O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Ćwiczenia Ignacjańskie 28 grudnia 2015 - 5 stycznia 2016< ...


Ćwiczenia Ignacjańskie
28 grudnia 2015 - 5 stycznia 2016

  

W dniach 28 grudnia 2015 - 5 stycznia 2016 r. przeżywaliśmy Ćwiczenia Duchowne św. Ignacego Loyoli. W rekolekcjach wzięło udział 81 osób, którym towarzyszyło dziewięciu kierowników duchowych: duszpasterze CFD, dwóch kapłanów diecezjalnych (archidiec. gnieźnieńska i warszawska) oraz dwie osoby świeckie.

Dziękujemy za modlitwę w intencji
uczestników i prowadzących
oraz kierowników duchowych !

 

---------------------------------------------------------------------

 T E K S T Y   H O M I L I I
wygłoszonych w czasie rekolekcji

---------------------------------------------------------------------

Tyle lat służyła Boga we wdowieństwie! Aż dziw, że nie zgorzkniała!
homilia - szósty dzień w oktawie Narodzenia Pańskiego, 30 grudnia 2015 r.
1 J 2, 12-17; Ps 96, 7-10; Łk 2, 36-40

Anna. „Bardzo podeszła w latach”. „Siedem lat żyła z mężem i pozostała wdową”. Na drogach życia, z łaski Boga, spotykamy różne osoby, abyśmy od nich się uczyli. Dziś na naszej rekolekcyjnej drodze staje wdowa. Od osoby, która przeżyła taką stratę, jak śmierć najbliższej osoby, męża, można się czegoś nauczyć. Przypominam sobie wdowę, która żywiła proroka Eliasza. Miała tylko garść mąki i trochę oliwy, zamierzała przygotować ostatni posiłek sobie i synowi, a potem już tylko śmierć… I poruszające słowa Eliasza: „nie bój się! Idź, zrób, jak rzekłaś; tylko najpierw zrób z tego mały podpłomyk dla mnie i przynieś mi! A sobie i twemu synowi zrobisz potem” (1 Krl 17, 13). I ona tak zrobiła. Od ilu wdów także współcześni prorocy mogą uczyć się o pierwszeństwie Boga, o ufności względem Boga. Na myśl przychodzi mi także wdowa, o której mowa w Ewangelii, ta która przyszła, by wrzucić do skarbca swoją ofiarę. I diagnoza Jezusa: „wrzuciła więcej niż wszyscy inni. Wszyscy bowiem wrzucali na ofiarę z tego, co im zbywało; ta zaś z niedostatku swego wrzuciła wszystko, co miała [dosł. „całe życie, które miała”] na utrzymanie” (Łk 21, 3-4). Jak nie uczyć się od niej dawania Bogu wszystkiego, dawania - w swoim niedostatku - siebie samego.

Anna, jak słyszeliśmy przed chwilą, „liczyła już osiemdziesiąty czwarty rok życia”. Ale możliwy jest również taki przekład, że „żyła (…) we wdowieństwie osiemdziesiąt cztery lata” (miałaby więc około 105 lat). Nie miała dzieci, bo wówczas żyłaby z nimi w domu, a nie w świątyni. Najwyraźniej nie znalazł się też żaden krewny, bliski czy dalszy, który wziąłby ją za żonę zgodnie z prawem lewiratu. A więc, przeżyła siedem lat w bezdzietnym małżeństwie, a potem osiemdziesiąt cztery lata samotności „bezpłodnej”. Anna w sobie niejako ucieleśnia ból „niepłodności” wszystkich dwunastu pokoleń Izraela (12 pokoleń x 7 lat = 84 lata). 7 lat życia w małżeństwie w porównaniu z 84, które przeżywa jako wdowa, to czas bardzo krótki. I aż dziw bierze, że nie zgorzkniała. A widzimy ją dziś sławiącą Boga, wielbiącą Boga, dziękującą Bogu.

„Nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą”. Najważniejszym słowem tego zdania jest słowo „służąc” (gr. „latreusa”, łac. „serviens”). Anna to „wcielenie” zasady i fundamentu życia, jaki św. Ignacy zostawia nam w książeczce ćwiczeń: „Człowiek został stworzony, aby Boga, naszego Pana, wielbił, okazywał Mu cześć i służył Mu - i dzięki temu zbawił duszę swoją…” (ĆD 23). Służba Bogu, kult oddawany Bogu, scala jej całe długie życie. To zaś przypomina mi zachętę św. Pawła z listu do Rzymian. Apostoł prosi Rzymian, by „dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz rozumnej służby Bożej” (por. Rz 12, 1). Drodzy, nasze codzienne ofiarne życie ma być wyrazem „rozumnej służby Bożej”, czyli ma być aktem kultu wynikającym z posłuszeństwa słowu Bożemu. Mamy ofiarować Bogu wszystko i tylko to, co On chce, byśmy Mu ofiarowali. Na rekolekcjach i w życiu mamy dać się prowadzić Słowu. W modlitwie i całym życiu mamy iść za tym, co rodzi się ze słuchania słowa Bożego.

Anna była bezdzietną wdową. Jej służba Boga mogła się wyrażać tym, że „nie rozstawała się ze świątynią”. W odróżnieniu od dwojga młodych małżonków, Maryi i Józefa, którzy w tej chwili przyszli do świątyni „według zwyczaju Prawa” (Łk 2, 27), a którzy zwyczajem świątecznym „chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy” (Łk 2, 41-42). To porównanie daje nam prosty sygnał, że formy naszej duchowości i formy kultu muszą być „skrojone na miarę” naszego ciała i naszego stanu życia, w którym żyjemy. Anna nie tylko zewnętrznie nie opuszczała świątyni. Ona także wewnętrznie żyła rytmem liturgii i świątyni. Ewangelista mówi, że Anna „nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu (…) nocą i dniem”. W oryginale kolejność słów jest właśnie taka: „nocą i dniem”. Oddaje ona żydowskie przeżywanie czasu. Przypomnijmy podobne sformułowanie z księgi Rodzaju: „tak upłynął wieczór i poranek” (np. Rdz 1, 5). Sformułowanie „nocą i dniem” oddaje mentalność człowieka liturgii. Dla Żyda szabat rozpoczyna się wieczorem. My, chrześcijanie, przeżywanie niedzieli rozpoczynamy pierwszymi nieszporami. Niedziela jest pierwszym dniem tygodnia, a nie ostatnim. Co to oznacza dla nas przeżywających rekolekcje? Najpierw oznacza to, byśmy nie rozstawali się w określonym czasie z naszym miejscem modlitwy, byśmy byli wierni czasowi medytacji, wierni przygotowaniu i refleksji po medytacji. Ale najpierw i przede wszystkim oznacza to, byśmy na modlitwie walczyli o to, by medytowane słowo Boga przemieniało naszą mentalność. Oby się nie zdarzyło, że tu, na rekolekcjach, mentalność świata ukryjemy jedynie pod zewnętrznie narzuconym duchowym „ornacikiem”.

Ci robi Anna w chwili, gdy Maryja i Józef przynoszą do świątyni dziecko, Jezusa? „Sławiła Boga”, „sławiła Boga”, „wielbiła” Go, „wyznawała” Go uznając miejsce, jakie Bóg jej wybrał, „dziękowała” Bogu. I mówiła o Nim (o Bogu lub o przyniesionym Dziecku) wszystkim „wyczekującym” wyzwolenia Jerozolimy. Wczoraj słyszeliśmy w Ewangelii o Symeonie, który był „wyczekującym” pociechy Izraela. I już ks. Joachim wspomniał wczoraj, że chodzi o takie wyczekiwanie, w którym jest już obecne pragnienie, by zaraz przyjąć wyczekiwanego. W Ewangelii św. Łukasza ten imiesłów występuje jeszcze trzy razy. O Józefie z Arymatei św. Łukasz mówi, że był „wyczekującym królestwa Bożego” (Łk 23, 51). Jezus uczula nas na przyjęcie takiej postawy oczekiwania w przypowieści, kiedy mówi: „Niech będą przepasane biodra wasze i zapalone pochodnie! A wy [bądźcie] podobni do ludzi, oczekujących swego pana, kiedy z uczty weselnej powróci, aby mu zaraz otworzyć, gdy nadejdzie i zakołacze. Szczęśliwi owi słudzy, których pan zastanie czuwających, gdy nadejdzie. Zaprawdę, powiadam wam: Przepasze się i każe im zasiąść do stołu, a obchodząc będzie im usługiwał. Czy o drugiej, czy o trzeciej straży przyjdzie, szczęśliwi oni, gdy ich tak zastanie” (Łk 12, 35-38). Wreszcie, i tym chcę zakończyć, ten czasownik użyty jest u początku rozdziału 15 Łukaszowej Ewangelii, gdzie faryzeusze patrząc na Jezusa szemrzą: „Ten przyjmuje grzeszników i jada i z nimi” (Łk 15, 2). Jezus tak „wyczekuje” grzeszników, że zawsze ich „przyjmuje”. Jezus objawia Ojca, który „wyczekuje” każdego i każdej z nas z nastawieniem, że „przyjmie” nas natychmiast, gdy tylko się ku Niemu zwrócimy. Dla Boga „wyczekuje” i „przyjmuje” wzajemnie się wyjaśniają. Bóg cię „wyczekuje” i już jest gotowy cię przyjąć! Anna mówi o Bogu wszystkim „wyczekującym” wyzwolenia, gorąco pragnącym doświadczyć wolności. Anna mówi mnie i tobie, nam wszystkim, o takim właśnie Bogu wyczekującym i przyjmującym!

Piotr Szyrszeń SDS

---------------------------------------------------------------------

Słowo Miłości wyprzedza nasz początek i każdą chwilę naszego życia
homilia - siódmy dzień w oktawie Narodzenia Pańskiego, 31 grudnia 2015 r.
1 J 2, 18-21; Ps 96, 1-2.11-13; J 1, 1-18

Drogie siostry! Drodzy bracia! Kalendarz jest nieubłagany. Już tylko kilka godzin zostało do momentu, w którym zakończy się bieżący rok. Musimy jednak przyznać, że również w ciągu roku kalendarzowego przeżywamy wiele innych „końców roku”. Dzieci kończą rok szkolny, studenci kończą rok akademicki. Posiadacze lokat bankowych cieszą się z zysku i po np. rocznym okresie znów mogą sięgnąć do swoich środków. Kto kończy kolejny rok życia, cieszy się, że będzie mógł wyrobić prawo jazdy. Inny cieszy się, że otrzyma „plastikowy” dowód dojrzałości, choć do osiągnięcia prawdziwej dojrzałości może jeszcze wiele mu brakuje. Każdy koniec łączy się z początkiem. Pożegnanie z czymś starym łączy się z oczekiwaniem czegoś nowego. Jak w anegdocie o człowieku, który pisał pewną historię, dał ją swemu przyjacielowi prosząc, by ją przeczytał i zasugerował mu, co ewentualnie ma jeszcze dopisać. Odpowiedź recenzenta brzmiała: „kropkę”. Proszący oburzył się, a recenzent dodał: „męczysz się próbując napisać najpiękniejsze zakończenie, a gdybyś postawił kropkę, mógłbyś napisać jeszcze wiele zdań tej albo nowej historii”.

Drodzy! Dziś liturgia Słowa w hymnie o Słowie z Ewangelii wg św. Jana, który czytaliśmy również w uroczystość Narodzenia Pańskiego w ciągu dnia, prowadzi nas ku początkowi. W zdaniu: „na początku było Słowo, (…) Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało”, pojawia się coś, co może być dla nas ważną intuicją na drodze zmagań rekolekcyjnych. Wielu z nas, wczytując się w proponowane na poszczególnych tygodniach fragmenty Pisma Świętego, wraca do historii swojego życia. Chcielibyśmy pamiętać z naszego życia tylko to, co piękne. Jeśli wracamy do początków naszego życia i nie dostrzegamy tam czegoś, czego bardzo przecież pragniemy, a mianowicie miłości, to winniśmy wrócić do tych właśnie słów z Ewangelii: „a bez Słowa nic się nie stało, co się stało”. Słowo Boga to słowo Miłości stwarzającej, słowo Miłości miłosiernej, o czym przypomina nam papież Franciszek przed i w czasie Roku Świętego. Słowo Miłości miłosiernej wyprzedza początek istnienia każdego z nas. Zanim nasze życie stało się faktem, słowo Bożej miłości - tchnienie życia, które pochodzi z ust Bożych - było już faktem. Z tego sformułowania możemy wyciągnąć wniosek, że każda chwila naszego życia jest otulona miłością Boga, choć zdarza się, że nasze oczy są tak zaciemnione, że tej miłości Boga nie dostrzegamy.

W liście zapowiadającym Rok Święty, wśród wielu innych pięknych zdań, możemy przeczytać następujące: „nie tylko w historii, ale i na wieczność człowiek będzie zawsze pod okiem miłosiernego Ojca”. Przyznajcie, że my, rozważając o miłosierdziu Bożym, przyzwyczajeni jesteśmy, by myśleć, że przychodzimy do Boga z bagażem win czy grzechów, aby miłosierdzie Boga oczyściło nas z czegoś, co wydarzyło się w przeszłości, a potem - myślimy-, że w przyszłości, to już, krok po kroku, jakoś sami sobie poradzimy. Papież chce nam otworzyć oczy, byśmy zobaczyli, że miłosierdzie Boga przygotowuje naszą drogę na całą wieczność. Miłosierdzie ogarnia całe nasze życie, zanim jeszcze przyszliśmy na świat, z naszą historią, teraźniejszością i przyszłością. Poczynając od pełnego miłości Bożego: „Chcę, aby on i ona się poczęli! Chcę, aby on i ona się urodzili!”, poprzez całe nasze życie i aż po wieczność, miłość miłosierna nas uprzedza i prowadzi. A jednak, powtórzmy to jeszcze raz, czasem trudno nam to dostrzec. W dzisiejszej Ewangelii czytamy: „w Nim było życie…”. Warto medytować tę prawdę, że Bóg nieustannie dzieli się z nami swoim życiem. Bóg pragnie, by każdy z nas żył, by każdy z nas Boga chwalił ciesząc się życiem, które od Niego otrzymuje. „W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła”. Przyznam, że kiedyś tekst prologu Janowej Ewangelii odbierałem i rozumiałem bardzo filozoficznie. Myślałem, że jest to zachwyt nad Słowem, Logosem, Treścią, Sensem,… ale tak jakby były to jakieś rzeczywistości bezosobowe. Tymczasem Ewangelista zwraca naszą uwagę, że Bóg jest Osobą. Bóg kocha, kocha prawdziwie. Miłość Boga nie jest abstrakcyjna. Miłość Boga nie jest czymś, do czego można dotrzeć jedynie wznosząc się na wyższy poziom inteligencji, ale ona zniżając się pragnie przeniknąć całe nasze życie. W prezbiterium naszej kaplicy (po mojej prawej, a waszej lewej stronie) jest piękny obraz, a dokładniej fragment obrazu Rembrandta, przedstawiający spotkanie miłosiernego ojca z powracającym synem marnotrawnym. Rembrandt bywa nazywany mistrzem światła albo mistrzem cienia. Przyglądając się całemu jego obrazowi, zobaczylibyśmy kilka postaci, które są w cieniu; natomiast ojciec i powracający syn w jego ramionach są w świetle. Nie tylko grzech, ale grzech przede wszystkim, kiedy go doświadczamy, sprawia, że w naszym życiu pojawia się cień. Pojawia się pewien rodzaj parasola, który odgradza nas od światła. A bez światła trudno dostrzec wyraźnie twarze osób, które znajdują się w ciemności, w cieniu. W konsekwencji grzechu pojawia się w nas podejrzliwość. Podejrzewamy, czy to, co ludzie czynili albo czynią, było albo jest szczere, prawdziwe. Rodzą się w nas wątpliwości, czy Bóg naprawdę nas kocha? itp. Grzech zaciemnia nasze życie. Żyjąc w grzechu, w cieniu, zaczynamy tym cieniem okrywać postacie wokół nas. Nie wiem, czy taki właśnie był zamiar autora obrazu, ale gdy zbliżamy się do Boga Ojca, do Miłości miłosiernej, pośród cienia naszego życia, odkrywamy światło bijące z twarzy Ojca i rozświetlające nasze życie, życie dzieci. Przyjść do Boga to stanąć w Świetle, „a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła”.

Pewien człowiek - jak mówi anegdota - zaprosił znajomych na pokaz ogni sztucznych. Tyle że pokaz ten miał odbyć się o godzinie dwunastej, w samo południe. Zaproszeni pukali się w głowę, wnioskując, że organizator pokazu ma chyba za dużo pieniędzy, ale zaciekawieni przyszli. Pokaz się odbył. Wśród zaproszonych był również człowiek niedowidzący, do którego ktoś zwrócił się z przekąsem: „I co? Widzisz coś?”. „Widzę więcej niż wy, bo widzę słońce”. Morał: czasem szukamy różnych przemijających rzeczy, które szybko mijają, jak kolorowe ognie sztuczne. Szukamy czasem namiastek, a trzeba byśmy poszli tam, gdzie jest „Słońce wschodzące z wysoka”, gdzie jest „Światłość prawdziwa”. Czasem, choć to paradoks, boimy się Bożego światła. Lękamy się, że światło Boże jest zbyt przenikliwe. Pewien ksiądz pytał młodych ludzi: „Co byś zrobił, gdyby Bóg znał całe twoje życie?” i usłyszał zaskakującą odpowiedź: „Bóg nie zna całego mojego życia. Są takie sprawy, o których wiem tylko ja…”. Dlatego dzisiaj, kiedy - u końca roku kalendarzowego i w połowie drogi zmagań rekolekcyjnych - słyszmy słowa o „światłości, która w ciemności świeci, a ciemność jej nie ogarnia”, prośmy byśmy w życiu nie ograniczali się do szukania ogni sztucznych, czyli namiastek, ale byśmy poszukiwali światła Bożego, światła które wypływa z Serca Boga, światła które wypływa z Jego Miłości miłosiernej rozświetlającej całą drogę, która jest przed nami.

Pod koniec dzisiejszej Ewangelii słyszeliśmy, że „podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa”. Moi drodzy! Prośmy, by słowa „łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa” mocno zakorzeniły się w naszym sercu. Szukajmy Chrystusa. Zbliżmy się do Niego, wierząc, że On jest Światłością, że On jest Miłosierdziem. Nie szukajmy namiastek, ale - mimo oporów idąc za tęsknotą naszego serca - szukajmy Światłości, która rozświetla i napełnia Życiem nasze życie.

Rafał Ziajka SDS

---------------------------------------------------------------------

„Nie jestem…” i cieszę się. „Chciałbym być…”. „Jestem…” i cieszę się
homilia - sobota 1. tygodnia po Narodzeniu Pańskim, 2 stycznia 2016 r.
1 J 2, 22-28; Ps 98, 1-4; J 1, 19-28

Prorok adwentowy, św. Jan Chrzciciel, przemawia do nas w okresie Bożego Narodzenia. Przemawia do nas również w Kościele w oktawie uroczystości Zmartwychwstania Pańskiego. Jego obecność w tych okresach liturgicznych możemy odczytać jak obecność przyjaciela. W liturgii Kościoła wspominamy dziś dwóch przyjaciół, świętych Bazylego Wielkiego i Grzegorza z Nazjanzu, a w Ewangelii słyszymy o Jezusie i Janie Chrzcicielu, o Oblubieńcu i przyjacielu Oblubieńca. Czego nas uczy św. Jan Chrzciciel?

Najpierw zauważmy, że pytań, które zostają mu postawione, Jan Chrzciciel sam z siebie nie potrzebuje. Słyszymy go trzykrotnie mówiącego: „nie jestem”: „nie jestem Mesjaszem”, „nie jestem Eliaszem”, „nie jestem prorokiem”. To znaczy, że Jan Chrzciciel nie przyjmuje podsuwanego im przez innych sposobu myślenia czy patrzenia na siebie. Pewno byłoby dla nas bardzo kuszące, gdyby nazywano nas takimi, jak jego, tytułami. To kuszące, kiedy możemy się za kogoś przebrać. Uczestnicy pierwszego tygodnia modlą się dziś historią króla Dawida (2 Sm 11-12), a z pierwszej księgi Samuela dowiadujemy się, że Saul przed walką z Goliatem „przebiera” Dawida w swoją zbroję (1 Sm 7). Dawid mógłby zachwycić przeciwnika królewskim strojem. Z daleka może i wyglądałby jak król, ale w zbroi Saula nie potrafił się poruszać. To „przebranie” go krępowało. W tej zbroi udawał kogoś, kim nie był. Na szczęście zdjął zbroję królewską, a wyszedł na pole walki w ubraniu pasterza. Poszedł z tym, co było jego umiejętnością i wygrał. Św. Jan Chrzciciel zatem to ktoś, kto nie przyjmuje myślenia innych o sobie. Przypomnijmy sobie uczniów Jezusa, którzy pod Cezareą Filipową, gdy Pan Jezus pytał ich o to, kim jest, najpierw nie mówili od siebie, ale powtarzali dokładnie te intuicje o Jezusie, które ludzie przybyli nad Jordan wypowiadali wobec Jana Chrzciciela. A gdy Jezus zadał im pytanie: „a wy za kogo Mnie uważacie?” tylko Szymon Piotr zdobył się na odpowiedź.

Uderzyło mnie również to, że swoje „nie jestem…, nie jestem…, nie jestem…” Jan Chrzciciel wypowiada w dobrym momencie. Wypowiada te słowa dojrzale. Wypowiada je w odpowiednim momencie. Szymon Piotr bowiem też mówił: „nie jestem” (J 18, 17.25), „nie znam Go” (Łk 22, 57; por. Mt 26, 72.74), „nie wiem, co mówisz” (Mt 26, 70; Łk 22, 57), ale Szymon Piotr mówiąc „nie jestem” gubił się. Jan Chrzciciel natomiast mówiąc te słowa odnajduje siebie. Jan mówiąc: „nie jestem” podkreśla, że jest na właściwym miejscu. I my nieraz potrzebujemy powiedzieć: „nie jestem”, „nie chcę”, „nie wchodzę”, by ocalić to, kim jesteśmy, by ocalić swoją tożsamość. Jan Chrzciciel w swoim myśleniu jest wolny! Myśli inaczej niż podpowiada mu otoczenie. Jego myślenie to myślenie człowieka nawróconego, człowieka zwróconego w stronę Chrystusa.

Pozwolę sobie zilustrować tę prawdę historią, którą opowiedział mi ksiądz pracujący w Boliwii. Spotkał tam biznesmena, który opowiedział mu zwyczajną i niezwyczajną historię swojego nawrócenia. Ów przedsiębiorca zmęczony pracą postanowił nieco odpocząć. Wsiadł więc do swojego nowego samochodu i pojechał do sąsiedniego miasteczka, do swojej ulubionej kawiarni. Samochód zostawił na parkingu, ale tak, by mógł sobie na niego patrzyć. A kiedy odpoczywał delektując się kawą i widokiem swojego auta, na parkingu pojawił się mały chłopiec, Boliwijczyk. Zaczął przyglądać się samochodowi, zaglądać przez szyby do środka, a w pewnym momencie podszedł do właściciela i zapytał: „Czy to jest pana samochód?”. „Tak, to mój samochód”. Chłopiec zadawał kolejne pytania: o techniczną stronę, o spalanie, o osiągane prędkości, itd., by wreszcie zapytać: „Proszę pana, a to auto jest drogie?”. Po chwili zastanowienia właściciel odpowiedział: „Właściwie to nie wiem, bo otrzymałem je w prezencie od mojego brata”. Usłyszawszy to chłopiec też się zastanowił i powiedział: „Chciałbym…”. [Proszę teraz, byście dokończyli sobie w myśli to zdanie…]. Chłopiec powiedział: „Chciałbym być takim bratem”. To, co powiedział, wstrząsnęło mężczyzną. Odwołał wszystkie zaplanowane na ten dzień spotkania. Życie mężczyzny splotło się z życiem rodziny chłopca. Wkrótce okazało się m.in., że ma on niepełnosprawnego braciszka. Ta historia uwidacznia inną mentalność. Ujawnia coś niezwykłego. Ujawnia ten rodzaj wrażliwości, który pochodzi wprost od Boga. Takie myślenie ujawnia też Jan Chrzciciel. Tego myślenia uczy nas przez swoje: „nie jestem, nie jestem”.

Druga prawda, której uczy prorok znad Jordanu. Jan Chrzciciel wie, kim jest. Od łona matki wie, kim jest. Rozradował się już w łonie matki. Św. Łukasz opowiadając o spotkaniu dwóch brzemiennych matek, Maryi i Elżbiety, na określenie ruchów dziecka w łonie Elżbiety użył czasownika: „poruszyło się” (Łk 1, 41.44), dosł. „podskoczyło”, który jak mówił znany mi profesor języka greckiego ma bardzo wąskie znaczenie i oddaje radość dziecka, które idąc drogą podskakuje, bo jest zadowolone, bo jest szczęśliwe. Jan, zwany potem Chrzcicielem, już w łonie matki doświadczył tego, co jest szczytem radości. I tego doświadczenia nie zatracił w wirze życia. My, tak czasem bywa, z biegiem lat życia mamy, jak się mówi, „więcej w buzi goryczy niż słodyczy”. On potrafił zachować to prenatalne doświadczenie radości, choć pewno miałby nam dużo do powiedzenia o swoich życiowych trudnościach. Zachował radość, zachował tożsamość, bo kochał Jezusa. Kiedy stojąc nad Jordanem mówi uczniom o swojej radości, która doszła do szczytu, przedstawia Jezusa jako Oblubieńca, a siebie jako przyjaciela Oblubieńca (J 3, 22-30). To piękne wyznanie.

Jan Chrzciciel uczy nas również wolności. Odrzuciwszy wielkie tytuły, które chciano mu przypisać, wybiera proste określenie: „Jestem głosem. Jestem brzmieniem. Jestem głosem tego, co mówi Bóg”. Głos jest niewidoczny. Głos jest „szeptem” Boga. W historii biblijnej, do której odwołujemy się często u początku rekolekcji ignacjańskich, Eliasz ma doświadczenie Boga przychodzącego w „szmerze łagodnego powiewu”. Bóg objawia się w łagodnym szepcie, w łagodnym głosie, czymś bardzo intymnym. Szeptem wypowiadamy sprawy ważne i czułe. Szeptem mama przekazuje czułe słowo swemu dziecku. Szeptem przekazuje się miłe słowo ukochanej osobie. Szeptem mówi się w relacjach z najbliższymi, a wtedy głowa musi być przy głowie. Człowiek spowiada się również szeptem, głowa przy głowie. Jan Chrzciciel uczy nas bliskości z Bogiem.

Jan Chrzciciel mówi: „nie jestem Chrystusem”. Nie musi udawać. Nie musi przyjmować roli kogoś, kim nie jest. Co to znaczy? Nieco dalej w pierwszym rozdziale Ewangelii czytamy, że „Nazajutrz (…). Nazajutrz Jan znowu stał w tym miejscu wraz z dwoma swoimi uczniami” (J 1, 29.35). I za każdym razem, kiedy Jezus przechodzi, wskazuje na Niego: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata (…). Oto Baranek Boży” (J 1, 29.35). Te słowa wybrzmiewają w czasie Mszy św. tuż przed Komunią świętą. My, po usłyszeniu takich słów, idziemy do Komunii. Te słowa mówią o komunii Jana z Jezusem, o jego przyjacielskiej relacji z Oblubieńcem. W jednym z szesnastowiecznych tłumaczeń Biblii znajdziemy wyznanie Jana w takim brzmieniu: „On musi róść, a mnie musi ubywać” (J 3, 30). Chrzciciel uczy nas, jak jest ważne to, aby znaleźć własne miejsce. Jan mówi: „mnie musi ubywać”, a to „ubywanie” nie jest dla niego krzywdą.

Słowa Jana „Oto Baranek Boży…” wypowiada kapłan w czasie Eucharystii ukazując nam Jezusa w małej Hostii, która waży zaledwie kilka gramów. Kiedy Słowo za sprawą Ducha Świętego stało się ciałem w łonie Najświętszej Maryi Panny również ważyło kilka gramów. Jezus, który począł się w łonie Maryi Dziewicy, potrzebował być przez Nią karmiony. Maryja karmiła Go, kiedy On był w Jej łonie i po narodzeniu. To przedziwne, że On przyszedł do nas jako Pokarm, a równocześnie potrzebuje być karmiony. Uderzające jest, że po swoim zmartwychwstaniu pierwszym słowem, z jakim zwrócił się do swoich uczniów, było pytanie: „Dzieci, czy macie co do jedzenia?” (J 21, 5). My przyjmujemy Go w Komunii świętej, a On powtarza to pytanie. Pod koniec dnia pyta i pod koniec życia zapyta o to, czym Go nakarmiliśmy. Pyta o to, czym Go nakarmiliśmy w minionym tygodniu, w minionym miesiącu, w zakończonym roku. Św. Jana Chrzciciela można nazwać „patronem” Komunii świętej. Choć bowiem nie wymieniamy go z imienia, kapłan zawsze powtarza jego słowa: „Oto Baranek Boży…”. Prośmy dziś o to, by spotkanie w Eucharystii, spotkanie rzeczywiście najważniejsze, i przyjęcie Pokarmu, jakim jest Eucharystia, uzdolniło nas do tego, byśmy w codzienności „karmili” Jezusa tym, czym On chce być przez nas nakarmiony. Głodni są wśród nas: mąż, żona, dzieci, przyjaciele, krewni, ci wszyscy, których w życiu spotykamy. Może chcą być nakarmieni naszym czasem, o czym przypomniał wczoraj w homilii ks. Krzysztof. Czym nakarmimy Jezusa w ostatnich chwilach naszych rekolekcji? Czym nakarmimy Jezusa, gdy wrócimy do domu? Jakimi słowami, gestami?

ks. Jakub Szcześniak

---------------------------------------------------------------------

Bądź czytelny, by ten, kto cię spotyka, mógł czytać w tobie Ewangelię!
homilia - wtorek 2. tygodnia po Narodzeniu Pańskim, 5 stycznia 2016 r.
1 J 3, 11-21; Ps 100 (99), 1-5; J 1, 43-51

Kochani! Wczytywałem się w tę Ewangelię, jak zwykle pytając, co mówi nam ona w tej godzinie. Bo jest to nasza teologiczna godzina: chciana przez Boga godzina naszego powrotu do Galilei, czyli do nasze codzienności. I pomyślałem, że dobrze będzie przeczytać tę dzisiejszą Ewangelię z perspektywy Galilei, do której - jak za chwilę jeszcze raz usłyszymy - Jezus wraca razem z nami. On, który był z nami tu, na pustyni, będzie z nami niezmiennie, z tą samą intensywnością swojej miłości, tam, w naszej codzienności. W związku z tym spróbowałem przeczytać ten święty tekst, w którym słyszymy o spotkaniu Jezusa z Filipem i Natanaelem, jako jedną całość, jako jedno wydarzenie, które się rozwija w naszym życiu. Egzegeci zachęcają, by tak właśnie czytać pierwszy rozdział Janowej Ewangelii. W tym rozdziale spotykamy Jana Chrzciciela, umiłowanego ucznia, nieznanego, Andrzeja, Szymona Piotra, Filipa i Natanaela. Możemy spróbować przeczytać wszystkie te spotkania jako jeden wydarzenie spotkania Jezusa z nami.

Jest ważne słowo, które otwiera odczytaną perykopę, a którego nie ma lekcjonarzu. Jest to słowo ważne w pierwszym rozdziale Ewangelii św. Jana, bo powtarza się tam trzykrotnie. Ewangelista tym słowem niejako dzieli pierwszy rozdział na trzy rozdziały. To słowo „nazajutrz”. Pojawia się ono, gdy Jan Chrzciciel po raz pierwszy zobaczył Jezusa (J 1, 29), a potem, gdy Jan Chrzciciel w tym samym miejscu, ale już będąc z dwoma swoimi uczniami, spotkał Jezusa (J 1, 35). Słowo „nazajutrz” rozpoczyna również perykopę, którą słyszeliśmy dziś w liturgii: „nazajutrz Jezus postanowił udać się do Galilei” (J 1, 43). Czym jest godzina określona jako „nazajutrz”? Pytamy o to, bo to godzina naszego powrotu do domu. Egzegeci również w tym przypadku zwracają uwagę, że to słowo ma głębokie znaczenie teologiczne. Powtarzające się trzykrotnie „epaurion” (gr.) wskazuje na przełom. Zwraca uwagę nie tylko na chronologię wydarzeń (czas chronos), ale także na czas przychodzenia Boga (czas kairos). Takie znaczenie ma słowo „nazajutrz” w Starym Testamencie - jak choćby wtedy, gdy Abraham, „nazajutrz rano” osiodłał swego osła i zabrał ze sobą syna Izaaka, by złożyć go w ofierze (por. Rdz 22, 3 - wg BT). Co oznacza dla nas „nazajutrz”? Tego dopiero się dowiemy. Wiemy już natomiast, że chodzi o godzinę Boga, obecnego w naszym życiu, i że chodzi o jakiś przełom, w który mamy wejść. Coś się musi w naszym życiu „przełamać”. Z pewnością „nazajutrz” to nasze przejście z pustyni w codzienność. To przejście jest zawsze łaską. Jest miejscem przechodzenia Boga. To „nazajutrz” jest miejscem szczególnej obecności Boga, który zawsze towarzyszy nam w przejściach. Bóg w momentach przełomu, jeśli tak można powiedzieć, jest szczególnie obecny, bo przecież On zawsze jest obecny w naszym życiu.

Jezus w momencie dla nas przełomowym „postanowił udać się do Galilei”. To „postanowił” w naszym języku nie brzmi tak głęboko, jak w mentalności semickiej. Znawcy języka Nowego Testamentu zauważają, że kiedy czasownik „thelo” dotyczy osoby, należy go tłumaczyć jako „mieć w sercu”, „kochać”, „umiłować” (por. Ps 18,20; 22, 9, 41, 12). W szerszym znaczeniu słyszę więc, że Jezus umiłował powrót do Galilei, ponieważ nosi w sercu, Andrzeja, Piotra, Filipa, Natanaela. Udaje się do Galilei, gdzie przywoła do siebie, tych, „których sam chciał (ethelen)” (por. Mk 3, 13), których „nosił w sercu”, „umiłował w sercu”. Jezus więc „umiłował w sercu” nas, naszą Galileę i nasz powrót do niej. Jezus, który nas miłuje, umiłował w sercu naszą Galileę. Bardzo się cieszy naszym powrotem do codzienności. Nosi nas w swoim sercu. On sam w swoim sercu zabiera nas do naszej Galilei, w naszą codzienność.

I w trakcie powrotu albo w Galilei powie do każdego z nas to, co powiedział do Filipa, i co mówił tutaj: „Pójdź za Mną”. My czujemy to, że czym innym jest usłyszeć „pójdź za Mną” w godzinie modlitwy, gdy doświadczamy stanu pocieszenia albo w momentach intensywnego obcowania z Bogiem. I dlatego bardzo ważne jest to, że usłyszymy to słowo „pójdź za Mną”, wypowiedziane przez Jezusa z tą samą miłością, w takim dniu naszej codzienności, który będzie najbardziej szary, pośród sytuacji, które są dla nas szczególnie trudne, pośród wyzwań, na myśl o których będzie się w nas budził lęk. To „pójdź za Mną” właściwie oznacza „chodź za Mną z bliska”. Bywa tłumaczone: „towarzysz Mi”, a więc „chodź za Mną z bliska”. To jest najważniejsze! Cokolwiek będzie się w naszym życiu działo, cokolwiek przyjdzie nam przeżywać, Jezus będzie mówił do każdego z nas:„Pójdź za Mną!”, dodając: „Nie martw się! Bądź spokojny! Jeśli Mnie nie stracisz, jeśli nie stracisz kontaktu ze Mną, jeśli będziesz chodził ze Mną z bliska, będziesz wyczuwał bicie Mojego serca, które ukochało twoją codzienność, które cię kocha”.

A potem jest wyznanie Filipa. Jakże cenne jest to, kiedy takie wyznanie pojawia się w naszym sercu i na naszych ustach pośród codzienności, a szczególnie w tej codzienności, którą przed chwilą opisałem. Jak ważnym jest właśnie tam, w środku codzienności, wyznać: „Znaleźliśmy Tego, o którym pisał Mojżesz w Prawie i Prorocy, Jezusa, syna Józefa, z Nazaretu” (J 1, 45). Zgłębialiśmy słowo Boga na rekolekcjach. Tyle razy byliśmy zauroczeni świętymi tekstami, a teraz znaleźliśmy Go tam, gdzie mieszkamy, w codzienności. Bo Bóg jest Bogiem życia. Jest Bogiem naszej codzienności. Jest Bogiem wydarzeń naszego życia, naszej historii, naszych spotkań z ludźmi, naszej pracy. Jest Bogiem Absolutnym i absolutnie wszędzie jest obecny, miłujący, zbawiający. „Znaleźliśmy”. Jedno z najważniejszych odkryć to odkrycie Boga, który mieszka w naszej codzienności. To odkrycie Boga obecnego nie tylko w Biblii i nie tylko w sakramentach, ale także w codzienności, bo ona, przez analogię, jest sakramentem Jego obecności.

I tu może się w nas pojawić to pytanie, które wyszło z ust Natanaela: „czyż może być co dobrego w mojej codzienności, w Galilei, w Nazarecie?” (por. J 1, 46). Ileż razy myślimy tak, że rekolekcje są bardzo piękne, ale codzienność ma inne kolory. Zdarza się, że po rekolekcjach wchodzimy w codzienność pytając: co jeszcze może się dobrego wydarzyć w codzienności? czy cokolwiek dobrego może się wydarzyć w codzienności? I wtedy trzeba, aby odezwał się w nas Filip, czyli ten, który spotkał, który znalazł, który w swoim sercu nosi doświadczenie odnalezionego Boga, który nosi w sercu doświadczenie Boga, za którym chodził z bliska i którego poznał z bliska: „Chodź i zobacz” (J 1, 46), dosłownie tłumacząc: „Przychodź i zobacz”. Przychodź! Przychodź do Niego codziennie! Przychodź do Niego, który jest w Biblii. Przychodź do Niego, który jest w Eucharystii! Przychodź do Niego w twojej modlitwie! Przychodź do Niego w spotkaniach z innymi! Przychodź do Niego w twojej wspólnocie! Przychodź do Niego, a zobaczysz!

Ilekroć słyszę wyznanie Jezusa, zawsze zazdroszczę Natanaelowi, bo zawsze pojawia się we mnie to pytanie, czy Jezus mógłby o mnie powiedzieć to, co powiedział o nim: „To prawdziwy Izraelita, prawdziwy Ziemianin! Nie ma w nim podstępu” (por. J 1, 47). Dosłownie w tekście jest, że nie ma w nim oszustwa, a więc nie ma w nim kłamstwa, nie ma w nim podwójnego życia. Jakub Wujek przetłumaczy, że „nie ma w nim zdrady”. Oto prawdziwy człowiek! Te słowa Jezusa są dla każdego z nas jak zaproszenie, by tę szczególną cechę pielęgnować w naszej codzienności. Bądź zawsze jednoznaczny! Nie bądź zakłamany! Nie oszukuj siebie! Bądź przejrzysty! Bądź czytelny, by ten, kto cię spotyka, mógł czytać w tobie Ewangelię!

I na koniec obietnica poprzedzona pytaniem: „Czy dlatego wierzysz, że powiedziałem ci: Widziałem cię pod drzewem figowym?” (J 1, 50). Jezus mówi Natanaelowi, że widział go w jego codzienności. Siedzenie pod figowcem to obraz zwyczajności, obraz zgłębiania Prawa w codzienności. Jezus mówi nam, że nas widział, że nie spuszcza z nas oka, zawsze przenika nas i scala swoim spojrzeniem. Wierzyć to znaczy oprzeć się na Nim. Nośmy w sercu, kołyszmy w sercu, oprzyjmy się na obietnicy Jezusa: „Zobaczysz jeszcze więcej niż to” (J 1, 50). Na rekolekcjach czasem nam się wydaje, że już więcej zobaczyć i przeżyć nie potrafimy. Ale być może są wśród nas tacy, którzy mają w sobie wciąż uczucie niedosytu i czekają na coś, czego jeszcze nie zobaczyli. W słowie Jezusa jest obietnica dla nas wszystkich, cokolwiek się w nas wydarzyło w czasie tych rekolekcyjnych ćwiczeń. Jezus mówi do ciebie, do każdego z nas: „Zobaczysz jeszcze więcej niż to”.

To Jezusowe „zobaczysz” oznacza nową zdolność widzenia rzeczy do tej pory dla nas zakrytych. Jezus odsłoni nam to, czego nie widzimy i czego sobie nawet nie wyobrażamy. On, który jest dla nas Tajemnicą, będzie nas ciągle wprowadzał w swoje Misterium. Będzie nas wprowadzał w adorację, w kontemplację, w zadziwienie Jego Osobą w naszej codzienności. Prośmy Jezusa w tej Eucharystii, aby w naszym sercu dla naszej codzienności było tyle miejsca i tyle miłości, ile jest ich w Jego sercu. Prośmy, byśmy mogli doświadczyć z bliska, że On nie tylko tam z nami wraca, ale że jest tam z nami nieustannie, codziennie. I wciąż powtarza: „pójdź za Mną”, „chodź za Mną”, „towarzysz Mi”, „chodź za Mną z bliska”.

Krzysztof Wons SDS

---------------------------------------------------------------------

  

Polecamy - HOMILIE
wygłoszone w czasie ćwiczeń ignacjańskich na przełomie roku

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl