O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Cielesność i duchowość 20-22 lutego 2015 - homilie ...


Cielesność i duchowość
SZKOŁA KIEROWNICTWA DUCHOWEGO
20-22 lutego 2015

 INFO <<<.
NAGRANIA
<<<.

 T E K S T Y   H O M I L I I
wygłoszonych w czasie sesji
przez Amedeo Cencini FdCC

---------------------------------------------------------------------

Pościmy, bo chcemy wzrastać w pragnieniu Boga
homilia - piątek po Środzie Popielcowej, 20 lutego 2015 r.
Iz 58, 1-9; Ps 51, 3-6.18-19; Mt 9, 14-15

Dobry wieczór wszystkim wam, bracia i siostry! Miło mi spotkać również Danutę! W ubiegłą środę rozpoczęliśmy święty czas Wielkiego Postu. Jest on nie tylko świętym i bardzo ważnym okresem roku liturgicznego, ale jest też czasem pięknym. Nie prawdaż, że jest piękny! Jak myślicie, czy Wielki Post jest piękny, czy też nie? Mamy być może wyobrażenie, że Wielki Post jest czasem trochę smutnym. Na początku tej Eucharystii zaśpiewaliście piękną pieśń. Ja, oczywiście, nie zrozumiałem jej słów, ale wyczuwało się, że była to bardzo smutna pieśń. I dobrze, bo w naszym przeżywaniu trzeba też trochę smutku, jeśli ten smutek jest związany z odkryciem naszego grzechu i faktu, że oddaliliśmy się od Boga; to właśnie powinniśmy czynić w czasie Wielkiego Postu. Z pewnością jednak smutek nie jest punktem docelowym Wielkiego Postu ani jego celem. Celem jest zaprowadzenie prawdy w naszym życiu. Możemy powiedzieć, że Wielki Post jest czasem prawdy. Wielki Post jest czasem, w którym jesteśmy wezwani do zaprowadzenia prawdy w swoim wnętrzu. Możemy powiedzieć, że w tym okresie liturgicznym jesteśmy wezwani do poznania prawdy subiektywnej naszego życia, aby dzięki temu potem móc żyć autentyczną prawdą życia i przeżywać życie zgodnie z jego znaczeniem i planem Bożym względem nas, co byłoby prawdą obiektywną naszego życia.

W dzisiejszej liturgii Słowa mamy przykład tego, jak budować tę prawdę. Bóg - słyszymy w pierwszym czytaniu - czyni wielkie wyrzuty tym, którzy właśnie poszczą. Pamiętacie, że już w ubiegłą środę [Środę Popielcową], słyszeliśmy w Ewangelii ostre słowa katechezy Jezusa skierowane do osób podejmujących praktyki bardzo piękne i dobre, poszczących bądź dających jałmużnę. I tutaj powraca ten sam temat. Powraca ten sam zarzut skierowany do osób, które wydają się być prawdziwie wierzącymi. Osoba wierząca, która pości zasługuje przecież na szacunek, bo post wyraża ważną prawdę naszego życia. Ciało, które pości, wyraża fundamentalną prawdę ludzkiego istnienia, a mianowicie tę, która mówi, że ludzkie istnienie jest ukierunkowane i wyczekuje innego pokarmu; oto znaczenie postu! Post nie jest po prostu praktyką pokutną, nie jest jedynie wyrzeczeniem, nie jest jedynie jakąś surową ascezą, ale ma wyrażać to, że człowiek jest stworzony dla Innego Pokarmu, dla Innej Miłości, dla Czegoś Większego od tego, co mogą mu dać rzeczy tego życia, tego świata. Możemy powiedzieć, że to jest prawda obiektywna postu; to jest znaczenie postu. Bóg - słyszymy w pierwszym czytaniu - napomina tych, którzy poszczą dlatego, że gest, który wykonują, choć sam w sobie dobry, nie współbrzmi z autentycznym znaczeniem postu. Przeciwnie, dzieje się coś takiego, jakby ciało tych osób, które poszczą było odłączone, jakby nie było powiązane z innymi częściami istoty ludzkiej. Ciało musi być powiązane z umysłem i sercem, z duchem i duszą, z głęboką intencją, która motywuje post. Tymczasem w tym przypadku mamy do czynienia jakby z rozłączeniem między gestem poszczącego ciała a tym, co jest w sercu osób podejmujących post. Taki post jest fałszywy; taki post jest udawany. Oto prawda subiektywna życia tych osób! Widzicie w ten sposób, że jest możliwe - i to jest dramat -, że prawda obiektywna tego, co my czynimy, będzie sprzeczna z prawdą subiektywną. Oto [dany nam jest] czas Wielkiego Postu - czas, w którym trzeba zaprowadzić prawdę; czas, w którym trzeba odkrywać te kontrasty pomiędzy tym co czynimy, czyli tym co nasze ciało pokazuje publicznie, a tym czym jesteśmy w sercu. I w ten sposób właśnie odnaleźliśmy się w temacie naszego spotkania: „cielesność i duchowość”.

Mówiliśmy, że autentyczne znaczenie postu jest bardzo piękne i ważne, bo wyraża człowieka wierzącego, który odczuwa potrzebę innego pokarmu. Psalmista wyznaje: „dusza moja [gardło moje] pragnie Boga, Boga żywego” (Ps 42, 3), a my pościmy właśnie dlatego, że chcemy wzrastać w tym pragnieniu Boga. Chcemy, by to pragnienie Boga coraz bardziej w nas wzrastało, bo to jest prawda naszego ludzkiego życia. Dlaczego od razu nie zostało nam dane niebo? Dlaczego mamy przeżywać życie na ziemi? Właśnie po to, by wzrosło w nas pragnienie Boga. Kiedy to pragnienie Boga będzie wielkie, kiedy będzie dojrzałe i intensywne, kiedy będzie mocne, wtedy umrzemy. I wtedy będziemy mogli zaspokoić to pragnienie. Tymczasem, dopóki jesteśmy na tej ziemi, to pragnienie ma swoje „wysokie” i „niskie” punkty. Mówi o tym Jezus w Ewangelii. Czasem Oblubieniec jest z nami i odczuwamy obecność Boga w naszym życiu. Raz odczuwamy, że nasze serce jest pełne Jego obecności, a innym razem - nie; przynajmniej mnie się tak zdarza. I myślę, że jest to normalne. Nie zawsze doświadczamy, że Oblubieniec jest z nami. Czasem pragnienie Jego jest zaspokojone, a innym razem nie jest zaspokojone. Takie jest życie chrześcijańskie. Nasza wiara jest tęsknotą za Bogiem…

---------------------------------------------------------------------

Modlić się to pozwolić Bogu, by On na nas patrzył
homilia - sobota po Środzie Popielcowej, 21 lutego 2015 r.
Iz 58, 9b-14 Ps 86, 1-6; Łk 5, 27-32

Bardzo piękne są obrazy, użyte przez proroka Izajasza, poprzez które Pan pozwala nam wyobrazić sobie, czym mogłoby stać się życie tych, którzy zawierzają się Jemu i którzy mają właściwą postawę względem bliźniego. „Jeśli podasz twój chleb zgłodniałemu i nakarmisz duszę przygnębioną, wówczas twe światło zabłyśnie w ciemnościach, a twoja ciemność stanie się południem”. A potem inny obraz: „Pan cię zawsze prowadzić będzie (…) Odmłodzi twoje kości tak, że będziesz jak zroszony ogród (…) i będą cię nazywać Naprawcą wyłomów, (…) wtedy znajdziesz twą rozkosz w Panu”. Jak widzicie, są to obrazy bardzo piękne: pełne koloru i światła. Przemawiają one nie tylko do umysłu, ale również do serca słuchacza. Pozwalają wyobrazić sobie, co Pan „przechowuje” dla każdego z nas, co przygotował jako generalną „zapłatę” dla ciała, umysłu i zmysłów, dla całego człowieka. Widzicie jak słowo Boże już w Pierwszym Testamencie posiada szeroką, bogatą, kompletną koncepcję antropologiczną. Ale przejdźmy do fragmentu Ewangelii.

Ewangelia dzisiejsza opowiada o powołaniu Lewiego. Wydaje się, że wszystko zaczyna się od jednego spojrzenia: „Jezus zobaczył celnika, imieniem Lewi”. Ten werset jest bardzo „dziwny”. Co więcej, dwa pierwsze wersety dzisiejszej Ewangelii ukazują, jak radykalnie zmienia się los człowieka: „Potem wyszedł i zobaczył celnika, imieniem Lewi, siedzącego w komorze celnej. Rzekł do niego: Pójdź za Mną. On zostawił wszystko, wstał i chodził za Nim” (Łk 5, 27-28). Lewi, który był poborcą podatków, stał się uczniem Jezusa. A wszystko zaczęło się, jak mówiliśmy, od jednego spojrzenia. Jezus wypowiada tylko jedno słowo: „Pójdź za Mną”. Nic więcej nie wyjaśnia. Wiemy, że Jezus nie umiał być animatorem powołaniowym (?!), ale faktycznie był bardzo skuteczny! Wystarczyło jedno spojrzenie, wystarczyło jedno słowo, a Lewi „zostawił wszystko, wstał i chodził za Nim”. Co ma nam powiedzieć to wydarzenie? Widzicie, że wszystko opiera się o zmysły. Jezus nie wygłasza przemówienia skierowanego do umysłu. Nie wyjaśnia Lewiemu, że życie, jakie ten prowadził, nie było piękne. Nie przekonuje go też, że ma mu do dania coś lepszego. Patrzy na niego!

Jezus ogarnia Lewiego swoim spojrzeniem! W tym spojrzeniu odkrywamy coś, co jest istotne w naszej relacji z Bogiem. Tu widzimy, jak możemy przeżywać relację z Bogiem na modlitwie. Czym jest modlitwa? Modlić się to pozwolić Bogu, by na nas patrzył. Powiedzcie, co my robimy, kiedy odprawiamy adorację? Odmawiamy modlitwy, mnożymy prośby o wstawiennictwo, mamy wiele myśli, zastanawiamy się, medytujemy, kontemplujemy,… Oczywiście możemy robić te wszystkie chwalebne rzeczy, ale nigdy nie zapominajmy o rzeczy najważniejszej. Co jest rzeczą najważniejszą w modlitwie? Najważniejszą rzeczą na modlitwie jest to, że Bóg chce być z nami, że Bóg pragnie być z tobą! Musimy więc powiedzieć, że w czasie modlitwy to Bóg nas kontempluje! Co się dzieje kiedy wchodzimy w modlitwę? Kiedy wchodzimy w modlitwę po prostu tak troszeczkę wychodzimy naprzeciw temu pragnieniu Boga, który chce być z nami; wówczas przyjmujemy tak troszeczkę to pragnienie Boga, który chce być z nami. A to pragnienie później przejawia się w modlitwie, właśnie poprzez spojrzenie Boga na nas.

Kiedy więc się modlisz, bardzo cię proszę, nie rób wielu rzeczy! Udając się na modlitwę po prostu pozwól, aby Bóg na ciebie patrzył. Pozwól, by Bóg na ciebie patrzył! Bo Bóg jest jak słońce, które otacza cię swoim ciepłem i swoim światłem. Będąc na modlitwie, odkryj całe piękno modlitwy. Odkryj całe jej piękno w tej postawie, która wydaje się bierna. Odkryj słynne passivum theologicum, czyli stronę bierną teologiczną! Bo temu passivum theologicum odpowiada maksimum aktywności! Pozwalając Bogu na siebie patrzeć jesteśmy „bierni”, tymczasem jest to największa aktywność, na jaką w życiu możemy się zdobyć: pozwolić, by Bóg na nas patrzył, poczuć na sobie Jego spojrzenie i odczuć, że On patrząc na nas jest zadowolony. To jest największa aktywność: usłyszeć głos Ojca! Zamiast samemu mówić, usłyszeć Ojca mówiącego: „Ty jesteś moim dzieckiem! Ty jesteś wybrany! Ty jesteś umiłowana! Ty jesteś moją radością!”. Oto największa aktywność! Modlitwa jest tym doświadczeniem, w którym jesteśmy otoczeni przez spojrzenie odwiecznego Boga. I wtedy - wychodząc od tego spojrzenia Boga - może się zrodzić w nas decyzja, by zostawić wszystko i iść za Nim, jak Lewi. To właśnie powinno dokonywać się w nas każdego dnia w modlitwie. Kiedy ktoś pozwala, jak Lewi, aby Bóg skierował na niego swoje spojrzenie, wstaje później, zostawia wszystko i idzie za Nim. Każdego dnia powinniśmy w ten sposób odpowiadać na spojrzenie Pana.

Kiedy kontemplujemy dalej wydarzenie z dzisiejszej Ewangelii, widzimy Lewiego, który przygotował dla Jezusa ucztę. Musiał więc być niezwykle zadowolony. Skoro organizuje ucztę, to znaczy, że jest bardzo zadowolony z radykalnej przemiany swojego życia! Zaprasza swoich przyjaciół. Okazuje się, że biesiadnicy to wielki tłum celników, czyli kolegów Lewiego. Prawdopodobnie byli oni ludźmi o niezbyt wysokim poziomie moralnym, a to oburza faryzeuszów. Kim są faryzeusze i koledzy faryzeuszów, uczeni w piśmie? To ci, którzy znajdują sposób, by pokazywać innych palcem (jak powiedziałby prorok Izajasz). To ci, którzy narzekają. Uważają za naganne to, co robi Mistrz z Nazaretu. Kim są faryzeusze, w kontekście naszych rozważań? Faryzeusze to ci, którzy nigdy nie doświadczyli piękna w tym, by pozwolić Bogu, by na nich patrzył. Tacy jednak faryzeusze są ciągle jeszcze obecni pośród nas i co więcej, trzeba powiedzieć, że są obecni również wewnątrz nas samych. W każdym z nas żyje taki faryzeusz, którego tak trudno jest się definitywnie pozbyć. Wszyscy musimy uważać na postawę faryzeusza, który w większej lub mniejszej mierze ciągle żyje w nas i który ciągle unika spojrzenia Boga. Tym faryzeuszem jest ta część nas, która unika tego, by Bóg na nią patrzył; to ta część, która nie pozwala Bogu na siebie patrzeć.

Faryzeusze nie mogą zrozumieć Jezusa, który je i pije z celnikami i grzesznikami. Jezus dostrzega to wszystko i wypowiada to mocne zdanie: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, ale ci, którzy się źle mają”. Zdrowi to - ironicznie rzecz ujmując - faryzeusze. Zdrowi to ci, którzy nie potrzebują leczenia. Skoro faryzeuszem jest ta część w nas, która nie pozwala, aby ogarnęło nas spojrzenie Boga, to faryzeuszem będzie również ta część w nas, co do której my nie rozpoznajemy, że potrzebuje ona leczenia. Jest to więc również ta część w nas, która nie może zrozumieć gestu Jezusa, jakim jest zasiadanie do uczty z celnikami i grzesznikami. To jest ta część w nas, której nigdy nie bierzemy pod uwagę. To jest ta część, co do której nie zauważamy, że potrzebuje się ona nawracać. To jest ten kawałek nas, który wymyka się naszej uwadze. Oto dlaczego jest tak ważne, żeby przyjąć całą naszą ludzką rzeczywistość, nasze ciało, nasze zmysły, naszą wrażliwość… Oto dlaczego jest tak ważne, aby być uczciwymi i prawdziwymi wobec samych siebie i by rozpoznawać tę część siebie, która jeszcze nie jest zewangelizowana; by rozpoznawać tę część w nas, która jeszcze nie błaga o zbawienie; by rozpoznawać tę część nas, która nie uznaje, że potrzebuje lekarza.

Potem Jezus wypowiada zdanie, które jest jeszcze mocniejsze: „Nie przyszedłem wezwać do nawrócenia sprawiedliwych, lecz grzeszników”. To jest zdanie bardzo mocne, bo Jezus wydaje się poprzez nie komunikować, że nie przyszedł do wszystkich. Jest taka kategoria osób, do których - jak się wydaje - Jezus nie ma nic do powiedzenia, nic do dania. Co to za kategoria? Stanowią ją „sprawiedliwi”! Tym, którzy uważają się za sprawiedliwych, Jezus nie ma nic do powiedzenia i nic do dania. Oni są jakby na zewnątrz relacji z Nim. Oni są jakby poza Jego spojrzeniem. Roszczą sobie oni, być może, pretensję dotarcia do Boga samym swoim umysłem i duchem. Oto, dlaczego dziś mówiliśmy o tych wszystkich składnikach czy różnych perspektywach, poprzez które mamy odczytywać nasze człowieczeństwo. Bo jeśli człowiek uczy się odczytywać siebie, nie tylko w swoim umyśle i duchu, ale również w swoim kruchym przecież ciele, w swoich instynktach i potrzebach, w swojej wrażliwości, w swoich uczuciach,… - jeśli człowiek nauczy się tak siebie odczytywać -, to nie może nie poczuć, że jest grzesznikiem i nie może nie odkryć tego, że potrzebuje zbawienia. Jest nieuniknione, że odkryje swoją słabość i grzeszność oraz swoją potrzebę zbawienia. Inaczej mówiąc, kto uważa się za sprawiedliwego jest zdolny dostrzec tylko kawałeczek siebie. Widzi tylko tę część siebie, którą uważa za piękną i szlachetną, a resztę siebie ignoruje. Na tę zaś nieszlachetną resztę w sobie ani sam nie patrzy, ani nie pozwala na nią patrzeć Bogu. Grzesznik natomiast to ten, który nauczył się odczytywać siebie w całości, we wszystkich swoich składnikach. Uznaje swój grzech przed sobą samym i uznaje go również przed Bogiem. Daje się ogarnąć spojrzeniu Boga i dlatego doświadcza uzdrowienia przez Niego. Prośmy więc Pana, byśmy nigdy nie byli wśród tzw. sprawiedliwych!

---------------------------------------------------------------------

Ku przymierzu wewnątrz siebie i z Bogiem
homilia - I Niedziela Wielkiego Postu (rok B), 22 lutego 2015 r.
Rdz 9, 8-15; Ps 25, 4-9; 1 P 3, 18-22; Mk 1, 12-15

Znaczące i piękne jest to, że usłyszane przed chwilą opowiadanie o wydarzeniu kuszenia Jezusa z Ewangelii wg św. Marka w Liturgii Słowa tej niedzieli jest poprzedzone opowiadaniem z Księgi Rodzaju o sytuacji po potopie, kiedy Pan Bóg decyduje się, że nie będzie już - jeśli możemy się tak wyrazić - żałował, że stworzył człowieka (por. Rdz 6, 5-6). Jako znak tej woli umieszcza znak, jakim jest łuk na niebiosach: łuk, który - można powiedzieć - łączy niebo i ziemię. Jest to znak przymierza z człowiekiem, co do którego Bóg chce ażeby było ono definitywne. To przymierze - zgodnie z tym, o czym mówiliśmy w tych dniach - możemy odczytać na dwóch płaszczyznach. W pierwszej płaszczyźnie jest to przymierze wewnętrzne, przymierze w naszym wnętrzu, przymierze między różnymi częściami, z których jest zbudowane nasze człowieczeństwo, przymierze między różnymi częściami nas, będących osobami, osobami żyjącymi (ciało, ciało jako mięso, mózg, dusza, duch, … itd. - wszystko). Jest to pierwsze przymierze, przymierze fundamentalne. Bo jasne jest, że transcendentne przymierze z Bogiem nie może przynieść wielkich wyników/owoców, jeśli wcześniej albo równocześnie nie powoduje tego przymierza wewnętrznego w człowieku. Zanim więc pomyślimy o przymierzu zewnętrznym - między nami a innymi, między nami a Bogiem - trzeba zadać sobie pytanie, jak jesteśmy sprzymierzeni wewnątrz siebie; najpierw trzeba zadać sobie pytanie, czy jesteśmy zjednoczeni wewnętrznie. Bo jeśli ciągle żyjemy podzieleni, jeśli nasze ciało ciągle jeszcze kłóci się z naszym duchem, jest jasne, że nie będziemy w stanie żyć i cieszyć się przymierzem międzyosobowym z innymi czy również z Bogiem. Słysząc o przymierzu, zwykle zaraz myślimy o relacji zewnętrznej. Nie zauważamy natomiast, że często ta relacja zewnętrzna, relacja międzyosobowa z innymi i z Bogiem, jest słaba albo nawet konfliktowa czy wroga właśnie z tego powodu, że nie jesteśmy dostatecznie sprzymierzeni w swoim wnętrzu, że nie jesteśmy zjednoczeni wewnętrznie. Pięknie jest usłyszeć dziś pierwszym czytaniu te wyrażenia: „zawieram z wami przymierze tak, iż nigdy już nie zostanie zgładzona żadna istota żywa wodami potopu…”, i niżej: „wspomnę na moje przymierze, które zawarłem z wami i z wszelką istotą żywą, która żyje w ciele”. Powracają w nich te terminy. Wychodząc od przymierza zawartego między Bogiem a człowiekiem powinny one wskazywać również coś przez co ja w swoim wnętrzu jestem w pokoju. Na innym poziomie - tym bardziej oczywistym, czyli na poziomie przymierza z Bogiem - wskazują one na wielką pewność, że Bóg zawsze będzie ze mną. Bóg nie może mnie porzucić, bo jest wierny. Bóg nie zostawia mnie w złym, a przede wszystkim jest ze mną w chwilach pokusy. Chwila pokusy jest też chwilą, w której celebrujemy w najwyższym stopniu obecność Boga, bo Bóg nie chce, abyśmy ulegali pokusie złego ducha.

Z tą pewnością w umyśle i sercu możemy odczytać epizod kuszenia Jezusa. Wyjdźmy od tego, co wydaje się nam niesłychanie dziwne, a mianowicie od „odkrycia”, że Jezus był kuszony. Skoro był kuszony, to oznacza, że miał przed sobą wolność wejścia na obie drogi, które w tym momencie przed Nim się otwierały. Pomyślmy, jak wielkim jest misterium to, że Bóg się wcielił, czyli wszedł w nasze ciało i doświadczył całej dwuznaczności naszej ludzkiej natury. Doświadczył jej aż do głębi, tzn. aż do tego stopnia, że był kuszony. Jeśli w tym wydarzeniu jest coś - by tak powiedzieć - „fikcyjnego”, mniej prawdziwego, to jest to myślenie, że Jezus był kuszony tylko przez te czterdzieści dni. Jezus z pewnością nie był kuszony tylko w tych okolicznościach. On był kuszony zawsze, a może największe kuszenie przecierpiał na krzyżu. Mówimy o czterdziestu dniach Jezusa na pustyni, a liczba czterdzieści to liczba wskazująca na całe pokolenie, czterdzieści lat Izraela na pustyni oznaczało całe życie. Powiedzieć więc, że Jezus był kuszony czterdzieści dni to tak jak powiedzieć, że był kuszony przez całe życie. To zaś nie może nas nie zaskakiwać! To nie może nas nie wprawiać w osłupienie! To ostatecznie wprowadza w nasze serce odczucie zaskoczenia adoracyjnego [zaskoczenia, które prowadzi do adoracji] wobec tajemnicy Wcielenia. Jezus (także On) chciał poznać, co to jest kuszenie. Chciał poznać „dzikie zwierzęta”, które żyją w sercu każdego stworzenia. Św. Marek pisze o dzikich zwierzętach. Te zaś są nie tyle zwierzętami żyjącymi na zewnątrz, ale [przypominają nam też o] czymś, co mieszka w naszym wnętrzu. Także Jezus jako człowiek chciał poznać tę dramatyczną rzeczywistość i możliwość, jaką ma człowiek, by stać się „dzikim”; „dzikim” to znaczy odczłowieczonym, dalekim od Boga, dalekim od siebie, to znaczy używającym przemocy wobec własnego człowieczeństwa.

W Ewangelii, której fragment odczytaliśmy, św. Marek nie wyszczególnia pokus [których doświadczył Jezus]. Także poprzez to otrzymujemy ważne pouczenie, bo w gruncie rzeczy nie ma wielu pokus. Pokusa w naszym życiu jest jedna jedyna! Jest to pokusa z początków, kiedy szatan kusił naszych prarodziców: jest to pokusa, by nie ufać Bogu. To jest jedyna pokusa! Wszystkie pokusy, jakich możemy doświadczać, można sprowadzić do tej właśnie jednej, która jest jakby „pokusą matką”. Wszystkie pokusy można sprowadzić do pokusy, by nie wierzyć Bogu, by nie ufać Jego słowu, by nie ufać Jego miłości, by nie ufać Jego przymierzu. A diabeł, jak to robi? Robi to uderzając w przymierze w naszym wnętrzu i zrywając je. Kiedy pojawia się ta pokusa, która poddaje dyskusji Boga w naszym życiu, wówczas przede wszystkim dzieli nas wewnętrznie. Pomyślmy, że u początku procesu kulturowego, o którym mówiliśmy w tych dniach, a także tego poranka - że u początku procesu, w którym ciało było coraz bardziej oddalane od ducha - jest zły duch. Pomyślmy, że to nie jest tylko proces kulturowy, ale że to właśnie diabeł ma cały zysk z tego oddzielenia. Diabeł to jest „duchowy ekspert” w zrywaniu wewnętrznego przymierza w nas. Kusi najpierw dzieląc nas wewnętrznie, żeby później oddzielić nas od Boga. Oto, dlaczego dzisiaj, po tych dniach kursu, po wysłuchaniu tego słowa, chcemy na nowo wyrazić naszą wiarę w przymierze, jakie Bóg zawarł z człowiekiem. Chcemy zaangażować się w przeżywanie przymierza z Bogiem, przede wszystkim przywracając na nowo przymierze w naszym wnętrzu, żyjąc w pokoju w naszym człowieczeństwie, aby zrealizowało się ono zgodnie z planem Bożym.

---------------------------------------------------------------------

---------------------------------------------------------------------
w tekstach spisanych z nagrania na żywo,
 zachowano styl języka mówionego (red.);
homilie tłumaczyła na żywo: D.Piekarz
---------------------------------------------------------------------

---------------------------------------------------------------------

Zachęcamy do skorzystania z nagrań i publikacji:

  

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl