O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Ćwiczenia Ignacjańskie 28 grudnia 2012 - 5 stycznia 2013< ...


Ćwiczenia Ignacjańskie
28 grudnia 2012 - 5 stycznia 2013

Ad maiorem Dei gloriam et salus animarum!

Tradycyjnie, na przełomie roku kalendarzowego, w dniach od 28 grudnia 2012 do 5 stycznia 2013 r., przeżywaliśmy Ćwiczenia Duchowe św. Ignacego Loyoli. W rekolekcjach wzięło udział osiemdziesiąt dwie osoby. Rekolektanci, adekwatnie do stopnia zaawansowania na drodze ćwiczeń ignacjańskich, uczestniczyli w jednym z czterech "tygodni". Towarzyszyło im dziewięcioro kierowników duchowych. Duszpasterzy CFD wspierali dwaj kapłani diecezjalni (archidiecezja gnieźnieńska, archidiecezja warszawska), dwie siostry zakonne (Urszulanki Unii Rzymskiej, Zgromadzenie Misyjne Służebnic Ducha Świętego) oraz osoba świecka.

Dziękujemy za dar modlitwy
w intencji uczestników ćwiczeń,
prowadzących i kierowników duchowych!


  ---------------------------------------------------------------------

HOMILIE
wygłoszone w czasie rekolekcji

Oddalić się, by wejść w zażyłość ze Słowem
homilia – święto Młodzianków Męczenników, 28 grudnia 2012
1 J 1,5-2,2; Ps 124, 2-5.7b-8; Mt 2, 13-18

Dwukrotnie w tekście dzisiejszej Ewangelii pojawia się greckie słowo „anachorein” - „oddalić się, odejść”: w pierwszym zdaniu: „Gdy zaś oni [Mędrcy] się oddalili…”, a potem w informacji o Józefie: „On zaś podniósłszy się wziął dziecko i jego matkę nocą i oddalił się do Egiptu”. Słowo to celnie oddaje rekolekcyjną rzeczywistość, w którą wchodzimy. Możemy o sobie powiedzieć, że oddaliliśmy się.

Mędrcy nie wracają do ojczyzny drogą, którą przybyli, ale w posłuszeństwie objawieniu otrzymanemu we śnie „inną drogą się oddalili”. Nie wracają do Jerozolimy, nie udają się ponownie do króla Heroda. Są posłuszni objawieniu Bożemu, a nie Herodowi. Posłuszni dobremu Bogu, nieposłuszni ziemskiemu tyranowi, rezydującemu w Jerozolimie. Oddalili się nie tylko z Betlejem, ale od mentalności Heroda i tego mentalności świata. Gdy oni się oddalili, anioł ukazuje się Józefowi we śnie. Opiekun Dziecięcia i Jego Matki natychmiast, nie zwlekając, jeszcze w nocy, wyrusza w drogę. Jest bezwarunkowo i radykalnie posłuszny głosowi anioła Pańskiego. Oddala się już nie tylko od zagrożenia mentalnego, chroni się nie tylko od skażenia mentalnością Heroda i mentalnością tego świata, ale również przed niebezpieczeństwem fizycznym, przed zagrożeniem życia Dziecka.

I Mędrcy, i Józef, oddalając się okazują posłuszeństwo objawiającemu się Bogu. Oddalają się od Heroda idąc za słowem Boga albo nawet ze słowem Boga; dzisiejsza Ewangelia jest świadectwem stałej obecności Boga poprzez słowo proroków i anioła pośród swego ludu. To, od czego się oddalamy nie jest jednak jedynym punktem odniesienia nas określającym. Jeszcze ważniejsze jest to, ku czemu się zbliżamy lub Ten, ku komu się przybliżamy. Mędrcy i Józef oddalili się od Heroda, ale zbliżyli się do Słowa, do Boga, do najsłabszego człowieka. Na czas rekolekcji oddalamy się od świata i jego zagrożeń, może również od jego aktywizmu; chcemy uczyć się nabierania dystansu do tego, co nam świat proponuje, by nie dać się pochłonąć przez jego mentalność. Pamiętamy zachętę św. Jakuba: „Przystąpcie bliżej do Boga, to i On zbliży się do was” (Jk 4, 8). Oddalamy się na pustynię, by zbliżyć się do Boga i Jego Słowa, i do siebie samych; by odkryć Boga bliskiego, by odkryć Boga, który się do nas zbliżył. Świadomi oddalania się, akcentujemy więc wymiar zbliżania się, spotkania, wzrastającej zażyłości.

Greckie słowo „anachorein”, czyli „oddalić się”, przywołuje w mojej pamięci grupę chrześcijan, zwłaszcza pierwszych wieków, nazywanych anachoretami. Początki ożywionego ruchu anachoreckiego w Egipcie przypadają na III i IV wiek. Zwróćmy uwagę na klimat epoki. Za rządów cesarza Konstantyna Wielkiego (306-337) i jego synów, w ciągu kilku dziesięcioleci więcej ludzi przyjęło chrzest niż w ciągu wcześniejszych trzech stuleci. Szybko rosła liczba wiernych, ale słabła gorliwość wyznawców Chrystusa. Chrześcijanie wcześniej mocno prześladowani, w wieku czwartym zyskali wiele przywilejów, a nawet stali się uprzywilejowani w społeczności. Zaczął szerzyć się oportunizm wiernych, a nawet biskupów, wobec władzy. Radykalni zderzali się z oportunistami. Dla gorliwych chrześcijan łączenie wymogów Ewangelii z życiem świeckim wydawało się zbyt trudne. Taki był w ogólnym zarysie klimat epoki, w której rozwinął się ruch anachoretów, czyli oddalających się od świata.

Ale to nie tylko zewnętrzne okoliczności generowały ruch anachorecki. By nie skupić się na negatywnym wymiarze oddalenia się od świata i zrozumieć pozytywny wymiar tego doświadczenia przywołajmy postać św. Antoniego Wielkiego. On - i wielu po nim - wziął na serio słowo Pisma Świętego, którego słuchał w czasie liturgii: „Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!” (Mt 19, 21) i „Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy” (Mt 6, 34). Udał się na pustkowie, tam oddał się modlitwie, zwłaszcza rozważaniu Pisma Świętego, oraz ascezie. Oto droga na czas naszych ćwiczeń: oddalenie, by zbliżyć się do Słowa.

Trzy wymiary ruchu anachoretów znaczące dla naszego doświadczenia rekolekcyjnego: pierwszy - każdy anachoreta, czyli oddalony od świata, winien dążyć do Boga właściwą dla siebie drogą. Wybrzmiewa więc indywidualność, niepowtarzalność doświadczenia duchowego, intymność relacji Stwórca-stworzenie czy Bóg-rekolektant; drugi wymiar - metodą życia było ustawiczne czytanie i rozważanie Pisma Świętego; i wreszcie trzeci - ponieważ życie samotne jest twardą szkołą, trzeba korzystać z pomocy i doświadczenia mistrzów duchowych, ojców i matek, zwanych „abba” czy „amma”. Niepowtarzalność relacji z Bogiem, modlitwa Słowem Bożym i towarzyszenie duchowe - trzy wymiary naszych ćwiczeń rekolekcyjnych.

Gdy czytam dzisiejszą Ewangelię uderza mnie jeszcze słowo wypowiedziane do św. Józefa: „Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem”. Wysłannik Boży nie określa dokładnie czasu pobytu na obczyźnie, ale mówi: „uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem”. Pozostań w oddaleniu, na rekolekcjach, „aż ci powiem”. Moi drodzy, czy kiedykolwiek w ogóle wyjeżdżając na rekolekcje, pomyśleliśmy w ten sposób, że pozostaniemy tam tak długo, aż otrzymamy od Boga sygnał do powrotu? Ależ oczywiście, ktoś powie, że salwatorianie w Krakowie mają już zaplanowane następne rekolekcje itd., więc dłużej zostać nie można… Dobrze, takie są okoliczności zewnętrzne, ale czy jest we mnie taka dyspozycyjność czekania na słowo Pana, bez względu na to, kiedy On zechce je wypowiedzieć?

Wsłuchajmy się jednak w intuicje św. Ignacego, pamiętając, że ćwiczenia proponowane i dawane przez niego trwały mniej więcej 30 dni i były odprawiane indywidualnie. „Na odprawienie Ćwiczeń, które tu następują, przeznacza się cztery tygodnie, odpowiadające podziałowi Ćwiczeń na cztery części. (…) Jednakże nie trzeba tego tak rozumieć, jakoby każdy tydzień musiał koniecznie trwać siedem lub osiem dni. Zdarza się bowiem, że w pierwszym tygodniu jedni później znajdują to, czego szukają, mianowicie skruchę, boleść duszy i łzy z powodu grzechów, inni znów są gorliwsi od tamtych i więcej doznają poruszeń i doświadczeń od różnych duchów. Trzeba zatem niekiedy skrócić tydzień, innym znów razem przedłużyć go. I podobnie [postępować należy] we wszystkich innych tygodniach, szukając owocu stosownie do danego przedmiotu [Ćwiczeń]” (uwaga 4; por. także uwaga 4 w drugim tygodniu). „Dla odprawiającego ćwiczenia pierwszego tygodnia jest rzeczą pożyteczną nie wiedzieć nic o tym, co będzie czynił w drugim tygodniu; owszem, niech tak usilnie stara się uzyskać to, czego szuka w pierwszym, jakby niczego dobrego nie spodziewał się znaleźć w drugim” (uwaga 11). Prośmy o wrażliwość na Boga mówiącego dla nas wszystkich, dla odprawiających je, dających punkta i towarzyszących. I spróbujmy odpowiedzieć sobie, co dziś dla nas znaczy „oddalić się, odejść” i co kryje się w wezwaniu „pozostań tam, aż ci powiem”.

Piotr Szyrszeń SDS

---------------------------------------------------------------------

Uwielbienie Boga, a nie melancholijne pożegnanie staruszka
homilia – piąty dzień Oktawy Narodzenia Pańskiego, 29 grudnia 2012
1 J 2, 3-11; Ps 96, l-3,5b-6; Łk 2, 22-35

Przeżywając nie tylko czas Oktawy, ale cały okres Bożego Narodzenia, odnajdujemy przed sobą te postaci: Jezusa jako dzieciątko, Jego rodziców: Najświętszą Maryję Pannę i świętego Józefa, a dzisiaj - dzięki odczytanej Ewangelii - również Symeona. Wsłuchując się po raz kolejny w słowa Ewangelii według św. Łukasza możemy na nowo odkrywać te postaci. Odnoszę wrażenie, że dziś one chcą nam się pokazać w nowy sposób. Wprawdzie już je nieco znamy i sięgamy pamięcią do tego, czego o nich dowiedzieliśmy się wcześniej dzięki opisom ewangelicznym i swoim doświadczeniom, to jednak każda liturgia, również ta dzisiejsza, jest czasem wyjątkowego spotkania, w którym te osoby odsłaniają nam tajemnice życia. Coś takiego dzieje się we mnie; coś podobnego może się dziać w nas wszystkich, tu i teraz, w trakcie rekolekcji.

Najpierw pewnym zaskoczeniem może być dla nas samo Dzieciątko Jezus. Ewangelia, którą usłyszeliśmy, opisuje pierwszy raz, kiedy Jezus, Pan i Mesjasz, wchodzi do swojej świątyni w Jerozolimie. Znamy późniejsze wejścia Jezusa do świątyni jerozolimskiej. Wiemy, w jakich okolicznościach się dokonywały i jak się dokonywały te wejścia w czasie publicznej działalności Jezusa. Wiemy, że te wejścia były wcześniej zapowiedziane przez proroków. Czytamy między innymi w księdze proroka Malachiasza takie słowa: „Oto Ja wyślę anioła mego, aby przygotował drogę przede Mną, a potem nagle przybędzie do swej świątyni Pan, którego wy oczekujecie, i Anioł Przymierza, którego pragniecie. Oto nadejdzie, mówi Pan Zastępów. Ale kto przetrwa dzień Jego nadejścia i kto się ostoi, gdy się ukaże? Albowiem On jest jak ogień złotnika i jak ług farbiarzy. Usiądzie, więc, jakby miał przetapiać i oczyszczać srebro, i oczyści synów Lewiego, i przecedzi ich jak złoto i srebro, a wtedy będą składać Panu ofiary sprawiedliwe” (Ml 3, 1-3).

Zauważmy jednak, że pierwsze przybycie Jezusa do świątyni, o którym dziś słyszymy, dokonuje się zupełnie inaczej niż pozostałe. Jezus wnoszony przez Maryję i Józefa pokazuje się nam jako jeden z ubogich, pokornych, prostych ludzi, którzy należą do Ludu Przymierza. Nie oczyszcza świątyni (por. J 2, 13-22), ale sam jakby przyjmuje oczyszczenie. Także Maryja przychodzi do świątyni jako osoba pokorna, która po prostu spełnia wymagania Prawa i przepisy obyczajowe. Maryja nie mogła nawet przyjść wcześniej do świątyni, jak właśnie po upływie czterdziestu dni od narodzin Syna. Wchodząc zatrzymuje się w przedsionku kobiet, przy jednej z bram, i tam jeden z kapłanów wypowiada słowa stwierdzające, że jest czysta. Jakże znamienne jest to przyjście Maryi do świątyni. Św. Józef nie jest wspomniany z imienia, ale użycie liczby mnogiej przez Ewangelistę Łukasza podkreśla to, że i on jest przy tym akcie obecny, ale obecny bardzo dyskretnie.

Postać Symeona. Czasami, kiedy myślimy o starości, możemy się obawiać albo może już tak myślimy, że starość nie udała się Panu Bogu. Kiedy jednak kierujemy nasz wzrok ku Symeonowi, kiedy patrzymy na tego podeszłego w latach mężczyznę, widzimy, że jest to człowiek - ja go tak sobie wyobrażam - niezmiernie zadowolony z daru życia, nasycony tym, co mu zostało dane. Hymn, który słyszymy, nazwany kantykiem Symeona, który powtarzamy codziennie, jeśli modlimy się Liturgią Godzin, w komplecie na zakończenia dnia (Łk 2, 29-32), nie jest jakimś melancholijnym pożegnaniem się staruszka z dniem i z życiem. Kantyk Symeona jest hymnem wiary, jest uwielbieniem Boga, który go prowadził i wypełnił drogi jego życia. Jest uwielbieniem Boga, który kiedyś wypowiedział do niego słowa obietnicy, a dziś te słowa obietnic wypełnia.

Symeon w słowach kantyku i w ogóle jawi się nam jako prorok. Aż trzykrotnie w Ewangelii wspomina się o tym, że jest uległy Duchowi Świętemu: „Duch Święty spoczywał na nim”, „Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż zobaczy Mesjasza Pańskiego” oraz „Za natchnieniem więc Ducha przyszedł do świątyni” (Łk 2, 25-27). Jeśli tak ma wyglądać starość, to obyśmy jej dożyli. Obyśmy dożyli jej w takiej postawie, jaką nam dzisiaj Symeon ukazuje. Kantyk, który wyśpiewuje, słowa i postawa Symeona (sprawiedliwy, pobożny, wyczekujący pociechy Izraela, napełniony Duchem), są niezwykłe. Są wielką syntezą historii Izraela.

Symeon jest człowiekiem, który spogląda daleko do przodu. On nie tylko rozumie przeszłość i widzi w niej Boga, ale patrzy daleko w przyszłość, rozumie dzieje ludzkości: „Moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela”. Jakże wielu oczekiwało Mesjasza, jak trudne były koleje tych oczekiwań. Symeon w tych krótkich słowach o tym mówi. A później wypowiada proroctwo, podwójną przepowiednię. Patrzy w przyszłość i ją zapowiada: „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu” (Łk 2, 34b-35). Symeon rozumie, że nadejdzie zbawienie i sąd. Zapowiada, że Jezus będzie przyjmowany i odrzucany, że Jezus będzie pozyskiwał ludzi, ale też będzie w sytuacji, kiedy trudno Mu będzie pozyskać człowieka. Maryja zaś znalazła się w samym środku tej walki, dlatego Jej duszę przeniknie miecz. W historii chrześcijaństwa różnie rozumiano tę zapowiedź. Kard. Gianfranco Ravasi napisał, że im bardziej Maryja traciła Syna w sensie materialnym, tym bardziej przyjmowała Go w wierze. W Niej spełniło się Chrystusowe prawo miecza: tracenie, aby odzyskać; całkowite ubóstwo, aby wszystko posiadać; oddanie się w wierze, aby zostać całkowicie nasyconym, pocieszonym, zbawionym.

My żyjemy w takiej właśnie dynamice. Maryja stoi w centrum tej dynamiki i zaprasza nas do tego, żebyśmy w tę dynamikę wchodzili. Zaprasza nas, byśmy szczególnie w czasie rekolekcji zgodzili się na ryzyko wiary. Co to może znaczyć? Szukajmy odpowiedzi w swoim sercu. Wchodźmy w ryzyko wiary, w dynamikę wiary w trakcie rekolekcji. Nie tyle liczmy na siebie, nie tyle patrzmy na to, co my mamy zrobić, nie tyle stawiajmy sobie jakieś wymagania, ile pozwólmy się Bogu poprowadzić. Puśćmy to, czego się trzymamy w sposobie myślenia, w sposobie przeżywania czy poprzez koncentrowanie się na czymś. Tak, jak Eliasz, który został wywołany przez Boga do spotkania z Nim (por. 1 Krl 19, 9-11), a to, co stało się potem, okazało się niezwykłym darem Bożym nie tylko dla niego samego, ale także dla tych, do których Pan Bóg go posłał.

ks. Tomasz Trzaskawka

---------------------------------------------------------------------

Kontemplując Świętą Rodzinę z pamięcią o swojej rodzinie
homilia – święto Świętej Rodziny: Jezusa, Maryi i Józefa, 29 grudnia 2012
Syr 3, 2-6.12-14; Ps 128, 1-5; Kol 3, 12-21; Łk 2, 41-52

Przeżywamy niedzielę Świętej Rodziny. Nie sposób nie poczuć się zaproszonym do tego, by razem z Maryją i Józefem, a nade wszystko z Jezusem, wrócić do własnej rodziny i pobyć z nimi. Kiedy się modlimy, również w czasie ćwiczeń rekolekcyjnych, modlimy się nie tylko my sami, modlą się również nasze relacje. W naszej modlitwie zawsze uczestniczą także nasze rodziny. Do końca naszych dni w naszej modlitwie osobistej będzie jakoś uczestniczyła również nasza rodzina i to wszystko, co od poczęcia wydarzyło się w naszym życiu: w relacji do mamy i taty czy naszego rodzeństwa. Kiedy się jest obecnym na modlitwie, nie można być nieobecnym w swojej rodzinie. Kiedy stajemy na modlitwie, staje z nami również nasza rodzina. Kiedy trwamy na modlitwie, nie można być nieobecnym emocjonalnie przy tych najważniejszych relacjach. Być może już w czasie naszej rekolekcyjnej modlitwy usłyszeliśmy już zaproszenie, aby wrócić do własnej historii życia, do domu czy rodziny. Ilekroć je słyszymy, nie lekceważmy go, odpowiadajmy na nie dobrze.

Dzisiaj spotykając się ze Świętą Rodziną uświadomiłem sobie prawdę, którą przecież przeżywam co roku w niedzielę Świętej Rodziny. Ta prawda, która jest integralną częścią historii zbawienia, brzmi: Bóg, który stał się człowiekiem, miał rodzinę. Bóg począł się i urodził w rodzinie. Podobnie jak ja miał mamę oraz swojego opiekuna, ojczyma. Patrząc z ludzkiej perspektywy urodził się w rodzinie przybranej. Przyznajmy, że kiedy patrzymy nieraz na Świętą Rodzinę, gdzieś w nas odzywają się sielankowe obrazy i wyobrażenia o niej. Zazdrościmy, że nasze rodziny nie są takie, jak ona, że nie mieliśmy szczęścia, by mieć taką mamę, jak miał Jezus itd. Tymczasem, a uświadomiłem sobie to dzisiaj, Jezus, który rodzi się w rodzinie, od początku przeżywa różne trudne koleje losu. Mogę więc powiedzieć, że wszystko, co ja przeżywam ma związek z tym, co On przeżywa, albo odwrotnie: to, co On przeżył w rodzinie, jest jakoś związane z tym, co ja przeżywam w mojej rodzinie. Więcej, być może nikt z nas albo rzadko kto z nas przeżył w rodzinie tak traumatyczne momenty, jak te, które stały się udziałem Jezusa.

Pomyślmy o tym, że Jezus - tak dzisiaj powiedzieliby pedagodzy-, jest przykładem ocaleńca. Już w łonie matki Jego życie było zagrożone. Od początku, chociaż Jego Mama, Maryja, Go chciała, to jednak wielu wokoło Go nie chciało. Kiedy otworzymy Księgę Powtórzonego Prawa przeczytamy: „kobieta, która poczęła poza związkiem małżeńskim powinna być ukamienowana” (Pwt 22, 23-24). Pomyślmy, że Jezus mógł zostać ukamienowany w łonie Matki. To są realia. I myślę o tym czasami bardzo prosto, i pytam, jak mogła przeżywać swoją ciążę Maryja, mając świadomość tak wielkiego niebezpieczeństwa? Ile musiało w Niej być także miłości, by chronić życie Dziecka, które było w Niej, przed przemocą, która mogła się uaktywnić wokół. A ile jest takich dzieci, które dzisiaj żyją dowiedziawszy się, że były niechciane? Chciałbym dziś wszystkim tym dzieciom powiedzieć, że Jezus wie, co znaczy być dzieckiem niechcianym, zagrożonym już w łonie mamy, które mogło się nie urodzić. Pomyślmy, że Jezus wchodzi w dramat ludzkiej historii i przeżywa razem z nami te momenty życia, które także dla nas były traumatyczne.

Potem znowu jest niechciany i Maryja zmuszona jest urodzić Go w stajni. A potem znowu jest niechciany i Maryja z Józefem muszą uciekać razem z Nim do Egiptu. Jezus przeżywa kolejną traumę przy sercu Maryi, kiedy oni uchodzą do Egiptu, a w Betlejem są mordowane malutkie dzieci. Ile w tym jest tajemnicy, ile pytań! A zanim uciekną do Egiptu, w świątyni, w dniu ofiarowania, Jezus jako dziecko usłyszy, że miecz przeszyje serce Jego mamy (por. Łk 2, 35). Ile po ludzku patrząc musiało w tym być bólu, ile niezrozumienia! I moglibyśmy tak całe życie Jezusa oraz Świętej Rodziny prześledzić, by sobie uświadomić, że Jezus rodzi się także po to, aby jako niemowlę zbawiać moje niemowlęctwo, by w swoim dzieciństwie zbawiać moje dzieciństwo, aby poprzez życie w Rodzinie zbawiać moje poranione relacje rodzinne. Mogę powiedzieć, że Bóg, w którego wierzę, to naprawdę Bóg mojej historii życia i historii mojej rodziny.

Spójrzmy na Świętą Rodzinę i na to, co się w niej dzieje z perspektywy Maryi. Wsłuchajmy się w pytanie, które dziś słyszymy w Ewangelii: „Synu, czemuś nam to uczynił” (Łk 2, 48b). Nie jest to pierwsze pytanie zadane przez Maryję. Właściwie to Maryja odkąd spotyka Boga „twarzą w twarz”, w obliczu anioła Gabriela, to wciąż pojawiają się w Jej życiu nowe pytania. „Jakże się to stanie?” (Łk 1, 34) - to jej pierwsze pytanie. Zauważmy, że rodzi się ono wtedy, kiedy Maryja dowiaduje się, że Bóg ma inne plany wobec Jej historii życia. Maryja mogła się wówczas zatrzymać na swoim niepokoju, na swoim bólu. Mogła zatrzymać się na pytaniach: „dlaczego tak?”, „dlaczego nie mogę założyć rodziny, którą sobie planowałam?”, „dlaczego nie mogę realizować z Józefem moich planów?”. Tymczasem Ona nie szuka odpowiedzi na pytania „dlaczego?”, ale pyta raczej: „jak to się stanie?”. Maryja pyta Boga: „Jakie są Twoje, Boże, plany? Co Ty, Boże, chcesz uczynić poprzez tę radykalną zmianę w mojej historii życia?”.

Podobna sytuacja ma miejsce w świątyni, kiedy Maryja znajduje Jezusa i nie rozumie, co się dzieje. Pyta - Łukasz podkreśla - z bólem serca, bo z bólem w sercu szukała Go: „Czemuś nam to uczynił”? Pyta, ale jednocześnie zachowuje i rozważa w sercu to, czego nie rozumie, a co dwunastoletni Jezus do Niej mówi. Widzimy dzisiaj w Maryi kobietę i matkę ze zwyczajnej rodziny, która w różnych trudnych sytuacjach życia nauczyła się zadawać Bogu pytania. Pomyślmy, ile jest takich matek czy rodziców, ale również takich dzieci, które do dzisiaj pytają Boga: „Boże, czemuś mi to uczynił? Dlaczego w rodzinie musiałem/musiałam przeżyć taką traumę? Dlaczego tyle niezrozumienia i bólu? Dlaczego jesteś Bogiem, którego przez historię mojej rodziny zrozumieć nie mogę?”. Maryja -  odważna kobieta i matka - zaprasza nas dzisiaj, abyśmy nadal pytali Boga, ale byśmy pytali inaczej. Maryja zaprasza nas dziś, byśmy pytali Boga, co On z tego, co jest naszą historią życia, chce wyprowadzić? Jakie dobro chce wyprowadzić z naszej historii? Bo nie mamy wątpliwości, że Bogu zawsze chodzi o jakieś dobro, które może On wyprowadzić z tej historii, która do dzisiaj w naszym sercu pracuje bólem i z tych pytań, na które do dzisiaj nie znaleźliśmy odpowiedzi.

Dzisiejsze święto i dzisiejsza Ewangelia zawierają ważną dla nas, odprawiających święte rekolekcje, lekcję. Ewangelia mówi nam, że w naszym życiu istnieją zawsze dwie narracje. Siłą rzeczy najpierw odzywa się ta ludzka narracja, czyli to, co my widzimy i co rozumiemy, wychodząc od tego to, co dzieje się na powierzchni wydarzeń. Ale jest jeszcze druga, Boża narracja, czyli to, co Bóg czyni i co Bóg wyprowadza z tych wydarzeń w naszym życiu. Ta druga narracja pozwala nam odpowiadać sobie na pytanie, jaki jest sens zbawczy wydarzeń, które są naszym udziałem. I potrzebujemy żyć na obu tych poziomach. Nie wolno nam rezygnować z ludzkich pytań, nie można tłumić bólu, wszak Maryja ani pytań ani bólu nie tłumiła. Nie możemy rezygnować z naszego po ludzku poszukiwania Boga, z naszych ludzkich pytań, a jednocześnie mamy uczyć się pytać głębiej: „Nie rozumiem Cię Boże, ale chcę poznać, jaki jest sens zbawczy tego, co przeżyłem czy przeżyłam w moim domu, rodzinie czy wspólnocie”.

Bóg z wszystkiego wyprowadza największe, jakie jest możliwe do wyprowadzenia, dobro. Największe Dobro świata stało się ciałem w barłogu. Zbawienie świata rodziło się na krzyżu, czyli w miejscu najbardziej przeklętym. A jeśli tak jest, to nie ma w moim życiu ani w mojej rodzinie takiej historii czy miejsca, takiego momentu czy relacji, która chociaż pobrudzona przez grzech czy poraniona przez krzywdę, nie mogłaby się stać błogosławieństwem. Bóg bowiem z miejsca najbardziej przeklętego, jakim był krzyż, uczynił miejsce błogosławieństwa; wszyscy przecież żegnaliśmy się tym znakiem krzyża wchodząc do kaplicy, z wiarą, że Pan Bóg nam błogosławi. Pomyślmy dzisiaj o naszej rodzinie, kontemplując Świętą Rodzinę. Nie wchodźmy w wyobrażenia światowe, ale w realia prostej zwyczajnej rodziny, która w zwyczajności emanuje świętością. Wejdźmy w tę kontemplację z wiarą, że w naszej zwyczajnej rodzinie, także w tej przeoranej grzechem, możemy kontemplować Boga, który zbawia i nadaje sens całej historii naszego życia. O to módlmy się w tej Eucharystii przez wstawiennictwo Świętej Rodziny.

Krzysztof Wons SDS

---------------------------------------------------------------------

Dać się Bogu poprowadzić w rekolekcyjym tańcu
homilia – siódmy dzień Oktawy Narodzenia Pańskiego, 31 grudnia 2012
1 J 2, 18-21; Ps 96, 1-2.11-12.13; J 1, 1-18

Ostatni dzień roku, 31 grudnia, zwany „sylwestrem”. W wielu lodówkach domowych i nie tylko mrozi się szampan, aby miał odpowiednią temperaturę i był smakowitym dodatkiem do noworocznych życzeń. My, odwrotnie, w czasie rekolekcji odmrażamy nasze serca, bo pragniemy kochać Boga i bliźniego całym sercem, a nie jego, może nawet znaczną częścią.

W wielu miejscach są już gotowe do odpalenia fajerwerki. Będzie sporo huku i przez chwilę tęcza kolorów na niebie. My w rekolekcyjnej ciszy i milczeniu uczymy się być świadkami światłości na wzór Jana Chrzciciela. Uczymy się wskazywać drogę, a nie oślepiać. Uczymy się, aby swym blaskiem nie zasłaniać Światła, czyli Jezusa. Fajerwerki, jak sama nazwa wskazuje, są sztuczne, a my w swym świadectwie pragniemy być prawdziwi, autentyczni.

W wielu domach szanowne Panie kończą kilkugodzinne przygotowania sylwestrowe, poprawiając ostanie detale w swej sylwestrowej kreacji, a na dole od kilku godzin ubrani już panowie trzymają się raz za głowę, raz za portfel, raz za serce. My od czterech dni codziennie ubieramy szatę utkaną z Bożego słowa. To specyficzna szata. Z jednej strony ukazuje i wydobywa wszystkie nasze walory, nasze piękno, a z drugiej demaskuje w nas także i to, co jeszcze jest brzydkie, do nawrócenia, poprawienia, wyprostowania, odkłamania. Pomimo przeogromnej akcji propagandowej tego świata, my wierzymy św. Janowi, który pisze, że tym, którzy przyjmują Słowo, Ono pomaga i daje moc być dzieckiem Boga. Od chwili chrztu formalnie nimi jesteśmy, ale my chcemy nimi być także rzeczywiście, tak na co dzień.

Wielu wybiera się na różnego rodzaju bale, przyjęcia czy zabawy, wcześniej zarezerwowawszy, wykupiwszy sobie miejsce. My na rekolekcjach sprawdzamy czy w naszym sercu jest nie tylko zarezerwowane, ale przygotowane miejsce dla Wcielonego Słowa, aby znowu nie musiało się rodzić gdzieś na peryferiach, aby kiedy zapuka do naszego serca, które - dodajmy to - jest Jego własnością, zostało rozpoznane, zaproszone i wpuszczone do środka, natychmiast, bez ociągania.

Będą też dziś i tacy, którzy na sylwestrowe zabawy trafią z pewnego przymusu: a to szef zaprosił i nie wypadało odmówić, a to przyjaciele nalegali… Jedni z tych przymuszonych usiądą za stolikiem i całą noc będą narzekali, że w sali jest albo za zimno albo za ciepło, że orkiestra gra za głośno czy też za cicho, że jedzenie jakieś nieświeże i alkoholu za mało na stole. Inni po początkowym narzekaniu dadzą się zaciągnąć na parkiet i z każdym kolejnym tańcem będzie topniała ich pamięć o przymusie, a wzrastał sylwestrowo-noworoczny entuzjazm. Na rekolekcjach też niekiedy zdarzają się ludzie z tzw. przymusu. Jedni z nich tylko narzekają: a to, że kierownik za młody lub za stary, że łóżka nie wygodne, że wprowadzenia za trudne itp. Inni dadzą się zaprosić Panu Bogu do rekolekcyjnego tańca, a później to czasem nie chcą zejść z rekolekcyjnego parkietu.

Dziś wieczorem do karmy dla psa niejeden jego właściciel dosypie tabletek na uspokojenie, a następnie umieści czworonoga w najbardziej wyciszonym domowym pomieszczeniu, aby oszczędzić mu stresów wywołanych szczególnie fajerwerkami. My jesteśmy na rekolekcjach, aby po ich zakończeniu i powrocie do siebie, inni z naszego powodu jak najrzadziej sięgali po tabletki uspakajające i nie musieli zbyt dużo się stresować; jesteśmy na rekolekcjach, abyśmy po ich zakończeniu byli i do tańca i do różańca; ważne, abyśmy nie byli do niczego.

Jutro w wielu miejscach będzie wielkie sprzątanie, będą wielkie posylwestrowe porządki. My na rekolekcjach też sprzątamy, porządkujemy. Często z przerażeniem, innym razem ze zdziwieniem odkrywamy, że w naszym życiu pojawiło się wiele słów, postaw czy myśli anty-Chrystusowych. Trzeba nam te śmieci uprzątnąć. My nie chcemy zasilać szeregów antychrystów, ale powiększać grono uczniów Chrystusa Pana.

Jutro wielu będzie bolała głowa od w nadmiarze spożytego alkoholu, nieprzespanej nocy. Na rekolekcjach i nam nie obcy jest ból, kiedy słowo dotyka naszych chorych miejsc. Ale to ból pełen nadziei, To ból, który zapowiada proces uzdrawiania. Ważne, aby w tym procesie Panu Bogu nie przeszkadzać, lecz z Nim współpracować, wspomagać proces zdrowienia. Środki przeciwbólowe w przypadku tego bólu są niewskazane, chyba że jest to modlitwa o cierpliwość.

Jutro będzie nowy rok 2013. Za ten, który dobiega końca, za rok 2012, pragniemy z całego serca powiedzieć: Bogu niech będą dzięki!

Ryszard Stankiewicz SDS

---------------------------------------------------------------------

Jednoznaczne świadectwo podobnego o Niepodobnym
homilia – środa 1. tygodnia po Narodzeniu Pańskim, 2 stycznia 2013
1 J 2, 22-28; Ps 98, 1-4; J 1, 19-28

Dzisiejsi patronowie, św. Bazyli Wielki i św. Grzegorz z Nazjanzu, którzy mogliby być patronami przyjaźni, a takich wielu znajdujemy w historii Kościoła, zapraszają nas do tego, byśmy czytając dzisiejszą Ewangelię pytali o to, jaka jest relacja Jana Chrzciciela do Jezusa. Św. Jan Ewangelista zaznacza, że działo się to w Betanii. Betania to dom przyjaciół Jezusa; tam się spotykali najczęściej. Ciekawe, że w czwartej Ewangelii słowo: „przyjaciel”, „przyjaźń”, „przyjaciele” pojawia się niezwykle rzadko i zawsze w kontekście Osoby Jezusa. To słowo pojawia się w odniesieniu do Jana Chrzciciela, kiedy prorok sam nazywa się „przyjacielem Oblubieńca” (J 3, 29). Spotykamy je, kiedy Jezus poinformowany przez Marię i Martę: „Choruje ten, którego kochasz” (J 11, 3), mówi o ich bracie, Łazarzu: „Przyjaciel nasz, Łazarz zasnął” (J 11, 11); sam Jezus mówi o swojej przyjaźni z Łazarzem. Wreszcie, uczniowie w Wieczerniku będą wzruszeni, słuchając słów Jezusa: „Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. (15) Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego” (J 15, 14-15). Raz jeden słowo „przyjaźń”, choć nie wprost, ale pojawia się w odniesieniu do Piłata, który staje przed wyborem: albo będzie przyjacielem Cezara, albo stanie po stronie Jezusa. Jak rozpoznać przyjaźń? Czym ona jest dla nas, ludzi wierzących? Czym jest na drodze Kościoła? Dzisiejsza Ewangelia w jakiś sposób daje nam na to pytanie odpowiedź. Zanim jednak do tej Ewangelii wrócimy, zwróćmy uwagę (dzisiaj to wyraźnie zobaczyłem w Ewangelii), że św. Jan Chrzciciel jest tak często obecny przy Jezusie. Jest przy Jezusie w okresie życia płodowego; spotykają się, gdy przebywają obaj w łonie swych matek. Św. Łukasz zaznaczy, że Jan podskoczył w łonie swej matki (jest o pół roku starszy od Jezusa). Chrzciciel towarzyszy nam w Adwencie i mówi o Tym, który ma przyjść. Teraz, po Bożym Narodzeniu, mówi nam o Tym, który przyszedł; mówi, kim jest Ten, który przyszedł. Okres Bożego Narodzenia kończy się chrztem Jezusa w Jordanie. Powróci do nas Jan Chrzciciel także w czasie Wielkiej Nocy, kiedy czytamy, raz jeden (bodaj w drugim tygodniu wielkanocnym), kiedy mówi on o Jezusie, daje świadectwo.

Właśnie pierwszą rzeczą, która uderza w tekście dzisiejszej Ewangelii, jest słowo: „świadectwo”. Aż sześciokrotnie w pierwszym rozdziale, którego fragment dzisiaj czytamy, jest powiedziane o świadectwie Jana. Jakie jest świadectwo Jana? To określenie w ogóle wielokrotnie powraca w Ewangelii św. Jana: „świadectwo Jana”, „posłany na świadectwo: Jan mu było na imię”, „przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o światłości”, „Jan daje o Nim świadectwo”, „takie jest świadectwo Jana”. W dzisiejszej Ewangelii mocno podkreśla Ewangelista, że „Jan dał takie świadectwo”. Słowo to powraca wielokrotnie. Czym jest to świadectwo? Co oznacza pojęcie: „martyr”, „martyrion”? Oznacza świadka i męczennika jednocześnie. Mówi o tym dwudziesty werset pierwszego rozdziału czwartej Ewangelii, jedno z pierwszych zdań dzisiejszej Ewangelii: „On wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: Ja nie jestem Mesjaszem”. Dosłownie tłumacząc to zdanie trzebaby powiedzieć, że Jan „przyznał i nie wyparł się i przyznał”. Bardzo mocno to brzmi. Słowo, które się tutaj pojawia: „homologese, homologeos” (od niego pochodzi powszechne współcześnie słowo: „homologacja”) oznacza: „wyznać, przyznać się”, ale również: „być podobnym, być tym samym, być złączonym”. Świadectwo Jana to jest świadectwo przyjaźni. Jan Chrzciciel i Jezus byli złączeni ze sobą, razem się wychowywali, spotykali się w czasie publicznej działalności.

Jan, który już w łonie swojej matki podskoczył z radości, w czasie swej prorockiej działalności nad Jordanem powie: „moja radość doszła do szczytu”. Przedstawia się jako „przyjaciel Oblubieńca”. Co odsłania nam dzisiejsza Ewangelia? Przede wszystkim to, że Chrzciciel nie chce być liderem. Słowa św. Grzegorza z Nazjanzu z dzisiejszej Godziny czytań w odniesieniu do przyjaźni łączącej go ze św. Bazylim możnaby wręcz odnieść również do relacji między Janem Chrzcicielem i Jezusem: „Jednak zawiści nie było, współzawodnictwo zaś traktowaliśmy poważnie. A walczyliśmy obaj nie o to, kto będzie miał pierwszeństwo, lecz kto ma drugiemu ustąpić, gdyż każdy z nas uważał sławę drugiego za własną”. Pamiętamy wydarzenie chrztu Jezusa w Jordanie, pytanie proroka znad Jordanu: „To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?” oraz odpowiedź Jezusa: „Pozwól teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe”. (Mt 3, 14-15). Jan był tak mocno poruszony przyjściem Jezusa, że prosił Go o chrzest. Mówił: „ja nie jestem godzien nosić Ci sandałów”. Jakże podobnie brzmią w tym kontekście słowa św. Grzegorza z Nazjanzu: „zawiści nie było, (…) każdy z nas uważał sławę drugiego za własną”.

A więc pierwsze to fakt, że Jan Chrzciciel nie zasłania w ten sposób Jezusa. Stąd powtarzające się zaprzeczenie: „nie jestem”, „nie jestem”, „nie jestem”. Ciekawe, że sam Jan Chrzciciel nie idzie za Jezusem, w tym znaczeniu, że nie staje uczniem Jezusa. Być może właśnie dlatego, żeby nie być konkurencją dla Jezusa. Jan miał swoich uczniów. Jednocześnie jednak tak wskazuje na Jezusa, że jego uczniowie idą za Barankiem Bożym, a prorok znad Jordanu pozwala im odejść. Nie traktuje odejścia uczniów jako zdrady. Jan Chrzciciel, słyszymy od czwartego Ewangelisty, mówił o Jezusie, a występuje tu taka forma gramatyczna, która wskazuje, że Chrzciciel mówił cały czas, że ciągle o Nim mówił, że mówiąc ciągle wskazywał na Jezusa, że to trwało. Prorok znad Jordanu wskazuje na Jezusa mówiąc: „Oto Baranek Boży”. Tym wskazującym gestem Kościół modli się w czasie Mszy Świętej: przed Komunią kapłan ukazuje Hostię i wypowiada słowa proroka: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata”. To jest kolejna rzecz, której nas uczy św. Jan Chrzciciel. Oto mądrość tego, który tak wskazuje na Jezusa, że wszyscy patrzą na Jezusa. Mówi się, że kiedy mędrzec wskazuje na gwiazdę, to wszyscy widzą jej blask, kiedy natomiast gwiazdę wskazuje głupiec, wszyscy patrzą na koniec jego palca.

Radość Jana, która dochodzi do szczytu. Radość wypełnia całą historię jego życia, od samego poczęcia. W pierwszym czytaniu słyszeliśmy dziś: „Wy zaś zachowujecie w sobie to, co słyszeliście od początku. Jeżeli będzie trwało w was to, co słyszeliście od początku…” (1 J 2, 24). Pamiętając o radości Jana jeszcze w łonie matki i o słowach pierwszego czytania moglibyśmy zapytać o to, jakie słowa słyszeliśmy od naszego poczęcia? Jan i Jezus spotkali się w łonie swojej matki. Co wówczas słyszeli? Słowo matki Jana, Elżbiety: „a skądże mi to, że matka mojego Pana przychodzi do mnie?” i pieśń Matki Jezusa, Maryi: „Magnificat anima mea…”. Można powiedzieć, że Elżbieta i Maryja odmawiały pierwszy różaniec, a ich synowie, Jan i Jezus, słuchali słów pierwszego różańca. Wzrastali słuchając słów modlitwy. Zapytam siebie, co mówiono do mnie od początku mojego życia? Czego słuchałem od pierwszych chwili życia? Również w tym bardzo istotnym wymiarze, jakim jest doświadczenie wiary: co słyszałem od moich rodziców? jaka była modlitwa mojej matki i mojego ojca? Do tych bowiem pierwszych słów i pierwszych doświadczeń wracamy w sposób naturalny; jest to bardzo ważne. Pytamy więc dziś siebie o korzenie naszej wiary: jak ona się w nas kształtowała? Dotykamy ludzkiej przestrzeni i tego, co w nas budowało, a także tego, co było dla nas doświadczeniem kruszącym, a nieraz burzącym. Czy po latach mojego życia mogę powiedzieć, że doświadczam radości z bliskości Jezusa, że doświadczam radości z tego, że Jezus jest moim przyjacielem? Przez pryzmat Ewangelii możemy zobaczyć, ilu mamy przyjaciół, ilu mamy ludzi, którzy są z nami przez jakiś czas, którzy pojawiają się nieraz dyskretnie w moim życiu i równie dyskretnie znikają. Historia Jana Chrzciciela pokazuje, że przyjaźń nie musi nieustannym przebywaniem ze sobą, że można być również osobno, a jednak bardzo blisko. Pamiętamy, że gdy prorok znad Jordanu zostaje uwięziony, a potem gdy zostanie zabity, Jezus odchodzi na osobność, by się za niego modlić, by być przy jego duszy. Oto przyjaźń, czyli „przy-jaźń”, bycie przy jaźni kogoś drugiego, bycie przy tym, co w drugim najgłębsze.

Św. Jan Chrzciciel uczy nas również tego, że nasza tożsamość, czyli to, kim jesteśmy, buduje się również poprzez to, kim nie jesteśmy. Moja tożsamość buduje się na tym, że nie muszę udawać kogoś, kim nie jestem, że nie muszę się przebierać za wielkiego proroka, nie muszę udawać kogoś innego niż jestem. „Ja nie jestem Mesjaszem”, „Nie jestem Eliaszem”, „Nie jestem prorokiem” - mówi św. Jan, a potem jeszcze mówi: „Nie jestem godzien”. To też jest piękne imię: „nie jestem godzien”. W czasie każdej Mszy Świętej, tuż przed Komunią Świętą, mówimy: „Panie, nie jestem godzien…”. To również jest moje imię. W jakim znaczeniu? Oczywiście, nie w znaczeniu, że nie mam godności, bo jestem dzieckiem Bożym i cieszę się godnością, ale w znaczeniu, że sam z siebie nie jestem godzien, by przyjąć Boga: „Panie, nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja”. Św. Jan uczy nas Mszy Świętej; uczy nas uczestniczenia we Mszy Świętej. Jest z nami w wydarzeniu Eucharystii i wskazuje nam Jezusa, uczy nas modlitwy i pokory. Pokora nie jest nieszczęściem. Pokora to uznanie, że to rzeczywiście mi się nie należy. Pokora pozwala odkryć, jak bardzo jestem obdarowany. Pokora to świadomość tego, że coś mi się nie należy, a jednak to dostałem. Pokora jest źródłem radości i pokoju serca!

I ostatnia rzecz, której uczy nas dzisiaj w Ewangelii św. Jan to jest to, że on mówi coraz krócej: „Nie jestem Mesjaszem”, „Nie jestem”, „Nie” („Nie jestem Mesjaszem”, „Nie jestem [Eliaszem]”, „Nie [jestem prorokiem]”). Skojarzyło mi się to trzykrotne „nie jestem” z tym, co mówił Piotr na dziedzińcu. Kłamstwo, lęk generują wiele słów, wiele zapewnień, wiele przekonywania. Im bardziej ktoś kłamie, tym bardziej zapewnia i deklaruje. Natomiast prawda nie potrzebuje wielu słów, właściwie potrzebuje tylko jednego słowa. Prawda to jedno słowo, to jednoznaczność. W prawdzie nie ma gry: „nie” oznacza „nie”; wszystko jest jasne, białe jest białym, a czarne jest czarnym. Stąd też o rzeczach najważniejszych, np. o miłości i śmierci, mówi się w sposób najkrótszy. Wyznanie miłości jest tak krótkie: „kocham Ciebie”. Również stwierdzenie faktu śmierci jest krótkie: „umarł, nie żyje”. Najprostsze słowa i najkrótsze, najwięcej w sobie treści zawierają. O rzeczach najważniejszych mówi się w sposób najprostszy. Spotykamy się ze zdaniami, o których mówimy, że są genialne w swojej prostocie. Czasem jest to słowo poezji… Ostatnio siostra, która pracuje z grupą niewidomych dzieci w Laskach, zaczęła spisywać ich powiedzenia. To są chłopcy z drugiej czy trzeciej klasy. Wśród wielu znanych mi historii jest i taka: chłopiec, zupełnie niewidomy, pyta: „Siostro, a po czym poznać, że ktoś szuka miłości?”. Zanim siostra zdążyła zebrać całą swoją teologiczną i pedagogiczną wiedzę, sam pytający udzielił odpowiedzi: „Bo nas rani, bo nas rani”, a potem zaraz dodał: „Chciałbym kiedyś pomagać ludziom”. Piękne, szczere i proste słowa…

ks. Jakub Szcześniak

---------------------------------------------------------------------

Duch Święty przekonuje o grzechu i łasce silniejszej niż grzech
homilia – czwartek 1. tygodnia po Narodzeniu Pańskim, 3 stycznia 2013
1 J 2,29 -3,6; Ps 98, 1.3cd-6; J 1, 29-34

„Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata”. Najpierw zatrzymuje mnie określenie „grzech świata”, które wybrzmiewa w tym zdaniu: „grzech świata” („grzech Kościoła”, „grzech państwa”, „grzech społeczeństwa”, „grzech zakonu”, „grzech rodziny”). To określenie przywołuje pojęcie tzw. „grzechu społecznego”. Oczywiście, świat, instytucje, struktury czy społeczeństwo, rodzina czy zakon, nie są podmiotami aktów moralnych. Można próbować ukryć się za tym określeniem, ale na dnie każdej sytuacji grzechu, tzw. grzechu społecznego, są zawsze osoby, które popełniają konkretne grzechy. Tzw. sytuacje grzechu społecznego są owocem i nagromadzeniem wielu grzechów osobistych i ich konsekwencji. W związku z tym nie da się zmienić naprawdę społeczeństwa czy Kościoła, struktur czy instytucji, jeśli nie dojdzie do osobistego nawrócenia osób, należących do Kościoła, tworzących społeczeństwo, struktury i instytucje, rodziny czy wspólnoty zakonne. Ćwiczenia rekolekcyjne to czas, kiedy w ukryciu pustyni domu rekolekcyjnego, pozwalamy (lub nie pozwalamy), by Jezus, Zbawiciel świata, leczył każdą i każdego z nas osobiście, zmniejszając w ten sposób ogromne brzemię, które dźwiga na sobie świat. Prośmy więc Ducha Świętego, byśmy potrafili dostrzec, że wielka rzeka zła w świecie, grzech świata, powstaje z malutkich czy większych strumyczków, którymi są nasze grzechy osobiste (por. Jan Paweł II, Reconciliatio et paenitentia, nr 16). Zapytam siebie, jaki jest mój udział w tym, co nazywamy grzechem społecznym.

Czytam tę Ewangelię w Roku Wiary i odruchowo, poruszony słowem „grzech świata”, sięgam do Katechizmu Kościoła Katolickiego. Szukam artykułu zatytułowanego „grzech”. Znajduję go w trzeciej części Katechizmu (pierwsza - wyznanie wiary, druga - celebracja misterium chrześcijańskiego, czyli sakramenty, trzecia - życie w Chrystusie, czwarta - modlitwa chrześcijańska). Zatrzymuję się przy pierwszych trzech numerach Katechizmu stanowiących niejako wprowadzenie do artykułu o grzechu, zatytułowane: „miłosierdzie i grzech”. Czego się tam dowiaduję? Uświadamiam sobie, że nry 1846-1848, KKK pomagają mi należycie spojrzeć na rzeczywistość grzechu. Uświadamiają mi, że nie wolno mi wyrywać słów „grzech świata” z całego zdania, które wypowiada Jan Chrzciciel, że nie mogę rozważać ich poza kontekstem całego zdania. Prorok mówi nad Jordanem: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata”. Prawdę o grzechu trzeba rozważać łącznie z prawdą o Tym, który przez swą śmierć i zmartwychwstanie go zgładził. Więcej, by należycie rozumieć rzeczywistość grzechu trzeba najpierw usłyszeć Nowinę o Baranku Bożym, który go gładzi. By zmierzyć się z piramidą grzechu, trzeba uwierzyć w Tego, który jest Mocniejszy od grzechu.

Kościół przypomina mi w Katechizmie przede wszystkim, że „Ewangelia jest w Jezusie Chrystusie objawieniem miłosierdzia Bożego dla grzeszników”; że anioł Pański zwiastował św. Józefowi: „Nadasz (Mu) imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów” (Mt 1, 21) [zwróćmy na to uwagę, bo dziś obchodzimy wspomnienie Imienia Jezus]; i że również Eucharystia, w której uczestniczymy, jest objawieniem miłosierdzia Bożego dla grzeszników. Jezus mówi: „To jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów” (Mt 26, 28).

Kościół przypomina mi również, że przyjęcie Bożego miłosierdzia wymaga od nas uznania naszych win, ale również uznania razem ze świętym Pawłem tego, że: „gdzie... wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska”. Trzeba nam uznać nasz grzech i uznać łaskę większą niż nasz grzech! W obliczu jednej i drugiej rzeczywistości może pojawić się w nas opór. Trudno jest przyznać się do grzechu i trudno jest uwierzyć, że łaska Boga jest większa od grzechu. Stąd potrzebujemy Ducha Świętego, który przekona nas o grzechu i przekona nas łasce odkupienia potężniejszej niż grzech. Przygotowując się do rekolekcyjnej spowiedzi, może nawet do spowiedzi generalnej, trzeba nam pamiętać, że tam, gdzie zło rozpanoszyło się w naszym osobistym życiu i gdzie grzech przechodził w historii naszych rodzin czy wspólnot z pokolenia na pokolenie, tam jeszcze obficiej rozlewała się łaska Boga, którego „miłosierdzie z pokolenia na pokolenie”.

Katechizm, po który sięgnąłem, prowokuje mnie by sięgnąć jeszcze po encyklikę Jana Pawła II o Duchu Świętym, który jest Panem i Ożywicielem, „Dominum et Vivificantem” (nr 27-32). Zgodnie z zapowiedzią Jezusa Duch Prawdy, gdy przyjdzie, przekona świat o grzechu, o sprawiedliwości i sądzie (por. J 16, 7n). Przekonując o grzechu Duch Święty nie ma na celu oskarżenia świata czy tym bardziej jego potępienia, bo „Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony” (J 3, 17). Przekonywanie o grzechu jest równocześnie przekonywaniem o odpuszczeniu grzechów. Weźmijcie Ducha Świętego! - woła Jezus. Weźmijcie Ducha Świętego, aby doświadczyć podwójnego obdarowania. Pierwszym jest obdarowanie prawdą sumienia, które uznaje dobro za dobro i zło za zło, drugim - obdarowanie pewnością Odkupienia - miłość jest silniejsza od grzechu. „Aby jednak łaska mogła dokonać swego dzieła, musi ujawnić nasz grzech…”. Duch Święty przekonuje nas o moim grzechu i o łasce większej od moich grzechów. Duch Święty, który jest Miłością, przekonuje o grzechu zawsze w relacji do Chrystusowego Krzyża. Ukazuje przepaść-głębię grzechu i przepaść-głębię Bożego Miłosierdzia.

Czytając jeden z punktów Katechizmu uderzyła mnie mocno jeszcze jedna prawda związana z wyznaniem Jana Chrzciciela: „Gdy Jan Chrzciciel zgodził się udzielić Jezusowi chrztu razem z grzesznikami, zobaczył i wskazał w Jezusie Baranka Bożego, "który gładzi grzech świata" (J 1, 29)” (KKK 608). Rzeczywiście, wg Ewangelistów synoptycznych Chrzciciel ujrzał Ducha i usłyszał głos z obłoku po ochrzczeniu Jezusa. Duch Święty daje Janowi poznać Jezusa jako Syna Bożego po udzielonym chrzcie; dopiero, gdy Jan zgodził się na logikę odkupienia. Według św. Mateusza prorok znad Jordanu się opierał, nie chciał Jezusowi udzielić chrztu. Dopiero słowo Jezusa, w którym tchnie łaska Ducha Świętego, go przekonało. Słowo Boga, w którym tchnie łaska Ducha Świętego, nas przekonuje o grzechu i łasce. Słowa „Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata” nie są jedynie zapowiedzią, one są rzeczywistością. Jezus zanurzając się w wody Jordanu, uprzedza już chrzest swojej krwawej śmierci. Jan nie mówi, że Jezus będzie Barankiem Bożym, ale że Jezus już jest Barankiem Bożym, który gładzi grzech świata (por. KKK 536). Co to oznacza?

Prawdziwe znaczenie słów „Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata” zna ten, który uzna swoje grzechy i złoży je na barkach Baranka Bożego, a Ten je zgładzi. Wyobraźmy sobie, że jest wielki mróz, a my stoimy na zewnątrz ubrani lekko, letnio. Zbliża się do nas ktoś z ciepłym zimowym płaszczem i nas nim otula. Wiedza zmarzniętego o tym, że ów człowiek otula innych ciepłym płaszczem, jest tylko teorią. Zna prawdziwie owego dobroczyńcę ten, kto już został przez niego otulony płaszczem. Jakże inaczej brzmią słowa: „Oto człowiek, który otula ciepłym płaszczem”, gdy stoimy już w ciepłym płaszczu. Obyśmy uznali nasz grzech i pozwolili się otulić Jezusowi płaszczem łaski. Tu i teraz, ale również w przeddzień rekolekcyjnej spowiedzi prośmy: Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami!

Piotr Szyrszeń SDS

---------------------------------------------------------------------

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl