O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Rekolekcje Lectio Divina 25 kwietnia - 3 maja 2016 ...


Rekolekcje Lectio Divina
25 kwietnia - 3 maja 2016
(etapy: I-III i pogłębienie)

 

W dniach 25 kwietnia - 3 maja 2016 r. przeżywaliśmy rekolekcje lectio divina. W rekolekcjach wzięły udział 73 osoby, którym towarzyszyło ośmioro kierowników duchowych. W posługę towarzyszenia byli zaangażowani duszpasterze CFD, kapłan archidiecezji warszawskiej, kapłan ze Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego (pallotyn) i osoba świecka. Uczestnicy modlili się słowem Bożym z Ewangelii wg św. Marka, Mateusza i Łukasza (etapy I, II i III), a wprowadzenia do modlitwy dawali duszpasterze CFD. Etap tzw. pogłębienia „Znaki Jezusa w Ewangelii św. Jana” prowadził Kazimierz Stasiak SAC.

Dziękujemy za modlitwę w intencji
uczestników i prowadzących
oraz kierowników duchowych !

„Ewangelie odsłaniają cztery kolejne fazy w rozwoju wiary ucznia, by mógł on ostatecznie pójść za Jezusem. (…) Św. Marek pisze do tych, którym brak wiary, (…). Ewangelia Mateusza nazywana jest «katechizmem» wiary. (…). Łukasz uczy wiary w Jezusa w trudnościach, (…). Ewangelia Jana adresowana jest przede wszystkim do ucznia, który wykazuje się pewną dojrzałością w wierze” (Krzysztof Wons SDS, Uwierzyć Jezusowi. Rekolekcje ze św. Markiem, Kraków 2004, s. 65-69). „Większość komentatorów Ewangelii wg św. Jana rozdziały od 2 do 12 nazywa «Księgą Znaków». To w tej części odnajdziemy siedem wielkich znaków, których dokonał Jezus” (Kazimierz Stasiak SAC, W Janowej szkole znaków - MP3).

---------------------------------------------------------------------

 T E K S T Y   H O M I L I I
wygłoszonych w czasie rekolekcji

- CZĘŚĆ PIERWSZA -

część druga - homilie
03 V 2016
>>>.

---------------------------------------------------------------------

Bogu zależy na tym, by na nowo ułożyć „puzzle” twojego życia
homilia - święto św. Marka Ewangelisty, 25 kwietnia 2016 r.
1 P 5, 5b-14; Ps 89, 2-3.6-7.16-17; Mk 16, 15-20

„Po co tu przyjechaliście? Czy naprawdę nie mieliście lepszego pomysłu na spędzenie kwietniowo-majowego wydłużonego weekendu? Co my tu z wami zrobimy?”. Te i podobne im pytania zadawał pewien ojciec pięciorgu swoim dzieciom, które z całymi swoimi rodzinami w kwietniowy wieczór stawiły się w jego małym domku na wsi, bez zapowiedzi. Drodzy, my was serdecznie witamy tutaj, w Krakowie. Zapowiedzieliście swój przyjazd i jesteście tu mile widziani, i oczekiwani. I mamy dla was propozycję na długi kwietniowo-majowy weekend. Św. Piotr napisał w liście, że Panu „zależy na was”. Napisał to apostoł nie tylko do sobie współczesnych, ale również do nas. Panu Bogu zależy na naszym wszechstronnym rozwoju. Zależy Mu na naszym codziennym rozwoju, ale także na rozwoju naszego serca i ducha. Rekolekcje to wyraźny, namacalny znak troski Boga o nas, dużego Jego zatroskania o nas. Na początku rekolekcji chcemy to sobie nie tylko uświadomić, ale także się tym ucieszyć, że Bogu zależy na nas.

Ten rekolekcyjny „medal” ma również drugą stronę; oprócz awersu, ma też rewers. Po stronie awersu jest na nim ta deklaracja, że Bogu zależy na nas, natomiast na rewersie jest wygrawerowane pytanie o to, czy mnie i tobie zależy na Bogu, czy nam wszystkim i każdemu z osobna zależy na Nim? Pytajmy siebie, czy w czasie rekolekcji jesteśmy gotowi na to, by - jak pisze św. Piotr Apostoł - ukorzyć się pod mocną ręką Boga? Pytajmy, czy jesteśmy gotowi przyjąć wszystkie wymagania, jakie Bóg w tym czasie nam postawi? Czy będziemy cierpliwie czekali/czekały na moment, kiedy Bóg zacznie nas wywyższać? Czy będziemy cierpliwie czekali/czekały aż - mówiąc w naszym rekolekcyjnym kluczu - czas rekolekcji zacznie „się spłacać” i zacznie przynosić w naszym życiu konkretne owoce, z których będą mogli korzystać także inni.

Św. Piotr nas przestrzega, byśmy w czasie rekolekcji byli czujni i trzeźwi, i w sercu i na umyśle. Także ta przestrzeń, którą są rekolekcje, jest bowiem narażona na działanie ludzkiej pychy, naszej pychy. A ta sprawia, że zamykamy się na owocną współpracę w łaską Boga, współpracę z Bogiem samym. Bóg bowiem - mówi apostoł - „pysznym się sprzeciwia, pokornym zaś daje łaskę”. Można by też powiedzieć inaczej, a mianowicie, że to pyszni sprzeciwiają się Panu Bogu, a On im łaski nie odmawia, tylko oni nie są w stanie jej przyjąć, bo uwierzyli czy są przekonani, że w życiu, a także na rekolekcjach, sami sobie doskonale poradzą. Ale na rekolekcjach czuwać muszą również pokorni; również oni muszą być czujni i trzeźwi. Pokorni, to znaczy otwarci, to znaczy ci, którzy tak w życiu, jak i w czasie rekolekcji, podejmują solidną współpracę z Panem. Pokorni są otwarci na łaskę Pana i Jego działanie, ale i oni muszą czuwać, bo wokół nich krąży ten, który ma duży apetyt na ludzkie dusze i ludzkie serca: „Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć”. Z reguły pierwszym jego łupem i w życiu, i na rekolekcjach, są ci samowystarczalni. W stosunku do nich bowiem nie musi się wiele trudzić, aby ich pokonać. Ale czuwać muszą również pokorni, ponieważ przeciwnik przyjmując nieco inną taktykę działania chce zdobyć także ich serca i wejść także w ich życie. Tych pokornych często zachęca, aby uczestniczyli w rekolekcjach, aby je przeżyli, ale robi wszystko, by to przeżycie zaistniało na jak najniższym poziomie, aby było powierzchowne, połowiczne, aby było byle jakie, aby było takim po prostu „zaliczeniem” czy „odfajkowaniem” rekolekcji. Stąd św. Piotr wzywa, byśmy mocni i ugruntowani w wierze przeciwstawiali się jemu. Wzywa, byśmy byli zdyscyplinowani, mocni w Panu, trzeźwi w myśleniu i działaniu, pokorni w sercach.

Apostoł nas zachęca, byśmy nasze troski przerzucili na Pana. I nie chodzi o to, abyśmy Pana Boga zostawili „sam na sam” z naszymi troskami, podczas gdy my będziemy rozmyślać o gwiazdach czy przysłowiowych niebieskich migdałkach. Chcemy razem z Panem w pokorze serca pochylić się nad naszym życiem, także nad troskami, problemami, kłopotami. Chcemy podzielić się z Panem naszą radością, bo przecież jej też nam nie brakuje. A przerzucić na Boga nasze troski to razem z Nim szukać rozwiązań, szukać jak najlepszego wyjścia z trudnych sytuacji. Przerzucić na Boga nasze troski to razem z Nim te troski na co dzień przeżywać mając świadomość, że On jest obok nas i we wszystkim nas wspomaga. To znaczy również zatroszczyć się o Boże troski i otworzyć się na działania, które Bóg chce nam powierzyć, do których nas zaprasza. To przestrzenie, w które chce nas posłać, abyśmy tam głosili Dobrą Nowinę, czy to będzie nasz rodzinny dom, czy nasza wspólnota zakonna, czy miejsce, gdzie na co dzień pracujemy, a gdzie może Ewangelia z dnia na dzień stopniowo ustępuje miejsca jakimś pseudo-dobrym nowinom, które wydają się ciekawsze, atrakcyjniejsze czy bardziej zabawne niż prawdziwa Dobra Nowina, jednak nie dają życia, jak Ona.

Ktoś mówił: „jeśli chcesz trafić do źródła, idź pod górę! idź pod prąd”. Św. Piotr w swoim liście, którego fragment dziś usłyszeliśmy w pierwszym czytaniu, pisze również do nas z jednej strony delikatnie, a z drugiej - stanowczo, byśmy się nie załamali, byśmy się na początku rekolekcji… nie rozpłakali, jak przedszkolaki na widok zupy mlecznej; byśmy się nie zniechęcili trudem, który jest przed nami i nie ulegli odruchowi ucieczki czy wyjazdu przed czasem. Św. Piotr pisze: „A Bóg (…), gdy trochę pocierpicie, sam was udoskonali, utwierdzi, umocni i ugruntuje”. Chcemy doświadczyć tego Bożego działania. Świadomi jesteśmy, że zmagania rekolekcyjne mogą nas kosztować trochę wysiłku, a nawet bólu. I być może przyjdą w ich trakcie nawet chwile kryzysu i zwątpienia. Ale Bóg jest z nami i pomoże nam przetrwać również te trudne chwile. On chce nas udoskonalić i ugruntować swoją łaską. Chce nas umocnić w naszym życiowym powołaniu i utwierdzić w tym, co piękne i dobre.

Moi kochani, także „rekolekcyjne puzzle”, jak każde inne, gdy się je otworzy, są porozrzucane, czasem w dużym w nieładzie. Gdy jest ich dużo, można się zastanawiać, czy z tak ogromnej ilości elementów w ogóle można coś ułożyć, ale gdy cierpliwie zajmiemy się ich układaniem stopniowo, powoli, pojawiają się zarysy układanego obrazu. Być może i my u początku rekolekcji czujemy, a nawet widzimy, że nasze życiowe „puzzle” są porozrzucane, może nawet bardzo porozrzucane, ale mamy osiem dni ćwiczeń rekolekcyjnych, by razem z Bogiem ułożyć „lepszą wersję” siebie. Niech się tak stanie! Oby tak się stało!

Ryszard Stankiewicz SDS

---------------------------------------------------------------------

Pokój - dar Jezusa i lekarstwo, za którym tęsknimy
homilia - wtorek 5. tygodnia wielkanocnego, 26 kwietnia 2016 r.
Dz 14, 19-28; Ps 145,10-13.21; J 14, 27-31a

Każdy z nas w swoim życiu otrzymał kiedyś jakiś prezent, a za prezentem stoi zawsze konkretna osoba. Są takie prezenty, które towarzyszą nam przez całe życie. Trzymamy je na zaszczytnym miejscu w naszym domu. Ale tak naprawdę największym prezentem jest osoba, która dała czy daje prezent. Dziś wpatrujemy się i słuchamy Jezusa, który dzieli się z uczniami darem pokoju. Kiedy sięgamy dziś po księgę Ewangelii, stajemy w Wieczerniku, dokąd Jezus wchodzi z darem pokoju i tym darem dzieli się z uczniami. On, Syn Boży, pragnie zostawić dar pokoju w ludzkich sercach: „Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję”. Jezus ofiarował nam tę wielką wartość, która jest przeciwieństwem wszelkich wojen, przemocy. On wie, że składa ten dar w serca kruche, słabe, pełne lęku i trwogi. Ale On wie również, że serca, w które składa ten dar, są też zdolne do pięknych i dobrych czynów. Jezus wie, że serce zanurzone w Nim i wypełnione Nim może być mocne jak skała. Ale zdaje sobie również sprawę, że serce Jego pozbawione może być płochliwe i łatwo wypełniać się lękiem. Jezus wie, że nasze serce potrafi być delikatne i czułe. I wie, że czasem nasze serca są bardzo poranione, niemal „podziurawione” jak tarcza strzelnicza. Serce potrafi kochać, ale potrafi też ranić. Jezus, znawca naszych serc, znawca serca mojego i twojego, u początku tych rekolekcji daje nam i zostawia nam wielki dar. Przez tyle lat formował uczniów do przyjęcia tego daru. Przez tyle lat mogli doświadczać owoców tego daru, daru pokoju. W słowie „pokój” kryje się też wiele innych rzeczywistości, jak życzliwość, miłość, pojednanie, szczęście. To słowo zawiera wszystko, co najlepsze, co najpiękniejsze, czym można obdarować drugą osobę. Dzieląc się pokojem Jezus dzieli się z uczniami życiem, bo gdzie pokój, tam życie; gdzie życzliwość, tam życie, gdzie miłość, tam życie; gdzie pojednanie, tam życie; gdzie Szczęście („szczęście”, ale przez duże „s”), tam życie.

Jezus wie, co Go czeka.; wchodzi w swoją Paschę. Mimo to nieustannie dzieli się sobą. „Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję”. Te słowa mają uczniom pomóc wejść i przeżyć doświadczenie Paschy. Te słowa będą im pomagały wchodzić i przeżywać każde swoje przejście, każdą swoją „paschę”, jak choćby tę, o której słyszeliśmy dziś w czytaniu z Dziejów Apostolskich, gdy podburzony tłum ukamienował Pawła i wywlekł go poza miasto, sądząc że nie żyje. Choć serca uczniów i nasze pośród przeciwności są pełne lęku i trwogi, to jednak Jezus daje im i nam siebie samego, a On jest większy od każdego lęku i od każdej trwogi. Dzięki temu uczniowie odczytują doświadczenia, które ich spotykają, w perspektywie zmartwychwstania. Doświadczani będą zachęcać siebie nawzajem: „przez wiele ucisków trzeba nam wejść do królestwa Bożego”. Zło zawsze będzie stało na drodze dobra. Zło zawsze będzie przeciwnikiem pokoju, bo szatan jest przeciwnikiem pokoju. Szatan jest sprzymierzeńcem lęku. Lęk ma często źródło w tym, co złe. Jezus przychodzi do nas z darem pokoju: „Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam”, czyli obiecuje, że nigdy nas nie zostawi. Jezus daje pokój i zostawia go. Jezus jest cały w tym, co daje, bo On jest Pokojem. Jezus w każdym słowie daje się nam cały. Po zmartwychwstaniu, kiedy objawiając się uczniom w Wieczerniku, powie: „Pokój wam”. Jezus wchodzi do Wieczernika, pełnego lęku, wchodzi i przed swoją męką i po swoim zmartwychwstaniu; wchodzi by dać swój pokój, by zostawić dar pokoju. I choć uczniowie po zmartwychwstaniu się rozproszą, Jezus ich nie zostawi, będzie ich szukał, by znów obdarować każdego z nich i wszystkich swoim pokojem: „Pokój wam! To Ja Jestem!”.

Moi kochani, to ważne, by na początku tych rekolekcji otworzyć się na dar Jezusowego pokoju bez względu na to, co przeżywamy. Pokój jest lekarstwem, za którym tęsknimy. Pokój jest darem, za którym tęskni pojedynczy człowiek, ale również każdy dom, każda rodzina, każda wspólnota. Bo mówiliśmy już, że tam gdzie jest pokój, tam jest życie. My chcemy oddychać pokojem. Czymś bardzo ważnym jest, że Jezus w Wieczerniku dzieli się z uczniami nie tylko swoim słowem, ale dzieli się swoją obecnością. Jak napisze Henry Nouwen istotą pokoju jest nie tyle działanie, ale raczej bycie. Nouwen odkrył to przy sparaliżowanym Adamie we wspólnocie osób upośledzonych. Towarzysząc sparaliżowanemu Adamowi, odkrył, że Adam nie potrafił nic dla niego zrobić ani nie mógł nic do niego powiedzieć, ale on przy nim doświadczał pokoju Jezusa. Opowiada o tym w książce „Odnaleźć drogę do domu”. Myślę, że każdy z nas może odnaleźć w swoim życiu takie doświadczenie. Spotykając Boga i drugiego człowieka w którym obecny jest Bóg, zaczynamy doświadczać pokoju. I czasem nie trzeba wielu słów, ale sama obecność Boga czy też obecność tego człowieka sprawia, że nasz lęk zaczyna uchodzić. I przysłowiowe „lody zaczynają topnieć”, bo jest Ktoś – Jezus i /ktoś – mój bliźni, kto pragnie naszego dobra, jest przy nas.

Jezus przypomina nam dzisiaj, że stoczył zwycięską walkę ze złym duchem. Walka Jezusa była zwycięska. Wiemy, że zły duch nie miał nic swojego w Jezusie. Natomiast do nas, do naszego życia i do naszego serca, złemu duchowi czasem udaje się - tylko i niestety, za naszą zgodą - coś swego, coś złego, przemycić. Zwiedzeni, oszukani przez niego, czasem na to pozwalamy, by zasiał coś złego w nas. Warto zobaczyć, a słowo Boże, które czytamy, medytujemy i którym się modlimy, będzie nam to pokazywało, to co sprawia, że jest w nas tyle niepokoju, tyle lęku, tyle trwogi… Trucizna pochodząca od złego może być w nas bardzo zamaskowana, dlatego potrzebujemy światła słowa Bożego. Musimy się liczyć z tym, że szatan będzie tez próbował się „okopywać” i na wszelkie możliwe sposoby zasłaniać w nas te miejsca, w które wsączył swoją truciznę. Będzie nas kusił do zamykania się, będzie nas kusił do nie mówienia, będzie nas kusił, byśmy nie mówili o nich samemu Jezusowi czy też nie poddawali tego rozeznaniu w kierownictwie duchowym. Szatan będzie nas kusił, byśmy nie pozwolili wejść w te miejsca światłu Bożego słowa i Bożej łaski.

Jest jeszcze jeden dar, o którym Jezus mówi dziś w Ewangelii. To radość. Tam, gdzie jest pokój, jest również radość. Zalęknionym uczniom trudno się cieszyć. Jezus jednak zapowiada im czas radości i przygotowuje ich na radość, której będą kiedyś doświadczać w pełni. Ta radość płynie z więzi. Ta radość opiera się na pewności, że jest się miłowanym „do końca”. Prośmy, aby słowo Boga nas prowadziło do doświadczenia pokoju, którego Dawcą jest sam Jezus i do doświadczenia pełni radości, którą dać może tylko Ojciec przez Jezusa Chrystusa w Duchu Świętym. Niech nasze uczestnictwo i zanurzenie się w Eucharystii, będzie dla nas już tu i teraz okazją do doświadczenia tych wielkich darów Boga: pokoju i radości.

Joachim Stencel SDS

---------------------------------------------------------------------

Najpierw jest Fundament, który nosi cały budynek
homilia - czwartek 5. tygodnia wielkanocnego, 28 kwietnia 2016 r.
Dz 15, 7-21; Ps 96, 1-3.10; J 15, 9-11

Słowo z Dziejów Apostolskich, którego przed chwilą wysłuchaliśmy, to relacja z zakończenia tzw. soboru jerozolimskiego. Po długiej wymianie zdań słyszeliśmy kończący go trójgłos: mówił najpierw Piotr, potem Barnaba i Paweł, a wreszcie Jakub. Punktem wyjścia dla tego rozeznania, które podjęli apostołowie i starsi w Jerozolimie, była kontrowersja zasiana przez nauczanie niektórych nawróconych ze stronnictwa faryzeuszy, którzy uważali, że pogan nawracających się ku Chrystusowi należy obrzezać i zobowiązać do przestrzegania Prawa Mojżesza. W jednej wspólnocie Kościoła spotkały się dwie grupy ludzi, które dotąd szły dwiema zupełnie odmiennymi drogami. Byłoby dziwne, gdyby nie pojawiło się między nimi napięcie. To tak jak w przypadku kobiety i mężczyzny wywodzących się z dwóch różnych rodzin, z dwóch domów, w których były różne przyzwyczajenia, odmienny sposób wchodzenia w relacje z otoczeniem, różne zwyczaje co do przeżywania np. świąt, niedziel czy ogólnie odpoczynku. Ci dwoje wnoszą w doświadczenie swojego małżeństwa również różne doświadczenie duchowości i różne formy modlitwy. I ich małżeństwo nie może być „choinką”, na której powieszą wszystko, co wnieśli ze sobą. Zanim przystroją nową „choinkę”, najpierw muszą sobie uświadomić, że najważniejsza jest ich relacja - relacja „namaszczona” Duchem Świętym, „namaszczona” Miłością - relacja dwóch osób wchodzących w małżeństwo, a rzeczy, które ze sobą wnoszą ich charakteryzujące, a jednak drugorzędne, muszą najpierw wyłożyć na stół, zorganizować „sobór”, czasem długą naradę, której będzie towarzyszyć napięcie, poprzeglądać, ponazywać, rozeznać, by wspólnie wybrać to, co powieszą na „choince”. I niekoniecznie proporcje „wieszanych ozdób” będą zachowane: 50% na 50%.

To jeszcze mocniej mi wybrzmiało, gdy wyobraziłem sobie wieloosobową wspólnotę zakonną, do której wchodzą i którą tworzą osoby o różnych zwyczajach, o różnym doświadczeniu życiowym, wnoszące ze sobą różny bagaż doświadczeń, które czasem dopiero w relacji z innymi uświadamiają sobie, że to co wydawało się być „normalnym i powszechnym doświadczeniem”, było ich jedynie doświadczeniem trudnym i daleko odbiegającym od „normy” czy powszechności. Wyobraziłem sobie osoby, które wchodzą do klasztoru z różnym doświadczeniem duchowym i form modlitwy i zaczyna się strojenie „choinki”. Jeden do planu dnia chce dodać nowennę pompejańską, drugi - drogę krzyżową, trzeci - cały brewiarz, czwarty - koronkę do miłosierdzia Bożego koniecznie o godzinie 15.00, piąty - co najmniej cztery godziny lectio divina, szósty… itd. I oczywiście, każdy z nich by chciał, by odtąd już wspólnie realizować ich ulubione formy modlitwy, przecież rzekomo jedyne i najważniejsze na świecie. A jak już mają ubraną tę „choinkę”, jaką jest horarium, przypominają sobie o Eucharystii, na którą zabrakło im czasu… I znów na wstępie życia wspólnego lub na różnych jego etapach potrzebny jest „sobór jerozolimski” dla postawienia w centrum Tego, Kto jest istotny i rozeznania tego, co jest drugorzędne. Trzeba klarownego punktu wyjścia, że elementem nośnym jest relacja każdego i wszystkich z Jezusem, a formy wyrażania tej relacji, formy pobożności, są drugorzędne. Budując dom, sporządza się najpierw fundament i już sam ten fundament wskazuje, gdzie będą ściany nośne. To Fundament, czyli Chrystus, nosi na sobie cały budynek naszego życia, a nie budynek nosi Fundament. Budowę domu życia chrześcijańskiego trzeba zacząć od Fundamentu, czyli od Chrystusa. I to Jezus Chrystus wyznacza, co będzie stanowiło ściany nośne budynku i gdzie te ściany nośne należy zbudować.

Św. Piotr mówi dziś: „Dlaczego więc teraz Boga wystawiacie na próbę, nakładając na uczniów jarzmo, którego ani ojcowie nasi, ani my sami nie mieliśmy siły dźwigać”. Apostoł przestrzega przed postawieniem całego życia nie na nogach, ale na głowie. Obrzezanie było obrzędem, znakiem przymierza z Abrahamem, ale tu wydaje się być symbolem pewnej mentalności, a może lepiej powiedzieć symbolem chorej mentalności, według której życie religijne sprowadza się do noszenia ciężarów i zasługiwania na zbawienie. Jezus demaskuje tę chorobę myślenia. Uderzające jest, że swoim uczniom Jezus na jakiś czas zakazał postu, co szybko zostało zauważone. Dlaczego? Bo uczniowie najpierw mieli wejść w relację w Jezusem, z Fundamentem, a potem jak już będą noszeni przez Jezusa, kiedy oprą się na relacji z Jezusem jak na Fundamencie, będą mogli pościć, bo wszystko będzie na swoim miejscu. To Jezus będzie ich nosił i relacja z Nim, a dzięki temu zrozumieją również miejsce praktyk modlitewnych i pokutnych. Jeśli zapomnimy o Bogu, który jest źródłem łaski i który mocną ręką wyprowadził nas z niewoli, jeśli zapomnimy o Jezusie dla nas ukrzyżowanym i zmartwychwstałym, grozi nam, że - bez Fundamentu i ścian nośnych - będziemy najpierw budować ścianki działowe i ozdabiać je ozdobami, które z życiem chrześcijańskim nie mają nic wspólnego (karmienie bożków-idoli, nierząd czy inne zaczerpnięte z pogańskiego życia) albo ozdobami, które pozornie z chrześcijaństwem mają coś wspólnego, czyli praktykami realizowanymi jedynie zewnętrznie, praktykami pustymi, bo bez relacji z Bogiem, zaczerpniętymi z religii Starego Testamentu.

Efektem będzie powstanie nietrwałego i niespójnego szałasu, czyli domku bez fundamentu i ścian nośnych; szałasu, który my sami na sobie będziemy nosili i my sami będziemy się troszczyć, by ścianki się nie porozsuwały, co będzie nas mocno męczyć, a taka niestabilna budowla nie przetrwa pierwszej lepszej burzy. Może dlatego zatrzymało mnie zdanie wypowiedziane dziś przez Jakuba: „Zgadzają się [współbrzmią] z tym słowa Proroków, bo napisano: «Potem powrócę i odbuduję przybytek Dawida, który znajduje się w upadku. Odbuduję jego ruiny i wzniosę go, aby pozostali ludzie szukali Pana i wszystkie narody, nad którymi wzywane jest imię moje - mówi Pan, który to sprawia»”. Bóg odbudowuje szałas; odbudowuje namiot Dawida, który się rozpadł. A wszystkie inne narody patrząc na to, czego dokonuje Bóg - Odnowiciel, Ożywiciel - i widząc dzieło, którego właśnie Bóg dokonuje, zaczną Go szukać, bo zatęsknią za Tym, który nosi na sobie i odbudowuje, bo zatęsknią za Kamieniem przez ludzi odrzuconym, ale u Boga wybranym i drogocennym, który stał się Fundamentem. Widząc Boga, który odbudowuje, zatęsknią za Nim i zaczną Go szukać, i podejmą współpracę w dziele odbudowy. Staną się pomocnikami na Bożej budowie!

Gdy trwałem w tym słowie towarzyszył mi obraz silnika samochodowego, w którym do jego normalnej pracy potrzebny jest olej. Silnik samochodowy musi mieć odpowiedni poziom oleju, musi być odpowiednio „namaszczony” olejem, inaczej się zatrze. Tym bardziej życie chrześcijanina musi „namaszczone” Olejem, a olej to jeden z symbolów Ducha Świętego! I w życiu chrześcijańskim nie wystarczy wymieniać olej raz na rok albo co jakieś 15 czy 30 tysięcy kilometrów przebiegu. Jako chrześcijanie musimy być „namaszczeni” Duchem Świętym codziennie, inaczej się zatrzemy. Codziennie musimy być „namaszczeni” Duchem Świętym, bo inaczej nasze życie będzie noszeniem jarzma jak w Starym Testamencie.

Piotr Szyrszeń SDS

---------------------------------------------------------------------

Stał się Niemowlęciem, byśmy byli przy Nim jak niemowlęta
homilia - święto św. Katarzyny ze Sieny, 29kwietnia 2016 r.
1 J 1,5-2,2; Ps 103, 1-4.8-9.13-14.17-18; Mt 11, 25-30

Drodzy bracia i siostry! W czwartym dniu naszych rekolekcji, kiedy sięgamy połowy drogi i odczuwamy zmęczenie lub znużenie, a może zniechęcenie, kiedy - jak Jezus powie w Ewangelii - czujemy się spracowani, utrudzeni, obciążeni, uświadomiłem sobie, że Jezus staje wśród nas w tej świątyni w czasie liturgii, kiedy słowo głoszone jest tak, jak w żadnym innym kontekście głoszone nie jest. Liturgia jest szczególną i świętą przestrzenią, w której słowo Boga wybrzmiewa z mocą. Liturgia jest przestrzenią, w której słowo Boga staje się wydarzeniem. Słowo, które jest Osobą, która staje między nami. „W tym czasie” - pisze św. Mateusz w Ewangelii i używa w oryginale tego określenia, w którym chodzi raczej o czas Boga, a nie o nasz czas; chodzi o „kairos”, czyli czas szczególnej interwencji Boga. Pan jest więc wśród nas i interweniuje w sposób szczególny. Nawiedza nas! I jakby publicznie, wobec nas, składa wyznanie, wyznanie wiary. Słowo tłumaczone najczęściej: „Wysławiam Cię, Ojcze” u źródła należałoby raczej przeczytać: „Wyznaję Cię, Ojcze! Wyznaję, że zakrywasz te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiasz je dzieciom, nieletnim, …”; nierzadko to ostatnie słowo jest przekładane: „niemowlętom”. Co to za wyznanie? Dlaczego słyszymy je właśnie teraz, w czasie rekolekcji? Co Jezus chce nam powiedzieć?

Wydaje się, że musimy usłyszeć to wyznanie Jezusa w jego kontekście, bo on jest tu bardzo ważny. Otóż, wcześniej spotykamy Jezusa, który karci albo - jak mówi tekst - który „łaja”. Jezus karci miasta bogate: Kafarnaum, Betsaidę, Korozain. Karci je, bo te Go odrzucają, bo nie zmieniają myślenia, bo te się nie nawracają. A po wyznaniu Jezusa, które słyszeliśmy dziś przed chwilą, Ewangelista opowiada z kolei wiele spotkań z faryzeuszami, którzy ciągle z Nim dyskutują. Spotykając się z Jezusem odgradzają się od Niego i od Jego Serca murem. Stają jakby za murem litery i bronią swoich racji. Taki jest kontekst, a teraz wróćmy do pytania, dlaczego dziś Jezus czyni to wyznanie również w naszej obecności? Pomyślałem, kochani, że każdy z nas może się jakoś odnaleźć w Kafarnaum, Korozain czy Betsaidzie, ale też każdy z nas może się odnaleźć w faryzeuszach, o których mowa. Kafarnaum, Korozain i Betsaida, w których Jezus dokonał tylu cudów, nie zmieniają myślenia, ponieważ są zapracowane. Muszą tyle zrobić, muszą tyle jeszcze dokonać. Bo przecież trzeba zakasać rękawy i pracować, a wtedy… na wiarę jest mało miejsca. Na wiarę w Boga nie ma wówczas w ogóle miejsca. Człowiek wierzy wówczas w swojej siły i we własne ręce, a jedna troska goni następną. Wtedy nie ma nawet czasu, aby spotkać się z Cudotwórcą, ponieważ tyle jest jeszcze do zrobienia. Nie ma czasu, by ucieszyć się tym, co już się zrobiło, bo musi się myśleć o tym, co jeszcze pozostało do zrobienia. Wydaje mi się, że to nie jakaś zła wola ani jakaś hardość sumienia sprawiają, że mieszkańcy owych miast mijają się z Jezusem. Paradoksalnie powodem braku spotkania z Nim jest zapracowywanie się. Mieszkańcy tych trzech miast nie mają w sobie przestrzeni na spotkanie z Bogiem, chociaż ciągle tęsknią za Nim i wyglądają cudów. A kiedy cuda nadchodzą, dalej nie wierzą, bo to nie wiara potrzebuje cudów, ale cuda potrzebują wiary, by się spotkać z Bogiem. Podobnie jest faryzeuszami. Chciejmy najpierw popatrzeć na nich dobrym okiem, bo oni bardzo chcąc wejść do Królestwa naprawdę wiele pracowali i trudzili się. A Jezus już wcześniej powiedział, jak czytamy Ewangelii wg św. Mateusza: „Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego” (Mt 5, 20). Do Królestwa, usłyszymy te słowa w 18. rozdziale, wejdą tylko dzieci: „Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego” (Mt 18, 3). Tymczasem faryzeusze tak bardzo się starali, tak bardzo chcieli, wypełniali starannie prawo, pościli, realizowali inne praktyki religijne i… rozmijali się z Jezusem. Bo z Jezusem, Synem Ojca, który jest jak Dziecko, może się spotkać tylko dziecko. Królestwa Bożego się nie zdobywa! Do Królestwa Bożego Ojciec wprowadza swoje dzieci!

Myślę, że dopiero teraz możemy usłyszeć wyznanie Jezusa, który mówi: „Wyznaję Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi! Ty jesteś Panem! Ty jesteś Panem Kafarnaum, Korozain i Betsaidy! Ty jesteś Panem wszystkich moich trosk, mojego codziennego bogactwa i zamartwiania się, że tego bogactwa nie ma! Ty jesteś Panem! Zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi…”. To z pewnością semickie wyrażenie, by powiedzieć „zakryłeś te rzeczy przed tymi, którzy tak bardzo są zajęci swoimi rzeczami, swoimi troskami i pracami, że nie widzą Twoich cudów i Twojej miłości. Nie spotkali się jeszcze z Miłością, dlatego myślą, że muszą na nią zasługiwać i że muszą dużo pracować, aby zarobić na życie wieczne”. Być może w czasie rekolekcji objawiała się taka właśnie nasza natura. Nie zrodziła się ona tutaj, ale tu się ujawniła: natura, która na co dzień nam towarzyszy: zasługiwanie, zapracowywanie sobie, troszczenie się na zapas. Wszystko to może się tutaj ujawniło w modlitwie, w sposobie przeżywania rekolekcji. A Jezus mówi do każdego z nas: „Przestań już zapracować! Przestań tak pracować, że pośród swojej pracy Mnie nie widzisz! Bądź jak dziecko!”.

Kim są „dzieci”, którym Bóg siebie objawia? Kim są owi „prostaczkowie”, jak często tłumaczy się słowo gr. „nepioi”? Chętnie w lekturze zatrzymuję się przy różnych tłumaczeniach. Jedni tłumaczą je: „małe dzieci”, czyli takie, które dopiero co zostały odstawione od piersi mamy, ale które wciąż są noszone na ich rękach albo plecach. To bardzo piękny obraz relacji „rodzic - dziecko”. Zresztą Bóg mówi: „nosiłem was od urodzenia” (Iz 46, 3), „na swe ramiona was brałem” (por. Oz 11, 3). A my, zdarza się, że jesteśmy tak zapracowani, że nawet nie zauważamy, że Bóg nas nosi na swoich rękach. Tu, na rekolekcjach, trudzimy się na modlitwie, próbujemy wykrzesać z siebie jakieś myśli, chcemy podarować Bogu jakieś postanowienia, chcemy wreszcie tak się pomodlić, by przez całą godzinę być skupionym, a nie wychodzi. I nie potrafimy się ucieszyć tym, co już jest, a jest najwięcej, bo tak po prostu jesteśmy w rękach Boga. Bo najważniejsze jest to, że Bóg nas nosi, że to nie my dajemy Mu modlitwę, ale że On ją w nas sprawia, rodzi. I czasami być może na Jego rękach jesteśmy krnąbrni, zupełnie nieskupieni i tacy nijacy z acedią w sercu, a On nadal nosi nas na rękach. To piękny obraz Boga. Zdarza się też, że gr. „nepioi” jest tłumaczone jako „niemowlęta”, czyli małe dzieci, ale ciągle jeszcze karmione, ciągle jeszcze przy piersi mamy. To obraz Boga, który nas ciągle karmi, który mówi: „byłem dla was jak ten, co podnosi do swego policzka niemowlę - schyliłem się ku wam i nakarmiłem was” (por. Oz 11, 4). Bóg posyła nam swojego Ducha, który jest Duchem Ojca i Syna, czyli posyła nam Miłość tak intensywną, bo osobową. Ojciec i Syn w Duchu Świętym miłują mnie. To jest nasze natchnienie do modlitwy. Być może właśnie w obecności Ducha Świętego odkryliśmy coś, czego do tej pory sami nie widzieliśmy. To On nas nawiedza tym wyznaniem, którym być może teraz się karmimy i które sprawia nam ogromną radość. To On przychodzi do naszych serc tak cicho, że czasem tego nie zauważamy. Również to, że jesteśmy tu i trwamy, mimo tego, że jest trudno, jest Jego dziełem.

Tak Bóg pracuje w nas. Trzeba tylko pozwolić Mu na to i być jak dzieci. Dlatego mówi do nas: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy!” (gr. „deute pros me!”). To znaczące, bo kiedyś Jezus mówił do uczniów: „Chodźcież za Mną!” (gr. „deute opis mou!” - Mt 4, 19), a teraz mówi: „Chodźcież ku Mnie!”. Egzegeci zwracają uwagę, że grecki przedrostek „pros”, gdy występuje w połączeniu z osobą, komunikuje zażyłość, bliskość, przyjaźń. Słyszymy: „chodźcież ku Mnie!”, a potem widzimy jak Jezus tuli tych utrudzonych, spracowanych z Kafarnaum, Korozain i Betsaidy oraz obciążonych faryzeuszów. A jedni i drudzy żyją w nas i chodzi o to, byśmy właśnie tacy, jacy jesteśmy, chcieli przyjść do Jezusa. Chodzi o to, byśmy chcieli przyjść do Niego jako faryzeusze albo jako mieszkańcy tych miast, które Go odrzuciły. On nas przyjmie. Obyśmy przyszli do Niego jak dzieci! Bo nieraz sobie tyle wyrzucamy, że aż siebie samych odrzucamy. Odrzucamy siebie przed Bogiem, odrzucamy siebie w relacji z innymi, a czasem i z samymi sobą. I Jezus mówi: „Weźcie moje jarzmo na siebie! Przestańcie nosić swoje jarzmo! Nic wam po noszeniu waszego jarzma, bo nic nowego się nie stanie! Uczcie się ode Mnie, bo jestem łagodny, uniżony. To Ja się zniżam do was! Nie próbujcie więc stawać na palcach, aby Mnie dosięgnąć! Ja stałem się nawet Niemowlęciem, byście pozwolili sobie być przy Mnie jak niemowlęta! Jestem pokorny sercem!”. Jawi mi się przed oczami obraz Jezusa, który nas przygarnia do swojego Serca, bo tam jest najlepsze i najwłaściwsze miejsce; nie ma miejsca lepszego!

Przy Sercu Jezusa jesteśmy zawsze na miejscu i tam znajdziemy „ukojenie”, a niektórzy tłumaczą: „odpoczynek”. Tam jest świeżość, odpoczynek, ukojenie. Taki odpoczynek daje tylko Bóg! Można być nieraz u końca dnia zharowanym i bardzo utrudzonym, bo tak wiele w ciągu dnia się działo i równocześnie być bardzo szczęśliwym, bo czuje się bicie Serca Boga, bo czuje się spełnionym, bo czuje się miłowanym. I można - z drugiej strony - być bardzo spracowanym, jak ludzie z Kafarnaum, Korozain czy Betsaidy i być niespełnionym, czuć się nieszczęśliwym. A Bóg ma „upodobanie” w nas, którzy dla Niego zawsze jesteśmy dziećmi. On ma „upodobanie”, (gr.) „eudokia”, czyli chęć czynienia dobrze. Jeśli Bóg czegoś nie potrafi, to - możemy powiedzieć - nie potrafi inaczej, jak tylko czynić dobrze. Bóg nie ma żadnej innej motywacji, by nas do Siebie przygarnąć, jak tylko tę jedną, by nam czynić dobrze i byśmy poczuli dobroć Jego serca. I to właśnie dobroć Serca Boga stawia nas na nogi! I to właśnie dobroć Serca Boga sprawia, że możemy wrócić do naszego Kafarnaum, naszej Korozain czy Betsaidy, by pracować i to ona sprawia, że możemy być gorliwi, jak faryzeusze i uczeni w Piśmie, ale nie tracąc tego, co najważniejsze, czyli tego, że jesteśmy dziećmi. I tylko jako dzieci wejdziemy do królestwa Bożego, królestwa Miłości! Kończąc czwarty dzień rekolekcji, może w utrudzeniu, zmęczeniu i zmaganiu, prośmy, byśmy potrafili odnaleźć nasze miejsce na kolanach Boga, przy Jego Sercu! „Przyjdźcie do Mnie wszyscy (gr. „pantes”), wszyscy bez wyjątku!”.

Krzysztof Wons SDS

---------------------------------------------------------------------

  

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl