O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Piotr i Judasz. Dwie historie i Boże Miłosierdzie 30 XI ̵ ...


PIOTR I JUDASZ
Dwie historie i Boże Miłosierdzie
Szkoła Modlitwy Słowem Bożym
30 listopada - 2 grudnia 2012

TEKSTY HOMILII
wygłoszonych w czasie spotkania

---------------------------------------------------------------------

Z Bożym i ludzkim kalendarzem w ręku
homilia - I Niedziela Adwentu (C), 2 grudnia 2012
Jr 33, 14-16; Ps 25, 4bc-5ab, 8-10.14;1 Tes 3,12 - 4,2; Łk 21, 25-28.34-36

Rozpocznę od życzeń, które przyjmujemy w pierwsze dni nowego roku: "Błogosławionego nowego roku! Życzę wszystkim błogosławionego nowego roku". Wypowiadam je świadomie, choć może ktoś z was jest nimi zaskoczony, ponieważ raczej nie jesteśmy przyzwyczajeni do takich życzeń w pierwszą niedzielę adwentu. To oznacza, że nie do końca chyba wyczuwamy znaczenie i ważność tego nowego roku, który nazywamy nowym rokiem liturgicznym. Rok liturgiczny nie jest czasem konkurencyjnym dla tego roku, który zaczyna się 1 stycznia i trwa do 31 grudnia, ale to jest czas, który nadaje sens 365 lub 366 dniom liczonym przez nas od 1 stycznia do 31 grudnia.

Pochylmy się nad sensem nowego roku liturgicznego, w który właśnie wchodzimy. Bóg daje nam do ręki swój kalendarz, to jest kalendarz Bożego czasu. W Biblii nazywany jest on „kairos”; jest to czas szczególnej interwencji Boga, który jest w moim czasie i nieustannie w moim czasie działa. W tych dniach na nowo uświadomiliśmy sobie, że kalendarz życia Judasza i Piotra nie rozpoczął się z dniem urodzenia, tak jak to ustalają nasze ludzkie metryki urodzenia. Kalendarz życia ich obu, zarówno Piotra, jak i Judasza, rozpoczął się w sercu Boga przed założeniem świata. Bo to nie Bóg dopasowuje się do naszego czasu i to nie my Bogu staramy się poświęcić trochę cennego czasu w naszym kalendarzu życia, ale to Bóg najpierw zaprasza nas - używam ludzkiej kategorii słów - w swój czas; Bóg zaprosił nas w swój czas jeszcze przed założeniem świata. Pomyślmy, o tym, przez chwilę. Dzień, w którym sobie to uświadomiłem, że zanim mama zaczęła wołać do mnie po imieniu, Bóg już przed założeniem świata, nosił mnie w sercu i mówił do mnie po imieniu, był kiedyś dla mnie jednym z najważniejszych dni rekolekcji, jakie przeżywałem.

„Miłością wieczną umiłowałem Cię…” (Jr 31, 3). Jeśli tak jest, to zaczynamy rozumieć, skąd ten pomysł Kościoła na drugi kalendarz i po co takie „komplikowanie” życia: z dwoma kalendarzami w ręku. Rozumiemy, dlaczego, zanim nadejdzie pierwszy dzień stycznia, otwieramy Boży kalendarz. Ponieważ, to Bóg pierwszy zaprosił mnie do życia i stało się to, zanim ja go zaprosiłem w moje życie. Dlatego rozpoczynamy rok od adwentu. Co to znaczy? Rozpoczynamy od takich czterech tygodni „warsztatów” w życiu chrześcijańskim, w czasie których uczymy się zmieniać naszą mentalność. Uczymy się zmieniać nasze patrzenie na czas i na własną historię. Uświadamiamy sobie, że zanim my otworzyliśmy nasz kalendarz życia, Bóg wcześniej otworzył swój kalendarz miłości, kalendarz pełnych miłości zamiarów wobec mnie, a stało się to jeszcze przed założeniem świata.

W jaki sposób mogę czytać ten Boży kalendarz? W jaki sposób mogę rozpoznawać, co Bóg zapisał w kalendarzu mojego życia i pod dzisiejszą datą, i pod jutrzejszą, i po wszystkie dni mojego życia? Odpowiedź jest w dzisiejszej Liturgii Słowa. Kiedy czytam Boże Słowo, czytam ustalony dla mnie Boży kalendarz życia. W tym kalendarzu życia, który przekazuje nam Kościół od dzisiaj przeżywanej pierwszej niedzieli adwentu aż do ostatniego dnia roku liturgicznego (poprzedni przeżywali wczoraj, a następny będziemy, daj Boże, przeżywali znowu za rok), Bóg mówi to, o czym żaden ludzki kalendarz nam nie powie, a mianowicie, że cała nasza osobista historia, dzień po dniu, cokolwiek się w naszym życiu wydarzyło się wcześniej, cokolwiek się jeszcze w nim wydarzy, także ten dzień, w którym - co nie daj Boże! - gubiłbym się jak Judasz czy Piotr, jest historią świętą, ponieważ jest historią zbawienia. I dlatego Kościół przeżywa kalendarz liturgiczny w rytmie historii zbawienia. W odczytywanej zgodnie z kalendarzem liturgicznym Liturgii Słowa nie chodzi o zwykłe przypominanie sobie tego, co kiedyś się stało w historii zbawienia. Kościół, czytając Słowo, przypomina nam i pozwala nam usłyszeć, co dzieje się w naszej osobistej historii, którą będziemy zapisywali, gdy pierwszego stycznia weźmiemy do ręki nasz kalendarz i zaczniemy w nim chronologicznie, zapisywać, w swoim czasie „chronos”, zapisywać kolejne spotkania, zadania, obowiązki.

Bóg mi przypomina dzisiaj, że cały ten mój kalendarz życia "od pierwszego stycznia do trzydziestego pierwszego grudnia"- umownie mówiąc - jest historią świata. Tak jak przed założeniem świata byliśmy noszeni w sercu Boga, tak i teraz jesteśmy noszeni w Jego sercu. A co my z tym Bożym kalendarzem robimy? Jakie dni kalendarzowe tak naprawdę określają nasze życie? Wydaje się, że czasem chcemy, aby Pan Bóg w swym kalendarzu „kairos” ułożył się z nami: by ułożył się z całym rytmem naszego życia konsumpcji, by ułożył się z całym rytmem życia naszych zmartwień („dzisiaj, Boże, nie mam czasu”), z kalendarzem naszego zmęczenia („wybacz, Panie, ale dziś jestem zmęczony”), z kalendarzem naszych spraw („mam przecież tyle do zrobienia”). Bóg, który przechodzi przez nasz kalendarz życia z swoim odwiecznym kalendarzem, czyniąc z każdej sytuacji naszego życia chwilę głębokiego sensu, pozostaje nierozpoznany. Oto nasz dramat, dramat naszego rozmijania się z Bogiem! Bogu nie chodzi o to, czy ja gdzieś tam przez chwilę o Nim pamiętamy, czy na chwilę o Nim zapomnimy. Bogu chodzi o coś znacznie więcej. Chodzi Mu o to, żebyśmy dzięki Jego Słowu czytając kalendarz życia i to wszystko, co w nim jest zapisane, - kiedy się radujemy, kiedy jesteśmy na uroczystości weselnej, na przyjęciu czy na dobrym filmie, kiedy jesteśmy w dobrym towarzystwie, kiedy płaczemy i cierpimy, i kiedy się trudzimy, i kiedy upadamy - nie mieli wątpliwości, że Bóg wszystko potrafi uczynić sensem i wszystkiemu potrafi nadać najgłębszą treść życia. Każdą z przed chwilą przeze mnie wymienionych i tysiące niewymienionych sytuacji Bóg zamienia w akt zbawienia dla mnie.

Czy to rozumiemy? Czy już rozumiemy, dlaczego potrzebujemy kalendarza liturgicznego? Potrzebujemy go, by na nowo odkryć, że żyjemy w czasie Boga, czyli w czasie „kairos”. Dzisiaj Jezus mówi w Ewangelii o tym, co będzie dopełnieniem tego czasu, czasu na ziemi, kiedy przyjdzie i ujrzymy Go z podniesioną głową. Przyjdzie tak samo, jak przyszedł do nas, kiedy położył swój pocałunek na naszym życiu i nas stwarzał. Przyjdzie do nas tak, jak przyszedł do nas w łonie matki. Przyjdzie do nas tak, jak przychodził, gdyśmy się rodzili. Przyjdzie do nas tak, jak przychodził i przychodzi każdego dnia, dzień po dniu. Przyjdzie do nas tak, jak przychodził do nas w czasach ostatecznych, które - przypomnę - rozpoczęły się z wyjściem Jezusa z grobu. Wtedy przyjdzie do nas po raz ostatni i powie: „Nabierzcie odwagi, podnieście głowy! Zbliża się wasze odkupienie, czyli to, o czym mówiłem wam w każdym dniu waszego życia”. Największy dramat mógłby polegać na tym, że Go wtedy nie rozpoznamy, ale dlatego że Go nigdy nie poznaliśmy w naszym życiu. Jeśli On do kogokolwiek powie: „Nie znam was” (Mt 7, 23), to tylko dlatego, że mówiąc prawdę nie mógłby powiedzieć inaczej. „Nigdy się ze Mną nie spotkałeś, nigdy Mnie nie poznałeś”. Przychodzi do nas dzisiaj i chce, abyśmy rozpoznawali Go przychodzącego jako Zbawiciela, abyśmy Go mogli także rozpoznać z podniesioną głową w dniu ostatnim.

Jeszcze raz powtórzmy na koniec, wracając do tajemnicy historii Piotra i Judasza, że jeśli Jezus przyszedł do nich w najczarniejszą noc ich życia, to nie ma i nie będzie takiej nocy, choćby najczarniejszej w moim życiu, którą po ludzku nazwałbym najbardziej przeklętą, w której On nie byłby obecny. Dlatego w środku tego czasu liturgicznego, w Wielką Sobotę, w dniu, w którym będziemy uczyli się z całym Kościołem ciszy i milczenia, czyli w dniu wielkiej ciszy, wieczorem w hymnie „Exsultet”, zaśpiewamy: „O felix culpa,… O, szczęśliwa wina,… O vere beata nox,… O, zaiste błogosławiona noc,…”. Noc błogosławiona przez Błogosławionego, który przyszedł i nawiedził mnie nawet w stajni mojego życia, tam gdzie panował największy barłóg grzechu. Błogosławiona noc, w której przyszedł do mnie tak, jak przyszedł w noc grzechu do Szymona i Judasza, i mój grzech, biorąc go na siebie, przemienił w błogosławieństwo, w zbawienie. To jest możliwe tylko w Bogu. To jest możliwe dla mnie, kiedy na Boga się otwieram. Jedno spojrzenie miłości, z którym zwrócił się ku Niemu na krzyżu łotr, wystarczyło Zbawicielowi, by powiedział do niego: „Dziś będziesz ze mną w raju” (Łk 23, 43).

Módlmy się więc, abyśmy ten nowy rok, który rozpoczynamy, rok Bożego czasu, który przeżywany w naszym czasie, był rokiem błogosławionym, czyli czasem, w którym każdego dnia, od rana do wieczora, cokolwiek by się nie działo, rozpoznawać będziemy Boga z nami, Emmanuela, który daje nam tyle błogosławieństw. Już teraz my, wszyscy salwatorianie i salwatorianki, posługujący w tym domu, życzymy wam, błogosławionej Nocy Bożego Narodzenia.

Krzysztof Wons SDS

---------------------------------------------------------------------

Życie przeżywać, a nie konsumować
homilia – sobota 34 tygodnia zwykłego, 1 grudnia 2012
Ap 22, 1-7; Ps 95, 1-7ab; Łk 21, 34-36

„Płynie Wisła, płynie po polskiej krainie… A dopóki płynie Polska nie zaginie”. Nie wiem, jak się ma zależność pomiędzy płynącą rzeką Wisłą, a życiem Polaków, ich losem i przyszłością. Wiem za to, że ta zależność jest ogromna, jeżeli chodzi o życie Polaków, o jakość tego życia, a rzeką, która płynie po polskiej krainie od 966 roku, rzeką wody życia, rzeką, która ma krystalicznie jasną wodę. Ta rzeka, to symbol Bożej łaski i darów Ducha Świętego, jak można przeczytać w wielu komentarzach do dzisiejszego pierwszego czytania. „Łaską jesteśmy zbawieni”, napisze bowiem św. Paweł Apostoł i tej łaski ciągle nam trzeba, Bożej łaski, aby żyć jak ludzie zbawieni, a nie potępieni. Rzeka wody życia to też symbol darów Ducha Świętego, bo przecież bez Ducha Świętego nikt nie jest w stanie powiedzieć „Panem jest Jezus”. Darów Ducha Świętego i Jego mocy potrzebujemy także my, Polacy. Dziwnie bowiem tracimy głos, kiedy wyraźnie trzeba wyznać, że Jezus jest Panem. Ten głos zaś jest silny i wyraźny, kiedy krzyczymy czy wygadujemy różne głupoty, bzdury i niedorzeczności. I nie chodzi tu tylko o ludzi z pierwszych stron gazet, bo także my, zwykli Kowalscy, potrafimy krzyczeć, wykrzykiwać i przeklinać.

Ostatnio, jak wiecie, powstało oburzenie, że papież napisał w trzeciej części swojej książki „Jezusa z Nazaretu”, że przy żłóbku nie było zwierząt. Ile było szumu! Pokazywano nawet oślicę, która chyba dostanie depresji, bo straci rolę, bo może nie wezmą do przedstawienia. Słysząc to pomyślałem sobie, że nie byłoby szumu, gdyby papież napisał, że w żłóbku nie było Pana Jezusa, że chyba nikt by nie protestował. My do takich absurdów powoli zmierzamy. Mogą nam odebrać choinkę, mogą powiedzieć, że nie było zwierząt, choć papież na pewno dokładnie to zbadał, zanim to napisał. Mogą nam odebrać wszystko, ale nie mogą nam odebrać Jezusa! Bo, to są Święta: Jezus - Nowonarodzony! Reszta, może i piękna, to tylko dodatki.

U końca roku coraz częstej słyszymy komunikaty, że kolejny szpital wstrzymuje planowane operacje, bo skończyły się pieniądze, które były zakontraktowane z Narodowym Funduszem Zdrowia. Na szczęście Pan Bóg żadnych kontraktów z NFZ nie podpisywał. Drzewo Życia mocno zakorzeniło się na naszej polskiej ziemi. Drzewo Życia, czyli Krzyż Jezusa Chrystusa. To Drzewo Życia dalej rodzi owoce, zbawienne dla nas i wydaje liście, które służą do leczenia narodów, także naszych serc. Te liście, jak przeczytałem w jednym z komentarzy, to między innymi sakramenty święte. Jeżeli tu są jakieś limity i ograniczenia, w tym sakramentalnym leczeniu, to wynikają one z ograniczoności, niestałości czy skąpstwa naszego serca. Pan Bóg w tym leczeniu jest hojny. To my próbujemy Pana Boga zakontraktować, ograniczyć, określać mu, dokąd może nas leczyć lub obdarzać. On chce być hojny, nie chce żadnych limitów. Chce nam nieustannie dawać to, co najcenniejsze z Drzewa Życia, z drzewa Krzyża Jego Syna, Jezusa Chrystusa. My zaś zamiast mocno trwać przy Drzewie Życia, gdzieś szukamy pocieszenia przy jakichś tam drzewkach szczęścia, co staje się naszym jednym wielkim nieszczęściem.

W pierwszym czytaniu słyszeliśmy, że mieszkańcom Nowego Jeruzalem nie potrzeba światła słońca, ani światła lampy. My dopiero tam wędrujemy. Nam, pielgrzymom, jeszcze jest potrzebne jedno i drugie światło. Dlatego nie przepadamy za pochmurnymi dniami; smucą nas też rosnące rachunki za energię elektryczną. Ale i nam potrzebne jest Boże światło, światło Bożego Słowa, aby dobrze i godnie żyć. Tego światła nie wolno nam oszczędzać. Ono niech się pali dzień i noc, świeci w naszym życiu. Najdotkliwsze bowiem rachunki, jakie nam wystawia życie, to rachunki za życie w ciemnościach: czy to kłamstwa, czy niesprawiedliwości, czy nienawiści, czy głupoty itd. Te rachunki nie uderzają nas po kieszeni, te rachunki uderzają w nasze rodziny, w nasze wspólnoty zakonne, w nasze relacje i w nasze serce. Nieraz bardzo mocno uderzają. A przecież my nie jesteśmy synami ciemności, ale światłości i dnia, Bożego dnia i Bożej światłości.

Czytamy też dzisiaj w pierwszym czytaniu, że błogosławieni, czyli szczęśliwi, którzy są w Nowym Jeruzalem, wpatrywać się będą w oblicze Pana. My mamy więc jeszcze czas, aby do wejścia do tej szczęśliwej listy błogosławionych się przygotować. W jakiś sposób? Musimy pościągać maski, które często zakładamy na nasze oblicza: maski wiecznego raju, twardziela, albo jeszcze kogoś. Na granicy Królestwa Bożego nas w maskach nie wpuszczą. W niebie bowiem, w Nowym Jeruzalem, Pan Bóg oczekuje nie przebierańców w maskach, ale oczekuje swoich dzieci. My chcemy żyć jak Jego dzieci, bez masek. Chcemy żyć tacy, jacy jesteśmy i już jakoś tutaj smakować tego, kiedy z jaśniejącą, inną twarzą, wpatrywać się będziemy w Jego oblicze.

Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii stawia naprzeciw siebie dwie rzeczywistości: ludzie serce i ludzkie potrzeby, troski dnia codziennego. Serce w świecie Biblii to centralny organ człowieka. To tam, w sercu, dokonuje się to. co najważniejsze. To siedlisko życia wewnętrznego. W sercu człowiek szuka, odnajduje i podejmuje dialog z Panem Bogiem. Z drugiej strony potrzeby człowieka: jedzenie, picie, sen, zdrowie i inne. (na marginesie, wydawało mi się, że niektórzy dziwnie na mnie patrzyli, gdy czytałem słowo „obżarstwo” ;-)). Pan Jezus zestawiając te dwie rzeczywistości wzywa do czujności. Przestrzega swoich uczniów, aby te troski doczesne, ważne i konieczne, ale jednak drugorzędne, nie zagłuszyły, nie obciążyły, nie zdominowały naszego serca i na drugi plan nie zepchnęły tego, co w naszym życiu jest pierwszoplanowe. I tu nie tylko chodzi o perspektywę powtórnego przyjścia Pana, końca świata. Człowiek, który będzie tym zaprzątnięty, zajęty, tego dnia po prostu nie rozpozna. Wpadnie jak w potrzask, kiedy przyjdzie Pan sądzić żywych i umarłych. Tu chodzi również o nasze „dzisiaj”. Człowiek z przestawioną hierarchią wartości w sercu, także „dziś” często może przegapić i zlekceważyć to, co w życiu najważniejsze. Może przegapić i zlekceważyć swoje codzienne spotkania z Panem Bogiem. To w praktyce oznacza mniej czasu lub jego brak, na modlitwę, lekturę Słowa czy ogólnie na sprawy duchowe. To oznacza mniej dobrego czasu dla drugiego człowieka, czasu pełnego troski i miłości. To też oznacza mniej dobrego czasu dla samego siebie. Stąd tacy jesteśmy zabiegani. Człowiek obciążony troskami, które zdominowały jego serce, życia nie przeżywa, on je konsumuje. On często nie wie, co ma na półkach w Bożej szafie, ale gdy go zapytać, co jest na półce w najbliższym supermarkecie, dokładnie powie, gdzie co leży. To szczególnie widać w te dni, kiedy te supermarkety są zamknięte. Kiedy takiego człowieka odetnie się od konsumpcji, od supermarketów czy galerii handlowych, wtedy nie wie, co ze sobą zrobić i zamiast się ucieszyć, zamiast więcej czasu poświęcić Panu Bogu, choćby na modlitwę, zamiast więcej czasu dać bliźniemu czy sobie, on odlicza godziny, kiedy będzie mógł znowu konsumować, konsumować i konsumować. My nie chcemy być konsumentami życia, my chcemy to życie przeżywać w świetle Bożego Słowa, w mocy Bożej łaski, w mocy Ducha Świętego.

Bracia i Siostry! Szanujmy nasze serca! Dbajmy o właściwe ciśnienie i tętno, ale też o odpowiednią hierarchię w naszym sercu, o hierarchię wartości, która pozwoli nam codziennie spotykać się z Panem i to na wysokim poziomie, aby kiedyś spotkać Go u końca świata bez wyrazu zaskoczenia, zdziwienia czy przerażenia na twarzy! Spotkać Go, tak po prostu, z podniesioną głową i radością w sercu. Niech tak się stanie!

Ryszard Stankiewicz SDS

---------------------------------------------------------------------

Słuchajmy wiernie słowa Chrystusa, które kształtuje wiarę!
homilia – święto św. Andrzeja Apostoła, 30 listopada 2012
Rz 10, 9-18; Ps 19, 2-5ab; Mt 4, 18-22

Dzisiaj Pan za pośrednictwem św. Pawła, kładzie nam mocno na sercu słowa, do których, choć są one znane, trzeba nam często wracać. Przypomina nam je, ponieważ nie zawsze o nich pamiętamy. Uczula nas na to, kogo i czego słuchamy, bo przecież to, czego słuchamy, że nie zawsze budzi w nas wiarę w Boga. Apostoł Narodów pisze do chrześcijan z Rzymu: „Przeto wiara rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa” (Rz 10, 17). To zdanie trzeba przeczytać do samego końca. Wiara rodzi się bowiem ze słowa Chrystusa, a nie z jakiegokolwiek słowa. Pomyślmy, jak wyglądałoby nasze życie, gdybyśmy słuchali wszystkich innych jedynie słów, ale nie słuchali słów Chrystusa. Jak wówczas wyglądałoby nasze życie?

Jednemu z duszpasterzy młodego pokolenia, jego wychowankowie, uczniowie liceum, powiedzieli: „Proszę księdza, my już nie wiemy kogo słuchać! Tyle jest możliwości, tyle do nas dociera treści, różnych słów”. Można by powiedzieć, że Jezusowi jest dziś bardzo trudno przebijać się przez tę wielość słów i propozycji, które oferuje świat. Ale z Listu św. Pawła do Rzymian dowiadujemy się, że wtedy Jezusowi i Jego Słowu nie było łatwo się przebić do ludzkich serc. Myślę, że kiedy uważnie przyjrzymy się swojej historii życia, zauważmy, że i nasze serca nie zawsze były czy też, nie zawsze są gościnne dla słowa Jezusa. A przecież wiara żywa rodzi się właśnie ze słowa Chrystusa. Wiara żywa rodzi się z prostego, zwyczajnego, ale stanowczego i konsekwentnego słuchania Jezusa. Gdyby nie to słuchanie Jezusa, to jak wyglądałby dzisiaj świat?

Jezus, ów niezmordowany pielgrzym, przemierza Galileę naszego świata, moją i Twoją Galileę, nie przestając mówić z mocą i bardzo prosto. On, który jest najlepszym znawcą ludzkich serc, zwrócił się kiedyś do nas, do mnie i Ciebie, z propozycją: „Pójdź za Mną”. Znalazł taki moment w naszym życiu, skierował do nas swoje słowo, a my poszliśmy za Nim.  Wiara rodzi się ze słuchania Jezusa, tyle że nie chodzi o słuchanie jednorazowe, ale codzienne, wierne. Można powiedzieć, że kiedy spotkaliśmy Jezusa, trochę się nasze życie „zawaliło” („zawaliło” w pozytywnym tego słowa znaczeniu), i coś się znacząco zmieniło. Kiedy bowiem postawimy Jezusa na pierwszym miejscu w naszym życiu, jak uczynili uczniowie, o czym słyszeliśmy w Ewangelii, wszystko zostaje przewartościowane: praca, relacje z bliskimi… Nie znaczy to, że praca czy bliscy przestają być ważni, ale kiedy Jezus staje na pierwszym miejscu, widzimy, że wszystko zaczyna się zmieniać. Zmienia się nie od razu, ale powoli. Moja bratanica niedawno mi powiedziała: „Wiesz, wujek, odkąd razem z narzeczonym zaczęliśmy czytać Ewangelię, mniej się kłócimy, inaczej się słuchamy. Przy czym, czasem, strasznie trudno jest słuchać Ewangelii”. Powiedziała prawdę, bo droga z Jezusem nie jest łatwą drogą. Kiedy próbujemy iść za Jezusem drogą wiary, a my przecież próbujemy, widzimy, że często nie mamy dokładnej perspektywy, dokładnych rozwiązań, pojawia się wiele pytań: jak? którędy? kiedy? Jezus mówi: „Pójdź za Mną”, czyli „idź tak, jak umiesz, bądź najpierw dla Mnie, słuchaj moich słów, trwaj w nich, a wszystko inne będzie potem”. Tego się wszyscy uczymy.

W kroczeniu za Jezusem jest wiele niebezpieczeństw. Jednym z nich jest postawienie siebie wyżej od Jezusa: sytuacja, gdy my i nasza wola zaczyna być ważniejsza niż Jezus. Innym niebezpieczeństwem jest interpretowanie po swojemu Jego słowa. Jeszcze innym - sytuacja, gdy drogę z Jezusem potraktujemy jako drogę samorealizacji, drogę realizowania jedynie siebie. Wreszcie bardzo poważnym zagrożeniem jest to, że możemy potraktować drogę za Jezusem, jako drogę za doktryną, a nie jako nowy sposób życia z Osobą. Jezus zaprasza nas do nowego sposobu życia. Swoim Słowem nadaje nowy smak naszemu życiu. Jeśli Mu zaufam, jeśli powierzę Mu dziś swoje życie i w przyszłości będę powierzać, jeśli będę Go słuchać tak, jak umiem, On zadba o to, żeby moje życie było całkowicie dla Niego i sprawi, że sieci Jego Kościoła nieustannie będą się wypełniały, że grono dzieci Kościoła będzie się nieustannie powiększać. On sprawi, że stanę się rybakiem ludzi tam, gdzie jestem, gdzie On mnie posyła, dokąd udam się również po tej sesji.

Trzeba jednak odwagi i wielkiej wiary; trzeba o nie prosić i o to, byśmy w tej  drodze nie ustali. Trzeba nam prosić żeby kolejne „Pójdź za Mną”, które dziś słyszymy, rzeczywiście zapadło nie tylko w nasze głowy, ale by dotarło do naszych serc. Słowo Jezusa przyjęte w sercu rodzi wiarę, która jest zdolna góry przenosić, która jest zdolna rodzić życie tam, gdzie jesteśmy: w naszej Galilei, tej najmniejszej, którą jest nasz dom, klasztor, praca, tam gdzie On nas pośle. „Pójdźcie za Mną , a uczynię Was rybakami ludzi”. Słuchajmy więc z wiarą, na jaką nas dziś stać. To słuchanie może nas uzdolnić to pozostawienia wszystkiego, co nas więzi czy powstrzymuje od wyruszenia od razu. Powierzmy to Jezusowi! Powierzajmy Mu siebie nieustannie! Amen.

Joachim Stencel SDS

---------------------------------------------------------------------
w udostępnionych tekstach homilii,
zachowano styl języka mówionego;
---------------------------------------------------------------------

=== === ===

Zachęcamy do skorzystania z nagrań:

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl