O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Rekolekcje Lectio Divina 3-11 sierpnia 2015 ...


Rekolekcje Lectio Divina
3-11 sierpnia 2015
etapy: I, II, IIII i Pogłębienie:
Lectio divina z Józefem Egipskim

 

W dniach 3-11 sierpnia 2015 r. przeżywaliśmy rekolekcje lectio divina. W rekolekcjach uczestniczyło 89 osób, którym towarzyszyło dziewięcioro kierowników duchowych. W posługę towarzyszenia zaangażowani byli duszpasterze CFD, trzej kapłani diecezjalni (archidiecezja gdańska, archidiecezja przemyska, diecezja warszawsko-praska), kapłan ze zgromadzenia zmartwychwstańców oraz osoba świecka. Uczestnicy modlili się Słowem z Ewangelii św. Marka, św. Mateusza i św. Łukasza (etapy I, II i III) oraz z Księgi Rodzaju (etap pogłębienia). Lectio divina z Józefem Egipskim prowadził ks. Joachim Stencel SDS - duszpasterz CFD w Krakowie.

Dziękujemy za modlitwę w intencji
uczestników i prowadzących
oraz kierowników duchowych !

 

---------------------------------------------------------------------

 T E K S T Y   H O M I L I I
wygłoszonych w czasie rekolekcji

---------------------------------------------------------------------

Na czym się koncentrujemy? Na brzuchu czy na Bogu?
homilia - poniedziałek 18. tygodnia okresu zwykłego (rok I), 3 sierpnia 2015 r.
Lb 11, 4b-15; Ps 81, 12-17; Mt 14, 13-21

Słowo z liturgii na dzisiejszy dzień, który dla nas jest pierwszym dniem rekolekcji, wyprowadza nas na pustynię. „Na pustyni” są już „synowie Izraela”, Naród Wybrany. Na pustyni jest też Jezus: „wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał”. My również wybraliśmy czas i miejsce, jakim jest pustynia. Rekolekcyjna pustynia to czas i miejsce, gdzie chcemy słuchać Boga.

Przyglądając się dziejom Narodu Wybranego widzimy, że wędrówka przez pustynię nie była dla Izraelitów czasem łatwym. Chwile pustyni nie należą również do łatwych dla nas. Pustynia ma bowiem to do siebie, że prowokuje i wydobywa z Izraelitów, ale również z nas, chrześcijan, wiele pytań i wątpliwości; pustynia ujawnia nasze głody. Na pustyni nie jesteśmy też wolni od pokus. Z doświadczenia wiemy, że kiedy pośród naszej zwykłej codzienności, którą dziś zostawiliśmy wchodząc w czas rekolekcji, chcemy udać się na modlitwę, jak wiele nas kosztuje to, by zawalczyć o czas dla Boga, by zawalczyć o Jego czas. Uświadamiamy sobie ogrom różnych alternatyw, z którymi trzeba się zmierzyć. Podobnie było z Izraelitami.

Na pustyni też ujawnia się fałszywy obraz Boga. Ten, który wyprowadził Izraelitów z Egiptu i prowadził przez pustynię, i codziennie karmił, okazuje się w ich oczach niedobry. Na pustyni wybrzmiewa ich „to jeszcze mało”. My zawsze będziemy mieli wrażenie, że otrzymaliśmy „za mało”. Tymczasem potrzebujemy zobaczyć, jak mamy „dużo”! Głodni będziemy zawsze; będziemy głodni nie tylko chleba, ale także owych „ogórków, melonów, porów, cebuli i czosnku” i wielu innych pokarmów albo rzeczy. Z jednej strony prawdą jest, że pokarmów i innych rzeczy często mamy mało, ale z drugiej strony, przyznajcie, że bardzo często nie widzimy tego, co mamy i nie dziękujemy za to, co mamy, a tej właśnie wdzięczności nam bardzo potrzeba!

Potrzeba w naszych sercach wdzięczności za dobro, które otrzymaliśmy i które wciąż otrzymujemy! Gdy bowiem nie dostrzegamy dobra otrzymanego, zaczynamy krążyć myślą i sercem „gdzieś tam”, gdzie rzekomo jest to, jak nam się wydaje, co dawało kiedyś albo dałoby nam dziś szczęście; gdzie rzekomo jest to, jak nam się wydaje, co rzekomo kiedyś nas nasycało i nasyciłoby nas dziś. Tymczasem, tak naprawdę koncentrujemy się na brzuchu, a nie na Bogu. Koncentrujemy się na naszym brzuchu, a nie na Panu Bogu.

Słyszeliśmy, że tam na pustyni „rozpalił się potężny gniew Pana”. Bogu zawsze będzie przykro, kiedy nasze serca będą ulegać różnym pokusom. Izraelici mieli Mojżesza, który o nich walczył. My natomiast mamy nowego Mojżesza - Jezusa, który walczy o nas! W dzisiejszej Ewangelii Jezus objawia oblicze Boga, który się lituje. Lituje się nad tymi, którzy pragną Jego słowa i którzy chcą Go słuchać. A my również chcemy Jezusa słuchać! Przyjechaliśmy tutaj, by w rekolekcyjnej pustyni trwać wyłącznie dla Niego! On jest i będzie nieustannie przy nas, i będzie o nas walczył!

Uczniowie Jezusa byli zakłopotani, bo Jezus polecił im nakarmić głodne tłumy. Kochani, my sami nigdy nie nakarmimy do syta ani siebie, ani drugiego człowieka, ani naszych bliskich. Ale to, co mamy, chcemy złożyć przed Jezusem. Wychodząc od tego, co mamy, Jezus potrafi uczynić wiele w nas i pomiędzy nami. I tu nie chodzi tylko o to, co mamy i możemy dać, ale o dyspozycję naszego serca. Gdy pozwolimy Jezusowi zamieszkać w naszych sercach, gdy pozwolimy, by On nas nakarmił, będziemy mieć wszystkiego pod dostatkiem. Doświadczymy też, że „nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych”. Chleb jest ważny, ale dzięki Jezusowi będziemy mieli wszystkiego pod dostatkiem.

Bóg objawił Mojżeszowi i objawia każdej i każdemu z nas, że jest wśród swego ludu, że jest wśród swoich, wśród nas. Objawia to Bóg również i doskonalej jeszcze w Jezusie. I tak jak Mojżesz wstawiał się u Boga za Narodem Wybranym, tak Jezus tu i teraz będzie walczył o każdą i każdego z nas. Jezus będzie walczył o każdą kromkę Słowa dla każdej i każdego z nas. Bo zależy Mu na tym, by nikt stąd nie wyjechał głodny.

Joachim Stencel SDS

---------------------------------------------------------------------

Z czego jestem gotów zrezygnować, by codziennie słuchać Słowa?
homilia - wtorek 18. tygodnia okresu zwykłego (rok I), 4 sierpnia 2015 r.
Lb 12, 1-13; Ps 51, 3-6.12-13; Mt 14, 22-36

Zatrzymajmy się przy pierwszym czytaniu. Napięcia w rodzinie. Która rodzina jest od nich wolna? Bóg jest obecny i działa w rodzinach pośród napięć, które przeżywamy. Dowodem tego jest starotestamentalna historia Jakuba i jego dwunastu synów, którą rozważają uczestnicy pogłębienia: „Bracia Józefa widząc, że ojciec kocha go bardziej niż ich wszystkich, tak go znienawidzili, że nie mogli zdobyć się na to, aby przyjaźnie z nim porozmawiać” (Rdz 37, 5). Dowodem jest również historia, o której słyszeliśmy w pierwszym czytaniu: Miriam i Aaron to rodzeństwo Mojżesza.

Ta sytuacja ma swój kontekst, który jest ważny. Wczoraj słyszeliśmy o narzekaniach Izraelitów na pustyni. Ale potem narzekanie pojawia się również w ustach Mojżesza wstawiającego się za ludem, który mówi Bogu, że nie potrafi już sam dźwigać ciężaru troski o lud. I Bóg poleca mu przyprowadzić siedemdziesięciu starszych, którym udziela z jego ducha prorockiego. Udziela tego ducha również Eldadowi i Medadowi, którzy choć wezwani do Namiotu Spotkania, pozostali w obozie. Jozue, który w przyszłości będzie następcą Mojżesza, teraz w młodzieńczym porywie prosi go, by zabronił Eldadowi i Medadowi prorokować. Jozue słyszy następującą odpowiedź Mojżesza: „Czyż zazdrosny jesteś o mnie? Oby tak cały lud prorokował, oby mu Pan dał swego ducha!” (Lb 11, 29). Mojżesz więc cieszy się, że duch proroctwa i charyzmat prorocki jest dany innym, a nawet pragnie, żeby duch prorocki był udziałem jak najszerszego grona, całego narodu.

Zupełnie inną postawę przyjmują Miriam i Aaron. Im wyraźnie coś nie odpowiada. Przyjmują postawę podobną do postawy starszych braci, którzy odbierali Józefa jako bardziej umiłowanego przez ojca. Miriam i Aaron postrzegają Mojżesza, jak się wydaje, jako bardziej wyróżnionego przez Boga niż oni: „Czyż Pan mówił z samym tylko Mojżeszem? Czy nie mówił również z nami?”. Chcą podkreślić, że oni również (!) mają ducha prorockiego. I zarzucają Mojżeszowi, że wziął sobie za żonę Kuszytkę. O co im chodzi? Być może o to, że w Izraelu jednym z warunków przystępu do tego, co święte, było zachowanie wstrzemięźliwości seksualnej. Trzy dni przed objawieniem na górze Synaj - cały lud, a co roku tydzień przed dniem Przebłagania - najwyższy kapłan miał się powstrzymać od współżycia. Jednak sytuacja Mojżesza była szczególna, ponieważ codziennie doświadczał spotkania z Bogiem. Codziennie spotykał się „twarzą w twarz” z Bogiem, który przekazywał mu Torę i komunikował mu swą wolę. Mędrcy żydowscy mówili, że kiedy Mojżesz przestał otrzymywać Torę, umarł. Podkreślmy to, że spotkanie z Bogiem, w czasie którego otrzymywał słowa Tory, słowa życia, trzymały go przy życiu. Tradycja żydowska przekazuje, że aby żyć i móc codziennie odpowiadać na wezwanie Pana zawarte w Torze, Mojżesz zdecydował się na pełną wstrzemięźliwość w relacji z żoną, Kuszytką, określaną też jako „Etiopka”, co sugerowałoby ,że była piękna.

Decyzja Mojżesza stała się przysłowiową „solą w oku” Miriam i Aarona. Wydają się nie akceptować tej decyzji. Dlaczego? Powodem, jak się wydaje jest to, że zazdroszczą Mojżeszowi tak częstych spotkań z Bogiem i chcą go sprowadzić na ziemię. Chcą go sprowadzić na swój, czyli niższy poziom. Nie są sami gotowi do wejścia na taki szczyt radykalizmu, jak on. Nie są w stanie na sposób stały powstrzymać się od czegoś i niekoniecznie chodzi tylko o wstrzemięźliwość seksualną, ale o jakąś formę wstrzemięźliwości. Mogliby być wstrzemięźliwymi od czasu do czasu, ale na stałe…? Co to, to nie! Więc prowokują Mojżesza, by nie był tak radykalny i przyjął ich postawę. Argumentują to odwołaniem do zawartego małżeństwa, ale wydaje się, że głębokim motorem ich postaw jest zazdrość. Potem powiedzą: „zgrzeszyliśmy nierozważnie”, co w innym przekładzie brzmi: „zgrzeszyliśmy głupio”. Oczywiście każdy grzech jest nierozważny i głupi. Są jednak tacy, którzy mówią, że najgłupszym z grzechów jest zazdrość, ponieważ zazdrość temu, któremu zazdroszczę nic nie odejmuje, a mnie, który zazdroszczę, ona nic nie dodaje. Zazdrość jak każdy grzech jest czymś dramatycznym, bo izoluje, bo pociąga za sobą zżerający nas i izolujący nas od nich trąd.

Można odnieść wrażenie, że to słowo wydobywa na pierwszy plan temat zazdrości. Jednak zatrzymując się dłużej odkrywam, że w centrum jest temat słuchania słowa Bożego. Warto w kontekście tego wydarzenia zapytać siebie: co jestem zdolny zostawić, z czego jestem gotów zrezygnować, od czego jestem gotów się powstrzymać, by codziennie, a nie tylko od czasu do czasu słuchać słowa Bożego? Albo takie bardzo konkretne: jak przeżywam wieczór poprzedzający poranne lectio i meditatio słowa Bożego? Czy potrafię z czegoś nawet pozytywnego zrezygnować, by mieć czas i klimat do słuchania i rozważania słowa Bożego? A w medytacji: czy koncentruję się na czerpaniu ze źródła słowa Bożego do naczynia, jakim jestem, ile tylko mogę zaczerpnąć, czy też koncentrują się na porównywaniu naczyń, którym jestem ja i ktoś żyjący obok, bliżej lub dalej? Czy jest we mnie ta cichość Mojżesza i jego otwartość na Boże dary udzielane innym, tzw. „mniejszym”, zwyczajnym ludziom spośród ludu: „Oby tak cały lud prorokował, oby mu Pan dał swego ducha!”? A z drugiej strony, czy godzę się na to, że Bóg jakiemuś współczesnemu Mojżeszowi dał, daje i będzie dawać więcej niż innym? I jeszcze raz, czy jestem gotowy na ascezę, na wyrzeczenia, które podejmuje Mojżesz, na rezygnację z czegoś dobrego, by codziennie móc słuchać Słowa?

Mojżesz był „człowiekiem BARDZO SKROMNYM, NAJSKROMNIEJSZYM ze wszystkich ludzi” - słyszeliśmy dziś. Był „człowiekiem NAJŁAGODNIEJSZYM ze wszystkim ludzi” (tłum. dosł. z LXX). Ks. Jakub Wujek przetłumaczył tę diagnozę: „bardzo CICHY nad wszystkie ludzie”. Mojżesz był „praus” (gr.), czyli łagodny, skromny, cichy. Tradycja żydowska akcentuje, że był NAJPOKORNIEJSZYM ze wszystkich ludzi na powierzchni ziemi. Dziś wspomnienie św. Jana Marii Vianneya. Zacytujmy fragment jednego z jego kazań: „Pewnego razu św. Teresa pytała Boga, dlaczego niegdyś Duch Święty udzielał się z taką łatwością niektórym osobom Starego Testamentu, jak prorokom i patriarchom, i dlaczego objawiał im swe tajemnice, a teraz tego nie czyni? Na to odpowiedział jej Pan, że ci mężowie byli pokornymi, a obecnie ludzie mają serca dwoiste, pełne pychy i próżności” (Św. Jan Maria Vianney, Kazania, Sandomierz 2010, s. 268-269). Prośmy Boga o łaskę serca niepodzielonego, o łaskę jednoznaczności i radykalizmu w słuchaniu słowa Bożego.

Możemy dziś zbliżyć się do Jezusa, nowego Mojżesza, który nas zaprasza: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem CICHY [gr. „praus”] i pokorny sercem (…)” (Mt 11, 28-29). Ewangelista Mateusz opisując postawę Jezusa wkraczającego do Świętego Miasta skorzysta ze słów proroka: „Powiedzcie Córze Syjońskiej: Oto Król twój przychodzi do Ciebie ŁAGODNY [gr. „praus”], siedzący na osiołku, źrebięciu oślicy” (Mt 21, 5). Uczestnicy drugiego etapu rozważają dziś tę obietnicę Jezusa: „Błogosławieni CISI [gr. „praeis”], albowiem oni na własność posiądą ziemię” (Mt 5, 5). Nie tylko do kobiet może się też odnosić słowo św. Piotra Apostoła: „Ich ozdobą niech będzie nie to, co zewnętrzne: uczesanie włosów i złote pierścienie ani strojenie się w suknie, ale wnętrze serca człowieka o nienaruszalnym spokoju i ŁAGODNOŚCI ducha [gr. „tou PRAEOS pneumatos”], który jest tak cenny wobec Boga” (1 P 3, 4). Prośmy o cichość, łagodność, skromność i pokorę, której wzorem jest Jezus - nowy Mojżesz.

Piotr Szyrszeń SDS

---------------------------------------------------------------------

„Pan nam sprzyja”. Z Nim jesteśmy w stanie zreformować życie
homilia - środa 18. tygodnia okresu zwykłego (rok I), 5 sierpnia 2015 r.
Lb 13, 1-2a.25-14,1.26-29.34-35; Ps 106, 6-7a.13-14.21-22.23; Mt 15, 21-28

Na wyraźne polecenie Pana Mojżesz wysyła do ziemi Kanaan zwiadowców. We fragmencie z księgi Liczb, który słyszeliśmy w pierwszym czytaniu, nie jest to zaznaczone, ale wysyła tam nieprzypadkowych ludzi; wysyła bowiem dwunastu książąt poszczególnych pokoleń Izraela. Od chwili chrztu nasze życie jest ziemią obiecaną dla Pana. W chwili chrztu ustami rodziców i chrzestnych, a później osobiście przyrzekliśmy Panu dbać o Boże życie w nas, obiecaliśmy strzec tego życia i je rozwijać oraz dzielić się nim z innymi. W czasie rekolekcji i nie tylko Pan Bóg wysyła „zwiadowców” do naszego serca, aby sprawdzili, jak ta nasza Boża gospodarka wygląda, gdzie jesteśmy mocni, a gdzie słabi; posyła nie byle kogo, bo swoje Odwieczne Słowo.

Po czterdziestu dniach zwiadowcy wrócili z rozpoznania kraju i złożyli przed zgromadzeniem wyczerpujące sprawozdanie, a także - powiedzielibyśmy - prezentację owoców tej ziemi, którą przyrzekł im Pan. W swym sprawozdaniu najpierw potwierdzili, że „jest to kraj rzeczywiście opływający w mleko i miód”, a później zaznaczyli, że mieszkają tam bitni mieszkańcy, że są tam obwarowane miasta, które zapewne nie będą łatwe do zdobycia. Słowo Boże, które dokonuje rozpoznania naszego życia, podobnie, najpierw ukazuje nam nasze „mleko i miód”, czyli nasze dobre strony widoczne w gospodarowaniu naszym sercem i naszym życiem, ale też pokazuje nam ono z całą stanowczością te miejsca, które potrzebują uzdrowienia; pokazuje miejsca, które potrzebują oczyszczenia i te, które potrzebują nawrócenia. Pokazuje nam ono te miejsca, które potrzebują i oczekują Bożej mocy i Bożej łaski. Słowo Boże ukazuje całą prawdę o stanie naszego życia.

Reakcja ludzi z Izraela na sprawozdanie i prezentację przedstawione przez zwiadowców najpierw, gdy słyszeli o kraju mlekiem i miodem płynącym oraz patrzyli na jego owoce, była pełna entuzjazmu. Druga część relacji, niestety, wywołała w nich panikę i strach. Izraelici mieli pragnienie wejścia do tej ziemi, ale zrozumieli, że zanim dobiorą się do mleka i miodu, będą musieli najpierw dobrać się do skóry tych, którzy tę ziemię zamieszkują; będą musieli najpierw tę ziemię zdobyć, a to będzie wymagać trudu i wielu ofiar, także przyjęcia zwykłej żołnierskiej postawy; będą musieli stoczyć zapewne wiele bitew i oblegać wiele miast, aby stamtąd usunąć mieszkańców. Ich wzburzenie zamieniło się ostatecznie nawet w płacz: „całe zgromadzenie zaczęło wołać podnosząc głos. I płakał lud owej nocy”. Przekonanie Kaleba i Jozuego (o tym drugim odczytany dziś fragment księgi Liczb nie wspomina), którzy motywowali lud, aby mimo wszystko ruszył i zdobył ziemię obiecaną przez Pana, nie poskutkowało. Zwyciężyły głosy tych, którzy przedstawiali Kanaan jako ziemię nieprzyjazną, jako ziemię w tym momencie nie do zdobycia. Podobnie, często i my, kiedy słowo Boże zaprasza nas do wysiłku i do solidnej pracy nad sobą, kiedy zaprasza nas do podjęcia trudu nawrócenia, wpadamy w panikę, opieramy się twierdząc, że jeszcze mamy czas na zmianę, że nieco później się zajmiemy się wskazanym problemem. Szukamy różnych wymówek byle nie podjąć się koniecznego trudu i wymaganego wysiłku. I my nieraz nie tylko jedną, ale wiele nocy potrafimy płakać, gdy nie chcemy słowu Boga zawierzyć i podjąć z Nim współpracę, aby dokonać solidnej przemiany naszego życia.

Dla wielu Izraelitów ta historia skończyła się smutno. Ponieśli karę. Utracili ziemię obiecaną. Dla nich „ziemią obiecaną”, którą znali od wyjścia z Egiptu, pozostała pustynia. Na pustyni zakończyli swoje życie. Na pustyni zostały złożone ich kości, a marzenie o Kanaanie, dla realizacji którego nie potrafili podjąć trudu, pozostało ukryte gdzieś głęboko w ich sercu. W dzisiejszym pierwszym czytaniu, w odczytanym dziś fragmencie księgi Liczb, brakuje jednego zdania, które wydaje się być kluczowym. Jozue mówi do swoich rodaków: „Jeśli Pan nam sprzyja, to nas wprowadzi do tego kraju i da nam ten kraj, który prawdziwie opływa w mleko i miód” (Lb 14, 8). Dowodów na to, że Pan sprzyjał Izraelitom, było aż nadto wiele: Pan wyprowadził ich mocną ręką z Egiptu, karmił na pustyni i chronił przed wieloma niebezpieczeństwami… I my powinniśmy pamiętać o tym zdaniu: „Jeśli Pan nam sprzyja…”, bo przecież Pan nam sprzyja, więc z Jego pomocą jesteśmy w stanie naprawić nasze życie, oczyścić je z tego, co nie jest godne i co nie jest Boże, i dożyć jeszcze piękniejszych lat. Jeśli jednak odmówimy współpracy z łaską Bożą, to podobnie jak owi biedni Izraelici pozostaniemy na ziemi jałowej i pustynnej albo będziemy budować dom na piasku, który prędzej czy później się rozsypie/rozproszy, albo będziemy ciągle błądzić szukając właściwej drogi. A tą właściwą drogą jest Pan, Jego słowo i Jego łaska. Pamiętajmy więc o słowach Jozuego: „Jeśli Pan nam sprzyja…”, bo dowodów na to, że nam sprzyja, mamy w naszym życiu całe mnóstwo, tylko często ich nie widzimy i nie przywiązujemy do nich wagi. Bóg nam sprzyja, więc jesteśmy w stanie razem z Nim nasze życie pięknie zreformować, naprawić. Razem z Panem jesteśmy w stanie życie przeżyć pięknie ku Jego chwale i pożytkowi naszych braci i sióstr. Jesteśmy w stanie być dla Boga i dla innych ziemią obiecaną.

Ryszard Stankiewicz SDS

---------------------------------------------------------------------

Dobrze zrobimy, jeśli będziemy trwali przy słowie Boga
homilia - święto Przemienienia Pańskiego (rok B), 6 sierpnia 2015 r.
Dn 7, 9-10.13-14; Ps 97, 1-2.5-6.9; 2 P 1, 16-19; Mk 9, 2-10

Stajemy przed żywą księgą Bożego słowa. Stając przed tą księgą, którą codziennie otwieramy modląc się intensywnie i wiernie Słowem w tych dniach rekolekcji, chciejmy zapytać, jakie światło ta stronica z Ewangelii czytanej w czasie liturgii w święto Przemienienia Pańskiego wnosi w nasze rekolekcje i w naszą modlitwę. Najpierw zwróćmy uwagę na to, że to Jezus „wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana” i że to Jezus „zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką”. To słowo Boga z pierwszego zdania dzisiejszej Ewangelii mówi coś także o naszych rekolekcjach. Mówi ono, że od początku do końca są one interwencją Bożą. To, że jestem tu, - mówiąc językiem Ewangelii - na tej „górze wysokiej”, bo tak moglibyśmy określić czas i miejsce rekolekcji - pochodzi naprawdę z inicjatywy Boga. Chciejmy się tym ucieszyć, przyjąć i w to uwierzyć, że to Bóg mnie wziął z mojej codzienności, być może tej, w której sobie nie radziłem, podobnie jak Piotr w ostatnich dniach, kiedy usłyszał od Jezusa o krzyżu i kiedy na horyzoncie jego życia pojawiły się cierpienie, odrzucenie, lęk. Jezus wziął mnie, jak wziął Piotra, Jakuba i Jana, z mojej codzienności i zaprowadził mnie samego osobno na tę górę. To On mnie tutaj przyprowadził i to On mnie tutaj prowadzi.

To, co dzieje się na górze, uświadomiło mi to, co dzieje się tutaj w tych dniach, w naszych rekolekcjach, - wierzę w to głęboko - w naszych sercach. On przemienia się wobec nas. Przede wszystkim to przemienienie Kościół czyta jako Boże objawienie, jako Boską epifanię. Bóg, w którego wierzę, którego czczę, któremu pozwoliłem się tutaj przyprowadzić, to Bóg, który mi się objawia! Bardzo lubię wracać do tej prawdy, bo ona mi uświadamia to, czemu nieraz zdaje się zaprzeczać moja codzienność, a zwłaszcza dni trudne: Bóg się nie ukrywa w moim życiu! Bóg nigdy nie jest Bogiem ukrytym, to znaczy nie jest kimś zachowującym się tak, abym Go nie spotkał, abym Go nie widział, abym Go nie słyszał, abym nie mógł dotknąć Jego obecności. To nie jest Bóg Biblii. Nieprzypadkowo Biblię nazywamy Księgą Objawienia, bo ona jest księgą o Bogu, który się objawia. Bóg objawia mi Swoje życie, objawia mi prawdę o Sobie samym, objawia mi swoje Bóstwo i objawia się mi jako Bóg-Człowiek. To, co dzisiaj mnie poruszyło - po raz pierwszy spojrzałem na tajemnicę Przemienienia w ten właśnie sposób -, to intuicja, że zanim Bóg na górze Przemienienia w swoim Człowieczeństwie objawił swoje Bóstwo, przecież wcześniej zstępując na ziemię objawił mi się w swoim Człowieczeństwie. To niezwykłe, że Bóg, w którego wierzę, jest tak ludzki. Jest Bogiem, który żyje moją historią życia. W historii życia, którą się modlisz w tych dniach, nie ma chwili, w której On nie byłby obecny, której by nie znał, której by nie dotknął, w której by się nie zanurzył. Czy wierzę w takiego Boga? Czytam Jego słowo, próbuję je usłyszeć, chcę aby mnie dotknęło, ale czy wierzę, że słowo Boga od początku, od mojego poczęcia, w moim życiu jest żywe i skuteczne? Rekolekcje są przede wszystkim po to, aby tę prawdę odkryć i na nowo ją przeżyć. Są po to, abyśmy w swej pamięci na nowo odnaleźli to, o czym nieraz zapominamy: o Bogu, który żyje moją codziennością i moją historią życia.

Jezus, który żyje tym, co przeżywa Szymon Piotr, jest tak dobry, że bierze go na tę górę, aby wobec niego się przemienić. Bierze go na górę, aby okazać mu także swoje Bóstwo. Bo Piotr, kiedy usłyszał o tym, co miało się dziać z Jezusem (Przemienienie następuje po pierwszej zapowiedzi Męki i Zmartwychwstania Jezusa), był tak wstrząśnięty, że nie mógł dojść do siebie. Czytanie, które słyszeliśmy, pomija pierwsze słowa tej ewangelicznej perykopy, które jak myślę są bardzo ważne: „Po sześciu dniach…”. Oczywiście, że te sześć dni wydaje się mieć bardziej charakter symboliczny, teologiczny, ale są to dni cierpienia Piotra. To dni, w których on sobie nie radzi. Piotr jakby potrzebuje „siódmego dnia”, „dnia odpoczynku”, by przy Jezusie odpocząć na duszy. Jezus jemu i każdemu z nas daje taki dzień, dzień pocieszenia, choć my być może musimy na taki dzień jeszcze poczekać. Nie wyznaczajmy Bogu czasu Jego do nas przychodzenia. Wierzmy, że On żyje blisko nas, że On wie, kiedy udzielić nam łaski pocieszenia i kiedy nawiedzić nas łaską cudownego Przemienienia.

Piotr, tam na górze, uczestnicząc w doświadczeniu Przemienienia Jezusa, jest tak wstrząśnięty, iż nie wie, co mówi, jak relacjonuje św. Marek. Bywa, że kiedy usiłujemy coś powiedzieć o jakiejś wielkiej tajemnicy, wtedy dużo mówimy, choć czujemy, że każde następne słowo jest coraz mniejsze wobec tego, czego doświadczamy, co przeżywamy. Być może tak jest również teraz w mojej modlitwie, że jestem, siedzę i nie wiem, co powiedzieć. I może jedyną rzeczą, która mi towarzyszy, jest to, czego doświadcza Piotr: przestrach albo jakiś stan ducha, w którym sobie nie radzę. Może wydaje mi się, że moja modlitwa niewiele znaczy. Tymczasem może właśnie ów opór, bardziej niż cokolwiek innego, mówi mi, że chociaż staję przed Bogiem, który mi się objawia, to zawsze staję przed Bogiem, który jest tajemnicą. Św. Marek wyraził to w obrazie obłoku. Bo obłok w Biblii ma podwójne znaczenie: jest znakiem objawienia Bożej chwały, a z drugiej strony - czymś, co zasłania. Tylko Bóg sam nam się odsłania! Kiedy jesteśmy na modlitwie i wydaje się, że nic się nie dzieje i pojawia się pokusa, by coś samemu zrobić, by więcej rozmyślać, by jeszcze coś poprawić, by może zmienić komentarz do Pisma Świętego, by coś jeszcze doczytać, by nie wiadomo co jeszcze zrobić…, wtedy może właśnie to, co robi Piotr jest najważniejsze, chociaż Piotr nic nie robi. To doświadczenie przestraszenia nie jest zwykłym lękiem, ale raczej bojaźnią Bożą. To bojaźń, która pojawia się wobec tajemnicy i wobec czegoś, co mnie przerasta. Trzeba się mi zgodzić w modlitwie z tym, że Bóg mnie przerasta. Przerasta mnie w swoich obietnicach, przerasta mnie w sposobie, w jaki mi się objawia i w jaki przychodzi do mojego życia. Trzeba pozwolić Bogu być Bogiem i nie tworzyć sobie „swojego boga”; nie tworzyć sobie własnych Jego obrazów. Trzeba pozwolić, aby Bóg przychodził do mnie tak, jak On sam chce do mnie przychodzić. Bóg jest tajemnicą. Czy ja się na to zgadzam? Czy zgadzam się na to w tych dniach, że będzie przychodzić do mnie jako Tajemnica? Czy zgadzam się na to, że to On będzie mi wyjaśniał Swoje słowo. Ja mam czytać, mam się wsłuchiwać w Jego słowo i pozwolić, by On mnie przemieniał.

Wreszcie te słowa, które Piotr tak dobrze zapamiętał, że wspomina o nich w swoim drugim liście, u końca swego życia. Nie wiemy nawet, czy ten list pisał on sam czy też ktoś w jego imieniu, ale Piotr zapamiętał dobrze to, co działo się na górze Tabor i słowa: „To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie” (Mk 7, 9; por. 2 P 1, 17). Najważniejszym jest to, by słuchać i być otwartym na słowo Boga, by poddać się prowadzeniu przez słowo Boga. Piotr mówi: „mamy jednak mocniejszą, prorocką mowę, a dobrze zrobicie, jeżeli będziecie przy niej trwali jak przy lampie, która świeci w ciemnym miejscu…”. Dobrze zrobimy, jeśli będziemy trwali przy słowie Boga, jak przy lampie. Być może teraz jesteśmy „w jakimś ciemnym miejscu”, ale „dzień zaświta i gwiazda poranna wzejdzie w naszych sercach” (por. 2 P 1, 19).

Krzysztof Wons SDS

---------------------------------------------------------------------

Do czego Pan Bóg chce dziś mnie i ciebie przekonać?
homilia - piątek 18. tygodnia okresu zwykłego (rok I), 7 sierpnia 2015 r.
Pwt 4, 32-40; Ps 77, 12-16.21; Mt 16, 24-28

Myślę, że genialne jest połączenie dzisiejszego pierwszego czytania z Ewangelią. Zresztą, tak jest zawsze, ponieważ słowo Boże zawsze ze sobą współgra. W czytaniu z Księgi Powtórzonego Prawa Pan Bóg poprzez Mojżesza przypomina narodowi wybranemu, kim On jest. Przypomina Swoje dzieła i w ten sposób odnawia pamięć Swojego ludu. Troszczy się o to, aby Izraelici nie zapomnieli, w jakiego Boga wierzą, jakiemu Bogu zawierzyli, jaki Bóg wyprowadził ich z Egiptu. To Bóg, który zawsze szedł przed nimi i wciąż ich prowadzi, i przeprowadza przez pustynię. Nie jest to jednostkowa sytuacja, bo Bóg wielokrotnie przypominał i jeszcze będzie przypominał ludowi jego historię, nieraz jeszcze będzie się odwoływał do pamięci ludu. Będzie uzdrawiać pamięć Swojego ludu. Izraelici bowiem szybko i często zapominali, co Bóg dla nich uczynił. Zapominali nie tylko, jakim jest ich Bóg, ale zapominali nawet o samym Bogu, szczególnie w momentach trudności. Warto postawić sobie pytanie: do czego Pan Bóg dziś mnie i ciebie chce przekonać? Jakie znaki, jakie wydarzenia i doświadczenia z historii życia, jakie cuda przywołuje dziś Bóg w twojej pamięci?

Dzisiejsza Ewangelia jest trudną katechezą. Przyznam się, że zawsze, kiedy czytam te słowa (niezależnie od tego, w której Ewangelii są zapisane) oraz historię Piotra, który słyszy od Jezusa „Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie” (Mt 16, 23), która to historia poprzedza katechezę, którą dziś głosi Jezus, staję wobec nich z pewnym napięciem albo niepokojem. Te słowa Jezusa są trudne. W ogóle nie jest łatwo słuchać o krzyżu, a zwłaszcza gdy ktoś mówi do nas wprost: „weź swój krzyż”, „nieś swój krzyż”, „taki jest twój krzyż” itd. Czasem takie zachęty rodzą w nas reakcję: „wymądrzaj się gdzie indziej, ale nie tu!”, „przestań już, jeśli nie chcesz mnie rozłościć!”. Z pewnością nie jest łatwo słuchać również katechezy Jezusa o braniu i niesieniu swojego krzyża. Dlatego dobrze się stało, że dziś zanim w Ewangelii usłyszeliśmy słowo o krzyżu, w pierwszym czytaniu usłyszeliśmy słowa o Bogu, który umiłował naród i wyprowadził go z Egiptu swoją ogromną potęgą. Słowa z księgi Powtórzonego Prawa przypominają nam, że Bóg przeprowadzający nas przez trudne doświadczenia, jest Bogiem mocnym. On sprawił, iż rozstąpiło się morze. Pokonał faraona. Dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych!

Jezus zaprasza nas dzisiaj również do tego, byśmy zechcieli przyjąć swoje życie, przyjąć je całe. Dzisiejsza Ewangelia zaprasza nas do tego, byśmy przyjmując swoje życie nie dokonywali selekcji typu: „to, co dobre i przyjemne - akceptuję, natomiast to, co trudne i wiąże się z krzyżem - odrzucam”. Jezus zaprasza, byśmy przyjęli również to, co wiąże się z krzyżem. Zapraszając mówi jednak: „jeśli chcesz”. Być może doświadczając czegoś trudnego pytasz sam siebie dziś: „czy ja naprawdę tego chcę?”. Może się też zdarzyć, że odpowiadasz Bogu „nie chcę”. Dlatego Bóg chce dziś uzdrawiać naszą pamięć. Zdaje się przypominać: „Pamiętaj, że Ja Jestem!”. Pośród wszystkiego, co powoduje, że nie chcesz i się wycofujesz, uchwyć się Słowa. Uchwyć się słowa Bożego, które cię poniesie jak orzeł swe pisklęta na skrzydłach. Jezus mówi: „jeśli chcesz”. Zgódź się, nie dlatego, że jesteś silny czy silna, ale ze względu na to, że twój Bóg jest silny!

Jezus wzywa dziś, byśmy oddali Mu to, czego zwyczajnie boimy się stracić. Słowo dzisiejszej Ewangelii o traceniu jest słowem mocnym. Przypomina nam o doświadczeniu straty, o przeżywanym poczuciu straty. Rezonuje z pewnością mocno w naszych sercach, bo dotyka naszej historii, w której coś traciliśmy, porusza nas, bo wciąż doświadczamy strat. Sprawia, że myślimy o różnych stratach przeszłych i teraźniejszych. Gdy je słyszymy, być może pojawia się w nas pytanie: „co znowu i jeszcze miałbym stracić?”. Doświadczamy strat, bo ktoś nam coś zabiera, a innym razem tracimy coś z powodu naszej bezmyślności. Nie dziwi więc, że pojawia się w nas pełna obawy myśl: „znowu coś stracę”. Uruchamia się w nas takie „ekonomiczne” myślenie: „co rzeczywiście zyskam, a co stracę?”. Powierzenie się Jezusowi nie jest łatwe, jest trudne. Pójście za Jezusem jest proste jedynie, kiedy czyta się o nim w teologicznych książkach, ale na płaszczyźnie serca trzeba nam wielokrotnie przyznać: „trudno jest mi zaufać”, „boję się straty”. Dlatego Bóg - jestem przekonany - dziś, w samym środku naszych rekolekcji, zaprasza każdego i każdą z nas, byśmy zechcieli do Niego powiedzieć: „Jezu, przekonuj mnie nieprzekonanego! Bądź, Boże, cierpliwy wobec mnie, jak byłeś cierpliwy wobec narodu wybranego! Z cierpliwością, z jaką kiedyś Izraelitom przypominałeś dzieła Swojej miłości, przypominaj je również mnie! Jezu, Ty sam wiesz, ile trzeba czasu, aby mnie przekonać. Przekonuj mnie więc i spraw, bym dał Ci się przekonywać i przekonać!”.

Damian Stachowiak CR

---------------------------------------------------------------------

Trzymajmy się drogi wiary wyznaczonej prostymi środkami!
homilia - sobota 18. tygodnia okresu zwykłego (rok I), 8 sierpnia 2015 r.
Pwt 6, 4-13; Ps 18, 2-3.7.47.51; Mt 17, 14-20

Dzisiejsze teksty liturgii Słowa każą nam dotknąć tematu wiary. Jest to temat bliski i znany nam od lat. To wiara przyprowadziła nas również tutaj, na rekolekcje, na pustynię, gdzie wsłuchujemy się w głos Pana, aby On sam prostował nasze ścieżki. W naszej wierze z jednej strony jest coś niezwykłego, niewypowiedzialnie wielkiego, Bożego, a jednocześnie na doświadczenie wiary składa się wiele spraw zwyczajnych, ludzkich. Nie czas tutaj i miejsce na dogmatyczny wykład o wierze, ale w to gorące późne popołudnie chcę podjąć ten temat. Co składa się na doświadczenie wiary? W pewnym uproszczeniu moglibyśmy powiedzieć o trzech elementach składowych. „Chronologicznie” i zewnętrznie pierwsze w historii naszej wiary było działanie innych ludzi, którzy stali się dla nas świadkami, przyprowadzili nas do Jezusa, przynieśli do chrztu, uczyli pierwszych słów modlitwy. Temu ludzkiemu prowadzeniu w wierze towarzyszyła uprzednio, wciąż i w nadmiarze łaska Boża, której otrzymywaliśmy zawsze stokroć więcej niż potrafiliśmy zrozumieć, nazwać czy przyjąć. Tak było w chwili naszego chrztu, kiedy nic rozumieliśmy z tego, co się wtedy działo, a przecież otrzymaliśmy wielki skarb. Wreszcie, trzecim ważnym elementem jest nasza osobista decyzja i zaangażowanie, nasz trud wiary, radość poznawania Boga i nawrócenia. Te trzy czynniki w wierze są nierozłączne, względem siebie komplementarne, wzajemnie i nieustannie się przenikają na każdym etapie naszego życia; tak, że nawet po latach bardzo osobistego przeżywania wiary bywa dla nas budujące świadectwo kogoś, kogo postrzegamy jako wyżej stojącego w wierze od nas. W doświadczeniu wiary odkrywamy więc - oprócz wielkości Boga i bogactwa Jego łaski - również zwyczajną ludzką historię, naznaczoną otrzymanym od innych dobrem, a nieraz bólem, cierpieniem, zranieniami.

W naszym życiu sprawy Boże przenikają się ze sprawami ludzkimi. Słyszymy o tym również w pierwszym czytaniu. Bóg przez usta Mojżesza daje Izraelitom największe i pierwsze przykazanie: „szema Jsrael JHWH elohejnu JHWH echad”, czyli „słuchaj, Izraelu, Pan, nasz Bóg - Pan jedyny”. Depozytowi wiary wyrażonemu w tych słowach towarzyszyło ostrzeżenie: „strzeż się, byś - wtedy, gdy będzie ci dobrze, gdy będziesz opływał w różne dobra, gdy będziesz się czuł bezpieczny i pewny - nie zapomniał o twoim Panu, który cię wyprowadził z Egiptu, z domu niewoli” (por. Pwt 6, 10-12). „Recepta”, żeby żyć wiarą, była prozaicznie prosta: „Przywiążesz je do twojej ręki jako znak (…). Wypisz je na odrzwiach swojego domu i na twoich bramach” (Pwt 6, 8-9). Filakterie, które później Żydzi sobie wydłużali, by pokazać, kto z nich jest pobożniejszy, swój początek mają właśnie w tym poleceniu. Ta „recepta” wyrażała intuicję: jeżeli słowa Boga sobie unaocznisz i będziesz je powtarzać w codzienności, kładąc się spać i wstając ze snu, wyruszając w podróż i wracając do domu, te wielkie Boże sprawy będą twoim udziałem i treścią twojego życia. Dla nas ta „recepta” może być przesłaniem, żebyśmy się nie obawiali prostoty znaków i środków pomagających nam w doświadczeniu wiary.

To, co słyszymy, jest dla nas cenną i ważną wskazówką. Cenną tym bardziej, że Pan Jezus w mocnych słowach wytyka uczniom, że mają małą wiarę. Możemy również do siebie odnieść pełne smutku i bólu słowa Jezusa. W słowach „o plemię niewierne i przewrotne!” możemy usłyszeć nie tyle inwektywę skierowaną pod naszym adresem (choć wiemy, że przed Panem Bogiem jesteśmy bądź bywamy przewrotni i niewierni), ile raczej cierpienie Bożej miłości, która nie zostaje przyjęta, tak jak na to zasługuje. A przecież chcemy odpowiedzieć na głębokie pragnienie Jezusa i przyjąć Jego miłość. Nie chcemy zostawić Go samego, jak zostawili Go uczniowie w Ogrójcu. Dlatego przychodzimy do Niego, aby w prosty sposób i przy użyciu środków, które są nam znane od lat, znane nie tylko z teorii, ale i z praktyki życia, nawracać się do Pana Boga. Jesteśmy więc tutaj w ciszy, na modlitwie słowem Bożym, korzystamy z posługi kierownictwa duchowego, jutro przystąpimy do sakramenty Pojednania i Pokuty. Również Eucharystia towarzyszy nam każdego dnia jako nasz chleb powszedni.

Na drodze wiary, drodze Bożej i świętej, a równocześnie po ludzku tak zwyczajnej, dotykamy naszej ludzkiej słabości, spotkamy się z własną bezradnością, gdy stajemy wobec pewnych doświadczeń w nas lub wokół nas jak wobec muru, którego o własnych siłach nie potrafimy pokonać. Tu pomocą jest wiara, którą mamy, jak ten człowiek, który wg słów św. Marka prosił Jezusa: „Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu!” (Mk 9, 24). Nie ustawajmy w drodze i nie traćmy zaufania w proste środki wspomagające nasze nawrócenie; środki które daje nam Kościół, które święci praktykowali potwierdzając skuteczność tej drogi. Niech nasza wiara będzie taka, jak choćby ziarnko gorczycy. Wiara jak ziarenko gorczycy w porównaniu z górą, którą miałaby przenieść, jest tak maleńka. Ale jest wystarczająco mała, byśmy w bezradności wyciągnęli ufnie ręce do Boga: „Panie, ratuj!”. Trzymajmy się drogi wiary i nawrócenia, która jest wyznaczona prostymi znakami i środkami. Nie ustawajmy w drodze, bo Tym, który nas prowadzi i który daje łaskę, jest Bóg. A On może uczyć stokroć więcej, i tysiąckroć więcej, niż prosimy, niż rozumiemy czy potrafimy sobie wyobrazić (zob. Ef 3, 20). I to nie naszą, ale Bożą mocą wiara góry przenosi!

ks. Piotr Stępniewski

---------------------------------------------------------------------

Naśladując Jezusa, Sługę, rodzić innych do życia
homilia - święto św. Wawrzyńca, diakona i męczennika, 10 sierpnia 2015 r.
2 Kor 9, 6-10; Ps 112, 1-2.5-9; J 12, 24-26

Po raz kolejny w czasie rekolekcji wraca do nas słowo o traceniu i zyskiwaniu, o posiadaniu swojego życia i zachowywaniu go na życie wieczne. Dziś wraca ono do nas, gdy bierzemy do ręki fragment z Ewangelii wg św. Jana. Słyszymy więc znowu bardzo trudne słowa - mogą rodzić one w nas opór, wprowadzać nas w smutek - o tym, że trzeba, aby ziarno obumarło, bo tylko wtedy, gdy obumrze, przynosi plon obfity. Jeśli zajrzelibyśmy do kontekstu odczytanego fragmentu Ewangelii, zobaczylibyśmy, że Jezus wypowiada te słowa w szczególnym momencie swojego życia. Św. Jan nieco wcześniej opisuje wizytę Jezusa w Betanii, gdzie Jezus przyjął namaszczenie z rąk Marii i powiedział: „przechowała to [ten olejek], aby Mnie namaścić na dzień mojego pogrzebu” (J 12, 7). Jezus jest świadomy tego, co Go czeka. W pełni świadomie wchodzi w swoją Mękę i przygotowuje na nią swoich uczniów. A potem ewangelista opowiada uroczysty wjazd Jezusa do Jerozolimy i wspomina o jakichś ludziach - Grekach, którzy chcą zobaczyć Jezusa. I właśnie wtedy, kiedy Jego uczniowie przychodzą do Niego z tą prośbą, Jezus - odpowiadając na nią - wypowiada słowa, które słyszeliśmy.

By lepiej zrozumieć te słowa, a równocześnie może nieco zmniejszyć rodzący się w nas opór, utrudniający ich przyjęcie, przeczytajmy zdanie, którego dziś nie słyszeliśmy, a które bezpośrednio je poprzedza: „A Jezus dał im taką odpowiedź: Nadeszła godzina, aby został uwielbiony Syn Człowieczy” (J 12, 23). Jezus mówi, że właśnie teraz rozpoczyna się godzina chwały, że teraz rozpoczyna się Jego godzina - ta, na którą On przyszedł - godzina Jego Męki i Śmierci. Godzina Męki Jezusa jest godziną Jego chwały, bo w niej najbardziej radykalnie objawia się miłość Boża. Ten moment trudny, związany z obumieraniem, dla Jezusa - św. Jan to mocno podkreśla - jest momentem objawienia się Jego chwały. Właśnie wtedy, gdy Jezus umiera na krzyżu, w pełni objawia miłość Boga. Św. Jan Ewangelista w ten sposób uczy nas patrzeć na krzyż Pana Jezusa, że jest to objawienie chwały i miłości. Moment wywyższenia Jezusa na krzyżu dla czwartego Ewangelisty jest momentem Jego uwielbienia - bo Jezus, umierając krzyżu, daje życie. To Jezus właśnie jest tym ziarnem pszenicznym, które musi paść w glebę, musi obumrzeć, aby wydać plon obfity! Krzyż Jezusa jest miejscem najbardziej płodnym! Tam rodzi się życie! Tam rodzi się każdy z nas! Każdy z nas otrzymuje życie od Jezusa umierającego na krzyżu. Jesteśmy zrodzeni z Jego boku, boku przebitego na krzyżu!

O. Raniero Cantalamessa mówiąc kiedyś o tajemnicy Krzyża i tym rodzeniu na krzyżu, przytoczył taki przykład. Dzielił się, że słyszał kiedyś o pewnej kobiecie, która będąc w zaawansowanej ciąży dowiedziała się, że jest chora na nowotwór. Lekarze postawili ją przed „alternatywą”: albo aborcja i wtedy będzie się można rzeczywiście zająć leczeniem jej jako matki, albo pragnienie urodzenia dziecka, co wyklucza podjęcie natychmiastowego jej leczenia i może oznaczać wyrok śmierci na nią samą. Kobieta długo się modliła i zastanawiała. Wybrała życie dziecka. Urodziła piękną córeczkę i rzeczywiście po kilku dniach sama zmarła. O. Raniero postawił wówczas takie pytanie: co będzie przeżywała ta dziewczynka, córka, kiedy dowie się całej prawdy o okolicznościach swego narodzenia? Co będzie czuła myśląc o mamie albo patrząc na jej zdjęcie? Bo przecież urodziła się jakby ze śmierci swojej mamy! Dzięki temu, że mama oddała swoje życie, ona może żyć i rozwijać się! Drodzy! Każdy z nas jest taką dziewczynką. Jesteśmy zrodzeni ze śmierci Jezusa. On oddał swoje życie, abyśmy my mogli żyć. To jest niezmierna płodność krzyża!

Dziś możemy się poczuć zaproszeni, by podejść do krzyża i obejmując go, dziękować Jezusowi za swoje życie, za Jego miłość, za przeobfitą miłość, którą On nam daje. Słuchając słów o ziarnie, które obumierając daje plon obfity, jesteśmy zaproszeni, byśmy zobaczyli, że jesteśmy ludźmi paschalnymi. Jesteśmy zanurzeni w śmierci Jezusa i Jego zmartwychwstaniu! Już przez chrzest zostaliśmy zanurzeni w śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa, ale wciąż tego zanurzenia doświadczamy, bo każdy sakrament jest paschalnym. Wczoraj doświadczyliśmy tego w sakramencie pojednania: przez śmierć Jezusa zostaliśmy zrodzeni na nowo, przywróceni do życia. Celebrując i uczestnicząc dziś i każdego w dnia w Eucharystii uobecniamy tajemnicę paschalną, wielką tajemnicę wiary, a wyznajemy to w antyfonie po Przeistoczeniu: „Głosimy śmierć Twoją, Panie Jezu, wyznajemy Twoje zmartwychwstanie i oczekujemy Twego przyjścia w chwale”.

W ostatnim zdaniu dzisiejszej Ewangelii słyszymy o służbie. Jeśli rzeczywiście jesteśmy tymi, których Jezus, oddając swoje życie, zrodził do życia, to jesteśmy też przez Niego zapraszani do przyjęcia postawy służby, by naśladując w niej Jezusa rodzić innych do życia. Jezus zaprasza nas, abyśmy Jemu służyli, abyśmy byli tam, gdzie On jest, abyśmy na Jego wzór stawali się sługami. Zaproszenie do bycia sługą może nam się wydać co najmniej krępującym; może nam się bowiem wydawać, że ktoś nam jako sługom będzie wydawać rozkazy albo że będzie nami pomiatać. To zaproszenie również może być dla nas trudne. I znowu warto sięgnąć do kontekstu. W kolejnym rozdziale Ewangelii wg św. Jana, w rozdziale trzynastym, kontemplujemy wydarzenie obmycia nóg w czasie Ostatniej Wieczerzy. Jezus składa szaty i zaczyna po kolei umywać uczniom nogi. Jezus nie tylko mówi o służbie i do niej zachęca, ale sam jest sługą i jako pierwszy zbliża się do nas, by nam służyć, by umywać nam nogi. Św. Jan w Ewangelii nie przekazał nam słów ustanowienia Eucharystii, ale niejako w to miejsce opowiedział obrzęd umycia nóg, tzw. „mandatum”.

Oto Eucharystia: Jezus staje przed nami w postawie sługi. Nie tylko uczy nas, ale kształtuje w nas postawę służbę. Co to konkretnie oznacza? Być sługą, to znaczy nie patrzeć tylko na siebie, żeby to mi było dobrze. Być sługą, to znaczy patrzeć tak jak Jezus, żeby innym było ze mną dobrze. Warto się więc zastanowić, co mogę zrobić, aby inni mogli przy mnie wzrastać i się rozwijać, co konkretnie mogę zrobić dla współsiostry we wspólnocie, dla męża albo dla żony, dla sąsiada czy koleżanki w pracy, żeby oni się rozwijali i wzrastali, żeby spotkali się z miłością, żeby spotkali Boga. Nie trzeba tutaj od razu podejmować jakichś wielkich czynów czy używać wzniosłych słów. Nieraz wystarczy, że poświęcimy komuś czas, że powiemy mu dobre słowo, że z życzliwością na kogoś spoglądniemy albo się do niego po prostu uśmiechniemy. Ważne, abyśmy chcieli szukać nie tylko tego, aby nam było dobrze, ale przede wszystkim tego, aby innym było z nami dobrze. Prośmy o to, aby Jezus uzdalniał nas do takiej postawy, postawy służby, bo jesteśmy zrodzeni z Jego boku. On, przyjął postać sługi i umarł na krzyżu, żeby nam było dobrze. My jesteśmy tymi, którym On umierając na krzyżu dał życie, żyjemy dzięki Jego śmierci i zmartwychwstaniu. Przekazujmy to życie służąc.

ks. Łukasz Idem

---------------------------------------------------------------------

………
homilia - wtorek 19. tygodnia okresu zwykłego (rok I), 11 sierpnia 2015 r.
Pwt 31, 1-8; Pwt 32, 3-4cd.7-9.12; Mt 18, 1-5.10.12-14

---------------------------------------------------------------------

 

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl