O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Ćwiczenia Ignacjańskie 9-17 lutego 2015 ...


Ćwiczenia Ignacjańskie
9-17 lutego 2015

  

W dniach od 9 do 17 lutego 2015 roku odbyły się Ćwiczenia Duchowe św. Ignacego Loyoli. Rekolektanci, adekwatnie do stopnia zaawansowania na drodze ćwiczeń, przeżywali jeden z czterech „tygodni”. 65 uczestnikom rekolekcji towarzyszyło 8 kierowników duchowych: duszpasterze CFD, kapłan jezuita oraz dwie osoby świeckie.

Dziękujemy za modlitwę w intencji uczestników ćwiczeń,
dających punkta i kierowników duchowych !


---------------------------------------------------------------------

 T E K S T Y   H O M I L I I
wygłoszonych w czasie rekolekcji

---------------------------------------------------------------------

Modlitewny dialog z Bogiem decyduje o jakości rekolekcji
homilia - poniedziałek V tygodnia zwykłego (rok I), 9 lutego 2015 r.
Rdz 1, 1-19; Ps 104, 1-2a.5-6.10.12.24.35c; Mk 6, 53-56

Kiedy odczytamy dzisiejsze słowo Boże w kluczu rozpoczynających się naszych rekolekcji, okazuje się, że to my przeprawiliśmy się z jednego brzegu na drugi. Opuściliśmy krainę naszej codzienności, naszej pracy i relacji, które budujemy, bo na kilka dni pragniemy się zatrzymać w krainie świętych rekolekcji. Dla wielu z nas była wyprawa wymagająca: trzeba było ponieść koszty i poczynić zabiegi, jak choćby znalezienie wolnego czasu czy osoby, która zastąpiłaby nas w tych dniach w naszych obowiązkach.

Czytamy dziś w Ewangelii, że „przypłynęli do ziemi Genezaret i przybili do brzegu”. Kiedy statek zawija do portu albo żaglówka przybija do brzegu, marynarze bądź uczestnicy rejsu na ogół są szczęśliwi, cieszą się. Kiedy nasza „łódź” - w naszym przypadku był to autobus, pociąg, tramwaj, a może samolot - „przybiła do brzegu” krainy rekolekcyjnej być może towarzyszyły nam i nadal nam towarzyszą różne uczucia: nadzieja, radość, obawa, jak będzie wyglądał ten czas, lęk itp. Podobne albo różne uczucia mogą nam towarzyszyć również w czasie trwania rekolekcji. Chcemy jednak pamiętać, że to nie uczucia zadecydują o jakości naszych ćwiczeń, ale nasz modlitewny dialog z Panem Bogiem. O jakości czasu ćwiczeń rekolekcyjnych zadecyduje nasze serce otwarte na słuchanie słowa Bożego. Słowo Boże i nasza jemu wierność zadecyduje o tym, jak będą wyglądały te rekolekcje i jakie po nich będziemy zbierać owoce.

Z Ewangelii dowiadujemy się, że Jezus i uczniowie „wysiedli z łodzi”. My też musimy i to obowiązkowo, a obrazowo mówiąc „obiema nogami”, wysiąść z łodzi. Trzeba stanąć mocno, zdecydowanie i twardo na rekolekcyjnej ziemi, aby później całym sobą - „całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą” (Mk 12, 30) - przeżyć ten święty czas. Inaczej się nie da! Inaczej nasze rekolekcje będą stratą czasu, bo rekolekcje nie znoszą połowiczności, nie znoszą takiej postawy „trochę - dla… siebie, trochę - dla… nie wiadomo”. W rekolekcje ma być zaangażowane całe moje serce i życie.

Ewangelista stwierdza: „zaraz Go poznano”. W czasie ćwiczeń św. Ignacego razem z Jezusem na modlitwie będziemy poznawać prawdę o naszym życiu. Wiemy już może z doświadczenia innych rekolekcji, że proces poznawania siebie nie skończy się w czasie tych rekolekcji, ale ufamy że dane nam będzie poznać następną cząstkę prawdy o nas samych, o naszym życiu i tym, co jest w nim istotne i co trzeba koniecznie zmienić. Musimy się też zgodzić na to, że niektóre sprawy zrozumiemy dopiero po rekolekcjach. Będziemy też poznawać Pana Jezusa, ciągle bowiem znamy Go za mało, co z kolei sprawia, że słabo Go kochamy, a w rezultacie również nieudolnie Go w życiu naśladujemy. Niestety, wielu patrzących na nasze życie z zewnątrz mogłoby czasem wyciągnąć wniosek, że nasze „naśladowanie” jest jak „prześladowanie”. Chcemy więc Jezusa Chrystusa bardziej poznać i ukochać oraz zdecydowanie naśladować. Czasem, a może i często, przegrywa On bowiem w naszym życiu z jakąś tam gwiazdą sportu czy gwiazdką filmu. Niestety, czasem te gwiazdy i gwiazdki, a nie nasz Pan, Jezus Chrystus, są dla nas punktem odniesienia i wpływają na nasze decyzje życiowe. A wówczas, ostatecznie, nie tylko Jezus w nas, ale my sami przegrywamy i coś tracimy.

„Ludzie biegali…”. Mieszkańcy krainy Genezaret „biegali”. W czasie ćwiczeń rekolekcyjnych biegania nie przewidujemy, chyba że ktoś złapałby - co nie daj Boże! - chorobę na „b”. Chcemy zatroszczyć się w tym czasie o pewną „stabilizację”, a wręcz o „majestatyczny krok”. Chcemy zatroszczyć się o klimat rekolekcyjnej ciszy i spokoju, chcemy unikać nerwowych ruchów, chcemy zatroszczyć się o opanowanie.

„Zaczęli znosić na noszach chorych, tam gdzie, jak słyszeli, [Jezus] przebywa”. My przywieźliśmy nasze serca i nasze życie, które niestety może w wielu miejscach jest chore, naznaczone bezładem i pustką. Rozpoczynamy rekolekcje z sercami spragnionymi ładu i piękna, z sercami spragnionymi pełni. Stajemy tu z sercami, które potrzebują Bożej interwencji; z życiem, które pragnie odzyskać harmonię i napełnić się łaską. Nie wiemy, ile dni rekolekcyjnych będzie słonecznych, ani w ile rekolekcyjnych nocy na niebie pojawią się księżyc i gwiazdy, ale nie przyjechaliśmy tu przecież ani po opaleniznę, ani po romantyczne przeżycia. W słowie Bożym czytamy dziś, że Bóg uczynił słońce, by rządziło dniem, a księżyc i gwiazdy, by rządziły nocą (Rdz 1, 16). Wielu z nas pewno pragnie dzięki rekolekcjom odzyskać pełną kontrolę na własnym życiem, chce uwolnić się od szantażu czy przemocy różnych nałogów, zniewoleń czy uzależnień. Chcemy poczuć na nowo wolność, ku której wyswobodził nas Chrystus i tą wolnością się ucieszyć (por. Ga 5, 1). Tym, do których wrócimy po ośmiu dniach rekolekcji, zapewne nie obiecywaliśmy żadnej gwiazdki z nieba. Z pewnością jednak mogą oni oczekiwać na to, że wrócimy z rekolekcji choć trochę lepsi, bardziej poukładani i rozkochani w Bogu. Wielu z nich może właśnie takie marzenie nosi w swoim sercu. Wielu z nich będzie nas wspierać ufną modlitwą albo cierpieniem ofiarowanym w naszej intencji. Trzeba nam uczynić wszystko, by ich nie zawieść.

Widział Bóg, że to co stworzył „było dobre”. Tymczasem to, co człowiek naszych czasów czyni w świetle nieraz jest tak przerażające, że już nie tylko dzień , ale nawet noc bardzo się tego wstydzi. Chcemy więc się przyjrzeć, czy dobrze wykorzystujemy dar światłości, czy korzystamy ze Światłości, którą jest sam Pan, czy wykorzystujemy dobrze światło, które bije ze słowa Bożego? Niech Pan, który oddzielił światło od ciemności, ziemię od morza, pomoże nam w czasie tych rekolekcji oddzielić to, co się w nas i w naszym życiu pomieszało czy poplątało, co w nas stało się mało przejrzyste, a wręcz zagmatwane. My próbujemy to czasem oddzielać własnymi siłami, a to wtedy się jeszcze bardziej w nas miesza i pląta; powstaje jeszcze więcej węzłów, z którymi nie potrafimy sobie poradzić.

Słyszeliśmy w pierwszym czytaniu, że Bóg powiedział: „Niechaj ziemia wyda rośliny zielone: trawy dające nasiona, drzewa owocowe rodzące na ziemi według swego gatunku owoce, w których są nasiona” (Rdz 1, 11). Ufamy, że dzięki rekolekcjom, dzięki spotkaniu z Panem i Jego słowem, nasze życie wyda piękne nasiona, a potem owoce sprawiedliwości i dobroci. Ufamy, że z ziarna, które w nas dojrzeje, będzie można wypiec wspaniały chleb. Ufamy, że każdy kto spróbuje chleba naszego życia, przemienionego przez Pana, będzie mógł powiedzieć: „było dobre” i poprosi o kolejny kęs. Pojawi się w nas wówczas ta świadomość, że nasze życie jest potrzebne, że umiemy choć trochę naśladować Chleb Życia, czyli Jezusa Chrystusa.

Ryszard Stankiewicz SDS

---------------------------------------------------------------------

Człowiek - stworzony, by służyć „kopiąc rów w ziemi”
homilia - środa V tygodnia zwykłego (rok I), 11 lutego 2015 r.
Rdz 2, 4b-9. 15-17; Ps 104, 1-2a.27-28.29bc-30; Mk 7, 14-23

„W dniu, w którym Pan Bóg stworzył ziemię i niebo, nie było jeszcze żadnego krzewu polnego na ziemi ani żadna trawa polna jeszcze nie wzeszła, bo Pan Bóg nie zsyłał deszczu na ziemię i nie było człowieka, który by uprawiał ziemię i rów kopał w ziemi, aby w ten sposób nawadniać całą powierzchnię gleby”. Autor natchniony zwraca uwagę, że nie było krzewu ani trawy, ponieważ „Pan Bóg nie zsyłał deszczu na ziemię”, a w warunkach palestyńskich - inaczej niż w warunkach mezopotamskich czy egipskich - życie roślin i w konsekwencji ludzi zależało przede wszystkim od opadów deszczu. Kontynuując autor natchniony powiada, że nie było krzewu ani trawy, bo - i to sformułowanie zwraca dziś moją uwagę - „nie było człowieka, który by uprawiał ziemię i rów kopał w ziemi, aby w ten sposób nawadniać całą powierzchnię gleby”. Istotnie konieczny jest Bóg, który zsyła deszcz, ale potrzebny jest również człowiek, współpracownik Boga, by „uprawiał ziemię”, a dosł. „służył ziemi”, i „rów kopał w ziemi”. Sformułowanie „rów kopał w ziemi” słyszymy w tekście odczytanym w czasie liturgii (nie ma go w większości tłumaczeń, spotkamy je jeszcze np. w przekładzie Biblii na język polskim wydanym przez Edycję św. Pawła).

Sformułowanie „rów kopał w ziemi” przypomniało mi sytuację opowiadaną przez nieco starszych współbraci w życiu zakonnym. Przed laty na terenie jednego z naszych klasztorów kopano rowy, by położyć kabel telefoniczny. Ta operacja wypadła na czas, kiedy do wspólnoty przyjechali nowi kandydaci do życia zakonnego. Wysłano ich do kopania rowów. Tymczasem jeden z nich się zbuntował tłumacząc, że on do klasztoru nie przyszedł, żeby kopać rowy, ale żeby się modlić. Ten protest możnaby oddać w słowach: „do wyższych rzeczy, a nie do kopania rowów, zostałem powołany. Prace porządkowe, życie ukryte - nie dla mnie! Służyć ziemi - nie dla mnie! Non serviam! Nie będę służyć! Nie będę służyć w ten sposób! Mogę służyć, ale po swojemu! Bogu - mógłbym służyć, ale kopać rowy - nie!”. Myślę, że można sobie również wyobrazić inny rodzaj naszego sprzeciwu, może wcale nie rzadszy niż owo „do wyższych rzeczy zostałem stworzony…”. Czasem możemy usłyszeć siebie lub innych wypowiadających takie niby pokorne: „ja tylko do niższych rzeczy zostałem stworzony, a do wyższych się nie nadaję!”. Zdarzyć się może, że ktoś nie ujawnia swoich darów czy talentów, bo gdyby je ujawnił mógłby zostać poproszony o ich wykorzystanie i miałby pracę, a nawet dużo pracy, więc lepiej się nie wychylać, żeby za dużo roboty nie mieć.

W pierwszym czytaniu najpierw słyszymy „nie było człowieka, który by UPRAWIAŁ ziemię…”, a później „Pan Bóg wziął zatem człowieka i umieścił go w ogrodzie Eden, aby UPRAWIAŁ go i doglądał”. W obu zdaniach występuje czasownik „uprawiać”, który w swej wersji hebrajskiej bywa używany również na określenie kultu: w znaczeniu „służyć Bogu”. Kto pracuje, sprawuje więc pewnego rodzaju liturgię. Trzeba też pamiętać, że praca była przewidziana w planie Bożym przed grzechem; i przed grzechem była radością człowieka, trud i uciążliwość pracy są gorzkim efektem grzechu. Bóg jest Stwórcą, a człowiek twórcą. Bóg jest Panem stworzenia, a człowiek jako współpracownik otrzymuje od Boga zadanie czynienia sobie ziemi poddaną, otrzymuje zadanie panowania, które nie może być tyranią, ale ma być jakby liturgią. Człowiek ma ogród Eden „uprawiać i doglądać”: ma być panem i sługą ziemi, stróżem i opiekunem ogrodu, by ogród dawał mu owoce. Ma „wymagać” od ziemi, ale również dawać jej „odpocząć”. To tak jak rodzic czy wychowawca: umie wymagać, ale też uczy odpoczywać. W sporcie ważny jest trening, ale ważna jest również regeneracja sił. Św. Paweł uczy: „stworzenie z upragnieniem oczekuje objawienia się synów Bożych” (Rz 8, 19). Cały świat oczekuje objawienia się synów Bożych, zdolnych panować nad stworzeniem i służyć stworzeniu. Uczestnicy trzeciego tygodnia kontemplują dziś Jezusa umywającego nogi uczniom. Jezus, który stwierdza: „wy Mnie nazywacie Nauczycielem i Panem i dobrze mówicie, bo nim jestem” (J 13, 13), wyznaje również: „Ja jestem pośród was jak ten, kto służy” (Łk 22, 27). Jezus to Pan, który służy.

Diametralnie odmienna od postawy Syna Bożego, który stał się człowiekiem, który będąc Sługą Pańskim, stał się również sługą człowieka, jest postawa anioła złego. Tradycja chrześcijańska - to jedna z intuicji - mówi, że protest upadłych aniołów wyrażony w zawołaniu: „non serviam - nie będę służyć” miał wybrzmieć jako reakcja na ukazany im plan wcielenia Syna Bożego, na zapowiedziane przyjęcie przez Boga ludzkiej natury, i jako reakcja na dowartościowanie człowieka, które jest owocem Wcielenia. Według tej intuicji upadłe anioły nie chciały służyć „niższemu” stworzeniu - człowiekowi. Szatana pokonuje się uniżeniem, życiem ukrytym, wiarą w dobroć Boga zsyłającego deszcz dla ziemi i pokorną zgodą na bycie sługą, na pracę w ukryciu, na - obrazowo rzecz ujmując - „kopanie rowów”, którymi deszcz Bożej łaski będzie mógł płynąć do innych. Kopać rów, aby w ten sposób nawadniać ziemię - żeby to czynić z radosną pokorą trzeba najpierw odkryć w Bogu źródło życiodajnego deszczu łaski, ale równocześnie okryć krzewy i trawę, które potrzebują deszczu łaski nie do dekoracji, ale aby żyć; trzeba też odkryć siebie jako współpracownika Boga w przekazywaniu życiodajnego deszczu łaski. Być pokornym współpracownikiem Boga - tego uczy nas Maryja: „Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa!” (Łk 1, 38).

Żyć w postawie służby dla większej chwały Boga - w kształtowaniu takiej postawy chce nam pomóc św. Ignacy proponując nam ćwiczenia duchowne. My, ludzie, nie zostaliśmy stworzeni jedynie po to, by wznosić się ku szczytom myśli, ale również by być w głębokiej więzi z rzeczywistością materialną, z codziennością, z konkretnością. Mamy na wzór Boga, który jest jak Garncarz, który lepi naczynia z prochu ziemi i ma kontakt z rzeczywistością ziemi, panować nad ziemią i służyć ziemi. Oby Bóg mógł o nas powiedzieć, jak powiedział o swoim Synu, który stał się człowiekiem: „Oto mój Sługa, którego wybrałem; Umiłowany mój, w którym moje serce ma upodobanie. Położę ducha mojego na Nim, (…).Trzciny zgniecionej nie złamie ani knota tlejącego nie dogasi, aż zwycięsko sąd przeprowadzi. W Jego imieniu narody nadzieję pokładać będą” (Mt 12, 17-21). Od Pana i Sługi, wymagającego i delikatnego, uczymy się panowania i służby.

Piotr Szyrszeń SDS

---------------------------------------------------------------------

Dotknął, oczyścił i wprowadził do Miasta Świętego!
homilia - VI Niedziela Zwykła (rok B), 15 lutego 2015 r.
Kpł 13, 1-2. 45-46; Ps 32, 1-2.5.1.11; 1 Kor 10, 31 - 11, 1; Mk 1, 40-45

Dzisiejsze pierwsze czytanie stanowią cztery wersy zaczerpnięte z trzynastego rozdziału Księgi Kapłańskiej. W tym rozdziale znajdziemy opis procedury, którą należało zachować w celu stwierdzenia, czy ktoś jest chory na trąd czy też nie. Ze zrozumiałych względów miała ona służyć szybkiemu rozpoznaniu początków choroby. Niestety, nie znajdziemy w tym rozdziale wskazówek co do leczenia choroby, a jedynie wytyczne co do odłączenia chorego od innych ludzi, zapewne w celu zmniejszenia niebezpieczeństwa rozszerzania się choroby. Kapłan, do którego udawał się człowiek, mógł więc co najwyżej dać dramatyczną diagnozę: „Trędowaty! Nieczysty”. Nie mógł natomiast przepisać żadnego lekarstwa ani wyleczyć chorego. Mógł jedynie stwierdzić chorobę lub jej brak. Trąd to symbol grzechu, możemy więc powiedzieć, że to, co mógł uczynić kapłan Starego Testamentu to jedynie zdiagnozować grzech. Nie mógł grzechu odpuścić, mógł go tylko nazwać. Św. Paweł w liście do Rzymian napisze: „przez Prawo [Mojżesza] bowiem jest tylko większa znajomość grzechu” (Rz 3, 20; por. Rz 7, 7). Sytuacja diametralnie się zmieniła w momencie przyjścia na świat Syna Bożego, który jest nowym Mojżeszem: „Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa [nowego Mojżesza]” - słyszymy w prologu Janowej Ewangelii (J 1, 17). Jezus, kapłan Nowego Przymierza, może nie tylko diagnozować trąd i grzech, ale ma władzę oczyszczać z trądu i grzechu. Drodzy, to bardzo ważna prawda, że Słowo Boga, którym się modlimy, nie tylko prześwietla, ale również leczy; a na rekolekcjach nie chodzi o prowadzenie jedynie refleksji nad swoją historią czy aktualnym postępowaniem, ale chodzi przede wszystkim o to, by z tym, co odkrywamy przyjść do Jezusa, chodzi o spotkanie i serdeczną rozmowę z Lekarzem, ze Zbawicielem. Prześwietlanie się i to częste promieniami rentgenowskimi nie tylko nie leczy, ale może szkodzić. To samo mogłoby dotyczyć przyglądaniu się sobie w świetle przykazań Bożych bez spotkania z Bogiem przykazań. Przypomniał o tym św. Jan Paweł II w liście do kapłanów na Wielki Czwartek 2002 r.: „W sakramencie, zanim dojdzie do spotkania z «przykazaniami Bożymi», następuje spotkanie w Jezusie z «Bogiem przykazań»” (nr 7).

Tu i teraz słuchamy fragmentu Ewangelii o spotkaniu Jezusa z trędowatym mając przed oczami obraz Rembrandta „Powrót syna marnotrawnego”. Trudno się do niego nie odwołać. Przede wszystkim dlatego, że tylko św. Marek - nie zrobią tego ani św. Mateusz ani św. Łukasz - opowiadając uzdrowienie trędowatego napisał, że Jezus uczynił to „zdjęty litością”. Św. Marek użył tu tego samego czasownika greckiego, którym w Ewangelii Łukaszowej opisane jest poruszenie serca ojca miłosiernego widzącego z daleka wracającego syna marnotrawnego, a który tam zostanie przetłumaczony: „wzruszył się głęboko”. Jezus uzdrawiający trędowatego objawia więc Ojca, który wzrusza się głęboko widząc ukochane dziecko pokryte trądem grzechu. Jezus, Syn Ojca, jest zdjęty litością, jak Ojciec. Wpatrując się w syna i ojca na obrazie Rembranta kontemplujmy spotkanie trędowatego i Jezusa. „Pewnego dnia przyszedł do Jezusa trędowaty i upadając na kolana prosił Go”. Jeszcze brzmią w nas słowa Księgi Kapłańskiej: „będzie miał rozerwane szaty, włosy w nieładzie, brodę zasłoniętą” (Kpł 13, 45). Syn na obrazie Rembrandta nie ma tuniki, nie ma wierzchniej szaty. Czerwona tunika ojca kontrastuje z żółto-brązową spodnią szatą syna, ta szata mu jeszcze została. Ta wewnętrzna szata syna to brudne łachmany - symbol życia dzielonego ze świniami. Trędowaty miał włosy w nieładzie, a syn z obrazu Rembrandta ma ogoloną głowę, jak ktoś pozbawiony indywidualności. Jezus zdjęty litością „wyciągnął rękę, dotknął go”, a ręce ojca na obrazie „spoczywają na ramionach marnotrawnego”. Dotyk Jezusa oczyszcza i sprawia nowość życia. Uścisk ojca przywraca życie - rodzi syna do nowego życia. H. Nouwen zobaczył w ogolonej głowie syna głowę nowonarodzonego dziecka, które wróciło do łona matki.

Ewangelia dzisiejsza jednak podprowadza nas pod pewien paradoks. Uświadomiłem to sobie sięgając po jeden z komentarzy. Nie ma czegoś takiego jak „tania łaska”. Uzdrowienie z trądu grzechu to „droga łaska”. Ono jest okupione ofiarą Jezusa. Otóż, zgodnie z poleceniem Księgi Kapłańskiej trędowaty miał przebywać „w odosobnieniu”, miał mieszkać poza obozem. I taki jest punkt wyjścia tej Ewangelii. Trędowaty najpierw złamał zakaz wchodzenia do miasta wynikający z Prawa Mojżeszowego, a potem złamał zakaz opowiadania o tym, co się stało, dany przez Jezusa. Skutek jest taki, że „Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych”. I to jest punkt dojścia Ewangelii. Trędowaty i Jezus zamienili się miejscami. Trędowaty wszedł do miasta, a Jezus jest zmuszony - właśnie wtedy gdy uzdrowiony z trądu z radości nie przestaje mówić o tym co go spotkało - miasto opuścić. Teraz to Jezus przebywa w odosobnieniu, czyli tam, gdzie zwykle byli trędowaci. Jezus dotknął trędowatego, więc według Prawa Mojżesza (a przecież tego Prawa nie zniósł) teraz on był nieczysty i musiał żyć z dala od wszystkich. Jezus wziął więc na siebie nasz trąd, aby nas oczyścić, abyśmy mogli wrócić do wspólnoty z Bogiem, z sobą i bliźnimi. Dotknięcie trędowatego nie byłą „tanią łaską”, nie było łaską, która nic nie kosztuje. Nasze oczyszczenie i zbawienie jest kosztowną łaską. Ponieważ my żyjemy w odosobnieniu Jezus wchodzi w odosobnienie Krzyża, by nas przyprowadzić i włączyć na nowo do wspólnoty. Dotknięcie Jezusa nie było dotknięciem przez rękawiczkę, nie było sterylne. Przyszło mi na myśl włoskie słowo „sterile”, które znaczyć zarówno „sterylnie czyste, bez zarazków”, ale również „bezpłodne”. Gdyby dotknięcie Jezusa było „sterylne”, byłoby też „bezpłodne”, ale właśnie dlatego, że nie było „sterylne”, ponieważ było dotknięciem ciała ciałem, stało się płodne. Jezus wziął na siebie konsekwencje naszego grzechu, „śmiertelnie zakażony wirusem trądu” umarł w odosobnieniu Krzyża, a zmartwychwstając zwyciężył trąd-grzech, zwyciężył śmierć, przywrócił nam życie, wyprowadził nas z odosobnienia i wprowadził na nowo do Miasta Świętego, do domu Ojca niebieskiego. Dlaczego nasz kontakt z Bogiem i nasze modlitwy pozostają czasem takie „bezpłodne”? Może dlatego, że są „sterylne”? Bo czasem nasze nieczyste miejsca owijamy taką pobożną folią, próbujemy sami się nieco podleczyć czy doprowadzić do porządku, a nie pozwalamy, aby Jezus dotknął tych miejsc w nas i to wziął na siebie. Prośmy o tę ufność, która pozwoli Jezusowi dotknąć naszego realnego życia i je oczyścić.

Może warto na zakończenie przytoczyć intuicję, do której doszedł Henry Nouwen kontemplując obraz Rembradta: „przybliżam się już do misterium, że właśnie Jezus stał się synem marnotrawnym dla naszego zbawienia. Opuścił dom Ojca niebieskiego, udał się do dalekiego kraju, zostawił wszystko, co miał, i wrócił ze swym krzyżem do domu Ojca. Wszystko to uczynił, nie jako syn zbuntowany, ale jako syn posłuszny; oddał się na służbę, aby przyprowadzić na nowo do domu wszystkie zagubione dzieci Boże”. Jezus, ukrzyżowany wśród bandytów, jak ktoś pozbawiony indywidualności. Zmasakrowany i ukrzyżowany, ale trzeciego dnia wrócił do życia - zmartwychwstał. „Jezus jest marnotrawnym synem (…), który rozdał wszystko to, co Ojciec Mu powierzył, abym mógł być jak On i wrócić z Nim do domu Ojca (…) Nie ma innej drogi do Boga, jak tylko ta, którą przeszedł Jezus”. A cytowany przez Nouwena, Pierre-Marie Delfieux, założyciel Jerozolimskich Wspólnot Monastycznych, tak wyobrażał sobie spotkanie Ojca niebieskiego i Syna po Jego wniebowstąpieniu: „Wówczas w milczeniu patrząc na swojego Syna i resztę swoich dzieci, Ojciec powie do sług: «Szybko! Przynieście najlepszą tunikę i włóżcie na Niego; włóżcie Mu pierścień na palec i sandały na nogi; jedzmy i świętujmy! ponieważ moje dzieci, które, jak wiecie, były umarłe, wróciły do życia; zaginęły i zostały odnalezione! Mój Syn marnotrawny przyprowadził je z powrotem». Wówczas wszyscy rozpoczęli świętować ubrani w długie tuniki, obmyte we Krwi Baranka”. Obyśmy się dali Jezusowi, Zbawicielowi świata, dotknąć, oczyścić i doprowadzić do Miasta Świętego, czyli domu Ojca!

Piotr Szyrszeń SDS

---------------------------------------------------------------------

Bóg cię kocha! Nie daj się paskudnemu faryzeuszowi!
homilia - poniedziałek VI tygodnia zwykłego (rok I), 16 lutego 2015 r.
Rdz 4, 1-15.25; Ps 50, 1.8.16-17.20-21; Mk 8, 11-13

„Faryzeusze zaczęli rozprawiać z Jezusem”. To właściwie klasyczny obraz faryzeuszów w Ewangelii św. Marka. Jeśli prześledzimy wcześniejsze rozdziały - a dziś jesteśmy w rozdziale ósmym - chociażby rozdział drugi, trzeci, a także siódmy, zauważymy, że ilekroć wchodzą oni w kontakt z Jezusem ciągle z Nim dyskutują. I oczywiście problem nie tkwi w dyskutowaniu, bo gdy ono jest poszukiwaniem prawdy, jest czymś pożądanym i dobrym, ale w tym, że dyskutują z Jezusem nie szukając prawdy. Dyskutując z Jezusem chcą Go zdefiniować według własnych wyobrażeń i oczekiwań. Chcą wtłoczyć Jezusa w ramy swojej wizji Boga i swojej teologii. Dlatego za każdym razem ich rozmowy z Jezusem, ich spotkania z Jezusem, nie kończą się dobrze. Jesteśmy tego świadkami również słuchając dzisiejszej Ewangelii. Co takiego dzieje się z faryzeuszami, że w ten sposób wchodzą w relację i przyjmują taką postawę w relacji z Jezusem? Mówię dziś o nich, ponieważ śmiem twierdzić, kochani, że taki faryzeusz siedzi w każdym z nas. W każdym z nas żyje taki rozmówca z Jezusem, taki dyskutant, który może zakłócić dobre spotkania z Jezusem.

Jest coś charakterystycznego, co widać w dzisiejszej Ewangelii, a co - jak się wydaje - zdradza, na czym polega problem faryzeuszów. Warto poznać ich od tej strony, by od tej strony poznać również siebie samego. Otóż, oni chcą „wystawić Go na próbę”, a dokładnie w tekście jest powiedziane, że chcą Go „doświadczać” tak, jak szatan „doświadczał” Jezusa na pustyni (Mk 1, 13; Mt, 4, 1.3; Łk 4, 2). Ks. Jakub Wujek przetłumaczy to wprost, że przychodzą oni „kusić” Jezusa. Dlaczego albo - lepiej nawet zapytać - do czego kuszą Jezusa? Spróbujmy odpowiedzieć sobie na to pytanie. Kuszą, by Jezus dał im znak, a Jakub Wujek doprecyzuje, że chodzi o „znak z nieba”. Tyle tylko, że wszystkie wcześniejsze dyskusje faryzeuszów z Jezusem miały miejsce po tym, jak zobaczyli jakiś znak uczyniony przez Jezusa. Np. w drugim rozdziale Ewangelii św. Marka dyskutują, kiedy widzą, że Jezus uzdrawia sparaliżowanego i kiedy usłyszą Jezusa mówiącego, że oczyszcza jego serce, a przecież to właśnie jest znak z nieba. A potem Jezus daje im jakby znak z ziemi, bo uwalnia również ciało człowieka z paraliżu. Dyskusja, której dziś jesteśmy świadkami, rozgrywa się po drugim cudownym rozmnożeniu chleba. Faryzeusze widzą i nie wierzą. To dlatego Jezus mówi o nich „plemię”, a to określenie oznacza w Biblii „plemię niewierne, niewierzące”. Oto problem faryzeusza, który siedzi również w nas i próbuje nas kusić tutaj, w czasie rekolekcji, i będzie próbować nas kusić również po powrocie do domu. Może Jezus uwolnił nas tutaj z jakiegoś paraliżu, a ów faryzeusz w nas będzie poddawać w wątpliwość, czy to możliwe, czy to rzeczywiście się dokonało. Będzie sugerować, że wymyślamy sobie jakieś „mrzonki”,. Będzie sugerować, że „zaserwowaliśmy sobie tutaj przez osiem dni jakiś odlot”. W czasie rekolekcji Jezus cudownie rozmnożył chleb Słowa i Eucharystii. Może komunikował się z nami tak, jak nigdy tego wcześniej nie doświadczyliśmy w naszym życiu. Doświadczyliśmy Boga bliskiego, który komunikuje swoje życie. Doświadczyliśmy Boga, który nas tak ukochał, że dla nas stał się chlebem. Doświadczyliśmy Boga, który codziennie chce być tak blisko, że bliżej nie można, bo w sercu. Oto znak! A ten faryzeusz będzie wciąż podsuwać wątpliwości, czy to jest możliwe, czy rzeczywiście Bóg chce się do mnie zbliżyć i zamieszkać we mnie, czy Bóg w ogóle na mnie patrzy i mnie kocha, i czy Bóg znając moją historię i moją teraźniejszość naprawdę chce się ze mną komunikować. Paskudny faryzeusz! To paskudny faryzeusz, który może przeczytał wiele teologicznych książek, a może nawet zna na pamięć całe fragmenty Biblii, a wciąż kwestionuje moc Boga działającego w moim życiu i kusi do kwestionowania miłości Boga względem mnie. I wciąż kusi do szukania innych znaków, nowych znaków.

Kiedy św. Marek pisze, że faryzeusze wystawiają Jezusa na próbę, używa tego samego czasownika, który usłyszymy już za niedługo, w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu. Od pierwszego Ewangelisty usłyszymy, że Jezus „czterdzieści dni przebył na pustyni, kuszony przez szatana” (Mk 1, 13), natomiast od kolejnych, św. Mateusza i św. Łukasza, dowiemy się, o jakie kuszenie chodziło. Do czego kusił Jezusa szatan na pustyni i do czego chce nas kusić ów „paskudny faryzeusz”? Jezus na pustyni nie był kuszony do tego, by zrezygnował z realizacji planu zbawienia! Jezus nie był kuszony do tego, by nie zbawiał świata! Jezus był kuszony w bardzo „paskudny” sposób, był kuszony bardzo przebiegle i podstępnie: „Zbawiaj, ale zrób to po swojemu! Przecież nie musisz tego robić tak, jak Ci to Ojciec powiedział! Przecież możesz być dobry inaczej! Możesz zamanifestować swoją moc! Masz przecież możliwości! Zostaw plan i mentalność Ojca! Zbawiaj i bądź dobry, ale zrób to inaczej, zrób to po swojemu!”. To jest pokusa, która może nam towarzyszyć w codzienności: pokusa, by robić wiele, ale nie wsłuchując się w serce Ojca. To pokusa, by działać, pracować, troszczyć się i zmagać, ale nie przykładając ucha do serca Ojca. Jezus wiedział, że to najbardziej niebezpieczna pokusa, bo ona pod pozorem dobra „wyprowadza w pole”. Na tym polegała choroba biednych faryzeuszy. Oni byli przekonani, że przychodzą do Jezusa jako wysłannicy Boga. W naszym życiu niebezpieczeństwo tkwi w tym, że tak bardzo możemy być przekonani, iż czynimy dobro, że na modlitwie będziemy usiłowali nawracać samego Pana Jezusa: „Popatrz, Jezu, jakie to piękne! Któż by to lepiej wymyślił!”. Oto te nasze pełne pomysłów i planów kartki, które przynosimy na modlitwę tylko po to, by Jezus je podpisał. A Jezus przyszedł na świat z pustą kartką, podpisaną przez siebie, którą Ojciec wypełniał swoją wolą; i Jezus czytał to, co Ojciec zapisał, i co przeczytał, to robił.

Kochani, w dniu spowiedzi otrzymujemy niezwykle ważne słowo, słowo Boga właśnie na ten dzień. Przecież, gdybyście nie uwierzyli i nie zaufali, że Bóg jest Miłością, że On tyle razy przebaczał i znowu przebaczy, to nikt z nas nie odszedłby od kratek konfesjonału uzdrowiony. Leczy nas miłość Boga, ale leczyć nas może - i to jest niezwykła pokora Boga - dlatego, że Mu wierzymy i wyznajemy: „Wierzę, że mnie kochasz! Wierzę, że dla mnie przyszedłeś na ten świat! Wierzę, choć nieraz się buntuję i spieram, ale ostatecznie wierzę! Nawet się wkurzam, bo wiem, że Ty masz rację, ale Ci wierzę!”. I dlatego jesteśmy dzisiaj wolni i oczyszczeni! I dlatego jesteśmy dzisiaj gotowi, by żyć dalej! Drodzy, dbajmy mocno o Jezusa w naszym sercu. Dbajmy o Jezusa, którego dzisiejsza Ewangelia ukazuje nam jako całkowicie wiernego Ojcu. On nie idzie za podszeptem faryzeuszów, nie ulega faryzejskiemu kuszeniu pod pozorem dobra. Jezus rozpoznaje fałszywe podszepty i to paskudne kuszenie, bo ucho ma wciąż przyłożone do serca Ojca. A Ojciec nas nigdy nie zostawi, jak nigdy nie zostawił swojego Umiłowanego Syna. Ojciec również do nas mówił nad brzegiem Jordanu: „Tyś jest moje dziecko umiłowane, w tobie mam upodobanie!”.

Jezus „wsiadł z powrotem do łodzi i odpłynął na drugą stronę”. Zostawił faryzeuszy, ale na pewno płynąc w łodzi miał ich w swoim sercu. Bibliści mówią, że to „na drugą stronę” oznacza „do kraju pogan”. Jezus udał się do pogan, szukając tam wierzących, bo wśród tych, którzy siebie samych określali wierzącymi, wiary nie znalazł. To nas uczy głębokiej pokory. Obyśmy umieli razem z Jezusem przeprawiać się „na drugą stronę”, ilekroć ów paskudny faryzeusz w nas szepce czy dyskutuje kwestionując słowo Boga wypowiedziane do nas i tak liczne znaki dokonane przez Boga w nas w tych dniach świętych rekolekcji. Pamiętaj więc o słowie Boga i znakach danych ci przez Boga! Noś je w sercu! Jeśli ci to pomoże, wypisz sobie dziś wieczorem albo jutro rano na kartce znaki, które Bóg ci dał i słowa, którymi Bóg cię pokrzepił i poprzez które objawił ci swoją miłość! Noś je w pamięci serca, jak największy skarb, i chroń przed podszeptami paskudnego faryzeusza, który je kwestionuje i kusi cię, byś domagał się czy domagała się od Boga innych, „nowych” czy „lepszych” znaków! Najważniejszy znak otrzymałeś: spotkałeś Jezusa! To jest znak zbawienia! Nie ma innego! Noś go więc w sercu i pielęgnuj, jak czyniła Maryja! Strzeż tego znaku przez codzienne słuchanie słowa Bożego, przez adorację Jezusa w Eucharystii, przez kontemplację.

Krzysztof Wons SDS

---------------------------------------------------------------------

Zachęcamy do skorzystania z publikacji:

  

 

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl