O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Poznawanie siebie w świetle Słowa Bożego 27-29 marca 2015 ...


Poznawanie siebie w świetle Słowa Bożego
SZKOŁA MODLITWY SŁOWEM BOŻYM
27-29 marca 2015

 

Odkrywanie prawdziwego obrazu siebie w świetle Słowa Bożego może stać się szczególną drogą do poznania i przyjęcia własnej wartości. Jest to proces bardzo delikatny i trudny. Dokonuje się przede wszystkim na modlitwie. Przez modlitwę Słowem Bożym człowiek uczy się patrzeć na siebie „oczami” Boga. Wskazane jest, aby w procesie tym towarzyszył kierownik duchowy. 

W dniach 27-29 marca 2015 r. odbyła się sesja formacyjna pt. „Poznawanie siebie w świetle Słowa Bożego”. Spotkanie w ramach Szkoły Modlitywy Słowem Bożym, w którym uczestniczyły 184 osoby, prowadził Krzysztof Wons SDS - dyrektor CFD w Krakowie, kierownik duchowy, rekolekcjonista, wykładowca teologii duchowości. 

Sesje Szkoły Modlitwy Słowem Bożym przeżywane są w klimacie pustyni, ciszy i medytacji. Uczestnicy wprowadzani są w modlitwę Słowem Bożym; mają możliwość skorzystania z sakramentu pokuty i z indywidualnej rozmowy z kierownikiem duchowym.

---------------------------------------------------------------------

Relacja z Ojcem - „kręgosłup” każdego dziecka i narodu
homilia - sobota V tygodnia Wielkiego Postu, 28 marca 2015 r.
Ez 37, 21-28; Jr 31, 10-13; J 11, 45-57

„Poznawanie siebie w świetle słowa Bożego”. Słowo Boże jest światłem, aby każdy z nas zobaczył i poznał siebie nie tylko jako jednostkę, ale by każdy z nas zobaczył i poznał siebie jako osobę w relacji do innych, do wspólnoty. Niedawno w przypowieści o miłosiernym ojcu, która w czasie tej sesji jest źródłem modlitwy, odkryłem coś, co w pierwszym odczuciu było słodkie jak miód, ale gdy dotknęło mojego serca i życia okazało się gorzkie. Była to informacja, że starszy syn, gdy wraca do domu, słyszy „muzykę i tańce”. Pamiętamy, że jego reakcją jest gniew. W tym gniewie izoluje się od rodziny, od wspólnoty; nie chce wejść do domu. Ale dlaczego się tak rozgniewał? Bo usłyszał - według oryginału - „symfōnias kai chorōn” (łac. „symphoniam et chorum”). Tym, co rozgrzało go do przysłowiowej białości, była „symfonia”, które to słowo greckie można rozumieć jako „współ-brzmienie-dźwięków”, czyli „jedność dźwięków w ich różnorodności”. Nie usłyszał pięknego solowego śpiewu ojca, ale usłyszał - można powiedzieć - symfonię głosów wszystkich uczestników uczty. Piękną jest radość przeżywana przez jedną osobę, o ileż piękniejsza jest radość przeżywana przez wspólnotę osób! To okazja by powiedzieć, że radość Boga - Ojca, Syna i Ducha Świętego - jest symfoniczna; że radość „w niebie”, czyli w doskonałej wspólnocie osób, że radość „u aniołów Bożych” jest symfoniczna. Natomiast gniew kogoś skupionego na sobie jest a-symfoniczny! Starszy syn poznaje siebie w relacji do wspólnoty, która cała i zgodnie się raduje, a on radować się nie potrafi. A Ojciec wychodzi do niego i go przekonuje, broni go przed nim samym, izolującym się od wspólnoty. Ojcu zależy nie tylko na uratowaniu każdej jednostki, ale na odzyskaniu każdej osoby, która należy do wspólnoty.

Symfonia to utwór napisany i wykonywany przez całą orkiestrę. Symfonia wymaga kunsztu od kompozytora bo nie wystarczy ułożyć jedną linię melodyczną, ale trzeba ułożyć ich kilkanaście i je zharmonizować; trzeba wyobrazić sobie współbrzmienie różnych instrumentów: smyczkowych, dętych, klawiszowych oraz chóru czy solistów. Symfonia wymaga kunsztu o dyrygenta i wykonawców, by w odpowiednim momencie wydobyty został z instrumentu odpowiedni dźwięk. Symfonia nie jest monotonna, jednoczęściowa, ale składa się zwykle z czterech części, które różnią się między sobą tempem oraz charakterem. Poznawanie siebie nie polega więc tylko na rozbieraniu siebie na czynniki pierwsze w jakimś laboratorium, ale to przygoda odkrywania siebie w relacji do wspólnoty i we wspólnocie. Ojciec z przypowieści zajmuje się każdym z synów, by ich wprowadzić do domu, do wspólnoty z Nim oraz z pozostałymi braćmi. Młodszego syna obejmuje z miłością ramionami, starszego syna przytula pełnym miłości słowem: „dziecko moje…”, bo obu chce wprowadzić do domu, do wspólnoty, do nieba, do radości, do niebieskiej symfonii. Można powiedzieć, że ta przypowieść to obraz całej wspólnoty, ludzkości, którą Bóg chce doprowadzić do siebie.

Bóg pragnie jedności wspólnoty, ludzkości nie tylko w niebie i po naszej śmierci, ale już tu za życia. I dzisiejsze czytania z liturgii zawierają ten akcent. Bóg zapowiada jedność Judy i Izraela, rozproszonych dzieci Bożych. W czytaniu i Ewangelii pojawiają się dwa słowa: „naród” i „lud”, w tekście greckim to: „ethnos” i „laos”. Generalnie w Biblii „ethnos” i „ethna” to określenia wskazujące na naród czy narody pogańskie. Tylko wyjątkowo Izrael jest określany jako „naród”. Można powiedzieć, że dzieje się tak w relacjach dyplomatycznych z sąsiednimi narodami czy z okupantem, czyli Rzymianami, oraz wówczas, gdy słabnie relacja Izraelitów z Bogiem, czyli gdy zapominają oni, że są „ludem Boga”. Kiedy bowiem „lud Boga” zapomina o Bogu, wówczas przeżywa siebie jedynie jako „naród” jak inne „narody”, czyli jak narody pogańskie. Kiedy „lud Boga” zapomina o Bogu, to niepostrzeżenie upodabnia się zewnętrznie do innych narodów, poganieje, i zostaje wchłonięty, zniewolony przez inne narody. Kiedy „lud Boga” zapomina o Bogu, Ojcu w niebie, osłabia swoją tożsamość „dzieci Boga” i ulega rozproszeniu, popada w niewolę. To dramatyczne, ale z ludzi bez doświadczenia ojca, bez „kręgosłupa”, jakim jest doświadczenie ojca, tak łatwo uczynić niewolników. Właśnie taki proces wydarzył się w życiu narodu, nazywanego Wybranym.

W czasach Dawida dwanaście pokoleń zostało scalone w jedno królestwo. Potem Salomon wybudował świątynię w Jerozolimie, która była również jakoś symbolem jedności opartej na relacji z Bogiem. Ale już po śmierci Salomona nastąpił podział na dwa królestwa (północne i południowe), a w konsekwencji podział dwa narody: izraelski i judzki, które kolejno doznały rozproszenia i niewoli wśród narodów. I teraz, właśnie w niewoli, wśród doświadczenia rozproszenia, Bóg przez proroka Ezechiela zapowiada (zwróćmy uwagę na słowa „naród” i „lud”): „Oto wybieram Izraelitów spośród narodów [ton ethnon], do których pociągnęli [zob. że to oni zwiedzeni zapominając o Bogu pociągnęli ku narodom!], i zbieram ich ze wszystkich stron, i prowadzę ich do ich kraju. I uczynię ich jednym narodem [eis etnos] w kraju, na górach Izraela, i jeden król będzie nimi wszystkimi rządził, i już nie będą tworzyć dwóch narodów [duo ethne], i już nie będą podzieleni na dwa królestwa”. To jakby pierwszy etap odnowy. Bóg wyzwoli ich zewnętrznie, a naród dotąd podzielony stanie się zjednoczonym. Naród zewnętrznie wróci do siebie, ale na tym jednak nie koniec, bo Bóg zatroszczy się o odnowienie relacji, która stanowi o tożsamości Izraela: „i będą moim ludem [eis laon], Ja zaś będę ich Bogiem. (…) Mieszkanie moje będzie pośród nich, a Ja będę ich Bogiem, oni zaś będą moim ludem [mou laos]. Narody zaś pogańskie [ta ethna] poznają, że Ja jestem Pan, który uświęca Izraela, gdy mój przybytek będzie wśród nich na zawsze”. Z zewnętrznym powrotem do ojczyzny odnowa „narodu” się nie zakończyła. Jeszcze trzeba się zatroszczyć o „kręgosłup”, jakim jest relacja z Bogiem, relacja z Ojcem. „Narodowi” izraelskiemu zostanie przypomniane i na nowo przypomni sobie, że jest „ludem Boga” i zacznie żyć jak „lud Boga”. Spójność „narodu” i jego zewnętrzne scalenie będzie wyrazem wewnętrznej relacji z Bogiem, który sprawcą spójności i świętości „ludu Boga”. „Naród” izraelski znów stanie się „ludem Boga”! Będzie „narodem” - mocnym w relacji z sąsiadami i odpornym na kuszenie, mocnym na płaszczyźnie zewnętrznej - również i tylko dlatego, że wewnętrznie będzie „ludem Boga”, bo będzie miał „kręgosłup”.

Właśnie po to przyszedł Jezus, Syn Ojca. Arcykapłani i faryzeusze mówią (znów warto zwrócić uwagę na słowa „naród” i „lud”): „Cóż my robimy wobec tego, że ten człowiek czyni wiele znaków? Jeżeli Go tak pozostawimy, to wszyscy uwierzą w Niego, i przyjdą Rzymianie, i zniszczą nasze miejsce święte i nasz naród [to ethnos]”. Kajfasz, najwyższy kapłan, patrzy na rzeczywistość, jak dyplomata, w perspektywie zewnętrznej, politycznej. Boi się utraty „narodu”; troszczy się jakby bardziej o „naród” niż o „lud”. Mówi: „lepiej jest dla was, gdy jeden człowiek umrze za lud [gr. hyper tou laou], niż miałby zginąć cały naród [gr. to ethnos]”. Ewangelista natomiast widzi tę sprawę głębiej, bo mówi, że „Jezus miał umrzeć za naród [tou ethnous], a nie tylko za naród [tou ethnous], ale także, by rozproszone dzieci Boże zgromadzić w jedno”. Jezus nie umarł za nas, gdy byliśmy jak „naród” pogański, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami. Umarł, żeby przywrócić nam tożsamość „ludu Boga”, tożsamość „dzieci Bożych”, które mając „kręgosłup” relacji z Bogiem, staną się w ten sposób mocne w relacjach z innymi, mocne również jako „naród”. Jezus umarł za tych, którzy zapomnieli, że są dziećmi Boga i za tych, którzy jeszcze nie odkryli, że nimi są. Umarł za młodszych braci, którzy przez grzech zapomnieli o Bogu, i za starszych braci, którzy jeszcze nie odkryli piękna dziecięctwa Bożego. Piękne są słowa dzisiejszego psalmu: „wtedy młodzieńcy cieszyć się będą ze starcami. Zamienię bowiem ich smutek w radość”. Jezus jest dyrygentem, który robi wszystko, by zabrzmiała symfonia skomponowana przez Ojca. Prośmy więc o to, byśmy pozwolili Jezusowi wydobyć z nas, tu i teraz, te dźwięki, które stworzą harmonijną symfonię na chwałę Ojca. Jan Paweł II w Reconciliatio et paenitentia cytuje zdanie pewnej pisarki: „każda dusza, która się podnosi, dźwiga świat” (nr 16). Pozwól Jezusowi, by dźwignął dziś Kościół, dźwigając dziś ciebie; pozwól Jezusowi, by dźwignął dziś naród polski, dźwigając dziś ciebie; pozwól Jezusowi, by dźwignął dziś świat, dźwigając dziś ciebie! Oby mogła dziś zabrzmieć symfonia głosów dzieci Bożych, które odzyskując czy odkrywając relację z Ojcem, cieszą się!

Piotr Szyrszeń SDS

---------------------------------------------------------------------

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl