O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Dojrzewanie do decyzji życiowych 5-7 grudnia 2014 - homilie


SZKOŁA DUCHOWOŚCI OJCA JORDANA

Dojrzewanie do decyzji życiowych
5-7 grudnia 2014

 INFO <<<.
NAGRANIA
<<<.

 T E K S T Y   H O M I L I I
wygłoszonych w czasie sesji

---------------------------------------------------------------------

Zakazuje reklamy, bo oczekuje od nas świadectwa!
homilia - piątek I tygodnia Adwentu, 5 grudnia 2014 r.
Iz 29, 17-24 Ps 27, 1.4.13-14; Mt 9, 27-31

W dobrej książce kucharskiej znajdziemy bogaty wybór przepisów dla przygotowania różnych dań, potraw. Znajdziemy tam składniki konieczne dla przygotowania danej potrawy, jak również kolejność i sposób ich przyrządzania. A w dzisiejszej Ewangelii odnajdujemy - można powiedzieć - składniki potrzebne, aby wydarzył się cud uzdrowienia, w tym wypadku uzdrowienia ze ślepoty. Główny „Składnik” (przez duże „s”) to Jezus, Syn Dawida. Następnie: niewidomy lub jak w naszym przypadku, dwaj niewidomi. Trzeci ważny element to wiara. Do tego jeszcze są takie dodatki, jak wołanie, krzyk i wytrwałe kroczenie za Jezusem.

Wszystko zaczęło się od tego, że dwaj niewidomi na swej drodze życia spotkali Jezusa, Syna Dawida. I chociaż ich oczy ciała były chore, to jednak ich oczy wiary były zdrowe i oczami wiary rozpoznali w Jezusie oczekiwanego Mesjasza. Oni uświadomili sobie, że dla nich właśnie nadszedł ten dzień, o którym mówił prorok Izajasz: „oczy niewidomych, wolne od mroku i od ciemności, będą widzieć” (Iz 29, 18). Nie mogli tego nie wykorzystać, nie mogli zmarnować takiej szansy. Taki dzień mógł się już w ich życiu nie powtórzyć. Wiara podpowiedziała im, że muszą wykorzystać to, co swój zdrowy głos i zdrowe nogi: wykorzystać głos i wołać, a nawet krzyczeć za Jezusem; wykorzystać zdrowe nogi i nie opuszczać Jezusa ani na krok, wołać i konsekwentnie iść za Nim.

Mieli iść za Jezusem, który początkowo wydawał się być głuchy i nieczuły na ich wołanie o litość, o zdrowie, o przejrzenie. Jezus jednak nie był głuchy. Poddał natomiast naszych bohaterów swoistej próbie, jakby ich chciał sprawdzić czy nie chcą sobie tylko pokrzyczeć i tak naprawdę zwrócić tylko uwagę na siebie, a po kilku krokach zatrzymać się i pozostać w swojej krainie ciemności. Jezus wypróbował tych niewidomych, czy naprawdę wierzą, że On może im pomóc, że może przywrócić im wzrok i może pozwolić im wrócić do krainy światłości. My wiemy, że ten „test” wypadł pomyślnie. Usłyszeli od Jezusa: „według wiary waszej niech się wam stanie” (Mt 9, 29). Usłyszeli: „według waszej determinacji niech się wam stanie”.

Kiedy przygotowuje się jakieś danie czy potrawę, przychodzi również czas degustacji, czas wypróbowania, czy to, co się przygotowało smakuje i jak smakuje, czy jest dobre i jak jest dobre. Nasi uzdrowieni jeszcze do niedawna niewidomi, a teraz widzący, też takiej próbie zostali poddani. Jezus prosił ich, a wręcz surowo im przykazał, aby o tym, co się stało ich udziałem nie rozpowiadali, aby nikomu o tym nie mówili. Prosił o to, nie dlatego, że to co uczynił było złe; przecież to, co zrobił, było jak najbardziej dobre. Czasem mówi się, że ten zakaz - tzw. sekret mesjański - wynikał z faktu niebezpieczeństwa fałszywego rozumienia mesjanizmu Jezusa i utożsamienia Go z jakimś mesjaszem politycznym.

Jezus prosił o to, aby nikomu o tym nie mówili, bo - to taka moja interpretacja tego zakazu - obawiał się, że oni zamiast świadectwa zrobią Mu reklamę. Tymczasem reklamę robi się, aby coś sprzedać, a świadectwo się daje, aby ktoś kogoś poznał, aby ktoś kogoś spotkał, aby ktoś nawiązał z kimś relację. Za reklamę bierze się pieniądze, niekiedy nawet bardzo duże, dając zaś świadectwo, można dużo stracić; są tacy, którzy świadcząc tracą nawet życie. Reklama podkreśla wartość produktu, świadectwo podkreśla wartość osoby. Reklama używa często technik manipulacyjnych, świadectwo natomiast zawsze bazuje na prawdzie. Reklama ostatecznie pragnie zdobyć naszą kieszeń, chce dobrać się do naszego portfela albo ewentualnie do konta, gdzie są zgromadzone nasze pieniądze; świadectwo natomiast pragnie zdobyć nasze serca. Wartość i skuteczność reklamy mierzy się późniejszym zyskiem ze sprzedaży reklamowanego produktu; wartość i skuteczność świadectwa mierzy się natomiast ilością serc rozkochanych w Jezusie.

Ostatecznie nasi niewidomi Jezusa nie posłuchali. Rozpowiedzieli o tym, co się stało. I nie wiemy, na ile to, co mówili, było reklamą, a na ile było to świadectwem. Wiemy natomiast, że jesteśmy tutaj, na sesji, aby uczyć się świadectwa, bo chcemy być autentycznymi świadkami Pana Jezusa. Chcemy też uodparniać się na reklamę, która próbuje wprowadzić nas w fikcyjny i rozdmuchany nadmiernie świat konsumpcji. Jesteśmy na tej sesji formacyjnej, bo również my, jak ci niewidomi, odkrywamy w sobie wiele biedy, która prowokuje nas, abyśmy wołali do Jezusa o litość i o łaskę, i to każdego dnia. Jesteśmy tutaj również dlatego, że wzrokiem wiary w Jezusie rozpoznajemy Mesjasza, który może biedom, które kryją nasze serca, zaradzić.

Ale samo rozpoznanie w Jezusie Mesjasza jeszcze nie wystarczy. Trzeba nam jeszcze wołać i prosić z wiarą. Chcemy w czasie kolejnych godzin i dni umacniać naszą wiarę. Być może nasz wzrok nie jest najgorszy i dawno nie byliśmy u okulisty, ale nawet wówczas - gdy Jezus zapyta nas: „co chcesz, abym Ci uczynił?” - winniśmy odpowiedzieć: „Panie, abym przejrzał. Panie, abym jeszcze bardziej przejrzał, bo tak wielu rzeczy nie widzę, bo często udaję, że nie widzę osób, które wołały o moją pomoc i moją miłość!”.

Pan Jezus nie musi nam surowo przykazywać, jak przykazał uzdrowionym niewidomym, abyśmy nie rozgłaszali tego, co dla nas uczynił i czyni. W świecie, w którym żyjemy, wielu osobom wydaje się, że Jezus nic dla nas nie uczynił i nic dla nas nie czyni, a w związku z tym, że nie ma o czym opowiadać. Te same osoby mają czy znajdują czas na plotkowanie i powtarzanie jakichś sensacyjek.

Oczekując na powtórne przyjście Pana w chwale, chcemy z wiarą wykorzystać Jego obecność wśród nas, obecność ukrytą w przeróżnych znakach, obecność pełną miłości i zatroskania. Chcemy wołać codziennie: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nad nami!”. A kiedy zapyta: „co chcecie, abym Wam uczynił?”, nie chcemy udawać, że to pomyłka i że On się przesłyszał; nie chcemy udawać, żeśmy do Niego nie wołali. Chcemy śmiało mówić: „To… nam uczyń! I to…, i tamto… by się jeszcze przydało!”. Przecież tyle mamy braków i potrzeb, tyle miłosierdzia nam trzeba! Prośmy więc Jezusa śmiało i z otwartym sercem. W przeddzień jutrzejszego wspomnienia, chcemy sobie uświadomić, że Jezus to zdecydowanie więcej niż św. Mikołaj!

Ryszard Stankiewicz SDS

---------------------------------------------------------------------

Stwardniałe grozi złamaniem, skruszone Bóg uzdrawia
homilia - sobota I tygodnia Adwentu, 6 grudnia 2014 r.
Iz 30, 19-21.23-26; Ps 147, 1-6; Mt 9,35-10,1.5-8

Zatrzymamy się w tej refleksji na jednym zdaniu dzisiejszego psalmu. Psalmista modli się: „Chwalcie Pana, bo (…) leczy złamanych na duchu i przewiązuje ich rany”. Mój Bóg „uzdrawia znękanych na duchu” (tłum. edycja św. Pawła); „uzdrawia tych, których serce jest znękane” (tłum. Biblia Poznańska). Hiszpańska Biblia Jerozolimska mówi, że ta Boża kuracja dotyczy „a los de roto corazón”, czyli „tych, których serce jest złamane”. W jednym z angielskich przekładów brzmi to podobnie: „the broken in heart”. Gdy zatrzymuję się przy tych słowach w pamięci wraca mi refren piosenki: „złamano już tyle serc. Wspominać nawet żal. Tak wiele spadło łez, lecz w nas jeszcze wciąż miłość trwa”. Sięgnąłem do Septuaginty, czyli greckiego przekładu Starego Testamentu. W tym miejscu w psalmie występuje greckie sformułowanie „serca, które są złamane” („tous syntetrimmenous tēn kardian”), to samo, które pojawi się w ustach Jezusa w synagodze w Nazarecie, kiedy rozpoczyna On publiczną działalność. Opisał to zdarzenie św. Łukasz. Jezus odczytał słowa Izajasza: „Duch Pana na Mnie (…) wysłał Mnie uzdrowić serca, które są złamane”, a potem dodał: „dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli” (Łk 4, 18.21). Nie śmiem pytać, kto wśród nas ma serce złamane, ale chcę wyznać, że tu i teraz jest wśród nas obecny Jezus, by je uzdrawiać. Jezus chce uzdrawiać, a nie dołamywać, bo On „trzciny złamanej [syntetrimmenon] nie dołamie i knota tlejącego się nie dogasi…” (Mt 12, 20). I Jezus - przez św. Ignacego - poleca mi, bym kontynuując to rozważanie nie był twardy i szorstki, ale miły i łagodny, bo człowiekowi o złamanym sercu, doznającemu strapienia czy pokus, trzeba: po pierwsze - dodawać otuchy do dalszego postępu, po drugie - odkrywać podstępy nieprzyjaciela natury ludzkiej i po trzecie - usposabiać go na przyjęcie zbliżającego się pocieszenia (ĆD 7).

Obraz złamanego serca może rodzić w nas skojarzenia z rozczarowaniem w miłości, ale trzeba nam pamiętać, że w Biblii serce nie oznacza siedziby uczuć, ale centrum myśli, sumienia, wartościowania; centrum osoby. Niemniej pozwoliłem sobie potraktować ten obraz dosłownie i wyobrazić sobie serce złamane i… stwierdzam, że serca złamać nie można. Serce to mięsień, a mięsień można zerwać czy przeciąć, ale nie złamać. Złamać można kość, złamać można kamień… Złamać można serce, które jest jak kamień. Św. Hieronim w tym zdaniu psalmu mówi o tych „których serca są skruszone” („contritos corde”), bardzo luźno traktując przekład: „rozbite w pył”. I tu pojawia się ta sama obiekcja, że skruszyć i rozbić w pył można tylko to, co jest wysuszone, jak kamień, a mięsień nie jest suchy. Pytam siebie: skoro mnie to uderza, to może mam serce kamienne? Bóg obiecuje przez proroka Ezechela: „odbiorę wam serce kamienne, a dam wam serce z ciała” (Ez 36, 26; por. 11, 19). Oto dobra nowina dla mających serca złamane, kamienne…

Nadal trwam w tym zdaniu psalmu. Jest ono dla mnie trudne, bo ujawnia skamienienie mego serca i życia. Ojcowie Kościoła tę chorobę nazywali „sklerokardią”, czyli „stwardnieniem serca”, które następowało wskutek „zapomnienia serca [o Bogu]” („skleroza serca”). Serce pamiętające o Bogu - żyje i nie można go złamać. Serce zapominające o Bogu - staje się twarde i łamliwe. Gdy trwam w tym słowie, przychodzi mi na myśl sytuacja z księgi Wyjścia, kiedy Mojżesz wyszedł na górę, gdzie otrzymał tablice świadectwa. Lud jednak, w którego odczuciu Mojżesz „opóźniał swój powrót z góry”, nie wytrzymał napięcia czekania. Prosił Aarona, by sporządził im boga, tłumacząc, że nie wiedzą, co się stało z człowiekiem, który ich wyprowadził z Egiptu (zapomnieli, że to Bóg ich wyprowadził i ich prowadzi, a czyni to jedynie przez pośrednika - Mojżesza!). Aaron sporządza im złotego cielca z ich złotych kolczyków. W tym samym czasie i potem Mojżesz, będąc z Bogiem, walczy o lud; walczy kładąc na szali swoje życie i swoje wieczne szczęście, prosząc by Bóg przebaczył grzech ludu. Gdy zejdzie z góry, rozbije tablice świadectwa, a złotego cielca spali w ogniu i zetrze go na proch, rozsypie w wodzie i każe tę wodę pić Izraelitom. Uderzające jest to, że Bóg chciał zetrzeć ten lud w pył (Wj 32, 10) - ten rozpad w pył to konsekwencja grzechu, bo bez Boga wracamy do tego, czym byliśmy u początku - prochem. A Mojżesz pokruszył cielca na drobny proch (Wj 32, 20), bo jedynym lekarstwem jest uznanie, że jestem prochem i potrzebuję Bożej miłości.

To słowo jest dla mnie, a ufam, że i dla nas słowem dziś. Ileż razy my mamy poczucie, że Bóg „się opóźnia”. Ukuliśmy nawet słynne określenie: „spóźnione powołanie”. I z trudem znosimy oczekiwanie. Już nawet czasem nie czekamy na słowo samego Boga, ale na to, że jakiś pośrednik, np. kierownik duchowy, powie nam wreszcie, czego Bóg od nas oczekuje. A gdy ten też „zwleka”, nasze serce twardnieje bardziej. Uruchamia się proces produkowania złotego cielca, a „bożek jest pretekstem do tego, by postawić samych siebie w centrum rzeczywistości” (LF 13). Złotym cielcem, wokół którego tańczymy często jesteśmy my sami. Zamiast szukać Bożego zamysłu, zaczynamy twardnieć wokół swojego pomysłu na życie. Jesteśmy czy stajem się, jak Izrael w księdze Wyjścia, ludźmi „o twardym karku”. A recepta na bożka jest prosta: wystarczy „samo-wola” i „samo-realizacja”. Cały świat zaczyna się wówczas kręcić wokół nas. Epokowe odkrycie Mikołaja Kopernika, gdyby je zastosować do płaszczyzny duchowej, idzie wówczas do lamusa. Słońce i wszechświat mają się kręcić wokół ziemi, wokół nas, wokół tego co dotykalne i widoczne w nas. A gdy człowiek - napisze papież Franciszek - „traci zasadnicze ukierunkowanie, które spaja jego życie, gubi się w wielorakości swoich pragnień. Wzbraniając się przed oczekiwaniem na czas obietnicy, rozprasza się na tysiące chwil swojej historii” (LF 13). Tak stało się z Izraelitami: Gdy Aaron im „popuścił”, lud „całkiem się rozpuścił”. Jakie w takiej sytuacji jest lekarstwo? Wskazuje nam je Mojżesz: cielca trzeba zetrzeć na proch, kamienny kark i kamienne serce trzeba skruszyć. Lekarstwo podpowiada nam również Dawid, który żałując za grzech wyznaje z wiarą, że Bóg sercem pokornym i skruszonym, nie gardzi (Ps 51, 19).

Stąd genialna wydaje się intuicja Jakuba Wujka, który rozważane zdanie psalmu przetłumaczył: „Chwalcie Pana, bo (…) uzdrawia skruszone na sercu i zawiązuje ich rany”. Przetłumaczył je jakby słuchał wcześniej komentarza św. Augustyna do tego zdania: „Ci, którzy nie skruszą serca, nie zostaną uzdrowieni. (...) Którzy skruszyli swoje serce? Pokorni. A którzy serca nie skruszyli? Pyszni. Skruszone zostanie uzdrowione, wyniosłe odrzucone. A być może po to zostanie wyrzucone, żeby skruszone zostało uzdrowione. (...) 'Który uzdrawia skruszonych sercem, i opatruje ich obolałe miejsca'. A więc leczy sercem uniżonych, uzdrawia wyznających, uzdrawia tych, którzy sami sobie zadają kary. W stosunku do siebie spełniają rolę surowego sędziego, ażeby mogli zaliczać się do tych, którzy doznają jego miłosierdzia. Takich uzdrawia” (cyt. za: Jan Paweł II, Psalm 147 a - Boża potęga i dobroć, audiencja generalna, 23 lipca 2003).

Tam, gdzie jest skrucha, objawia się również w pełni miłosierdzie. Tam, gdzie jest pokora, powtarza się cud stworzenia. „Pan Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia” (Rdz 2, 7). Jeśli pamiętamy, że my jesteśmy stworzeniem, a Bóg jest Stwórcą, wtedy doświadczamy każdego dnia, również dziś, że Jego słowo nas stwarza i podnosi. W Ewangelii widzimy dziś Jezusa, który wzruszył się tak głęboko jak ojciec miłosierny: „litował się nad nimi, bo byli znękani i porzuceni, jak owce nie mające pasterza” (Mt 9, 36). Jezus dziś posyła uczniów „raczej do owiec, które poginęły z domu Izraela” (Mt 9, 37; por. Mt 15, 24). On reaguje dziś. To tylko nam się wydaje, że Bóg zwleka. Bóg nie zwleka, a działa dziś. Słyszeliśmy proroka Izajasza: „rychło Bóg okaże ci łaskę na głos twojej prośby. Ledwie usłyszy, odpowie ci. (…) Twoje uszy usłyszą słowa rozlegające się za tobą: „To jest droga, idźcie nią!”, gdybyś zboczył na prawo lub na lewo” (Iz 30, 19.21). To dobra nowina dla wyruszających w drogę. Nawet, gdybyś idąc ścieżkami życia zboczył na prawo czy na lewo, Pan będzie z Tobą, by wskazać ci na nowo stosowną drogę. Możemy więc jeszcze raz powtórzyć refren psalmu responsoryjnego: Szczęśliwi wszyscy, co ufają Panu!

I na koniec trudno dziś nie przywołać słów Pana Jezusa, które słyszeliśmy w odczytanej Ewangelii: „Proście Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo” (Mt 9, 38). Trzeba nam prosić, aby Pan „wyprawił”, a dosł. „wyrzucił” nas do pracy dla Jego królestwa. Ileż dynamizmu jest w Bogu i w Jego słowie! I jak bardzo m potrzebujemy tej dynamicznej mocy Słowa, która nas ruszy z miejsca. Jak bardzo jesteśmy ociężali! Ale przecież takie są bożki: „mają usta, ale nie mówią; oczy mają, ale nie widzą. (…) mają ręce, lecz nie dotykają; nogi mają, ale nie chodzą” (Ps 115, 5-7). Prośmy o to, by słowo Pana nas stworzyło na nowo, podniosło, ruszyło z miejsca, by pobudziło nas do życia i działania zgodnego z wolą Pana.

Piotr Szyrszeń SDS

---------------------------------------------------------------------

Wybierając szukamy siebie czy Mocniejszego od nas?
homilia - II niedziela Adwentu, 7 grudnia 2014 r.
Iz 40, 1-5.9-11; Ps 85, 9-14; 2 P 3, 8-14; Mk 1, 1-8

Kiedy rozpoczynało się nasze spotkanie, w pierwszej homilii ks. Ryszard mówił o książce kucharskiej, a ja dziś chciałbym wspomnieć o księdze rekordów Guinnessa. Powstała ona w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Guinness, właściciel browaru, poszedł na polowanie, w trakcie którego przyszło mu na myśl pytanie, który z ptaków jest najszybszy. I ciekawość skłoniła go do tego, by po powrocie do domu to zbadać. W ten sposób powstała książka pełna różnych ciekawostek, które w zasadzie miały służyć temu, aby ludzie pijąc piwo mieli o czym rozmawiać; tak po prostu dla rozrywki. Dzisiaj księga rekordów Guinnessa to symbol ludzkich dążeń. To również symbol człowieka współczesnego: człowieka, który bije rekordy. Wszyscy biją rekordy. Dlaczego? Może najprostszą odpowiedzią jest ta, że czynią to, aby zaistnieć. Bo nam wydaje się, że bez rekordów nie istniejemy, że bez rekordów nic nie znaczymy. Biją więc współcześnie ludzie najabsurdalniejsze rekordy, np. w ilości zjedzonej pizzy. Bije się rekordy, żeby inni patrzyli; niekoniecznie nawet, żeby nas podziwiali, ale żeby nas w ogóle zauważyli. Innym powodem bicia rekordów bywa pragnienie zobaczenia, jakie są nasze granice? sprawdzenie, czy w ogóle mamy granice? Czasem trudno nam po prostu przyjąć, że jesteśmy ograniczeni, że jako stworzenia mamy granice. I tylko jeszcze nie sprawdziliśmy, jak daleko możemy pójść. A może próbujemy w subtelny sposób udowodnić, że tych granic nie ma? Gdyby nam się to udało, wtedy tak naprawdę zatarłaby się granica między nami a Bogiem.

Jan Chrzciciel Jordan, później w zakonie: Franciszek Maria od Krzyża Jordan, w czasie tego spotkania stał niejako „na pierwszym miejscu”. Jego życie ujęte w aspekcie historycznym i duchowym było dla nas okazją, aby się zastanowić nad nami samymi i naszymi decyzjami oraz nad tym, co tak naprawdę w naszym życiu się liczy i do czego tak naprawdę dążymy. A dzisiaj, na zakończenie tej sesji, Bóg stawia przed nami Jana Chrzciciela nad Jordanem. Sługa Boży Jan Chrzciciel Jordan i św. Jan Chrzciciel nad Jordanem to postaci, które Bóg daje nam niejako w prezencie adwentowym. Nad Jordanem, w miejscu, gdzie przebywał św. Jan Chrzciciel była pustynia i jest ona tam do dzisiaj. I choć to miejsce odległe, do Jana ciągnęła „cała judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy Jerozolimy” (Mk 1, 5). Ciągnęły do niego tłumy z Judei i Jerozolimy. Ci przychodzący z Judei mogli pokonać nawet do stu kilometrów; ci z Jerozolimy - około pięćdziesięciu. Jak to możliwe, że nagle do „dziwaka” ubranego w jakąś skórę, odżywiającego się może i zdrowo, ale jednak trochę „dziwacznie”, przychodziły tłumy. Nie tylko przychodziły, ale robiły to, co im polecił: wyznawały swoje grzechy. Kto z nas dziś odważyłby się wyznać swoje grzechy wobec tłumu, na oczach wszystkich? Dają się ochrzcić w mętnej wodzie Jordanu. Jak to się stało, że w ogóle o nim się dowiedzieli i że chcieli do niego przyjść? Nie było przecież telefonów komórkowych, nie było facebooka ani ogłoszeń reklamowych w telewizji! Jak to się stało? Była tylko ta „ustna propaganda”. Jak to było możliwe? Kto to sprawił i dlaczego?

Sługa Boży Jan Chrzciciel Jordan i św. Jan Chrzciciel nad Jordanem nie posiadali absolutnie środków do tego, żeby rozpoczynać cokolwiek, żeby rozpoczynać jakiekolwiek wielkie dzieło. A jednak, obaj - jeden i drugi, każdy na swoją przez ich powołanie wyznaczoną miarę - zostali przez Boga powołani po to, aby przygotować drogę Bogu. Gdybyśmy byli doradcami Boga, być może doradzalibyśmy Mu, aby Jego przyjście na świat i objawienie się światu dokonało się teraz, w czasach, w których my żyjemy, a nie wtedy, kiedy ludzie musieli na pamięć uczyć się słowa Bożego, aby przekazać je następnym pokoleniom. Dziś przecież mamy do dyspozycji środki, dzięki którym informacja może dotrzeć do ogromnych rzesz ludzi, by nie powiedzieć wszystkich ludzi, w ciągu zaledwie kilku minut. Dziś można by błyskawicznie podać światu informację, że dzieje się coś ważnego, że dzieje się coś Bożego, że dzieje się coś takiego, na co ludzie winni zwrócić uwagę. Fakt, że Bóg wybrał inny czas niż ten, który nam się wydaje odpowiedni, świadczy o tym, że tu nie chodzi o środki. Chodzi o to, że działania Jana Chrzciciela Jordana i Jana Chrzciciela nad Jordanem były działaniami Bożymi. Bez odniesienia się do działania Bożego nie można zrozumieć ani jednego ani drugiego. To Bóg posyłał i posyła ludzi. To On poruszał i porusza serca i sumienia (a sumienie to rozum praktyczny rozpoznający dobro, dlatego tam właśnie rozbrzmiewa głos Boży skłaniający do rozpoznania tego dobra, prawdziwego i wiecznego, ku któremu powinien iść).

Jan Chrzciciel Jordan i Jan Chrzciciel nad Jordanem byli drogowskazami Boga, bo wskazywali i wskazują na Jezusa Zbawiciela. A wskazywać na Boga, który przychodzi do człowieka, to powołanie każdej i każdego z nas, chrześcijanin, a nawet każdego człowieka. Zadanie każdego i każdej z nas to wskazywanie na dobro większe niż my sami. Księga rekordów Guinnessa zdaje się być czasem niejako drogowskazem wskazującym na człowieka, na jego ambicję i pychę. Bijąc rekordy ludzie wskazują na siebie, sygnalizując: „Zobacz, jaki jestem wielki i ile potrafię! Jestem lepszy od tego czy tamtego!”. Wskazania, jakie daje św. Jan Chrzciciel, są jednoznacznie inne. On tak głosił: „Idzie za mną mocniejszy ode mnie” (Mk 1, 7). Jan Chrzciciel wyraziście zaświadcza: „Tu nie chodzi o mnie. Widzicie przecież, kim jestem i jak wyglądam! Za mną idzie Mocniejszy! Mój chrzest jest tylko chrztem z wody, i dopiero chrzest Tego, który idzie za mną, chrzest od Boga, naprawdę usunie grzechy. Ten, który za mną idzie, zaprawdę da siłę do lepszego życia”. „Idzie za mną mocniejszy ode mnie”. Moi drodzy, zapytajmy siebie, czy w dokonywanych przez nas wyborach i podejmowanych decyzjach szukamy siebie samych czy też szukamy Mocniejszego od nas? Czy nasze życie traktujemy jako współzawodnictwo, by być lepszymi od innych, czy też żyjemy po to, by być lepszymi, to znaczy… bez grzechu przeżyć kolejny dzień? O tym właśnie pisze św. Piotr w ostatnim zdaniu odczytanego dziś fragmentu jego drugiego listu: „Dlatego umiłowani, oczekując tego, starajcie się, aby On was zastał bez plamy i skazy, w pokoju” (2 P 3, 14). Oto program na nasze życie: starać się, by było ono bez plamy i skazy, czyli bez grzechu, a wtedy będzie ono życiem przeżywanym w pokoju; wtedy będzie życiem przeżywanym w bliskości i obecności Boga, a Bóg zawsze przychodzi z darem pokoju. Pokój to znak rozpoznawczy Boga.

Jakże piękną wizję przedstawił prorok Izajasz już wieki przed Chrystusem mówiąc te słowa: „Niech się podniosą wszystkie doliny, a wszystkie góry i wzgórza obniżą; równiną niechaj się staną urwiska, a strome zbocza niziną gładką” (Iz 40, 4). To wizja płaskiej ziemi. Słysząc to, może mamy ochotę powiedzieć, że to wizja „nudnej” ziemi. Po co nam ziemia płaska, taka „nudna”? Po co ziemia ma się stać taką właśnie płaską? Odpowiedź na te pytania i wyjaśnienie naszych wątpliwości znajdujemy w kolejnym zdaniu: „Wtedy się chwała Pana objawi, zobaczy ją wszelkie ciało, bo powiedziały to usta Pana” (Iz 40, 5). O to właśnie chodzi w naszym życiu, żeby objawiła się chwała Boga, żeby nic w naszym życiu i decyzjach nie przesłaniało Pana i nie umniejszało Jego chwały. Chodzi o to, żeby nasze życie było prostowaniem drogi dla Pana i żeby chwała Pana się objawiła i była widoczna. Kiedy jesteśmy w terenie górskim czy nawet pagórkowatym, zawsze coś przesłania nam horyzont. Tak też bywa w życiu: piętrzą się czasem góry problemów i trzeba nam prosić, aby to, co wysokie, się obniżyło, i aby to, co jest doliną, się podniosło. Trzeba nam prosić, abyśmy mogli zejść ze szczytów pychy i wyjść z głębin depresji, i zobaczyć chwałę Pana w naszym życiu. To jest pierwsze i podstawowe, a uświadamia nam to św. Jan Chrzciciel: „Idzie za mną mocniejszy ode mnie”. Oto dlaczego wpatrujemy się dziś w Jana Chrzciciela znad Jordanu. Oto dlaczego osoba i życie Jana Chrzciciela Jordana były dla nas punktem odniesienia w czasie naszego weekendowego spotkania.

Józef Tarnówka SDS

---------------------------------------------------------------------

Zachęcamy do skorzystania z nagrań i publikacji:

   

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl