicowe lub prawicowe, w związku z określoną partią, czy jakieś kierunki socjologiczne lub psychologiczne, czy nawet własne nasze pomysły duszpasterskie, które stały się ważniejsze niż tajemnica wiary. Wszelkie próby przerobienia wiary tak, aby ona pasowała do ludzkich oczekiwań, niszczą wiarę. Jeżeli mówi się, że wiara to jest właściwie to samo, co jakiś program naukowy albo jakiś program polityczny albo jakiś program społeczny, że wiara to jest właściwie to samo, to jest to przerobienie wiary na wiedzę, na jakiś nasz program. Czy wiara ma polegać na tym, że ma właśnie tak funkcjonować, jak nam się wydaje, jak jest stosowne w naszym kraju, w naszej społeczności? Czy wiara na tym właśnie polega? Nie. To jest przerabianie tajemnicy na nasze własne pomysły. I prości wierni wyczuwają, że tu się dokonało jakieś niewłaściwe przesunięcie akcentów, że wiara jest przerabiana na coś innego. I dlatego dyskurs rozumu, słuszny i uzasadniony, oraz perspektywa wiary, która otwiera na tajemnicę, muszą pozostać odrębne i niezmieszane.

Oczywiście nasz rozum ma swoją godność, jest miejsce dla filozofii. Rozum może maksymalnie swoimi metodami docierać do prawdy i trzeba, by zmierzał do pełni prawdy. Również wewnątrz wiary jest miejsce dla szukania inteligibilności wiary, czyli wewnetrznych konturów prawdy wiary, dla przyglądania się prawdzie objawionej. Tajemnica wiary, która przyjmujemy, może stać się tematem naszej refleksji i trzeba, żeby tak było. Lubię to porównywać z programem komputerowym: większość z nas pracuje na komputerze i w komputerze mamy program i korzystamy z niego' Ale właściwie to my korzystamy tylko z 5% możliwości, które ten program daje. Potem przychodzi moment, że musimy zrobić coś trudniejszego i nagle odkrywamy, że w tym programie komputerowym, który mamy, są jakieś dotąd nie odkryte przez nas możliwości, że możemy jeszcze zrobić to czy tamto. Kiedy się odkryje tę nową możliwość, to jest to jakieś "rozpakowanie" tegoż programu, z czym wiąże się radość, że możemy jeszcze to czy tamto zrobić. To samo trzeba, by się dokonywało z naszą wiarą, z tajemnicą wiary, którą przyjmujemy jako taką, ale możemy ją niejako "rozpakowywać". Możemy zobaczyć, jaka jest przyczyna, jakie są konsekwencje, jakie są reperkusje. Równocześnie jednak musi pozostać otwartość na tajemnicę. Umysł ludzki ma prawo kierować się każdym pytaniem, każde pytanie się jest dozwolone, ale umysł ludzki spotyka ciemny punkt tam właśnie, gdzie chciałby najwięcej wiedzieć. Wierząc spotykamy Chrystusa i napotykamy na ciemny punkt. W wierze jest pokora umysłu, jest zgoda na to, że Bóg jest większy niż pojemność naszego umysłu. Wiara to pokora umysłu. Wiara nie jest negacją umysłu, ale wyprowadzeniem tego daru ku życiodajnej tajemnicy. Dlatego trzeba trzymać te oba dyskursy: dyskurs naszych własnych pomysłów, naszego rozumu i naszej nauki oraz perspektywę wiary oddzielnie i nie mieszać ich; trzeba, by one były oddzielne i nie zmieszane.

Wiara to nie fideizm. Wiara nie oznacza twierdzenia, że wierzę w coś, ponieważ to coś jest absurdalne. Możemy przyglądać się treściom wiary, ale nie należy podporządkowywać wiary jakimś treściom, programom czy zamysłom, które są spoza wiary. Dbać o czystość wiary to nie tylko dbać o dokładność formuł wiary, ale również dbać, by nie dokonywała się pewna selekcja pomiędzy prawdami wiary według jakichś czysto ludzkich celów i kryteriów. Jeżeli czasem nasza intuicja wiary zwróci nam uwagę: "a bo to się nie zgadza z naszym zwyczajem" albo "tego nigdy nie było w naszej społeczności, w naszej wspólnocie" albo "to jest coś nowego" i to się odrzuca, to takie postępowanie jest jakimś wykluczeniem tajemnicy wiary. Nie należy dokonywać selekcji według naszych kryteriów, tylko na odwrót: trzeba przyzwyczajać nasz umysł, przyzwyczajać się do tego, że mierzymy nasze życie według tego zasadniczego kryterium, jakim jest Misterium Paschalne, jakim jest Chrystus. A więc trzeba mierzyć własne życie poprzez najwyższe kryterium, jakim jest Jezus, Syn Ojca, Słowo Ojca, ukazane w Misterium Paschalnym. I trzeba zgodzić się na to, że tajemnica wiary zamieszka w naszym umyśle, zagości w naszym myśleniu, w naszym decydowaniu i w naszym odczuwaniu, w naszym życiu i w naszej kulturze. Nie można traktować wiary jako takiej cienkiej warstwy, która jest nalepiona na zewnątrz naszego życia, które się toczy według własnych kryteriów. Trzeba, aby tajemnica wiary nas przenikała. Kto przyjmie wiarę Chrystusa, będzie miał przystęp do Ojca, a nawet więcej… Jezus mówi, że kto w Niego wierzy, będzie dokonywał większych dzieł niż On (por. J 14, 12). Co to znaczy? Nie bardzo wiemy, ale żyjemy tą nadzieją, że będziemy dokonywali większych dzieł niż Jezus, jeżeli będziemy trzymać się wiary, jeżeli będziemy trzymać się Chrystusa.

---------------------------------------------------------------------

Kryzys okazją do oczyszczenia i pogłębienia wiary
homilia – sobota II tygodnia wielkanocnego, 7 maja 2011
Dz 5, 34-42; Ps 33, 1-2.4-5.18-19; J 6, 16-21

W Ewangelii uczniowie byli przerażeni. Byli przerażeni nie tylko z powodu niezwykłego zjawiska fizycznego, że Jezus chodził po wodzie. Oni rozpoznali w Jezusie Jego Bóstwo, Jego moc nadprzyrodzoną i to dopiero ich przeraziło. Przeraziło ich to, że Bóg ich dotyka i ta ich reakcja była podobna do reakcji Piotra: "Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny" (Łk 5, 8). Ta ich reakcja była podobna do reakcji Józefa, kiedy dowiedział się, że Maryja poczęła za sprawą Ducha Świętego. Józef się przeraził. Gdyby to się stało za sprawą sąsiada, to może by jakoś rozumiał, ale za sprawą Ducha Świętego? Duch Święty wszedł w jego małżeńskie życie w sposób zupełnie niebywały i Józef się przeraził. Jest w nas jakiś lęk przed Bogiem, który dotyka; przed Bogiem, który wkracza w nasze życie. Gdy nadprzyrodzoność wkracza w zwyczajne życie, pojawia się przerażenie, że Bóg "miesza" w tym naszym życiu, że Bóg nam przestawia szyki i że wprowadza w niewiadomą, w coś, czego nie znamy. Szczególnie mężczyźni bardzo się boją Boga. Uciekają przed dotknięciem Boga, bo to jest jakaś niewiadoma, nad którą nie można panować.

Mamy inne podobne wydarzenie w Ewangelii: Piotr, wezwany przez Jezusa, chodzi po wodzie. To chodzenie po wodzie jest symbolem życia wiarą. Gdy wierzymy, opieramy się na tajemnicy, a tajemnica jest niepewna. Czasem oczywiście mamy taką łatwość, że możemy chodzić po jeziorze, ale gdy jezioro jest zamarznięte, gdy jest na nim gruby i twardy lód. Ale gdy jezioro jest nie zamarznięte, pojawia się niepewność, bo brak fundamentu. Kiedyś byłem w Kanadzie razem ze współbratem, Murzynem, który był przełożonym, prowincjałem w Afryce Zachodniej. Zabrali nas nad zamarznięte jezioro. Temu współbratu wcale się nie podobało to, że ma chodzić po wodzie. Nigdy przecież nie widział zamarzniętego jeziora. Dość konkretnie bał się wejść na ten lód. Obraz, który nam pokazuje ta Ewangelia – obraz chodzenia po wodzie – jest symbolem naszej zgody na tajemnicę w życiu. Trzeba mieć odwagę, by stać na mocnym fundamencie, jakim jest "chodzenie po wodzie", jakim jest opieranie się na tajemnicy wiary.

Uwierzyć w dogmaty wiary… To nam przychodzi względnie łatwo. W niedzielę recytujemy "Credo" aż "Amen" i to wszystko, co mówimy, akceptujemy. Ale uwierzyć, że Bóg jest obecny w naszym życiu: w tym życiu, w którym był grzech, w którym były gafy, pomyłki i błędy; w tym życiu, w którym są sytuacje od nas niezależne, które nas niepokoją, które nam "mieszają"; w życie, w którym wcale nie jest tak idealnie, jak miało być? Bo zawarło się związek małżeński, bo myślało się, że będzie idealnie, że będą same piękne róże, a potem pojawiły konflikty, trudności czy nieporozumienia. Wstąpiło się do zakonu, miało być święcie i ładnie, a w klasztorze to nie wszyscy wkoło są tacy święci i wcale nie jest łatwo. Trzeba wierzyć w moc łaski i budować życie konsekrowane czy małżeństwo na tym mocnym fundamencie, jakim jest "chodzenie po wodzie". Iść do przodu, za Chrystusem, ku niewiadomej, którą On dla nas ma.

Jakie jest nasze powołanie życiowe, dowiemy się w momencie śmierci. Widzimy tylko światełko na dzisiaj i to światełko podejmujemy. A jaki był najważniejszy moment w naszym życiu, który nas ukształtował, który był najmocniejszy? O tym dowiemy się w momencie śmierci. Bóg ukazuje przed nami tylko światełko. A co będzie dalej? To się okaże. Pamiętam tuż przed moim wstąpieniem do zakonu (może nie zupełnie "tuż przed", ale na krótko przed wstąpieniem) byłem w Bieszczadach. Tam jest taka góra, która nazywa się Grzebień, ponieważ gdy spogląda się na nią z dołu, to żleby tworzą takie kształty, jakby to był grzebień. Można iść szczytem tej góry, jest mniej więcej równo, raz pod górę, innym razem nieco w dół, z prawej strony przepaść i z lewej strony przepaść. Kiedy jest mgła, to widać tylko mgiełkę i tylko ten krótki kawałek ziemi przed sobą. To jest coś podobnego, jak w sytuacji, gdy Naród Wybrany szedł przez wody Morza Czerwonego: był mur wody z prawej i lewej strony, ale w każdej chwili ten mur mógł się "załamać, zawalić" i ich pochłonąć. Przed nimi Pan Bóg z takim małym światełkiem, w takim lekkim obłoczku. A z tyłu wojska egipskie. I co robić? Iść do przodu! Iść do przodu! To jest nasza pielgrzymka wiary, którą realizujemy z odwagą, z ufnością oraz pewną niepewnością. Ważne jest, by nie narzucać Bogu naszych pomysłów, nie wymagać od Boga, żeby było "po naszemu", tak jak myśmy sobie zaplanowali. Tylko zgadzać się na tę pielgrzymkę wiary, w czasie której wyrastają krzyże tam, gdzie ich nie chcemy i gdzie ich nie planowaliśmy, gdzie byśmy ich nie chcieli; w czasie której wyrastają trudności tam, gdzie byśmy się ich nie spodziewali. Ale Bóg nas prowadzi! Bóg prowadzi poprzez kryzysy, poprzez trudności, abyśmy wierzyli głębiej.

W moich konferencjach mocno trzymam się Tomasza z Akwinu. Św. Tomasz z Akwinu daje perspektywę życia duchowego i życia moralnego widzianą ze szczytu. A my na tym szczycie nie jesteśmy i często nie dorastamy do tego obrazu, który św. Tomasz nam pokazuje. Jest czymś bardzo ważnym, by widzieć dobrą perspektywę, żeby wiedzieć, jak funkcjonuje dojrzały człowiek ukształtowany przez łaskę. Jednak nasze praktyczne życie wcale nie jest na poziomie tego szczytu. Zmagamy się, idziemy przez trudności i kryzysy. Dlatego w Kościele też jest miejsce dla tradycji karmelitańskiej, która opisuje właśnie kryzysy i oczyszczenie. Są dwa rodzaje oczyszczeń: oczyszczenia czynne i bierne. Oczyszczenia czynne to są oczyszczenia, których dokonujemy my sami. Robimy jakiś rachunek sumienia, spoglądamy na siebie, widzimy, że coś jest nie tak, podejmujemy postanowienie poprawy, próbujemy się jakoś dźwignąć i jakoś "się poprawić, siebie poprawić", ale z czasem wiemy, że niewiele z tego wynika. Tych rachunków sumienia było wiele, tych prób poprawy było wiele, a problemy pozostały. Są też oczyszczenia bierne, w których to Bóg sam wkracza i Bóg sam dokonuje wypalenia w nas tego, co jest niewłaściwe. Można to sobie wyobrazić tak, że my jakoś to nasze życie zaklepaliśmy. Jakieś słabości, które w nas są, jakieś grzechy, jakieś niewierności, jakieś momenty pychy, jakoś żeśmy tam w sobie zakleili. Jest jakaś pokojowa koegzystencja dobra ze złem w nas.

Jakoś tam funkcjonujemy i nie chcemy niczego zmieniać. To tak, jak ten żebrak, który robił sobie budżet i planował wydatki na najbliższy czas. Planował, że powiedzmy będzie miał sto złotych: pięćdziesiąt złotych pójdzie na wódkę, trzydzieści - na chleb, a dwadzieścia - na mięso. Ale pomyślał, że za mało przewidział na mięso, więc zmienia plan: pięćdziesiąt złotych na wódkę, trzydzieści - na mięso, dwadzieścia - na chleb. Po chwili myśli: "a gdzie owoce?" i znów koryguje plan: pięćdziesiąt złotych na wódkę, dwadzieścia - na chleb, dwadzieścia - na owoce, dziesięć - na mięso. Znowu coś i znowu zmienia: pięćdziesiąt złotych na wódkę… I na tym koniec, reszta jest nieważna, bo wódka go wyprowadza poza ten świat, bo wódka mu daje jakąś quasi transcendencję, jak gdyby transcendencję. Wódka daje mu coś, czego on nie ma. Dlatego w przygotowywanym przez niego budżecie pierwszy punkt jest nienaruszalny: wydatków na wódkę się nie rusza. W pokojowej koegzystencji dobra ze złem w nas bywa, że jest coś, co żeśmy zaklepali, do czego nie zaglądamy, czego nie zmieniamy, czego nie kwestionujemy, bo… "tak ma być". Oczyszczenie bierne polega na tym, że Pan Bóg przychodzi i zaczyna nam burzyć ten pogląd.

Inny obraz, który nam może pomóc: w jakimś kraju było wiele korupcji, mafie, jakieś tam straszne morderstwa i tak dalej. W końcu królowie sąsiednich państw mówią: "Tam jest niedobrze, tam trzeba zrobić porządek". Bombardują kraj, obalają reżim, wprowadzają nowy porządek i jest spokojnie. Rządy obejmuje nowy król i jest spokój. Wszystko jakoś tam kwitnie. W pewnym momencie król pyta: "gdzie są ci wszyscy mafiosi, ci wszyscy kryminaliści, których przedtem było tak wielu, a teraz ich nie ma?". Pyta się doradców: "Gdzie oni są?". Doradcy odpowiadają: "Poukrywali się; siedzą gdzieś w podziemiu, siedzą gdzieś w piwnicach". Król mówi: "Muszę ich stamtąd wygrzebać". Doradcy mówią: "Nie, nie! Zostaw ich, bo znowu będzie wojna". On mówi: "Muszę ich wyciągnąć". Pan Jezus mówi: "Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął" (Łk 12, 49), a owi nasi doradcy: "Nie, nie! Broń Panie Boże, bo ten ogień znów spowoduje wojnę". My w naszym życiu czasem godzimy się na taką "pokojową koegzystencję" dobra ze złem w nas. Zaakceptowaliśmy pewne niewłaściwości, pewne zdrożności, które zaklepaliśmy, których w ogóle nie widzimy, których nie kwestionujemy, jak ten żebrak z tą wódką. A Pan Bóg przychodzi i palcem w ranie dłubie, a rana staje się jeszcze większa i krwawi. To jest oczyszczenie bierne.

Bóg dopuszcza kryzysy: kryzysy w małżeństwie, w powołaniu zakonnym, w kapłaństwie, w pracy zawodowej. Kryzysy przychodzą i to wszędzie. Są kryzysy w Kościele i w poszczególnych Kościołach lokalnych: brak powołań, wszystko się sypie, kościoły sprzedają, klasztory zamykają. Dlaczego? Dlatego, że Pan Bóg dopuścił, żeby wypalić to, co jest niewłaściwe. "Przyszedłem rzucić ogień na ziemię…". Bóg prowokuje kryzys, abyśmy się odważyli "chodzić po wodzie" we wszystkich wymiarach życia, również w tych najtrudniejszych, z którymi uporaliśmy się po swojemu, żebyśmy i w tych sprawach "chodzili po wodzie". Rozpoznanie w tym kryzysie, że to Bóg nas prowadzi, powoduje przerażenie; jak u apostołów, kiedy dostrzegli Bóstwo Jezusa. Kiedy dostrzeżemy, że Bóg nam "mąci" w naszym życiu i nas przeprowadza przez kryzys… to jest to znak dotknięcia Bożego. To dotknięcie powoduje przerażenie, bo to jest Bóg, który nas dotyka. Gdy takie momenty przychodzą nie trzeba panikować.

Kryzys to jest zawsze moment, kiedy Pan Bóg nas stawia w sytuacji, kiedy dotychczas dawaliśmy sobie radę, kiedy "zaklepaliśmy" sobie jakieś niewłaściwości i jakoś to funkcjonowało. W końcu Pan Bóg mówi: "dość" i "przepuszcza" nas przez kryzys. Wtedy człowiek z konieczności ma tylko dwie możliwości wyboru: albo głębiej zawierzy Bogu i wpuści Boga w swoje życie albo "trzaśnie" i zrobi głupotę, rozwali swoje życie i życie innych. Natomiast nie można już trwać w tej pokojowej koegzystencji. Kryzys wymusza albo nawrócenie, albo degenerację. Wtedy trzeba pokornie chwycić się Chrystusa i za Nim iść, nawet gdy jest na wodzie niepewnie. Dlatego, gdy przychodzą kryzysy, nie można panikować. Kryzys to jest coś normalnego w życiu.

Tradycja karmelitańska mówi o kryzysie: o nocy zmysłów i o nocy ducha. Młody ksiądz po święceniach uradowany głosi to, czego się nauczył w seminarium. Posłali go do parafii: wszystko jest miło, fajnie. Pięć lat po święceniach: nagle jest znudzony własnymi kazaniami, już ich nie może słuchać. W parafii pojawili się młodzi księża, którzy mają lepszy kontakt z ludźmi, a jego odstawiają. Nagle zaczyna myśleć o pieniądzach..., o karierze… Ma trudności z czystością, których w seminarium nie miał, a teraz, pięć lat po święceniach, nagle się one pojawiają. To jest normalny okres nocy zmysłów, gdy trzeba głębiej zawierzyć Bogu. Po latach, gdy się przez ten etap przejdzie, przychodzi dalszy etap: etap nocy ducha, kiedy to kryzys dotyczy wiary, nadziei, na głębszym poziomie ducha. Nagle wydaje się, że wszystko się sypie. To są momenty, w których trzeba trwać przy Bogu i nie rezygnować z modlitwy, nawet jeśli ta modlitwa jest trudna. Nawet jeśli modlitwa wydaje się bezsensowna, nawet jeśli wydaje się, że ja modlę, a do Pana Boga to nie dociera. Przychodzę do tabernakulum, a Pan Bóg wydaje się, że śpi, jak Jezus na jeziorze… Burza wkoło, uczniowie do Niego się zwracają, a On leży i śpi. Z kryzysów i poprzez kryzysy wychodzi się z pogłębioną wiarą, z pogłębionym opieraniem się na tym mocnym fundamencie, jakim jest Bóg, jakim jest "chodzenie po wodzie".

---------------------------------------------------------------------

Zachęcamy do skorzystania z nagrań bieżącej sesji:

oraz innych sesji, które w 2010-2011 roku odbyły się w naszym domu. Prowadzili je: Józef Augustyn SJ; Amedeo Cencini FdCC; ks. Waldemar Chrostowski; abp Bruno Forte; Innocenzo Gargano OSB Cam., Dariusz Kasprzak OFM Cap., ks. Edward Staniek, Krzysztof Wons SDSks. Stanisław Haręzga; o. Mieczysław Kożuch SJ; abp Piero Marini; Marko Ivan Rupnik SJ, Maria Campatelli, Nataša Govekar, Krzysztof Wons SDS; Wiesława Stefan, Małgorzata Kramarz, Elżbieta Łozińskaks. Jakub Szcześniak; Piotr Szyrszeń SDS; Piotr Ślęczka SDS i Krzysztof Wons SDS.

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl