O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Rekolekcje Lectio Divina 24 lutego - 3 marca 2016 ...


Rekolekcje Lectio Divina
24 lutego - 3 marca 2016
etapy: I-IV

 

W dniach 24 lutego - 3 marca 2016 r. przeżywaliśmy rekolekcje lectio divina. W rekolekcjach wzięło udział 77 osób, którym towarzyszyło ośmioro kierowników duchowych. W posługę towarzyszenia byli zaangażowani duszpasterze CFD, kapłan zakonny (salwatorianin) oraz dwie siostry zakonne (adoratorka Krwi Chrystusa i urszulanka UR). Uczestnicy modlili się słowem Bożym z czterech Ewangelii (etapy I, II, III i -IV).

---------------------------------------------------------------------

Dziękujemy za modlitwę w intencji
uczestników i prowadzących
oraz kierowników duchowych !

 T E K S T Y   H O M I L I I
wygłoszonych w czasie rekolekcji

- CZĘŚĆ PIERWSZA -

część druga - homilie
28 II, 1-2-3 III 2016
>>>.

---------------------------------------------------------------------

Wzięci na miejsce osobne, by odkrywać to, co nam „osobne”
homilia - środa 2. tygodnia Wielkiego Postu, 24 lutego 2016 r.
Jr 18, 18-20; Ps 31, 5-6.14-16; Mt 20, 17-28

Rozpoczynamy rekolekcje i słyszymy o Jezusie, który wziął Dwunastu „osobno” (gr. „kat idian” - „na osobności”). Jezus sam wielokrotnie odchodził „na miejsce osobne”, by z pewnego dystansu przemyśleć to, co się wydarzyło, jak po otrzymaniu wiadomości o śmierci Jana Chrzciciela, ale przede wszystkim, by się modlić (Mt 14, 13.23). Wyszedł na miejsce osobne i tam przemienił się wobec swoich uczniów (Mt 17, 1). „Na osobności”, by nie wzbudzać sensacji, Jezus uzdrowił głuchoniemego (Mk 7, 33). Na miejscu osobnym wyjaśniał uczniom przypowieści (Mk 4, 34). Na osobności też uczniowie mogli Jezusowi zadać trudne dla nich pytania, np., dlaczego nie mogli uwolnić opętanego chłopca od złego ducha (Mt 17, 19). Na osobności pytali Jezusa o Jego powtórne przyjście i znaki, które temu będą towarzyszyć (Mt 14, 3). Miejsce osobne, gwarantujące intymność, to miejsce, gdzie możemy w rozmowie w Jezusem podjąć ważne sprawy.

Ale dziś z pewnym zaskoczeniem odkryłem, że przymiotnik grecki „osobny, osobna, osobne” (gr. „idios”) może również oznaczać „własny, swoisty, odrębny, odnoszący się do siebie, osobisty”. I tak, Kafarnaum jest miastem „własnym/osobnym” Jezusa (Mt 9, 1). Opis narodzenia Jezusa rozpoczyna się od stwierdzenia, że każdy szedł się zapisać do „własnego” miasta (Łk 2, 3). W przypowieści o talentach słyszymy, że gospodarz przywołał „własne” sługi i dał im talenty według ich „własnych” zdolności (Mt 25, 14.15). W przypowieści o zaproszonych na ucztę, jedna z grup zaproszonych poszła na „własne” pole (Mt 22, 5). Można nie dostrzegać belki we „własnym” oku (Łk 6, 41). Drzewo rozpoznaje się z „własnego” jego owocu (Łk 6, 44). Samarytanin z przypowieści włożył poranionego człowieka na „własne” zwierzę (Łk 10, 34). Prorok nie doznaje czci we „własnej” ojczyźnie (J 4, 44), a Słowo Wcielone „przyszło swojej własności i swoi [ta własność] Go nie przyjęli” (J 1, 41). A dobry pasterz woła „własne” owce po imieniu (J 10, 3.4.12.).

Po co Jezus wychodzi na miejsce osobne? I w jakim celu zaprosił nas na miejsce osobne, na rekolekcje? Właśnie po to, byśmy odkrywali to, co jest nasze, własne, co swoiste, odrębne, co w nas niepowtarzalne. Byśmy to odkrywali nie tylko powierzchownie, ale głębiej. Rekolekcje to okazja do rozmowy z Jezusem, czyli słuchania i odpowiadania. Taka rozmowa może nam pomóc zobaczyć, kim jesteśmy: przez słowa, które Jezus wypowie do nas i dzięki temu, co my powiemy Jezusowi (potrzebujemy usłyszeć siebie, by odkrywać siebie; czasem dopiero słysząc siebie, zdajemy sobie sprawę z tego, kim jesteśmy). Rekolekcje to czas, by uświadomić sobie, skąd jestem (moje miasto, moja ojczyzna, moja wspólnota). To okazja, by z Bożą pomocą zobaczyć talenty, które Bóg mi dał, i własne zdolności, bo Bóg dał mi je według moich zdolności. To okazja, by zobaczyć „własne” oko, czyli swój sposób patrzenia i „własne” ucho, swój sposób słuchania i myślenia; by przyjrzeć się „swoistym” owocom „własnego” życia; by zobaczyć te elementy naszej własności, które nas koncentrują tak bardzo, że nie potrafimy pójść za tym, do czego Bóg nas zaprasza. Miejsce osobne może stać się przestrzenią konfrontacji z prawdą, że jesteśmy własnością Boga: czy przyjmujemy Boga, który ze swoim słowem przychodzi do nas, swojej własności? Mogą być okazją dojrzewania, by znów wyznać: „Boże, Twoją jesteśmy własnością i do Ciebie należeć chcemy!”.

Dziś Jezus bierze Dwunastu i nas na miejsce osobne, by nam powiedzieć, że będzie cierpieć, że zostanie wyszydzony, ubiczowany, ukrzyżowany, a trzeciego dnia zmartwychwstanie. On dzieli się z nami swoją własną drogą. Objawia nam siebie, jako pijącego kielich cierpienia i ufającego bezgranicznie Ojcu. Objawia siebie jako Tego, który przyszedł, by służyć i dać życie na okup za wielu. Jezus niejako uchyla zasłony, byśmy zobaczyli Jego Serce. Równocześnie jesteśmy świadkami tego, jak w spotkaniu z Jezusem otwierają się serca ludzi; najpierw matki synów Zebedeusza i ich samych, a później pozostałych uczniów. Na tym polegają rekolekcje: Duch Święty otwiera przed nami Serce Boga i otwiera nasze serca przed Bogiem!

Matka Jana i Jakuba „o coś Go prosiła”, a Jezus zapytał ją: „czego pragniesz? czego chcesz?”. Jezus pomaga nam wydobyć na światło dzienne prośby, z którymi do Niego przychodzimy. A potem pomaga nam zgłębiać to, o co prosimy, również po to, by ukazać nam drogę realizacji najgłębszych naszych pragnień oczyszczając je z jakichś światowych naleciałości. Zdaje się mówić do uczniów: „Pójdźcie za Mną”, ale nie tylko w tym, że będziecie pili kielich, który Ja mam pić, ale również w postawie pełnej ufności względem Ojca niebieskiego. „Serce Syna szuka tylko tego, co podoba się Ojcu” (KKK 2740) i do takiej postawy formuje dwóch synów Zebedeusza. Wyobrażam sobie, że dziś Maryja, nasza Matka, przychodzi do Jezusa razem z nami i o coś Jezusa prosi, a w zasadzie dzieli się obserwacją: „Nie mają już wina”, a potem podchodzi i szepce do ucha każdemu i każdej z nas z osobna: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” (J 2, 3.5). Dajcie się poprowadzić słowu Jezusa! Zaufajcie, jak ja zaufałam! Zaufajcie Ojcu, jak mój Syn Mu zaufał!

Piotr Szyrszeń SDS

---------------------------------------------------------------------

Czytaj słowo Boże, abyś umiał kochać Łazarzy zza ściany!
homilia - czwartek 2. tygodnia Wielkiego Postu, 25 lutego 2016 r.
Jr 17, 5-10; Ps 1,1-4.6; Łk 16, 19-31

Jesteśmy uczniami Pana i chcemy nimi być coraz bardziej. Niektórzy spośród nas składali nawet ślub ubóstwa, a pomimo to musimy czuwać, by naszego serca nie dopadła postawa bogacza z dzisiejszej Ewangelii, postawa antyludzka. I nie chodzi mi tym razem o ludzi biednych, którzy pukają do drzwi naszych klasztornych furt czy naszych mieszkań albo nawet czasem dość brutalnie zaczepiają nas na ulicy prosząc o wsparcie. Jest jeszcze w nas tyle ewangelicznej przyzwoitości, że zwykle proszący nie odchodzą z pustymi rękami i otrzymują nie tylko resztki z naszych kapłańskich, zakonnych czy rodzinnych stołów, bo staramy się na miarę naszych możliwości być nawet hojni, choć nie zawsze może nam to wychodzi. Dziś natomiast chodzi mi o Łazarzy, których mamy obok siebie, od których dzieli nas ściana pokoju, korytarz czy sąsiedzki płot; o cierpiących Łazarzy, którzy fizycznie są blisko nas, ale w przestrzeni ducha oddzielają nas od nich lata świetlne lub lata ludzkiej obojętności. Upadł mur berliński z wielkim hukiem, ale mury, które nieraz budujemy między sobą mają się dobrze i może wciąż czekają na moment, kiedy i one upadną.

Nasi Łazarze mają pragnienia i wcale nie chodzi im o resztki. Oni pragną porządnej porcji naszego zainteresowania, porządnej porcji naszej troski, porządnej porcji naszej obecności. Nasi Łazarze proszą o porządną porcję naszej rodzinnej, zakonnej czy kapłańskiej miłości. Nasi Łazarze na swoim ciele noszą rany zadane naszą obojętnością, ciągłym brakiem czasu i pośpiechem oraz tym, że ciągle ich sprawy odkładamy na później, bo przecież oni leżą, to niech sobie poleżą i jeszcze poczekają. Ran naszych Łazarzy nie tylko nie liżą psy, ale często rozdrapują je drapieżne wilki, jak alkohol czy inne zniewolenia, jak poszukiwanie innych relacji, na zewnątrz domu, które w końcu okazują się toksyczne, albo jak zamknięcie się w sobie.

Imię „Łazarz” oznacza „Bóg pomógł, Bóg pomaga”. I tu nie chodzi o Pana Boga „teoretycznego” z pięknych teologicznych książek, ale chodzi o Pana Boga, który ma nasze ręce i nasze nogi, ma nasze oczy i uszy, który ma nasze serca. Nasi Łazarze liczą na to, że prędzej czy później, by tak powiedzieć, „wynajmiemy” Panu Bogu nasze ludzkie zdolności, aby On posługując się nimi mógł tym Łazarzom przyjść ze skuteczną pomocą. Zarówno oni, Łazarze, jak i Pan Bóg, liczą na to, że tak właśnie będzie się działo. Póki więc nasze ręce i nogi, oczy i uszy, są zdrowe i sprawne, warto z nich korzystać i dzielić się sobą z Łazarzami.

Z dzisiejszej Ewangelii dowiadujemy się, co dzieje się wtedy kiedy człowiek przestaje słuchać Mojżesza i Proroków, czyli wtedy kiedy zamyka się na żywe słowo Pana Boga (możemy jeszcze dodać, że dowiadujmy się, co to znaczy, że całkowicie się zamyka i nie słucha słowa Bożego albo słucha byle jak; tak też się zdarza, że człowiek niby słucha, ale nie słyszy, bo słowo nie dociera do jego serca). W pierwszym czytaniu słyszeliśmy, że taki człowiek zaczyna swoją nadzieję pokładać w człowieku, swą siłę upatruje w ciele i prędzej czy później odwraca od Pana swe serce. To człowiek, który zaczyna słuchać samego siebie. A ponieważ potrzebuje relacji, a przed Panem zamknął swoje serce, musi sobie znaleźć jakiegoś bożka. W dzisiejszej Ewangelii słyszymy, że takim bożkiem dla bogacza jest bogactwo, dla nas bożki są różne.

Słyszymy wreszcie, że bogacz „dzień w dzień świetnie się bawił” („dzień w dzień ucztował wystawnie”). Bawił się, bo coś musi zagłuszać wołanie tych, którzy leżą może nie u bram naszych pałaców, ale u drzwi naszego życia i proszą o naszą pomoc. Tak kończy się albo do takiego dramatu dociera życie człowieka, który przestaje słuchać Mojżesza i Proroków. Nie wystarczy bowiem wziąć z półki zakurzoną Biblię, usunąć z niej kurz, a potem odłożyć ją z powrotem na wcześniejsze miejsce. Biblię trzeba codziennie otwierać. Trzeba Biblię systematycznie czytać i systematycznie modlić się zapisanym tam słowem Bożym. Trzeba systematycznie prowadzić dialog z Panem. Nie wystarczy „gorąca linia” między Moskwą i Waszyngtonem. Koniecznie potrzebna jest „gorąca linia” między moim sercem i Sercem Bożym. Tę „gorącą linię” zapewnia słowo Boże. To za mało, że umiesz czytać! Czytaj słowo Boże i módl się, abyś umiał kochać!

Ryszard Stankiewicz SDS

---------------------------------------------------------------------

Bóg zna twoje serce! Odwołuje się do dobra w nim ukrytego
homilia - piątek 2. tygodnia Wielkiego Postu, 26 lutego 2016 r.
Rdz 37, 3-4.12-13a.17b-28; Ps 105, 16-21; Mt 21, 33-43.45-46

Pewnego księdza młodzi dorośli zapytali, co należy uczynić, aby Msza św. była bardziej interesująca. „Nic” - odpowiedział ów ksiądz i kontynuował, że przyzwyczailiśmy się do dużego tempa życia i ciągłej aktywności. Po jednym działaniu szukamy kolejnego. Towarzyszą nam pytania o to, jak inaczej, lepiej i mocniej przeżywać. Podobnie jest z liturgią. Są chwile, kiedy stwierdzamy: „wierzę, jestem, i co dalej?”. Szczególnie ludzie młodzi szukają wówczas czegoś nowego. Może to owocować poszukiwaniem miejsc, gdzie liturgia sprawowana jest „żywiej”, a słowo Boże tłumaczone „lepiej”. Ale czy o to i tylko o to chodzi? Czy kluczem jest znalezienie nowej aktywności? Nie. W takiej sytuacji należy bowiem zrobić przysłowiowe „nic”. W tym „nic” chodzi o pewną przemianę, która przesunie akcent z naszego przeżywania na spotkanie. Ostatecznie, Msza św. sprowadza się do Słowa Bożego oraz do Chleba i Wina. Trzeba przejść od myślenia, że oto dialoguję z księdzem oraz że uczestniczę we Mszy św. do odkrywania, że moim rozmówcą jest Bóg, a Eucharystia odsłania nam tajemnicę Jezusa Chrystusa. Przysłowiowe „nic” jest zatem przyniesieniem darów chleba i wina, i uświadomienie sobie, że potem my sami nie mamy wpływu na to, co się z nimi dzieje.

Tym, który dokonuje wszystkiego, jest Bóg - Ojciec w Synu, Jezusie Chrystusie, mocą Ducha Świętego -odsłaniający dla mnie wciąż na nowo tajemnicę swojego Serca. To przysłowiowe „nic” jest czytaniem i słuchaniem liturgii słowa nie mając wpływu na to, jaki one wydają plon. Tym, na co mamy wpływ, jest otwartość. Dzisiejsza Ewangelia zaczyna się od prostego stwierdzenia: „Posłuchajcie innej przypowieści”. Prostota wypowiedzi Jezusa może czasem sprawić, że my skupiamy się na czymś, co dla nas jest bardzo oczywiste, a równocześnie umyka nam zasadnicza treść przesłania Jezusa. Możemy skupić się na jakimś drugorzędnym elemencie, podczas gdy w danym momencie naszego życia inny jest o wiele ważniejszy.

Dlaczego tak się dzieje? Jedną z przeszkód w modlitwie słowem Bożym jest… jego znajomość; dodajmy, że chodzi o pozorną jego znajomość. Czasem gdy się przedstawiam mówię: „ks. Rafał Ziajka, salwatorianin”, słyszę odpowiedź: „znam, znam”, ale gdy dodaję: „salwatorianin, nie salezjanin”, bywa, że słyszę: „A to nie znam, nie znam!”. Nasza pozorna znajomość Pisma Świętego wynika czasem z osłuchania. Wydaje się nam i to nam wystarcza. Zresztą, na co dzień nie lubimy po raz kolejny wysłuchiwać tych samych historii czy przykładów. Skąd się bierze pozorna znajomość spraw? Z pozornego zainteresowania. Chodzimy ścieżkami na skróty. Skoro wiemy, że Bogu chodzi o nasze uczciwe życie, wnioski wydają się oczywiste. Po co więc zaprzątać sobie głowę wymyślaniem koła! Zadowalamy się tym, że ksiądz komentując Ewangelię to, co oczywiste, te oczywiste wnioski, przedstawi w jakiś interesujący i nowatorski sposób.

Inną trudnością w kontakcie ze słowem Bożym jest przyznanie się do tego, że go nie rozumiem. Taki wstyd! Tyle lat…, a ja nadal go nie rozumiem! I po co o tym mówić głośno! Jeszcze Pan Bóg usłyszy i będzie źle! Dlatego warto bardzo poważnie potraktować Jezusowe słowa: „Posłuchajcie innej przypowieści”. „Innej” - to znaczy również kolejnej, następnej. Bóg robi wszystko, aby dotrzeć do serca słuchających. „Innej”, bo Bóg za każdym razem na nowo pragnie dotrzeć do naszych umysłów i serc. I Bóg nigdy się nie nuży!

Dzisiejsze podręczniki uczą, że aby dotrzeć do kogoś trzeba trafić do jego wyobraźni. To mądrość znana od wieków. Również Jezus wykorzystuje obrazy - przypowieści, aby do nas dotrzeć. Ale Jezusowi chodzi o coś więcej niż o wyobraźnię. Przypowieści powodują, że w słuchaczach coś się burzy. I dobrze. Dobrze, że burzy się w nas przekonanie o tym, że wiemy, co usłyszymy. Dobrze, że zachwieje się nasze przekonanie, że wiemy, co Bóg od nas chce; że zburzy się nasze przekonanie, że nie potrzebujemy słuchać puenty. Dobrze, że i nasze serce zacznie się burzyć, a i w umyśle naszym coś się wzburzy. Jezus burzy dzisiaj w słuchaczach przekonanie o ich poprawności, przekonanie o tym, że już wiedzą, jaka jest wola Boża. Jednocześnie ich prowokuje. Nie rozdrażnia, lecz prowokuje do zmierzenia się z pytaniem, kim Jezus jest albo kim nie jest?

Kiedy stawałem wobec słów dzisiejszej przypowieści postawiłem sobie pytanie, dość nietypowe, ale które bardzo mi pomogło. To pytanie, czy jest w tej przypowieści coś „bajkowego”, ale „bajkowego” w znaczeniu „nie przystającego do realiów dzisiejszego świata”. To pytanie wzięło się z pewnego doświadczenia. Kiedyś przytoczywszy pewną poruszającą historię poprosiłem słuchaczy o wydobycie jej przesłania, puenty. Szybko znalazł się ktoś, kto udzielił właściwej odpowiedzi, ale po spotkaniu ktoś inny zadał mu pytanie: „skąd wiedziałeś, jakie było to przesłanie?”. Odpowiedź zaskoczyła nawet mnie: „już kiedyś słyszałem ten kawał”. Zaskoczyło mnie słowo „kawał”. Ja opowiadałem historię, a ktoś potraktował ją jak „kawał”. Odpowiedź: „już kiedyś słyszałem ten kawał” zabrzmiała jak: „to zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe”. Takie podejście może nam przeszkadzać w głębszym spotkaniu ze słowem Bożym. Może się bowiem zdarzyć, że historię ewangeliczną potraktujemy jak jedynie piękne i poruszające opowiadanie.

Zadając sobie pytanie, czy jest w tej przypowieści coś „bajkowego”, odkryłem, że nie przystaje ona do realiów dzisiejszego świata. Dzisiejszy właściciel po wysłaniu pierwszych sług i kolejnych, następnie posłałby firmę windykacyjną, a ostatecznie sprowadziłby wojsko. Czy zaryzykowałby posłanie swojego syna? Myślę, że nie! Dlaczego? Bo zna - bo wydaje mu się, że zna - ludzkie serca. Dlaczego zatem Jezus opowiada o gospodarzu, który posyła własnego syna do rolników? Bo Bóg naprawdę zna ludzkie serca. Syna może posłać do rolników tylko ktoś, kto dogłębnie zna serca tych rolników i wie, że w ich sercach jest dobro, do którego można się odwołać. Gospodarz myśli: „uszanują mojego syna”, czyli jest przekonany, że rolnicy nie są dogłębnie źli. On wciąż ufa w dobroć głębi ich serca, dlatego mówi: „uszanują mojego syna”.

To nie wszystko, co można wydobyć z tej przypowieści. Zwróćmy uwagę, że słuchający Jezusa, uczeni w Piśmie i faryzeusze, łatwo zgadzali się z Nim do momentu, gdy myśleli, że jest to tylko historyjka. Mało tego, sami powiedzieli, jaka kara powinna spotkać owych niewdzięcznych rolników. Ale Jezus opowiadając przypowieść idzie dalej i jasno pokazuje, że synem, o którym mowa w przypowieści, jest On sam. A dla słuchających było oczywiste, że winnicą jest naród wybrany, że robotnikami są Izraelici, że posyłanymi przez gospodarza sługami są prorocy, a Tym, który winnicę założył, jest sam Bóg. W Piśmie Świętym winnica pojawia się wielokrotnie jako obraz narodu wybranego. Przypomnijmy choćby obraz z księgi proroka Izajasza o winnicy założonej na żyznym pagórku, okopanej, oczyszczonej z kamieni, z zasadzoną w niej szlachetną winoroślą, zbudowaną w środku wieżą, a także tłocznią. Przypomnijmy, że gospodarz owej winnicy spodziewał się, że wyda ona winogrona, tymczasem wydała cierpkie jagody (por. Iz 5, 1-2).

Słuchający przypowieści doskonale wiedzieli, do czego obraz winnicy się odnosi. Nie mogli jednak albo nie chcieli uwierzyć, że Jezus jest „synem właściciela winnicy”, że On jest Tym, który próbuje w ich sercach obudzić wiarę w nieustannie działającego Boga; że to On właśnie jest posłanym przez Boga Mesjaszem. Chciejmy - słuchając dziś po raz kolejny tej przypowieści, która prowadzi nas nie tylko w dniach rekolekcji, ale przede wszystkim przygotowuje nas do przeżywania tajemnicy Wielkiego Tygodnia i Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa - powiedzieć sobie, że trudno jest uwierzyć w Bóstwo Jezusa Chrystusa. Wszystko w Ewangelii i w Eucharystii sprowadza się do tej tajemnicy, że Jezus nie jest jedynie Mędrcem, nie jest jedynie Nauczycielem, nie jest jedynie Tym, który próbuje nas ciągle do czegoś przekonywać, ale że Jezus jest Bogiem, a my z ołtarza Eucharystii bierzemy już nie chleb i wino, ale Jego Ciało i Krew, czyli Boga.

Puentując nasze rozważań chcę nawiązać do tego, co poruszyło mnie w pierwszym czytaniu, gdzie jeden z dwunastu braci, Józef, zostaje uwięziony i wrzucony do studni. Studnia kojarzy nam się z miejscem, w którym jest woda, w którym jest życie. Studnia, do której został wrzucony Józef, była wyschnięta, bez życia. Ale czy na pewno? Być może komuś z nas towarzyszy przekonanie, że jego życie jest jak sucha studnia, w której nie ma życia; przynajmniej do momentu, aż uzmysłowi sobie, że on jest życiem, które do tej studni zostało wrzucone, a które Bóg prosi, aby on je nadal pielęgnował. Być może komuś z nas w różnych momentach życia wydawało się jakby został sprzedany w niewolę; podobnie jak Józef, sprzedany w niewolę, który jednak w ten sposób zapowiadał przyjście cierpiącego Wybawiciela. Józef Egipski został kupiony przez ludzi majętnych, wiozących cenne przedmioty, którzy nie wiedzieli, że kupili „coś” bardzo wartościowego, że kupili kogoś, kto w przyszłości ocali cały naród i nie tylko naród egipski od głodu. Kupili kogoś, kto swoim życiem i cierpieniem zapowie nadejście Mesjasza, który prawdziwie wybawi lud swój. Cierpienie i ból, i śmierć, same w sobie nigdy nie są dobre. Możemy jednak odkrywać, jak mimo tych trudnych doświadczeń nadal kochać Boga i ludzi. Możemy bowiem i my stawać się jak Józef Egipski, przez naszą wytrwałość i wierność Bogu, wybawieniem dla naszych braci. A przede wszystkim możemy odkrywać to, że w ten sposób również nasze życie staje się dla innych zapowiedzią Jezusa Chrystusa, Zbawiciela.

Rafał Ziajka SDS

---------------------------------------------------------------------

Od urodzenia „pęknięci” i tęskniący za ramionami Ojca
homilia - sobota 2. tygodnia Wielkiego Postu, 27 lutego 2016 r.
Mi 7, 14-15.18-20; Ps 103, 1b-4.9-12; Łk 15, 1-3.11-32

Kościół, który od ponad dwudziestu wieków czyta ten święty tekst, mówi, że jesteśmy w samym sercu Ewangelii; że ten tekst to „Ewangelia Ewangelii” i gdyby wszystkie inne stronice Biblii pogubiły się, a zachowała się ta jedna z 15. rozdziału św. Łukasza, znalibyśmy serce Dobrej Nowiny, serce przesłania, z którym przyszedł do nas Jezus. Co jest sercem Ewangelii? Co - a raczej trzeba zapytać: kto - jest sercem Ewangelii? Ojciec! Jeśli pod tym kątem zaczniemy czytać stronice wszystkich czterech Ewangelii, szybko zauważymy, że Jezus przynosi nam Dobrą Nowinę, to znaczy przychodzi, by mówić nam o Ojcu. I tylko to! Tylko to jedno! Dla Jezusa to jest najważniejsze: mówić o Ojcu i spotkać nas z Ojcem! Z Ojcem, w którego łonie On przebywał. Z Ojcem, z którym dzielił więzi i relacje dla nas i dla naszego umysłu niepojęte. Z Ojcem, z którym chce nas nie tylko chwilowo spotkać, ale chce byśmy razem z Nim zamieszkali w Ojcu.

Kim jest Ojciec, o którym mówi Jezus? To Ten, który nas również zrodził, obdarował życiem. To Ten, z którego łona wszyscy wyszliśmy i do łona którego wszyscy wracamy. I uświadomiłem sobie raz jeszcze, że cała nasza historia życia, tak jak Bóg nam ją pozwala przeżywać - fizycznie, psychicznie i duchowo - oddaje tę prawdę, że wszyscy rozpoczęliśmy życie w łonie mamy, pod bijącym sercem matki; bez mamy i bez relacji z nią nie moglibyśmy się ani rozwinąć w jej łonie, ani urodzić, ani później żyć. Ale to nasze miejsce w łonie mamy, pod sercem mamy, jedynie przypomina nam o tym miejscu, które jest naszym ostatecznym przeznaczeniem. Ramiona, których szukaliśmy zaraz po urodzeniu się i których szukamy przez całe życie to tak naprawdę ramiona Ojca, do których wracamy! Oczywiście, używamy tu języka porównań i wziętych z tego świata „nieudolnych” antropomorfizmów, ale przecież Jezus takim właśnie językiem opowiada nam o swoim i naszym Ojcu. Jezus zdaje się nas sam zachęcać i podpowiada nam, byśmy tym właśnie językiem się posługiwali, chociaż jest on biedny i marny, i nie może do końca opisać tego, co tak naprawdę dzieje się między nami i Ojcem, odkąd On nas zapragnął i stworzył. Już pierwsza stronica Biblii mówi nam, że On stwarzał nas w ten sposób, że niejako „wycofał się”, by zrobić nam miejsce w swoim istnieniu.

Odtąd istniejemy w Nim: „w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17, 28), ale rodzimy się „pęknięci” z powodu grzechu. Nasze myślenie i odczuwanie, i nasza wolność są „pęknięte”, jak w przypadku obu synów z przypowieści: i tego młodszego, zwanego marnotrawnym, i tego starszego również. Oni są naszymi „bliźniakami”. Jesteśmy do nich bardzo podobni. Jesteśmy podobni do tego młodszego, który wyobraża sobie, że można przeżyć życie inaczej, lepiej, pełniej, i dlatego pewnego dnia mówi do ojca: „ojcze, daj mi część majątku, która mi się należy” (por. Łk 15, 12). Nic mu się nie należało, absolutnie nic! Ci, którzy słuchali Jezusa, z pewnością wiedzieli, że ten bohater przypowieści kłamie. Dopóki bowiem ojciec nie umarł, póki ojciec nie zamknął oczu, syn nie miał prawa zabrać majątku, a tym bardziej oderwać się od rodziny. I dlatego św. Łukasz napisał, że ojciec „podzielił życie (gr. «bios»)” (gr. „dieilen autois ton bion” - Łk 15, 12). Tak naprawdę ojciec dał mu swoje życie. Wiedział, że młodszy syn odejdzie z życiem, które On mu podarował, chociaż to syn sam oddala się od ojca. A św. Łukasz, żeby podkreślić dziejący się dramat napisał, że oddalił się najdalej jak mógł, „w dalekie strony” (gr. „eis choran makran” - „do krainy odległej” - Łk 15, 13). I paradoksalnie, czasami trzeba się bardzo oddalić, najdalej jak można, by znaleźć Ojca najbliżej, by po powrocie doświadczyć i przeżyć, że poza Ojcem nie istniejmy, że poza Ojcem jedną jedyną rzeczą, którą możemy przeżywać, jest głód i cierpienie z powodu porzucenia Ojca przez nas.

W Biblii największym grzechem jest grzech bezbożności. Bezbożność, jak wytłumaczyłby to egzegeta, to ten grzech, który nas najdalej oddala od Boga; już dalej odejść nie można. A gniew Boga „ujawnia się z nieba na wszelką bezbożność” (Rz 1, 18). Nie chodzi tu o taki gniew, jak my go w naszym ludzkim ujęciu rozumiemy, ale Bóg, który nas bezgranicznie miłuje, tak bardzo cierpi i tak się w sposób bezgraniczny gniewa na to oddalenie, że uczyni wszystko, aby nas do siebie na nowo sprowadzić. Dlatego ta przypowieść ma jeszcze jednego - i najważniejszego, jak niektórzy podkreślają - Bohatera. Jest nim jedyny Syn Ojca. W tym samym momencie, w którym młodszy syn zostawia Ojca i odchodzi, bo wydaje mu się, że może swoje życie lepiej przeżyć bez Niego, … w tym samym momencie, w którym dziecko odrzuca siebie od Ojca z jakiegokolwiek powodu, Ojciec posyła za nim swojego jedynego Syna. A Syn idzie aż do tej stajni, w której marnotrawny syn mieszka ze świniami. I tam, w stajni, przyjdzie na świat; tam urodzi się jedyny Syn. Urodzi się tuż obok syna, który cierpi, w żłobie, który przypomina grzech marnotrawnego. Tam jedyny Syn się urodzi i spotka się z marnotrawnym: w barłogu i miejscu jego największego oddalenia się, by z tamtego właśnie miejsca wracając cierpliwie, nie przymuszając go, mógł ostatecznie przyprowadzić go do Ojca.

A Ojciec, jak mówi św. Łukasz, wyglądał! Jest coś w tekście Ewangelii, co warto tu przywołać, a co mnie osobiście głęboko porusza. Gdy trzeci ewangelista pisze, że ojciec „ujrzał go”, dodaje: „a gdy był jeszcze daleko, ujrzał go” (Łk 15, 20). A to znaczy, że ojciec widzi go w tym miejscu, w którym syn był najbardziej oddalony. I właśnie w tym miejscu - w symbolicznym miejscu, w którym jest gotów dzielić życie ze świniami - ojciec przenika go swoim spojrzeniem i nie przestaje miłować. A tylko miłość może nas sprowadzić z powrotem. Sprowadzić nas może z powrotem do Ojca tylko ta miłość, która objawiła się w Jezusie Chrystusie, który nas bierze na swoje ramiona, jak wcześniej powie Jezus w innej przypowieści (Łk 15, 4-6), i przynosi nas do Ojca. Przynosi nas do Ojca, abyśmy na nowo odkryli nasze miejsce w łonie Ojca; byśmy nigdy nie zwątpili, że tam, w łonie Ojca, jest nasze miejsce i tam, w łonie Ojca, jest nasze życie.

Pamiętam, że z tej ambony, ks. Alessandro Pronzato tłumacząc tę przypowieść powiedział, że ten młodszy syn miał dużo szczęścia, że wracając do domu w drodze nie spotkał najpierw swego starszego brata; że miał bardzo dużo szczęścia, że najpierw spotkał ojca. Bo starszy syn również jest zagubiony, jak młodszy. Ten starszy syn także oddzielał się od ojca. Oddzielał się od ojca swoją poprawnością i obowiązkowością, swoim zarabianiem na miłość; oddzielał się szukając swoich zasług. Dlatego mówi do ojca: „ten syn twój”, a potem dodaje: „majątek twój” (Łk 15, 30). Nieopatrznie się wygadał. Może nie zdając sobie z tego sprawy, wypowiedział prawdę o sobie. Żyjąc tak blisko ojca, tak naprawdę żył bardzo daleko od niego! Ale ojciec mówi do niego: „Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie…”, a tak może powiedzieć tylko ktoś, kto kocha dziecko, które przecież tak bardzo się oddaliło: „…i wszystko moje do ciebie należy” (Łk 15, 31).

Ojciec wychodzi i nam na spotkanie. Codziennie posyła swojego jedynego Syna, którego my słuchamy w liturgii Słowa, a potem spotykamy w liturgii Eucharystii. On bierze nas na ramiona i przynosi do Ojca. Tak możnaby najprościej opowiedzieć Eucharystię, która jest naszą najważniejszą, główną modlitwą, w której Jezus, Syn Ojca, bierze nas na swoje ramiona. Oddaje za nas swoje życie biorąc na siebie skutki wszystkich naszych grzechów i odejść, byle byśmy tylko mogli być znów tam, gdzie On jest zawsze: „Ojcze, chcę, aby także ci, których Mi dałeś, byli ze Mną tam, gdzie Ja jestem, …” (J 17, 24).

Zakończę fragmentem homilii św. Grzegorza z Nareku. W poruszającej homilii, która brzmi jak modlitwa, św. Grzegorz po przeczytaniu przypowieści mówi: „Przyjmij mnie wygnańca, …! Dzięki twemu Chlebowi życia zechciej uzdrowić cierpienie głodu, który zadaje mi tortury i mnie osłabia. W swoim miłosierdziu wyjdź na spotkanie mojej jeszcze słabej duszy, o Współczujący! Przyoblecz mnie w moją pierwotną suknię, która została mi wydarta! W swej największej wolności zechciej włożyć pierścień na moje ręce, które utraciły majątek i zbrukały się grzechem! I dzięki ochronie centaurów, mocny Ewangelią, strzeż zawsze moje bose stopy przed jadem węża! Należę do Ciebie, o Panie miłujący dusze! I nawet, jeśli pewnego dnia zgrzeszę, jak stało się już nieraz, nie będę uważał, że cały jestem grzesznikiem, o Dawco mojego życia! O, Dobroczyńco, bo zawierzam siebie Twej życiodajnej łasce!”.

Krzysztof Wons SDS

---------------------------------------------------------------------

„Chcemy żyć w tym Roku Jubileuszowym w świetle słowa Pana: MIŁOSIERNI JAK OJCIEC. (...) Abyśmy byli zdolni do miłosierdzia, musimy najpierw wsłuchać się w Słowo Boże. To oznacza, że trzeba odkryć na nowo wartość ciszy, aby móc medytować nad słowem, które jest do nas zwrócone. W ten sposób możliwa jest kontemplacja miłosierdzia Boga i przyjęcie go jako własnego stylu życia”.

Misericordiae Vultus, 13

---------------------------------------------------------------------

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl