O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Jak pomagać w słuchaniu Słowa?... 13-15 XI 2013 - homilie ...


SZKOŁA LECTIO DIVINA
dla prowadzących i towarzyszących w rekolekcjach

Jak pomagać w słuchaniu Słowa?

13-15 listopada 2013

ZAPOWIEDŹ >>>.
PROGRAM >>>.

INFO I ZDJĘCIA >>>.
NAGRANIA >>>.

 T E K S T Y   H O M I L I I
które w czasie sesji wygłosili
bp Grzegorz Ryś i ks. Ryszard Stankiewicz SDS

---------------------------------------------------------------------

Jeśli spotkacie się z Bogiem, On was do czegoś pośle!*
homilia – środa 32. tygodnia zwykłego – 13 listopada 2013
Mdr 6, 1-11; Ps 82, 3-4.6-7; Łk 17, 11-19

bp Grzegorz Ryś z Krakowa,
przewodniczący Zespołu ds. Nowej Ewangelizacji przy Komisji KEP ds. Duszpasterstwa

Bardzo piękne czytania. Przyjrzyjmy się najpierw Ewangelii, a może nawet i to już wystarczy. To jest jedno z tych spotkań w Ewangelii, które w Jezusie budzą zachwyt nad wiarą człowieka. U św. Łukasza, jak refren w ustach Jezusa, pojawiają się słowa: „twoja wiara cię uzdrowiła, „twoja wiara cię zbawiła” Najbardziej uderzające jest to, że z reguły Jezus wypowiada to zdanie do ludzi, którzy w jakimś sensie są outsiderami, w jakiejś mierze są obcy. Ów człowiek, bohater dzisiejszej Ewangelii, jest obcy potrójnie. Po pierwsze: jest trędowaty, a więc poprzez swoją chorobę jest wyłączony z ludu Bożego i z nikim nie ma prawa się spotykać, nie ma prawa się zbliżyć. Trędowaci [z dzisiejszej Ewangelii] „zatrzymali się z daleka” i krzyczeli do Jezusa, bo wiedzieli, że nie mieli prawa tego dystansu skrócić; choroba im na to nie pozwalała. Po drugie: poprzez trąd, przez ten rodzaj choroby, są nieczyści, więc nie mają prawa wejść do świątyni i uczestniczyć w kulcie; są wyłączni z kultu. Po trzecie: to jest Samarytanin, w jakiejś mierze wróg. To człowiek z jednej strony wierzący w Boga, w jednego Boga, ale [z drugiej strony] także jakiś niedowiarek, czczący Boga po swojemu. Dobrze wiemy, że niechęć wzajemna Żydów i Samarytan w czasach Jezusa miała dobre siedem wieków (...). Tak więc trędowaty to ktoś oddzielony od Jezusa na wiele sposobów.

Nie wiem, na ile czcigodni [tu obecni] formatorzy mają ochotę się odnaleźć w takim obrazie i czy w ogóle do was wypada w ten sposób mówić? Ale przynajmniej do siebie mam prawo tak mówić! Każdy z nas jest jakoś trędowaty, bo trąd w Piśmie Świętym jest najbardziej przejmującym obrazem grzechu. Trąd - choroba zaraźliwa i nieuleczalna dla człowieka, choroba straszliwa, która wyklucza i zrywa więzi z innymi, która sprawia alienację nie tylko w stosunku do wspólnoty, ale i w stosunku do najbliższych. Wszystkie te obrazy można odnieść do grzechu, ale ważne jest, byśmy je odnosili do swojego grzechu. Ważne, byśmy dostrzegli w sobie owych Samarytan, a więc kogoś, kto jest Chrystusowi przyjacielem i wrogiem w jednej osobie, wierzącym i niedowiarkiem, przynależącym i nieprzynależącym. Byłoby dobrze, aby te wszystkie obszary choroby, trądu i grzechu, w sobie ponazywać; aby ponazywać te wszystkie obszary, z którymi sobie nie radzę, a którymi, owszem, zarażam innych i poprzez które wciągam innych; aby ponazywać w sobie te obszary grzechu, który spowodował, że dziś nie ma przy mnie ludzi, którzy kiedyś przy mnie byli; a nie ma ich, bo swoim grzechem te więzi pozrywałem, a niektórych ludzi absolutnie od siebie odsunąłem, skrzywdziłem, zgorszyłem. Trzeba nam zobaczyć siebie w tym człowieku.

Potem to, co otwiera się przed nami, to już jest tylko Dobra Nowina. Ta, opowiedziana do tej pory, była złą nowiną. Ale wszystko, co się potem otwiera, jest już Dobrą Nowiną, bo jest opisem wiary. Wiara trędowatego Samarytanina może być opisana przy pomocy czterech słów. Po pierwsze wiara jest słuchaniem. Tu należy się podkreślenie dla tego wymiaru wiary Samarytanina, bo słuchanie jest czymś, czemu poświęcacie swój czas i siły, i w czym widzicie swój charyzmat. „Rzekł do nich: «Idźcie, pokażcie się kapłanom»”, a oni usłyszeli słowo, polecenie; a wiara rodzi się ze słuchania (por. Rz 10, 17).

Ważnym jest również, by zobaczyć, że - i to jest drugi wymiar wiary - to słowo ich uruchamia, że to słowo każe im wyruszyć w drogę: „Idźcie”. Wszyscy, jak tu jesteśmy, wiemy, że słowo „idźcie” jest jednym z najważniejszych słów w Biblii. Historia biblijna zaczyna się w zasadzie od tego słowa. Bóg mówi do Abrama: „Idź! Wyjdź z tego miejsca, w którym mieszkasz! Idź, wyjdź dla siebie! Rusz się!” (por. Rdz 21, 1). „Idźcie” jest niesamowicie ważnym słowem w historii zbawienia. W sytuacji, o której słyszymy, słowo to nie jest wcale proste do przyjęcia, bo gdy Jezus mówi trędowatym: „Idźcie, pokażcie się kapłanom”, ci mieliby prawo zapytać: „Jezusie, ale po co?”. Jeśli weźmiemy Stary Testament, to przepisy Tory wyraźnie mówią, że, owszem, należy do kompetencji kapłana, by orzekać w stosunku do człowieka dotkniętego chorobą trądu, że został oczyszczony, że jest zdrowy. Człowiek, który dostrzegał na sobie proces zdrowienia, mógł pójść do kapłana, by ten potwierdził, że jest zdrowy, i dopuścił go na powrót do życia we wspólnocie. Pójście do kapłanów miałoby więc sens, gdyby owi trędowaci byli zdrowi, ale oni są nadal obsypani trądem od stóp do głowy, więc po co mieliby tam iść. Mają iść, ponieważ w drodze zostaną oczyszczeni. To, co bardzo ważne, to wysłanie ich w drogę.

To pięknie koresponduje z tym, co pisze papież Franciszek w encyklice „Lumen fideiˮ, że wiara jest pójściem w drogę i z tym, co jeszcze ważniejsze, że „wiara «widzi» w takiej mierze, w jakiej się posuwa (LF 9). To jest pierwsze, które sobie podkreśliłem w tej encyklice. Wiara «widzi» w takiej mierze, w jakiej się porusza. Jeśli wyruszysz w drogę, zobaczysz; jeśli nie wyruszysz, nie zobaczysz! Abram mógł siedzieć w domu, w Ur Chaldejskim, i nic by nie zobaczył. Wiedziałby coś o Bogu, miałby może i bardzo piękną teoretyczną wiedzę o Bogu, i mógłby sobie, jak mantrę, powtarzać, że Bóg jest wierny albo że Bóg jest źródłem życia, a umarłby bezpłodny. Natomiast w momencie, w którym się ruszył z miejsca otwarła się przed nim rzeczywistość, która jest opisywana Słowem. Dopiero wtedy, gdy wyruszysz i idziesz, Słowo opisuje ci rzeczywistość! Jeśli nie wyruszysz, nie zobaczysz! Bardzo mocno kiedyś przemówiło do mnie w czasie pielgrzymki krakowskiej Słowo, a wypadało mi głosić słowo akurat wtedy, gdy w liturgii czytaliśmy fragment Starego Testamentu opisujący sytuację, gdy Izrael przychodzi na granicę Ziemi Obiecanej, gdy [Izraelici] przeszli już kawał drogi, jaki trzeba było przejść, a teraz stoją na granicy i mogą wejść. Ale oni wysłali swoich posłańców, którzy po powrocie naopowiadali rzeczy niestworzonych o tym, co widzieli… I koniec historii. Izraelici nie weszli, nie weszli ze strachu, szukając gdzieindziej poczucia bezpieczeństwa. To są rzeczy bardzo konkretne, to jest doświadczenie, które jest nam jakoś zadane i każdy może jest w swoim życiu potwierdzić, że w momencie, w którym się odważył ruszyć, otwierała się rzeczywistość spotkania z Bogiem i zaczynał cokolwiek więcej rozumieć. Jest taki midrasz żydowski (niestety nie pamiętam go w tej chwili dokładnie): Żydzi stali nad Morzem Czerwonym i ono się nie rozstępowało dotąd, dokąd jeden z nich nie wyszedł szeregu i nie postawił nogi w wodzie, a wtedy się rozstąpiło. Gdyby jednak się nie znalazł ten jeden, który postawił nogę do wody, to prawdopodobnie wymarliby tam, nad Morzem Czerwonym, wyginęliby z ręki ścigającego ich faraona. Gdy jeden zaryzykował, morze się rozstąpiło!

Wiara tego Samarytanina, jak również pozostałych dziewięciu trędowatych, ma formę pójścia w drogę. Posłuchali słowa i to słowo ich „uruchomiło”. Jeśli słowo nas nie „uruchamia”, jeśli nie wyruszamy w drogę, to -  trzymając się tekstu encykliki papieża Franciszka - tak naprawdę jesteśmy ludźmi niewierzącymi. I nie chodzi o to, że nie przyjmujemy, że Bóg istnieje, bo z pewnością z tym, że Bóg istnieje, wszyscy, jak tu jesteśmy, się zgadzamy. Niewiara polega na tym, że jesteś bałwochwalcą! Wiesz, że Bóg istnieje, a czcisz bałwany! Papież Franciszek mówi, dlaczego człowiek wybiera bałwochwalstwo, a nie wiarę w jednego Boga. Jest tak dlatego i to jest śliczne, i jest to drugie zdanie, które podkreśliłem sobie w encyklice, że „w przypadku bożka nie ma niebezpieczeństwa ewentualnego powołania…” (LF 13). Bałwan, którego czczę, do niczego nie mnie woła. Bałwan, którego czczę, do niczego nie mnie nie „uruchamia”. I to jest oczywiste, że on mnie nie „uruchamia”, bo to ja go powołałem do życia: to ja nim poruszam, a nie on mną. Tak sobie myślę, że wszyscy teraz opowiadają o nowej ewangelizacji i odmieniają te słowa przez wszystkie możliwe przypadki (dobrze, że w języku polskim jest ich sześć, bo gdyby było dziesięć, odmienialiby przez dziesięć). A ja generalnie mam poczucie, że już wszyscy są zmęczeni, a nawet dostają odruchu… nie powiem jakiego. Niedawno rozmawiała ze mną osoba odpowiedzialna za nową ewangelizację w pewnej diecezji, gdzie wymyślono, że trzeba napisać jakiś dokument… Napisali, nawet dość konkretnie, a potem przeczytali w swoim gronie, po czym stwierdzili: „takiego dokumentu nie możemy opublikować, nie jest przecież tak źleˮ. Więc pytam: „po co było pisać?”. Doszli do wniosku, że trzebaby coś zmienić, ale… „Przecież fajnie jest, po co coś zmieniać? Jest fajnie, bezpiecznie, ciepło. 44% dominicantes. Przypilnujmy, posiedźmy, zaganiajmy tę trzódkę i nie mówmy, że coś trzeba zrobićˮ. W tej chwili jesteśmy na takim etapie, że może trzeba by sobie usiąść i poczekać aż Duchowi Świętemu przejdzie ochota na ewangelizację, a może uda się Go „przetrzymać”? Tyle, że ta chęć „przetrzymania” Ducha Świętego wynika stąd, że jestem bałwochwalcą, to znaczy że podoba mi się to, co jest; że jest ciepło i bezpiecznie, więc po co się szarpać; że przecież nie wiem, co będzie dalej, w drodze. Papież mówi, że gdy spotykasz Boga, jest niebezpieczeństwo powołania! Jeśli tutaj spotkacie się z Bogiem, to On was do czegoś pośle! A jeśli wrócicie stąd do siebie, wszystko jedno gdzie, i to niczego nie zmienia, to znaczy - z całym szacunkiem do każdego z tu obecnych -, że macie jakiegoś „fajnego” bałwana, a papież Franciszek mówi konkretnie, że każdy jest nim sam dla siebie. Ostatecznie tym bałwanem jestem sam dla siebie, a ten bałwan trzyma mnie w miejscu: „Siedź! Nie ruszaj się!”. W spotkaniu z Bogiem jest droga, dana i zadana droga, a idąc nią widzę coraz więcej. Im dalej się posuwam, tym więcej widzę: „wiara «widzi» w takiej mierze, w jakiej się posuwa…” (LF 9). Jeśli się nie posuwam, to nie mam wiary, jestem bałwochwalcą, nawet gdybym był bardzo religijny i pobożny!

Może jeszcze jedno słowo dopowiedzenia do tego drugiego elementu wiary, bo teraz, w czasie Liturgii Słowa, bardzo do mnie trafiło to określenie z pierwszego czytania, że wszyscy, jak tu jesteśmy, jesteśmy „sługami Jego królestwa. W tej mierze my nie jesteśmy sługami Słowa, nie jesteśmy ludem Słowa, ale ludem królestwa Boga, ludem królowania Boga. Jesteśmy ludźmi, w których Bóg króluje, a to znaczy, że On ma nad nami jakąś władzę. (…) Myślę, że tu nie macie już jakiś wielkich zajęć z egzegezy, bo to trzeba było zrobić kilka lat temu… W adhortacji Pawła VI „Evangelii nuntiandi” jest taki ładny tekst, że katecheza nie służy ozdobie umysłu („naukę należy podawać w tym celu, żeby kształtować obyczaje chrześcijańskie, a nie tylko po to, by pozostała tylko jakaś dekoracja rozumu - EN 44; przyp. red.). Można być błyskotliwym, ale to nie o to chodzi. W chrześcijaństwie chodzi o królowanie Boga, a to królowanie Boga widać w tym, że wyruszamy w drogę, że coś robimy…

Trzeci element wiary to wzrok. Wiara jest też wzrokiem. Znowu kłania się znajomość „Lumen fidei” i to jest najważniejszy z obrazów wiary w encyklice papieża Franciszka. „Wtedy jeden z nich widząc, że jest uzdrowiony, wrócił chwaląc Boga donośnym głosem…. To znaczy, że on zobaczył więcej niż pozostali dziewięciu. Zobaczył nie tylko to, że trąd ustąpił, ale zobaczył, że to Bóg zadziałał, że Bóg zadziałał w Jezusie Chrystusie, i dlatego on do Jezusa wrócił. Ów człowiek zobaczył znacznie więcej niż pozostali. Papież to pięknie tłumaczy, kiedy mówi, że w tym widzeniu nie chodzi o światopogląd, o jakiś tylko ogląd świata i praw, które w nim zachodzą. Wiara jest słuchaniem i widzeniem i te dwa wymiary spotykają się tylko wówczas, gdy mamy doświadczenie spotkania z osobą, którą słyszymy i widzimy. Nie chcę powtarzać całej encykliki, bo mam nadzieję, że już dawno ją przeczytaliście, ale papież tłumaczy, na czym to widzenie polega. Ono rodzi się w spotkaniu z kimś: patrzę razem z kimś, kogo kocham, patrzę z jego punktu widzenia. Jak zakochani, którzy się spotkali, patrzą w jedną stronę; nie tylko na siebie, ale razem w jedną stronę.

Ostatni i najważniejszy element wiary: ów trędowaty zobaczył Boga działającego w Osobie Jezusa Chrystusa i do Niego wrócił, a pozostali uzdrowieni poszli sobie do świątyni. Pobożne chłopy, na pewno złożyli ofiarę za swoje oczyszczenie. Jakiś kapłan się ucieszył, bo miał z tego porcję do zjedzenia. Cały system przecież pracuje. Oni chodzą do kościoła, a Samarytanin spotkał Boga w Jezusie Chrystusie! A to jednak nie jest to samo! Spotkanie w wierze z Jezusem Chrystusem to jest to, co jest najbardziej i absolutnie istotne; to jest jakaś klamra. Wy posługujecie Słowu, posługujecie spotkaniu człowieka z Jezusem Chrystusem i to jest ewangelizacja! Wszystko inne jest najwyżej pre-ewangelizacją, natomiast ewangelizacja to nic innego, jak spotkanie człowieka z Osobą Jezusa Chrystusa!

Do tej pory słyszeliśmy o tym, co się stało z tym człowiekiem, a teraz następuje ciąg dalszy: „Wstań, idź…. W dzisiejszej Ewangelii widzimy Jezusa na ostatnim, trzecim etapie drogi do Jerozolimy (wiecie dobrze, że w Ewangelii Łukasza życie Jezusa dzieli się na trzy odcinki drogi do Jerozolimy; po górze Tabor zaczyna się ostatni etap). Jezus spotyka człowieka, którego uzdrawia, oczyszcza i potem mówi do niego: „Wstań, idź…. A on teraz pójdzie za Nim, bo Jezus jest w drodze do Jerozolimy. Jest taki tekst, który bardzo mocno we mnie siedzi - słowo papieża Franciszka do Papieskiej Rady ds. Krzewienia Nowej Ewangelizacji. Trudno żebym go nie przeczytał, choćby z powodów „funkcyjnych”. 14 października 2013 papież mówił, że tak naprawdę ważne są tylko trzy rzeczy: pierwsze - świadectwo (pierwszeństwo świadectwa!); drugie - wyjście na zewnątrz do spotkania z innymi; trzecie - program skupiony na tym, co istotne, a tym, co istotne, jest Jezus Chrystus. Wyjście na zewnątrz do spotkania to jest to, co Jezus pokazał w tej Ewangelii: chodzi o spotkanie (!), bo można wychodzić na zewnątrz i może nie dochodzić do spotkania. A więc chodzi o wyjście na zewnątrz do spotkania i skupienie na tym co istotne, czyli na doświadczeniu spotkania z Osobą Jezusa Chrystusa, które wszystko zmienia! Jeśli chcecie dać ludziom tlen, to im głoście Osobę Jezusa Chrystusa! Potem możecie im dodać jeszcze trochę perfum, ale co one są warte bez tlenu; tymczasem my czasem uprawiamy te wszystkie „zapaszki”, a nimi przecież nie pooddycha.

bp Grzegorz Ryś
- biskup pomocniczy
archidiecezji krakowskiej

---------------------------------------------------------------------

Król zaprasza nas codziennie do podwójnego stołu
homilia – czwartek 32. tygodnia zwykłego – 14 listopada 2013
Mdr 7,22 - 8,1; Ps 119, 89-91.130.135.175; Łk 17,20-25

Słyszymy w dzisiejszej Ewangelii i na tym chciałbym się skoncentrować, że „Królestwo Boże nie przyjdzie dostrzegalnieˮ, ponieważ jest darem, łaską, jest Bożą propozycją dla człowieka na pewien sposób życia. Jest to królowanie Boga, któremu to królowaniu człowiek może powiedzieć „nie”. Król z tego królestwa nie włamuje się do naszego serca czy do naszego życia na siłę. Słowo Boże mówi, że On pokornie stoi u drzwi i kołacze, i czeka aż dojrzejemy w naszym sercu, by otworzyć drzwi i zaprosić Go do środka (por. Ap 3, 20). Czeka na to, że tak jak Maryja, również i my, będziemy potrafili powiedzieć: „Jestem do Twoich usług. Oto jestem Twoją służebnicą! Oto jestem Twoim sługą i chcę żyć według Twego słowa” (por. Łk 1, 38).

„Królestwo Boże nie przyjdzie dostrzegalnie”, choć czujemy i doświadczamy jego obecności pośród nas, codziennie doświadczając w sercu wielu Bożych darów, które są owocem królowania Pana Boga. Czytamy też, że ono jest „pośród” nas, czyli jakby trochę na zewnątrz, i chodzi o to, by nastąpił ten ważny ruch, by ono było także i „w” nas, aby było w naszym sercu, w naszym wnętrzu. Kiedy bowiem tam zaglądamy, widzimy, że często tron naszego serca jest zajęty, zajęty przez nasze „ja”. Żeby Król, Jezus, mógł zakrólować w naszym sercu zakrólować, trzeba dokonać tej często bolesnej detronizacji. Trzeba opuścić tron serca i pozwolić, by w centrum naszego życia zasiadł i zakrólował nasz Pan, Jezus Chrystus, aby to królestwo było nie tylko „pośród” nas, ale by było także „w” nas: we mnie, w moim sercu, w moim życiu. Ministranci często się pozdrawiają zawołaniem: „Króluj nam, Chryste! Zawsze i wszędzie!”. My nie chcemy, żeby w naszym życiu to było tylko hasło, tylko pozdrowienie. Naszym pragnieniem jest, aby tak naprawdę było, aby Chrystus w naszym życiu królował „zawsze i wszędzie”, każdego dnia.

Król Artur miał rycerzy i okrągły stół, a Jezus Chrystus, nasz Król, swoje sługi, czyli nas, codziennie zaprasza do stołu, podwójnego stołu. Najpierw zaprasza nas do stołu Bożego Słowa, przy którym choćby poprzez metodę lectio divina próbuje nam opowiadać o wizji królestwa, do którego nas zaprasza. Chce, byśmy jak najlepiej to królestwo rozumieli. A później Jezus Chrystus, nasz Król, zaprasza nas do drugiego stołu, stołu Jego Ciała i Krwi, aby dać nam siły, abyśmy wskazaną wizję Jego królestwa potrafili wypełnić, abyśmy mieli siły ją zrealizować. Gdyby zabrakło tego pierwszego stołu, stołu Słowa, mogłoby się okazać, że wykorzystując te siły, które daje nam Pan, zaczęlibyśmy realizować swoje własne projekty czy wizje, własne wizje Jego królestwa. Gdyby zabrakło tego drugiego stołu, stołu Ciała i Krwi, mogłoby się okazać, że usłyszawszy, jaka jest wizja Jego królestwa, stwierdzilibyśmy, że to ponad nasze siły, że to zbyt piękne, aby mogło być realne, rzeczywiste. Dziś więc dziękujemy naszemu Królowi za to, że daje nam te dwa stoły i tak hojnie je zastawia, byśmy zrozumieli, czego od nas wymaga i do czego nas zaprasza, ale również byśmy wiedzieli, że zapraszając nas do współpracy, daje nam siły i Siebie samego, abyśmy mogli to wypełnić i to jak najlepiej.

A na koniec, współczesna legenda chrześcijańska: pewnego razu w gazecie ogłoszono wiadomość, że znaleziono koronę, a wyraźnie widać było, że była to korona królewska. Nie znaleziono jednak jej właściciela, dlatego pewnego dnia postanowiono, by w wielkiej hali zgromadzić wszystkich chętnych, którzy chcieliby ją przymierzyć, aby ten, na którego głowie owa korona leżałaby najlepiej czy idealnie, mógł ją sobie wziąć. Wskazanego dnia w hali zgromadziły się tłumy. Któż nie chciałby mieć królewskiej korony?! Wszyscy siedzieli czekając niecierpliwie, a korona była zasłonięta. W pewnym momencie nastąpiło odsłonięcie i cały tłum westchnieniem: „oh!” wypowiedział swoje zdumienie, a potem wszyscy zaczęli wychodzić. Nikt nie chciał przymierzać owej korony, bo była to korona cierniowa. Nasz Król. Jezus Chrystus, mówi, że jak On, tak i my, musimy „wiele wycierpieć i być odrzuconym przez to pokolenie”, że często będziemy odrzuceni przez nam współczesnych, aby kiedyś dostąpić w pełni chwały Jego królestwa.

Ryszard Stankiewicz SDS

---------------------------------------------------------------------

Rozkochać siebie i innych w słowie, ale w Słowie Wcielonym
homilia – piątek 32. tygodnia zwykłego – 15 listopada 2013
Mdr 13, 1-9; Ps 19, 2-5ab; Łk 17, 26-37

Czas, który dobiega końca, był czasem intensywnego pochylenia się nad tajemnicą księgi Słowa, którą czytając i medytując, i modląc się nią, idziemy ku Bogu coraz bardziej starając się Go słuchać i być posłusznym. Autor dzisiejszego pierwszego czytania przypomina nam o drugiej księdze, która też może być naszą drogą ku Panu Bogu, czyli o księdze stworzenia. Ostatecznie, to również jest księga Słowa, ponieważ na słowo Pana wszystko się stało i zaistniało. Tak że czytając tę księgę z uwagą, z wielkim wyczuciem i mądrością, możemy odnaleźć Tego, którego piękno, moc i mądrość, są obecne w dziełach stworzenia.

Chciałbym nawiązać do wczorajszego filmu [drugiej części rozmowy, jaką ks. Krzysztof Wons SDS przeprowadził z o. Innocenzo Gargano OSB Cam.: „Historia miłości do Słowa. Lekcja czytania Biblii”]. Słyszeliśmy o senności, która przeszkadza we wnikliwym studiowaniu czy pełnym zaangażowania przeżywaniu spotkania ze Słowem. Ta senność na pewno przeszkadza również wtedy, gdy studiujemy księgę stworzenia. Może przeszkadzać również wtedy, kiedy w tej księdze szukamy śladów Bożej obecności. Tu przypomina mi się takie zdarzenie z życia mojego młodszego brata. Byliśmy jeszcze w szkole podstawowej i dostąpiliśmy razem przywileju wyjazdu z wujkiem na targ, by zawieźć tam ziemniaki, młode ziemniaki. Aby dostąpić tego zaszczytu, trzeba było bardzo wcześnie wstać… Brat dostąpił tego przywileju i oczywiście w czasie jazdy zdrzemnął się na wozie wśród worków z ziemniakami. Kiedy przejeżdżaliśmy przez las, przez Woliński Park Narodowy, brat się przebudził i był nieco zaspany, zobaczył stado przebiegających saren i zawołał: „Wujek, ale duże zające!”. Oto, jak senność może sprawić, że w niewłaściwy sposób będziemy odczytywać otaczającą nas rzeczywistość. Zachęcaliśmy się w tych dniach, byśmy byli uważni przy odczytywaniu rzeczywistości Bożego słowa. Trzeba nam uczyć się mądrego zmagania z naszą sennością.

Autor pierwszego czytania pisze, że „głupi już z natury są wszyscy ludzie, którzy nie poznali Boga”. Po doświadczeniu dzisiejszego dnia i całego wspólnie przeżytego tu czasu, możemy sobie powiedzieć, że głupi albo jeszcze głupsi są ci, którzy poznali Pana Boga i tego poznania nie strzegą, nie rozwijają albo to poznanie zaniedbują. Boga bowiem poznaje się nieustannie, a nieustannie Go poznając wzrasta się w relacji z Nim i w miłości do Niego. Głupi więc są ci, którzy poznali, a później to wszystko zaniedbują, odkładają „na półkę” czy „na potem” w swoim życiu. My tutaj chcieliśmy sobie uświadomić, że nie możemy być takimi głupcami. O poznanie Boga i relację z Bogiem chcemy zadbać. Chcemy Boga wciąż i nieustannie poznawać, jeszcze lepiej słuchać, by jeszcze lepiej wypełniać Jego wolę.

„Z dóbr widzialnych nie zdołali poznać Tego, który jest…”. Niekiedy dobra materialne potrafią tak wypełnić nasze życie, że i nam się pośród nich gubi się Ten, który JEST. A nawet jeśli nie negujemy Tego, że Bóg jest, to w pewnym momencie otoczeni dobrami materialnymi odnosimy czasem wrażenie, że On nam nie jest potrzebny, że to właśnie dzięki tym widzialnym dobrom jakoś sobie w życiu radzimy. To też jest zagrożenie dla naszej mocnej i głębokiej relacji z Panem.

„Patrząc na dzieła nie poznali Twórcy…”. Tutaj znów chciałbym się podzielić pewnym wydarzeniem z czasu, kiedy byłem jeszcze bardzo młodym księdzem (innym słowy: kiedy byłem chudszym księdzem, a to było dawno temu) i brałem udział w obozie wędrownym dla młodzieży (co z dzisiejszej perspektywy patrząc było zjawiskiem cudownym; współbracia to z pewnością potwierdzą). Był czerwiec, piękna pogoda, szliśmy z Zakopanego na Gubałówkę, skąd rozciągała się niezwykła, cudowna wręcz panorama Tatr. Stoimy więc na Gubałówce, przyglądamy się górom, a jedna z uczestniczek obozu krzyczy do mnie: „Proszę księdza, a gdzie są te Tatry?”. To na tym polega: „patrząc na dzieła nie poznali Twórcy”. Podobna sytuacja mogłaby się zdarzyć pewno i w doświadczeniu lectio divina. Trudno jest nam czasem zobaczyć znak, a co dopiero wejść w głębię zobaczonego znaku. A może być niestety i tak, że my patrzymy i nawet znaków nie widzimy, a co dopiero mówić o tym, by odnaleźć Tego, który te znaki na naszej drodze postawił.

„Ogień, wiatr, powietrze chyże, gwiazdy dokoła, wodę burzliwą lub światła niebieskie uznali za bóstwa, które rządzą światem…”. Może my nie kłaniamy się Słońcu. Podziwiamy niebo rozgwieżdżone w nocy, potrafimy ucieszyć się wodą, która daje ochłodę. Niemniej pojawiają się czasem w naszym życiu pewne rzeczy, które zaczynają nim rządzić, które w naszym życiu zaczynają panować czy panoszyć się; nieraz nawet nie jesteśmy tego świadomi, choćby przywołany w tych dniach szczęsny/nieszczęsny telefon komórkowy czy komputer. Nieraz takim bóstwem jest czas, którego rzekomo nie mamy. Jest wiele większych czy mniejszych bóstw, które mogą rządzić naszym życiem i odbierać nam czas i siły, które moglibyśmy ofiarować Panu Bogu czy bliźnim. Musimy być bardzo czujni, aby jakieś bóstwa nie zniszczyły naszej relacji z Panem Bogiem.

Czytamy w dzisiejszym pierwszym czytaniu o tych, którzy szukali i znaleźli Pana Boga: „wprawdzie błądzą, ale Boga szukają i pragną Go znaleźć…”. My jesteśmy na tym etapie, że robimy wszystko, aby Pana Boga nie zgubić. Szukamy jak najlepszych metod czy środków, aby Boga, któregośmy odnaleźli nie zgubić, ale by On był w centrum naszego życia, aby rzeczywiście był najważniejszy.

I na koniec jeszcze to zdanie, które również pięknie mówi o rzeczywistości lectio divina. To lectio księgi stworzenia może być takie, że ktoś ma ogromną wiedzę o świecie, a jednak zatrzymuje się przed tym co, najważniejsze: nie potrafi dostrzec Tego, który jest źródłem tej wiedzy. Nie znaleźli Jego Pana: „jeśli się bowiem zdobyli na tyle wiedzy, by móc ogarnąć wszechświat, jakże nie mogli rychlej znaleźć jego Pana?”. My też możemy się zakochać w Słowie, możemy mieć opanowane wszystkie i poszczególne punkty lectio divina, ale jeśli nie doprowadzą nas one do Osoby Chrystusa, to wszystko na nic, to cały ten wysiłek jest daremny. Dlatego zwracaliśmy sobie tutaj uwagę na to, byśmy nie zapomnieli o rzeczy najważniejszej, że to wszystko, co się tutaj dzieje, czego się tu wzajemnie od siebie uczymy, że nasze spotkanie i wymiana doświadczeń, służy ostatecznie temu, abyśmy siebie, a potem innych, prowadzili do spotkania z Chrystusem. Mamy rozkochać siebie i wszystkich w słowie, ale w Słowie Wcielonym: słowo ma być dla nas drogą do spotkania ze Słowem Wcielonym, do spotkania z Panem i otworzenia życia na Jego obecność, moc i dobroć.

„Niebiosa głoszą chwałę Boga”. My chcemy dołączyć się do tego głoszenia, chcemy wspomóc niebiosa i też głosić chwałę Pana Boga. „Dzieło rąk Jego obwieszcza nieboskłon”. My też chcemy obwieszczać naszym życiem to, jak wspaniały jest Pan, nasz Stwórca, Pan słowa, które codziennie do nas wypowiada. „Bo z wielkości i piękna stworzeń poznaje się przez podobieństwo ich Stwórcę”. Mam nadzieję, że patrząc na mnie, a niewątpliwie jestem pełen uroku, potraficie rozpoznać Stwórcę, który obdarzył mnie życiem. Mam taką nadzieję, że moje życie pomaga i będzie pomagać i wam, i innym, by Stwórcę rozpoznać i w Stwórcy się rozkochać. I mam jeszcze większą nadzieję, że najpierw ja sam Go rozpoznam i w Nim się rozkocham.

Ryszard Stankiewicz SDS

---------------------------------------------------------------------

 

---------------------------------------------------------------------
* tytuły homilii pochodzą od redakcji;
w tekstach spisanych z nagrania,
zachowano styl języka mówionego
---------------------------------------------------------------------

 

Zachęcamy do skorzystania z nagrań i publikacji:

    

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl