O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Zranienia miejscem wzrastania 14-16 listopada 2014 ...


Zranienia miejscem wzrastania
SZKOŁA KIEROWNICTWA DUCHOWEGO
14-16 listopada 2014

 

W dniach 14-16 listopada 2014 r. odbyła się sesja „Zranienia miejscem wzrastania”. Spotkanie w ramach Szkoły Kierownictwa Duchowego prowadził Amedeo Cencini FdCC - znany i ceniony włoski formator, kierownik duchowy i psychoterapeuta. Uczestniczyło w nim 205 osób, które zostały zaproszone do odczytania na nowo trudnych momentów własnej historii życia.

Odkąd  straszliwa zbrodnia dokonana na Golgocie, najbardziej absurdalna w historii, stała się narzędziem zbawienia, odtąd każda ludzka sytuacja, również ta najbardziej absurdalna i przeklęta, należąca do niepodlegającej zmianom przeszłości, może być napełniona miłością, może zyskać sens i motywację, może być wspominana przez pamięć zdolną nadać nową wartość zranionej historii. Jezus przez swą śmierć na krzyżu wszedł w każdą ludzką otchłań nonsensu i napełnił ją sensem.

 T E K S T Y   H O M I L I I
wygłoszonych w czasie sesji
przez Amedeo Cencini FdCC

---------------------------------------------------------------------

Wkładać miłość tam, gdzie jej nie było
homilia - piątek 32. tygodnia zwykłego (rok II), 14 listopada 2014 r.
2 J 4-9; Ps 119, 1-2.10-11.17-18; Łk 17, 26-37

Kochani bracia i siostry! Chciałbym pozdrowić was słowami św. Jana Apostoła z jego drugiego Listu: „Łaska, miłosierdzie i pokój Boga Ojca i Jezusa Chrystusa, Syna Ojca, niech będą z nami w prawdzie i miłości!” (2 J 3). Zwracam uwagę szczególnie na dwa słowa podsumowujące to pozdrowienie: „w prawdzie i miłości!”. To słowa, które często powracają w listach Janowych i nie tylko. Również psalmy mówią o prawdzie i miłości, które wzajemnie się obejmują. My zgromadziliśmy się tutaj w tych dniach, by rozważać temat na swój sposób szczególny, może niezbyt częsty jako temat różnych konferencji i kursów: „Zranienia życiowe jako miejsca wzrastania”.

Zranienia stanowią część życia. Wszyscy mamy jakąś ranę. Czy ktoś tu obecny, kto może powiedzieć, że nie ma żadnego zranienia? Nie ma nikogo takiego? Nie ma, bo rany są - możemy tak powiedzieć - częścią prawdy naszego życia. One należą do naszej historii. Z drugiej strony jednak zranienia są wyrazem „nie-prawdy”. Bo są zranienia związane z brakiem uwagi („nie-uwaga”), z brakiem szacunku („nie-szacunek”). Są zranienia związane - można powiedzieć - z pewnego rodzaju brakiem sensu życia („nie-sens” życia). Tam bowiem, gdzie brakuje szacunku („nie-szacunek”), gdzie jest przemoc, tam jest nonsens („nie-sens”), tam nie ma prawdy, czyli tam jest „nie-prawda”. Trzeba nam zatem zebrać razem te dwa słowa: „prawda” i „miłość”, a to może nam wskazać drogę, która pomoże nam zrealizować temat naszego spotkania.

Jeśli chcemy, żeby zranienia stały się miejscem wzrastania, trzeba nauczyć się przeprowadzać właśnie tę operację: wkładać miłość tam, gdzie jej nie było. W ten sposób przywracamy rany życia ich prawdzie. Nie jest to jednak operacja prosta. Ja w tych dniach postaram się coś „wybełkotać” na ten temat, by wam w tym pomóc. Później jednak każdy z nas będzie musiał sam zebrać własne zranienia. Zebrać je razem, zebrać je z ich częścią negatywną „nie-prawdy” i braku życia, którą również zawierają, aby uczyć się wkładać sens tam, gdzie go nie było albo uczynić czymś pozytywnym coś, co wcześniej miało jedynie znaczenie negatywne.

Zranienia stają się w ten sposób tym miejscem, w którym realizuje się nadejście Królestwa Bożego w naszym życiu; właśnie tak, jak mówi odczytana dziś Ewangelia. Bo Królestwo Boże przychodzi do nas w naszej historii. Może nawet już przyszło, a my jeszcze tego nie zauważyliśmy, bo byliśmy czy jesteśmy, jak ludzie z czasów Noego albo z czasów Lota, którzy „jedli i pili, żenili się i za mąż wychodziły”, „kupowali i sprzedawali, sadzili i budowali”, nie zauważając tego, co się dzieje. I my właśnie po to przyjechaliśmy tutaj pozostawiając na chwilę tzw. „normalne” i „zwyczajne” życie, by starać się przeprowadzić tę właśnie operację: zebrać nasze zranienia, by stały się miejscem, w którym prawda i miłość wzajemnie się obejmą i aby były dla każdego z nas miejscem i momentem, i przestrzenią, w której zrealizuje się Królestwo Boże.

---------------------------------------------------------------------

„Zawsze” i „bez zmęczenia” pozwolić Bogu, by na nas patrzył
homilia - sobota 32. tygodnia zwykłego (rok II), 15 listopada 2014 r.
3 J 5-8; Ps 112, 1-6; Łk 18, 1-8

W Ewangelii z dzisiejszej Liturgii Słowa słyszymy przypowieść opowiedzianą przez Jezusa, której ewangelista św. Łukasz nadał tytuł, a tytuł jej brzmi tak: „Przypowieść o konieczności modlenia się zawsze i niestrudzenie”. To ciekawe, że Jezus poświęcił przypowieść temu tematowi. Jest ciekawe, że Jezus nie akcentuje w przypowieści samej konieczności modlitwy, ale mówi o pewnej zasadzie, że mianowicie trzeba modlić się „zawsze” i „nie ustawać”. Jezus mówi, że trzeba - dobrze to zrozumiejmy - modlić się „bez zmęczenia, niestrudzenie”. To może nam się jawić jako coś sprzecznego. Wszak Jezus mówi najpierw, że trzeba modlić się „zawsze, zawsze, zawsze…”, a zaraz potem dodaje, żeby robić to „bez zmęczenia, niestrudzenie”. To tak jakby powiedział, że jeżeli ktoś modląc się męczy się, to znaczy, że nie modli się dobrze. Trzeba więc nam łączyć te dwie rzeczy razem: mamy modlić się „zawsze”, ale „bez zmęczenia”.

By uzasadnić powyższą myśl Jezus opowiada przypowieść o wdowie, która przychodzi do sędziego prosząc go o sprawiedliwość, a on nie ma zbytniej ochoty jej wysłuchać. I kończy tę przypowieść zachętą do ciągłej i wytrwałej modlitwy; zachętą, aby przystępując do modlitwy nie obawiać się, że zmęczymy Tego, który nas słucha. On bowiem odpowie w sposób bardzo różny od postawy sędziego, o której jest mowa w tej przypowieści. Co znaczy: „modlić się zawsze bez zmęczenia”? Jak te dwie rzeczy mogą występować razem? Myślę, że możemy tu odnieść się do tego, o czym mówiliśmy w dzisiejsze popołudnie, w czasie drugiej rozmowy [konferencji], kiedy definiowaliśmy modlitwę w sposób pozornie bardzo prosty, a jednak głęboko teologiczny. Mówiliśmy, że modlić się oznacza jakby pozwolić Bogu, by On na nas patrzył. Modlitwa jako rzeczywistość teologiczna to przestrzeń, w której chcemy pozwolić, by Bóg na nas patrzył. To zaś oznacza uznanie, że na modlitwie działającym jest Bóg, a my jesteśmy po prostu tam, w przestrzeni modlitwy, aby przyjmować Jego spojrzenie. Jesteśmy tam, na modlitwie, aby sprawić, by spojrzenie Boga przeniknęło głęboko w nas. Takie ujęcie stanowi odwrócenie tego, co przyjmujemy zwykle za definicję modlitwy. Bo zazwyczaj myślimy o modlitwie jako o naszym działaniu. Twierdzimy, że to my czytamy, że to my mówimy, że to my się modlimy, że to my kontemplujemy… Tymczasem w modlitwie definiowanej, jak wyżej, role, które wchodzą w grę, zostają odwrócone; bo w przestrzeni modlitwy to najpierw Bóg kontempluje nas.

Kiedy odprawiając adorację Najświętszego Sakramentu kontemplujemy Eucharystię i utkwimy w Bogu nasze spojrzenie, to w rzeczywistości Bóg - o wiele bardziej niż my - jest Tym, który patrzy na nas i nas kontempluje. Jak pięknym jest pomyśleć, że Bóg nas kontempluje! Jak pięknym jest pomyśleć, że Bóg patrzy na nas i cieszy się nami, że Bóg znajduje w nas, osobach, upodobanie! Oto czym jest modlitwa! I ten rodzaj i interpretacja modlitwy ewidentnie może być czymś, co możemy zawsze ze sobą nosić. To nie implikuje naszego przedsiębiorczego i dynamicznego działania. Skoro bowiem to Bóg jest Tym, który na nas patrzy, to my się nie trudzimy i nie męczymy. Nikt nie może powiedzieć, że zmęczył się tym, że pozwolił Bogu, aby On na niego patrzył. Nigdy czegoś takiego od nikogo nie słyszałem. Bóg patrzy na nas, kontempluje nas, nie męcząc się. A papież Franciszek zachęca: „Nie męczmy się prosząc Boga o przebaczenie, bo Bóg nie męczy się dając nam swoje przebaczenie i swoje miłosierdzie”. Tak samo tutaj, w przestrzeni modlitwy, Bóg nie męczy się patrzeniem na nas. Nie męczy się starając się rozpoznać w nas oblicze swoich dzieci, synów i córek. I znajduje w tym upodobanie. Cieszy się tym. Modlitwa jest jakby przyjmowaniem Bożego spojrzenia.

Jezus kończy tę przypowieść i ten fragment Ewangelii pytaniem dość niepokojącym: „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?”. Czym jest wiara? Wiara jest tym właśnie doświadczeniem, że patrzymy na życie oczyma Boga. Wiara to konsekwencja modlitwy. Wierzy naprawdę ten, kto w modlitwie i poprzez modlitwę nauczył się pozwalać, by Bóg na niego patrzył; do tego stopnia, że spojrzenie Boga i Boży sposób widzenia stopniowo stały się jego sposobem patrzenia i jego sposobem postrzegania rzeczywistości. To jest człowiek prawdziwie wierzący! Człowiek prawdziwie wierzący to ten, który patrzy na całą rzeczywistość oczyma Boga. Człowiek prawdziwie wierzący to ten, który patrzy na siebie oczyma Boga, który patrzy na innych oczyma Boga i wreszcie to ten, który patrzy na rzeczywistość i na cały świat oczyma Boga. „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?”. Stanie się tak, jeśli my nauczymy się być mężczyznami i kobietami modlitwy. Stanie się tak, jeśli staniemy się ludźmi, którzy nauczyli się modlić, pozwalając by wieczny Bóg na nas patrzył i kontemplował.

---------------------------------------------------------------------

Talenty - osoby, które Ojciec powierzył naszej pieczy!
homilia - 33. niedziela zwykła (rok A), 16 listopada 2014 r.
Prz 31, 10-13.19-20.30-31; Ps 128, 1-5; 1 Tes 5, 1-6; Mt 25, 14-30

Każda przypowieść ewangeliczna niesie w sobie ciągle jakby nowe objawienie Boga. Opowiada nam o jakimś szczególnym aspekcie oblicza Boga i równocześnie właśnie dlatego, że jest objawia Boga, objawia również człowieka: objawia to, kim człowiek jest i do czego jest powołany. Taką jest również ta przypowieść z Ewangelii, w której Jezus objawia sens życia ziemskiego. W tej przypowieści Bóg „otrzymuje” określone oblicze, oblicze konkretnego człowieka. Ów pan z przypowieści, który wyrusza w długą podróż i zostawia sługom swoje talenty, jest na swój sposób obrazem Boga Ojca, który stworzył świat, a potem świat stworzony złożył w nasze ręce, udzielając nam niewielu instrukcji użytkowania, ale obdarzając nas wielką wolnością. Bóg powierza nam świat, składa go całkowicie w nasze ręce. Ten aspekt oblicza Boga wyłania się bezpośrednio z tej przypowieści. Dlaczego? Bo Bóg, który jest Ojcem, ufa człowiekowi. Stwórca ufa stworzeniu. Bóg - Stwórca pokłada w nas ufność do tego stopnia, że uważa nas w pewnej mierze za „współ-twórców”, za tworzących razem z Nim. Widzimy to już na początku, w raju, kiedy poleca Adamowi, by uprawiał i strzegł ogrodu Eden. Podobnie Ojciec czyni również w relacji z nami. Daje nam „ogród”, jakim jest świat i jakim jest nasze życie. A my jesteśmy za ten „ogród” odpowiedzialni. Jesteśmy jakby kapłanami, obdarzonymi powszechnym kapłaństwem, tej pierwotnej liturgii. Żaden człowiek nie jest bez „ogrodu”. Każdemu z nas powierzony został jakiś „ogród”, który mamy uprawiać i go strzec.

A czym są talenty? Wiemy, że w odniesieniu do talentów dano wiele interpretacji. Św. Hieronim na przykład mówi, że pięć talentów to pięć zmysłów, dwa talenty to dwa typy inteligencji, a jeden talent to rozum. Wśród wielu jest jednak również szczególna interpretacja, która jak sądzę nie przekłamuje tego fragmentu Ewangelii, a która sugerowałaby, aby nie myśleć o talentach jako czymś, co otrzymaliśmy, ale pomyśleć o talentach jako o osobach, które Ojciec Niebieski powierzył naszej pieczy. Prawdą jest bowiem, jak powiedzieliśmy przed chwilą, że każdemu z nas został powierzony jakiś „ogród”, który mamy uprawiać i którego mamy strzec. Ale jest również prawdą, że każdemu z nas zostały powierzone jakieś osoby, abyśmy ich strzegli, abyśmy nad nimi czuwali z miłością, hojnością, cierpliwością, oddaniem… A fakt, że talenty z czasem mogą zostać powielone, stać się czymś więcej, nabrać wartości czy zostać pomnożone, wskazuje nam na to, o co chodzi w opiece wzajemnej, w opiece nad drugą osobą nam powierzoną. „Opiekować się” drugim nie oznacza tylko „zachowywać” go, ale oznacza „pozwolić mu wzrastać” i „prowokować go do wzrastania” trochę tak, jak Bóg prowokuje każdego z nas. A Bóg wzywa („prowokuje”) nas, abyśmy dali z siebie maksimum. I to jest prawdziwy sens tej opieki wzajemnej, tego braterskiego strzeżenia się. Każdy z nas jest stróżem kogoś drugiego; niedawno to przypomnieliśmy. A „być strażnikiem” kogoś drugiego to znaczy prowokować go, aby dał z siebie to, co najlepsze, aby dał z siebie maksimum; równocześnie trzeba patrzyć na drugiego oczyma Boga. Tak rozumiana opieka wzajemna czy wzajemne strzeżenie się pozwala, abyśmy wszyscy razem mogli się realizować w Bożym „ogrodzie”.

W przypowieści pan wraca z długiej podróży, a słudzy wręczają mu powierzone im talenty. I tu spotkamy serię niespodzianek. Pierwszą niespodzianką jest to, że Bóg nie ocenia sług po prostu na podstawie ilości tego, co im udziela. Ten, któremu pan wręcza dziesięć talentów, nie jest kimś dzielniejszym od tego, któremu wręcza pięć. Boża „waga” nie jest ilościowa, ale jakościowa. Bóg ocenia i z przenikliwością bada hojność serca, z jaką strzegliśmy brata. Bada szczerość wewnętrzną, z jaką szukamy jego prawdy, nie narzucając mu naszej prawdy. A później spotykamy inną niespodziankę. To coś szczególnego i z pewnością to zauważyliście, że pierwsi dwaj słudzy, którym pan dał talenty, sprawili, że one przyniosły owoc. A kiedy pan wraca, nie chce wziąć z powrotem tych pomnożonych talentów, ale zostawia je swoim sługom. Nie przywłaszcza więc sobie owoców ludzkiej pracy, a jeśli już to jeszcze bardziej je pomnaża: „byłeś wierny w niewielu rzeczach, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana”. Nasz Bóg jest Bogiem, który pomnaża miłość, jaką żyjemy. Oto sens ewangelicznego „stokroć”: to nie jest coś, co się odnosi tylko do „eschaton”, do czasów ostatecznych, ale to coś, co jest naszym udziałem już teraz. Pan nam daje i to znaczy, że każdy akt naszej miłości i opieki nad drugim człowiekiem (strzeżenia drugiego człowieka) zostaje przez Boga pomnożony i staje się przeobfitym dla naszego własnego dobra, dla naszej korzyści. Oto Bóg, który pomnaża miłość!

I wreszcie najbardziej zaskakująca niespodzianka. Stanowi ją to, co dzieje się z ostatnim sługą, który nie pomnożył talentu. To bardzo gorzka niespodzianka. Gorzka niespodzianka zawarta jest w słowach samego tego sługi, który mówi, że… się bał („Panie… bojąc się więc…”). Mówi, że się lękał. To człowiek zrozpaczony, o którym mówiliśmy w tych dniach. Tu widzimy źródło wielu zranień. Jest nim poczucie, że nie było się kochanym, że nie było się strzeżonym przez nikogo. Jest nim lęk, który nie pozwala zatroszczyć się o drugiego; lęk, który nie pozwala, żeby ten talent pomnożyć; lęk o siebie samego, lęk o swoją historię; lęk, żeby nie spojrzeć w twarz swoim zranieniom i lęk przed nazwaniem ich; lęk przed powracaniem wstecz czy przed dostrzeżeniem konsekwencji; lęk przed innymi; lęk…; lęk…; lęk, który nie pozwala się modlić; lęk przed spojrzeniem Boga; lęk, który nie pozwala, aby dopuścił, by Bóg na ciebie patrzył. Podsumowując refleksję na tą przypowieścią, ale również konkludując nasz kurs, moglibyśmy powiedzieć, że najbardziej niebezpiecznym zranieniem jest „zranienie strachu (lęku)”, które prowadzi do rozpaczy. W nawiązaniu do tego, co powiedzieliśmy w oparciu o fragment Ewangelii, którą Pan nam dzisiaj dał, musimy być uważni i wziąć po uwagę jakby trzy reguły, które mają coś wspólnego ze strachem. Po pierwsze: nie bać się; po drugie: nie budzić strachu; po trzecie: wyzwolić się od strachu. A nadto, jeśli to tylko możliwe: również wyzwalać innych od strachu. Więc są to cztery reguły: Nie bój się! Nie budź strachu! Wyzwól się od strachu! Wyzwól twojego brata od strachu (przede wszystkim od wielkiego strachu, przed Bogiem)!

---------------------------------------------------------------------
w tekstach spisanych z nagrania na żywo,
 zachowano styl języka mówionego (red.);
homilie tłumaczyła na żywo: D.Piekarz
---------------------------------------------------------------------

---------------------------------------------------------------------

Zachęcamy do skorzystania z nagrań i publikacji:

  

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl