O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Ćwiczenia Ignacjańskie 1-9 lutego 2016 ...


Ćwiczenia Ignacjańskie
1-9 lutego 2016

  

W dniach 1-9 lutego 2016 r. przeżywaliśmy Ćwiczenia Duchowne św. Ignacego Loyoli. W rekolekcjach wzięły udział 54 osoby, którym towarzyszyło sześcioro kierowników duchowych: duszpasterze CFD i siostra urszulanka UR.

Dziękujemy za modlitwę w intencji
uczestników i prowadzących
oraz kierowników duchowych !

---------------------------------------------------------------------

 T E K S T Y   H O M I L I I
wygłoszonych w czasie rekolekcji

---------------------------------------------------------------------

Wcześniej traktował ludzi jak liczby. W cieniu krzyża dojrzał
homilia - środa IV tygodnia okresu zwykłego, 3 lutego 2016 r.
2 Sm 24, 2.9-17; Ps 32, 1-2.5-7; Mk 6, 1-6

Kończymy dziś jako wspólnota Kościoła lekturę ksiąg Samuela w czasie liturgii. My, chrześcijanie, zaliczamy je do ksiąg historycznych, ale Żydzi traktowali je jako księgi prorockie, bo znajomość historii, znajomość historii zbawienia, czyli poznanie tego, jak Bóg działa w historii, kształtuje w nas proroków. Ten, kto pamięta historię zbawienia, może odpowiedzialnie przeżywać teraźniejszość, a owocem mądrego przeżywania teraźniejszości będzie z pewnością naprawdę dobra przyszłość osobista i wspólna.

U początku ksiąg Samuela słyszeliśmy o sanktuarium w Szilo, do którego udawał się Elkana z całą swoją rodziną, by oddać pokłon Panu. To właśnie w Szilo bezpłodna dotąd Anna modliła się we łzach: „smutna na duszy zanosiła do Pana modlitwy i płakała nieutulona” (1 Sm 1, 10). To właśnie w Szilo u boku Helego dojrzewał mały Samuel; dojrzewał do pięknej postawy słuchania Boga wyrażonej w słowach: „Mów, Panie, bo sługa Twój słucha” (1 Sm 3, 9-10). Ale sanktuarium w Szilo obróciło się w ruiny. Dlaczego? Dlatego, że każde miejsce, nawet najświętsze miejsce, w którym Bóg przestaje być na pierwszym miejscu (tak właśnie stało się w Szilo), prędzej czy później obraca się w nicość. Natomiast każde miejsce, w którym Bóg jest na pierwszym miejscu, rozkwita, rozwija się. Bo „gdzie Bóg, tam przyszłość”! A gdzie Bóg w teraźniejszości jest usuwany z centrum, gdzie jedyny Bóg w teraźniejszości nie jest uznawany za jedynego Boga, tam nie ma i przyszłości, bo stopniowo pojawia się śmierć, która jest konsekwencją grzechu. Gdzie człowiek liczy tylko na siebie, tam Boga jest coraz mniej i życia jest coraz mniej.

Zaraz wrócimy do liczenia, bo w spisie ludności o liczenie przecież chodzi. Ale najpierw przypomnijmy raz jeszcze, że u początku ksiąg Samuela mieliśmy sanktuarium w Szilo, a miejscem akcji ostatniego rozdziału drugiej księgi Samuela jest klepisko Arauny Jebusyty. Przypuszczam, że ta nazwa niewiele albo nawet nic nam nie mówi. Przed chwilą słyszeliśmy: „Umarło wtedy z narodu (…) siedemdziesiąt tysięcy ludzi. Anioł wyciągnął już rękę nad Jerozolimą, by ją wyniszczyć; wtedy Pan ulitował się nad nieszczęściem i rzekł do anioła: «Wystarczy! Cofnij rękę!». Anioł znajdował się obok klepiska Arauny Jebusyty” (2 Sm 24, 16). Właśnie w tym miejscu, na klepisku Arauny Jebusyty, Dawid chwilę później zbudował ołtarz dla Pana i złożył ofiary całopalne. Cóż to za miejsce? Kiedyś to miejsce, górę Moria, Bóg wskazał Abrahamowi jako miejsce złożenia ofiary z Izaaka, która jak wiemy nie doszła do skutku, bo zamiast Izaaka w ofierze został złożony baran uwikłany rogami w zaroślach (Rdz 22), a ta zamiana z pewnością przywróciła Izaakowi utracony wcześniej uśmiech. Później właśnie tym miejscu, „na górze Moria, która została wskazana jego ojcu Dawidowi, w miejscu, jakie przygotował Dawid na klepisku Ornana Jebusyty”, Salomon zbudował świątynię (2 Krn 3, 1). A po wielu latach wreszcie, co najważniejsze, niedaleko od tego miejsca umrze na krzyżu Jezus, Oblicze Miłosierdzia Ojca. Jezus, Baranek Boży, w tym właśnie miejscu, które kiedyś było klepiskiem Arauny, zatrzyma na sobie, Ukrzyżowanym, śmiercionośną zarazę zabijającą całą ludzkość.

Bóg wskazał to miejsce patriarsze Abrahamowi. Bóg wskazał je królowi Dawidowi. I Bóg wskazuje je dziś nam. To miejsce miłosierdzia. To miejsce, gdzie zatrzymuje się śmiertelna zaraza, będąca konsekwencją grzechu. Kiedy bowiem grzeszymy, nie zdajemy sobie sprawy z tego, jaką lawinę zła uruchamiamy. Przypominamy w tym bezmyślnego albo bez owijania w bawełnę głupiego turystę, który w czasie wycieczki w wyższych partiach gór zaczyna, tak od niechcenia, tylko (!) rzucać wkoło kamieniami i… uruchamia lawinę. A potem reaguje, jak Dawid, po spisie ludności: „serce turysty zadrżało”. A potem, ów turysta, mądry po szkodzie, woła do Boga, jak Dawid: „bardzo zgrzeszyłem… postąpiłem bardzo nierozsądnie”, a dosłownie „postąpiłem bardzo głupio” (2 Sm 24, 10). Tak woła, ale lawina przez niego uruchomiona schodzi z gór i niszczy, i zabiera życie. A turysta nawet nie zdaje sobie sprawy, że to, co zrobił, odebrało życie także jemu (nie zdaje sobie z tego sprawy, bo jest rzekomo w wyższych partiach gór i jego to nie dotyczy). Lawina więc zabiera życie tłumom ludzi żyjących, by tak powiedzieć, na nizinach, poniżej. Ginie, jak słyszeliśmy, „siedemdziesiąt tysięcy ludzi”! Takie nic, jak spis ludności; takie nic, jak jeden tylko grzech, a lawina na nizinach zbiera żniwo śmierci. Tę lawinę może zatrzymać na sobie tylko Jezus Ukrzyżowany, Syn Ojca, który jest jak ratownik z TOPR-u wezwany przez Ojca, który idzie do akcji z czekanem w kształcie Krzyża. Wbija Krzyż w twardy grunt Golgoty, a przybity do Niego zatrzymuje na sobie lawinę śmierci.

Uderzające jest, że dopiero wówczas, gdy lawina została zatrzymana, gdy Bóg w swoim miłosierdziu zatrzymał niszczycielską rękę anioła,… że dopiero wtedy, niejako w cieniu Krzyża, Dawid jest zaczyna dojrzewać do tego, by wziąć pełną odpowiedzialność za to, co zrobił. Dopiero niejako w cieniu Krzyża jest zdolny powiedzieć nie tylko „bardzo zgrzeszyłem…” i „postąpiłem bardzo głupio”, bo to już raz powiedział (a brzmi to tak, jakby grzech był tylko jakimś przypadkiem z katalogu w rachunku sumienia z modlitewnika). Niejako w cieniu Krzyża Dawid-pasterz powtarza to wyznanie, ale już współodczuwając z owcami, z osobami poszkodowanymi na nizinach. Zdaje sobie sprawę z zerwanej relacji pasterz-owca. Mówi: „To ja zgrzeszyłem, to ja zawiniłem, a te owce cóż uczyniły? Niech Twoja ręka obróci się raczej na mnie i na dom mego ojca” (2 Sm 24, 17). Teraz jest gotów współodczuwać i wziąć na siebie konsekwencje. Wcześniej wydaje się, że traktował ludzi jak liczby czy numery, które można policzyć; jak jednostki, a nie jak osoby; jak trybiki w maszynie, którą kieruje, a nie jak osoby we wspólnocie, która jest mu powierzona; jak rzeczy, które się ma, a nie jak osoby, którym się służy. Spis ludności przeprowadzano w celach podatkowych (by wiedzieć, na jakie przychody można liczyć) albo wojskowych (dla oceny sił w celu podjęcia wojny). Spis w Biblii może być symbolem absolutnego panowania spisującego nad spisywanymi. Król Dawid zapomniał, że jako król i pasterz ma służyć pozostając w ścisłej zależności od Stwórcy i Ojca, który nadał mu tę władzę, by służył Bogu w najsłabszych. Obie księgi Samuela noszą w sobie właśnie ten rys: całym sobą służyć jedynemu Bogu! Jeśli Bóg przestanie być w centrum sanktuarium, jak w Szilo, takie sanktuarium przestanie istnieć. Jeśli w naszym osobistym życiu zapomnimy o fundamencie, to znaczy o tym że zostaliśmy stworzeni, by z całego serca chwalić Jedynego Boga i służyć jedynemu Bogu w najsłabszych, to jesteśmy jak ten turysta z głupoty uruchamiający lawinę odbierającą życie nam i innym wokół nas.

„Wpadnijmy raczej w ręce Pana, bo wielkie jest Jego miłosierdzie” - to genialna podpowiedź, jaką daje nam Dawid na czas rekolekcji i po rekolekcjach. „Wpadnijmy raczej w ręce Pana…”, bo Bóg nie bagatelizuje zła, nie bagatelizuje grzechu, a Jego miłość jest większa od największego zła, największego grzechu. I dziś otrzymujemy też podpowiedź, że do wzięcia odpowiedzialności za życie, za nasze czyny, dojrzewamy „na klepisku Arauny Jebusyty”, gdzie zatrzymała się zaraza, czyli w cieniu Krzyża, u stóp Ukrzyżowanego. Przybliżmy się więc do Jezusa Ukrzyżowanego, by dojrzewać do wzięcia odpowiedzialności za życie. Dziękujmy Bogu za każde drżenie serca, które pojawiło się w nas zaraz po grzechu i sprawiło, że zbliżyliśmy się do Boga, że zbliżyliśmy się do Ukrzyżowanego. I dziękujmy za to, że w ramionach Ojca, że w ramionach Ukrzyżowanego, możemy okryć miłość większą niż grzech, że możemy dojrzewać do wzięcia odpowiedzialności za zło i do zobaczenia siebie i innych jako dzieci jednego Ojca, który jest w niebie.

Piotr Szyrszeń SDS

---------------------------------------------------------------------

Co dziś wybiorę? Słowo prawdy czy podszept zła?
homilia - piątek IV tygodnia okresu zwykłego, 5 lutego 2016 r.
Syr 47,2-11; Ps 18, 13.47.50-51; Mk 6, 14-29

Misja Jezusa odbija się szerokim echem. Słowa i czyny Jezusa oraz Jego uczniów sprawiają, że wielu ludzi pragnie się z Nim spotkać. Wielu pragnie poznać prawdę o Nim. Wielu poszło za wskazaniem Jana Chrzciciela, który zapowiadał Jego przyjście wzywając do nawrócenia, bo Jego królowanie jest blisko.

Głos Jana był donośny, jak głos jego poprzedników, ale on nigdy nie przesłonił sobą Mesjasza. Jak czytamy we wcześniejszych fragmentach Ewangelii wg św. Marka prorok znad Jordanu mówi: „Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów” (Mk 1, 7). Jan wskazywał na Jezusa mówiąc: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata” (J 1, 29). Jan Ewangelista napisze o nim: „Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o światłości” (J 1, 7). Jego motto jako przyjaciela Oblubieńca to słowa: „Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał” (J 3, 30). To o nim Jezus powie, że nie jest trzciną kołyszącą się na wietrze. Tak, Jan był jak drzewo dębowe, które co prawda można ściąć, ale które nie przestanie mówić o Bogu swoim życiem. Bo można zabić proroka, ale nie można uśmiercić Słowa, którym prorok żył i którym się dzielił, dając o nim świadectwo.

Wielu więc zaczęło otwierać się na Jezusa i doświadczać mocy Jego miłości, która powoływała uczniów, rodziła wiarę, wyzwalała z cierpienia czy choroby grzechu. Także do Heroda doszła wieść o Jezusie. Usłyszał o Nim. I tak jak niepokoiły go wcześniej słowa Jana Chrzciciela, na które do końca się nie otworzył, tak niepokoi go teraz pojawienie się Jezusa. Powraca z Jezusem do wydarzenia śmierci Jana. Jak bowiem nie zapomina się dobrych ludzi w swoim życiu, tak nie da się też z życia wymazać trudnych historii związanych z grzechem; nie da ich amputować. Można przed trudną prawdą uciekać, nawet przez całe życie, ale to jest droga do nikąd. Często taka postawa prowadzi do jeszcze większego zagubienia. Trudno jest nam codziennie stawać w Prawdzie, bo ona jest trudna i często bardzo boli.

Jan Chrzciciel żył w prawdzie i głosił chrzest nawrócenia dla każdego grzesznika. Nie bał się nazywać po imieniu grzesznych postaw faryzeuszy i uczonych w Piśmie, czy też grzesznego życia Heroda i Herodiady. Ceną za życie w prawdzie i jej głoszenie było najpierw uwięzienie, a potem śmierć. Dla niego śmierć była wyzwoleniem, dla Heroda i Herodiady zaś, którzy tę śmierć zadali, stała się pozostaniem w niewoli grzechu. Jan Chrzciciel w swoim nauczaniu nigdy nie przekreślał człowieka w jego słabości, ale piętnował życie w grzechu, które w przypadku Heroda i Herodiady było wielkim zgorszeniem.

Gdy jednak przyglądamy się postawie Heroda, wydaje się, że nie był on tak do końca przeżarty złem. Miał w sobie wiele dobra. Choć kazał uwięzić Jana, to jednak widział w nim człowieka prawego i świętego, brał go w obronę, chętnie go słuchał, a słuchając jego mocnych słów prawdy odczuwał lęk. Jednak był pod wielkim i niszczycielskim działaniem zła, i to zło niszczyło, stopniowo zżerało jego życie. Jego kręgosłup moralny był mocno zniekształcony i dlatego nie był w stanie do końca iść za słowem prawdy. Jego serce przypominało ziemię skalistą, która przyjmuje Słowo, które zapuszcza korzonki, ale za chwilę szybko usycha. Same wyrzuty sumienia, które rodzą się u Heroda pod wpływem Słowa, nie wystarczyły, aby podjął radykalną drogę nawrócenia. Bo co z tego, że chętnie słuchał proroka Jana, skoro nie pozwolił temu słowu, by to słowo nawracało jego serce, by to słowo do końca zapanowało w jego sercu. Herod był za słaby, aby zrezygnować z dotychczasowego stylu życia. Swoje sumienie zagłuszał kolejnymi złymi wyborami.

Sumienie można zagłuszać i tak dzieje się podczas urodzinowej uczty Heroda. Herod nie poradził sobie ze swoją pożądliwością ulegając wdziękom tańczącej córki Herodiady. Ta pożądliwość, z którą sobie nie poradził, stała się kolejnym bolesnym przystankiem na drodze do wielkiej tragedii. Duży w tym udział miała Herodiada, która pałała nienawiścią do Jana. Ta nienawiść pchnęła ją tak podstępnego i zabójczego czynu. W diabelskiej przebiegłości, by mieć przysłowiowe „czyste ręce”, wykorzystuje swoją córkę, by ta w sytuacji złożonej przez Heroda obietnicy poprosiła o głowę Jana Chrzciciela. „Kłębowisko żmij”, bo tak chyba można nazwać stan ich serc, w których przelewa się zło, osiągnęło apogeum. Zapadł wyrok śmierci na Jana Chrzciciela. Stało się tak, bo oni zagłuszyli w sobie słowo prawdy. Trzeba jednak przypomnieć, że to słowo prawdy walczy o nas i zmaga się z grzechem i złem w naszych sercach o nas aż do końca!

Herod, słysząc prośbę córki Herodiady, zasmucił się. Czy dlatego, że zginie Jan? Można sądzić, że nie. On zrozumiał, kim jest Herodiada i że on tak naprawdę jest w jej rękach i pod jej niszczycielskim działaniem. I choć wszystko zależy od niego samego, on jednak nie był w stanie przeciwstawić się głupiej przysiędze. Mógł z niej zrezygnować, ale dla niego ważniejsza była opinia innych. Znowu zwyciężył w nim lęk o siebie, z którym sobie nie poradził. Był za słaby, aby przeciwstawić się opinii, aby złamać głupią decyzję. Zło, moi drodzy, nie ma władzy absolutnej nad nami. Zło nie jest w stanie dyktować nam tego, co mamy robić. Ostatecznie to my dokonujemy wyboru. Wybór to kwestia naszej wolności. Jednak siłą naszej wolności jest siła dobra i otwarcie na łaskę Bożej dobroci. Zły będzie się usiłować posłużyć naszą kruchością, aby zdobyć jak najwięcej sojuszników w walce z dobrem, do którego wszyscy zostaliśmy powołani.

Herod interesował się Jezusem, ale nic nie uczynił, by się z Nim spotkać. Taka sposobność jednak nadeszła podczas procesu Jezusa, gdy Jezus do niego został przyprowadzony. W spotkaniu z Jezusem, Prawdą, mógł się otworzyć się na prawdę i zmienić życie, jednak tego nie uczynił. Spotkał Tego, którego zapowiadał Jan Chrzciciel. Spotkał Tego, o którym usłyszał tyle niezwykłych słów. Spotkał się żywym Słowem Prawdy, ale jego serce nie otworzyło się na Jezusa. Był przeniknięty złem do tego stopnia, że chciał posłużyć się Jezusem do własnych egoistycznych celów. Jezus odczytał jego intencje i nie dał się sprowokować. Pamiętamy, że w obliczu „prowokacji” ze strony Heroda, Jezus milczał, nie wypowiedział ani jednego słowa. Co zrobił Herod? Wzgardził Jezusem, kazał ubrać Go w lśniący płaszcz i odesłał do Piłata.

A namiestnik rzymski też nie otworzył się na Jezusa, od którego usłyszał: „Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie” (J 18, 37). Piłat, podobnie jak Herod, nie otworzył się na Jezusa, jedyne źródło Prawdy. Obaj byli tak blisko Źródła Prawdy! Jak wiemy, w tym samym czasie stali się przyjaciółmi. Zło usiłuje tworzyć koalicje, usiłuje tworzyć sojusze. Kiedy się mu to udaje, śmiertelnie eskaluje. Jezus przyszedł, aby nas wyzwolić z wielkiego dramatu zła, ale nie uczyni tego bez naszej zgody. Kogo dzisiaj posłucham? Po czyjej stronie dzisiaj stanę? Kogo dziś wybiorę?

Joachim Stencel SDS

---------------------------------------------------------------------

Bóg Święty objawia się, bo pragnie nas, grzesznych, uświęcać
homilia - V Niedziela Zwykła (rok C), 7 lutego 2016 r.
Iz 6, 1-2a.3-8; Ps 138, 1-5.7c-8; 1 Kor 15, 1-11; Łk 5, 1-11

Pierwsza lektura dzisiejszych trzech czytań, z księgi proroka Izajasza, z listu św. Pawła do Koryntian i z Ewangelii wg św. Łukasza, była dla mnie trudna. Trudno mi było utożsamić się z prorokiem Izajaszem, z apostołem Pawłem czy z rybakiem Szymonem. Trudno było mi utożsamić się z Izajaszem, najpierw dlatego, tak sobie pomyślałem, że ja nie mam widzeń Boga „zasiadającego na wysokim i wyniosłym tronie”, którego tren szaty wypełnia świątynię. Nie widzę aniołów wołających „Święty, Święty, Święty…”. Trudno mi dziś utożsamić się rybakiem Szymonem. Chyba łatwiej jest mi dziś sobie siebie wyobrazić jako trzeciego syna Zebedeusza, który razem z braćmi jest przywoływany przez rybaków z sąsiedniej łodzi w momencie tak obfitego połowu: Szymon, w którego spółce pracujemy, dał się poprowadzić słowu Jezusa, zarzucił sieci po prawej stronie łodzi, a to co się dzieje, ów nad-obfity połów, myślę sobie, to owoc posłuszeństwa Szymona. Nawet trudno mi jakoś utożsamić się z apostołem Pawłem, który wyznaje: „w końcu, już po wszystkich, ukazał się także i mnie jako poronionemu płodowi…”, bo oczami ciała nie widziałem Zmartwychwstałego.

Nie mam widzeń Boga. Oczami ciała nie widziałem i nie widzę Boga. Wierzę. Tak, wierzę, że Bóg ukazał się Izajaszowi! I że Izajasz miał tę wizję Boga „zasiadającego na wysokim i wyniosłym tronie”, nie dla siebie jedynie, ale ze względu na swoich rodaków, ze względu na mnie i ze względu na nas wszystkich. Przyjmuję, że Izajasz, wszechstronnie wykształcony i odznaczający się głęboką kulturą duchową, przez to widzenie nie został wyróżniony kosztem reszty świata, ale że to objawienie było jego udziałem, by podzielił się nim z innymi. Charyzmat widzenia Boga został dany Izajaszowi nie po to, by on się wyróżniał, ale po to, by tym, co zobaczył, służył innym ludziom. Trudno mi zobaczyć (tak to powiem, bo może jestem ślepy i powinienem prosić Boga, by mi otworzył mi oczy) w swoim życiu obfitych połowów, które byłyby jakoś związane bezpośrednio z moim posłuszeństwem słowu Jezusa. Co najwyżej widzę siebie utrudzonego nocnym łowieniem i przywoływanego do pomocy, kiedy łódź Szymona i Andrzeja, jest zbyt mała, by pomieścić ryby, które wpadły w sieci. Usiłuję więc uznać charyzmat rybaka Szymona i mój charyzmat.

I tu zatrzymuje mnie słowo, że Jezus stojący na nad jeziorem „zobaczył dwie łodzie stojące przy brzegu”. Wprawdzie za chwilę wejdzie do łodzi Szymona, by z niej nauczać, ale nie daje mi dziś spokoju to, że wcześniej „zobaczył dwie łodzie stojące przy brzegu”. Potem Ewangelista powie: „i napełnili obie łodzie”. Jezus od zawsze widział te „dwie łodzie stojące przy brzegu”, tęskniące (jeśli łodzie mogą tęsknić) za tym, by być napełnionymi rybą. Jezus widzi człowieczeństwo każdego i każdej z nas jako naczynie, które tęskni za tym, by zostało wypełnione. I widzi nasze zmaganie, często zmaganie „nocne”, by wypełnić to naczynie. Dramat polega na tym, że często wypełniamy nasze łodzie śmieciami, czymś, co nie potrafi nas nasycić. Świadomie przed chwilą powiedziałem, że nasze łodzie tęsknią za tym, by być napełnionymi „rybą” (l. poj.). My próbujemy wypełniać nasze łodzie „rybami” (l. mn.), wypełniać je wieloma relacjami, rzeczami. Tymczasem nasze łodzie tęsknią za „Rybą” (pierwsze litery od greckich słów: „Jezus Chrystus Syn Boży Zbawiciel” - „Iesous Christos Theou Hyios Soter” tworzą greckie słowo „Ryba” - „ichtys”). Można usiłować napchać swoje życie wieloma „rybami”, wieloma relacjami, nawet dobrymi, ale nasycić może nas tylko jedna „Ryba”. Napełnić może nas tylko spotkanie z Jezusem Chrystusem, Synem Bożym, Zbawicielem.

Stopniowo w dzisiejszym słowie z liturgii dostrzegam, że ono koncentruje mnie na prawdzie, że Bóg się objawia. Bóg chce się objawiać i czyni to hojnie! Wielokrotnie objawiał się prorokom i przemawiał przez proroków, potem objawił się w Synu i przemówił przez Syna (por. Hbr 1, 1). W czytaniu z listu do Koryntian słyszmy o tym, z jaką hojnością ukazywał się Jezus Zmartwychwstały. Czterokrotnie pojawia się czasownik w stronie biernej: „został ukazany, został uczyniony widocznym” (gr. „ofthe”). Posłuchajmy kontemplując tę hojność Boga, który chce się objawiać człowiekowi: „ukazał się Kefasowi, a potem Dwunastu, później zjawił się więcej niż pięciuset braciom równocześnie; (…). Potem ukazał się Jakubowi, później wszystkim Apostołów. W końcu, już po wszystkich, ukazał się także i mnie…” - pisze św. Paweł zaznaczając, że można jeszcze spotkać tych świadków. Charyzmat widzenia Zmartwychwstałego został dany wielu nie po to, by oni się wyróżniali czy wynosili nad innych, ale po to, by świadectwem służyli innym.

Bóg pragnie się objawić, to znaczy Bóg „pragnie udzielać swojego Boskiego życia ludziom (…), by (…) uczynić ich przybranymi synami” (KKK 52). Bóg objawia się stopniowo: „Bóg stopniowo udziela się człowiekowi, przygotowuje go etapami na przyjęcie nadprzyrodzonego Objawienia, którego przedmiotem jest On sam, a które zmierza do punktu kulminacyjnego w Osobie i posłaniu Słowa Wcielonego, Jezusa Chrystusa” (KKK 53). Widać to w wydarzeniu cudownego połowu. Bóg objawia się w obfitości ryb, którymi są napełnione łodzie, a przede wszystkim w swoim Synu - Rybie, która jedynie nasyca nasze serce.

I „to Objawienie nie zostało przerwane przez grzech naszych pierwszych rodziców (…)” (KKK 55). A dzisiejsza liturgia ukazuje nam reakcje nas, grzeszników, w obliczu objawienia się Boga. Chcę skorzystać z intuicji Romana Brandstaettera, który w książce „Jezus z Nazaretu” tak sobie wyobraża reakcję Szymona Piotra: „«Odejdź ode mnie. Panie, bom jest człowiek grzeszny». Powiedział: «Odejdź» - ponieważ w obliczu tych niezliczonych ryb, symboli płodności, rodzącej i obfitej łaski, uzmysłowił sobie, że nie on przyszedł w pokorze do Jezusa i że nie on w pożądliwości dobrodziejstw zapukał do Jego drzwi, ale ów dobry Rabbi, ścigając go cudami, odszukał go, znalazł, dogonił i przyszedł do jego niegodnej łodzi. «Odejdź, Panie»”. Gdybym zaprosił Jezusa, byłoby może w porządku, ale On przyszedł bez zaproszenia do mnie, niegodnego!

Szymon, dosłownie, woła nie: „odejdź…”, ale: „wyjdź ode mnie, Panie” (to „wyjdź” pojawi się też w ustach Jezusa, gdy wypędza złego ducha z człowieka - Mk 1, 25; 5,5; 9, 25; Łk 4, 35). Gdyby Jezus był jedynie na zewnątrz, zawołanie „odejdź ode mnie” byłoby adekwatne, ale Jezus jest wewnątrz życia Szymona. To „wyjdź” uświadamia nam, że Jezus wcześniej wszedł do łodzi i w życie Szymona, i że był już w środku. Jak trudno nam Boga, o którym aniołowie wołają: „Święty, Święty, Święty”, przyjąć u siebie, tu, na ziemi! Ilu z nas myśli, że Bóg „Święty” to znaczy „Oddzielony”; że Bóg, Święty, jest tam, w niebie, a my, grzeszni, tu, na ziemi. Tymczasem Bóg, który jest Święty, objawia się tu, na ziemi. On, Święty, pragnie udzielać nam, grzesznym, swojej świętości, czyli chce nas uświęcać. Objawienie się Boga Świętego to nie tylko informacja o Bogu Świętym, ale doświadczenie Boga, który uświęca. Uświęca nie kogo innego, ale grzeszników.

I Bóg od zawsze jest wewnątrz nas, głębiej niż my sobie wyobrażamy. Bóg nie jest jakąś przystawką do naszego życia, którą bezboleśnie można odłączyć, ale jest zakorzeniony w nas, więc odłączenie oznacza wyrwanie z korzeniami, co jest głęboko raniące. Odłączenie, czyli wyrwanie Boga z naszego życia, pozostawia głęboką ranę w naszym sercu. I odwrotnie, my nie jesteśmy jakąś przystawką do Boga. Nasze imiona nie są zapisane na jakimś zewnętrznym dysku pamięci podłączonym do mózgu Boga, który to dysk, gdy my odchodzimy od Boga, można bezboleśnie od Niego odłączyć. Nasze imiona są bowiem trwałym atramentem zapisane w sercu Bogu. Jesteśmy zakorzenieni w sercu Boga głębiej niż sobie wyobrażamy. Odłączyć się od Boga, to znaczy wyrwać swoje korzenie z serca Boga i pozostawić serce Boga krwawiące.

Stąd na błędzie Szymona Piotra możemy się uczyć, czego nie robić: nie wyrywać Jezusa ze swojego życia. Apostoł Paweł zachęca nas do podjęcia zmagania modlitwy: „za łaską Boga jestem, czym jestem. (…) pracowałem [trudziłem się] więcej od nich wszystkich, nie ja, co prawda, ale łaska Boża ze mną”. Od Św. Pawła uczymy się walczyć mocą samego Boga, mocą słowa Bożego, które potężnie działa w nas (Kol 1, 29). Tak rozumiem także obraz z pierwszego czytania. Anioł bierze płonący węgiel z ołtarza i dotyka nim warg Izajasza. Słowo Boże jest jak płonący ogień, jak ogień, który oczyszcza i rozpala, ale nie spala, nie niszczy. Przypomnijmy sobie płonący krzew, który widział Mojżesz na pustyni. Tak właśnie działa ogień Boży. Każde słowo Boga jest jak pocałunek Boga. Tak właśnie rabini tłumaczyli bycie z Bogiem twarzą w twarz. Doświadczam Boga twarzą w twarz w każdej modlitwie, gdy słucham Boga i gdy On słowem mnie całuje. Nie wzdraga się przed pocałowaniem miejsc zranionych i zaropiałych. Nie boi się, że szminka zostanie Mu na ustach. Słowem, które jest jak pocałunek, które jest jak ogień, oczyszcza nas, uświęca, pociąga ku sobie. Więc nawet jeśli Boga nie widzę oczami ciała, czuję Go na swoich ustach gdy słucham Jego słowa.

Piotr Szyrszeń SDS

---------------------------------------------------------------------

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl