O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Ćwiczenia Ignacjańskie 20-28 czerwca 2016 ...


Ćwiczenia Ignacjańskie
20-28 czerwca 2016

  

W dniach 20-28 czerwca 2016 r. przeżywaliśmy Ćwiczenia Duchowe św. Ignacego Loyoli. Rekolektanci, adekwatnie do stopnia zaawansowania na drodze ćwiczeń, przeżywali jeden z czterech „tygodni”. W rekolekcjach wzięły udział 62 osoby, którym towarzyszyło siedmioro kierowników duchowych. W posługę towarzyszenia byli zaangażowani czterej duszpasterze CFD, kapłan archidiecezji przemyskiej, kapłan zakonny - jezuita oraz osoba świecka.

Dziękujemy za modlitwę w intencji uczestników ćwiczeń
dających punkta i kierowników duchowych !

---------------------------------------------------------------------

 T E K S T Y   H O M I L I I
wygłoszonych w czasie rekolekcji

---------------------------------------------------------------------

Rozpoczynamy święty czas rekolekcji, by... widzieć wyraźniej
homilia - poniedziałek 12. tygodnia okresu zwykłego, 20 czerwca 2016 r.
2 Krl 17, 5-8.13-15a.18; Ps 60, 3-5.12-14; Mt 7, 1-5

Możemy dziś powiedzieć, jak na początku każdych rekolekcji, że „rozpoczynamy święty czas rekolekcji”. Z pewnością nie jeden raz słyszeliśmy już to sformułowanie na początku rekolekcji czy to parafialnych, czy wspólnotowych czy też innych. Niemniej jednak trzeba podkreslić znaczenie każdego ze słów, które występują w tym sformułowaniu. Po pierwsze „rozpoczynamy”. Iluż z nas rozpoznaje w sobie i nosi w swoim sercu takie pragnienie: „O, gdybym mógł/mogła rozpocząć wszystko od nowa! O, gdybym mogła zmienić coś w swojej przeszłości! O, gdybym mógł podjąć tę decyzję ponownie i postąpić inaczej!”. Rekolekcje dają nam właśnie okazję do nowego początku. Czas rekolekcji jest, po drugie, „święty”. To, co się tu zdarzy, wydarzy się w obecności Tego, który jest Święty, czyli samego Boga. Wszystko inne, nawet jeśli byłoby najpiękniejsze, gdyby wydarzyło się poza pełną miłości obecnością Boga, nie będzie tak wartościowe. Warto więc uświadamiać sobie wciąż, że jesteśmy w miejscu, w którym jest obecny i na które patrzy Bóg. Trzeci element naszego sformułowania to „czas”. Być może jest wśród nas ktoś, kto myśli, że Bóg niewiele mu dał, niewieloma rzeczami go obdarzył. A dzisiaj każdy z nas może powiedzieć: „mam czas! Bóg dał mi czas!”. Powtórzmy z wdzięcznością: „mam czas świętych rekolekcji”. Dziękujmy za dar tego czasu i spróbujmy z hojnością ofiarować go Panu Bogu. Skoro „mam” czas, to mogę go również dać Panu Bogu. I wreszcie, czwarte słowo: „rekolekcje”, choć tu lepiej byłoby używać słowa, które trafniej oddaje charakter tego czasu, a którego użył św. Ignacy Loyola mówiąc o „ćwiczeniach duchownych”. Słysząc słowo „ćwiczenia” możemy mieć intuicję, może nam ono uświadamiać, że czeka nas tutaj zmaganie. To dobra intuicja. Ale skoro Pan Bóg daje nam tę okazję, by podjąć bądź kontynuować trud ćwiczeń, trud zmagania, to On ufa, że każdy z nas może i potrafi podjąć wysiłek współpracy z Jego łaską. Powtórzmy więc: „rozpoczynamy święty czas rekolekcji” i obudźmy w sobie świadomość daru czasu rekolekcji, jaki daje nam Pan Bóg. To czas daru Bożego, czas Jego obecności i naszej współpracy z Jego łaską.

Dzisiejsza liturgia słowa kładzie przed nami bardzo wymowny obraz. Jezus zwraca się do swoich uczniów i mówi: „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”. Równocześnie podaje znany nam obraz, że ktoś, kto ma belkę w swoim oku, nie jest w stanie właściwie zatroszczyć się o oko swojego brata. To pouczenie ujawniało też trudności, których doświadczała wspólnota, wśród której i dla której św. Mateusz pisał Ewangelię. Kiedy czas powtórnego przyjścia Pana Jezusa wydawał się oddalać, zaczynały się pojawiać napięcia. Z jednej strony byli tacy, którzy mówili, że trzeba wrócić do tradycji żydowskiej, tradycji Prawa i Proroków, i bardziej skupić się na przestrzeganiu tamtych przepisów. Z drugiej strony byli inni, którzy uważali, że są wolni i mogą czynić, cokolwiek chcą; ci drudzy podążali w kierunku nie tyle wolności, a wręcz hołdowania ciału, a ich hasłem mogłoby być: „wszystko mi wolno”. To określenie choć nieco przerysowane, może pomóc nam zrozumieć, jakiego rodzaju napięcia towarzyszyły tej wspólnocie. W takim kontekście łatwo było osądzać innych. Św. Mateusz zbiera i przekazuje słowa Jezusa tak, by wybrzmiało to, co było istotne w nauczaniu Jezusa, a mianowicie troska o całą wspólnotę, troska o każdego człowieka we wspólnocie. Jako wspólnota chrześcijańska tworzymy Mistyczne Ciało Chrystusa, a jeśli chcemy zatroszczyć się o wspólnotę, którą tworzymy - małżeńską, rodzinną czy zakonną - trzeba nam troszczyć się o tych, którzy są najmniejsi.

Pozwólcie, że dzisiejszą Ewangelię uchwycę w taki sposób: jak pozbyć się mikroskopu pogardy i nauczyć się używać lunety łaski. Ten, kto w swoim oku ma belkę, kto ma zaćmę albo kataraktę, musi się bardzo zbliżyć do obserwowanego przedmiotu, by zobaczyć to, co jest napisane, albo musi użyć mocnych okularów. To obraz człowieka, który aby zobaczyć drobne szczegóły życia drugiego musi niejako „wejść z butami” w jego życie. Zamiast postrzegać drugiego jako brata czy siostrę, postrzega go czy ją jako obiekt dociekań. Do swoich dociekań potrzebuje mikroskopu, mikroskopu naznaczonego pogardą i brakiem miłosierdzia, który umożliwi mu zauważanie najdrobniejszych szczegółów, które będzie mógł wydobyć na światło dzienne i obwieścić światu. I niby czyni to, by pomagać, ale tak naprawdę chodzi o to, by siebie wynieść na piedestał. Badając czy dociekając domaga się osądzenia drugiego, domaga się, aby jego zdanie było najważniejsze i ostateczne, aby jego głos został uznany za właściwy i jedynie słuszny. Potrzebujemy zasadniczej zmiany, która obrazuje pewna zagadka: jaki zawód jest najniewdzięczniejszym na świecie? Okulista. Okulista? Tak, bo mówi ludziom o ich wadach, a dokładnie o wadach wzroku. Tylko otwartość i uznanie „wady” umożliwia właściwe działanie: leczenie, zastosowanie okularów, by ponownie wyraźnie widzieć.

Ten, kto z własnego oka usunął belkę, może nawet z dużej odległości dostrzec to, czego inny człowiek naprawdę potrzebuje. Zaczyna widzieć dalej i wyraźniej posługując się szczególną lunetą łaski. Chyba nieprzypadkowo na obrazie Rembrandta przedstawiającego powrót syna marnotrawnego, wzrok ojca wydaje się zamglony. Ojciec z tego obrazu na pozór słabo widzi, ale okazuje się, że to właśnie on potrafi widzieć głęboko: ojciec potrafi zobaczyć więcej niż człowiek, który ma zdrowy wzrok. On potrafi zobaczyć więcej, głębiej, bo patrzy oczami miłosiernej miłości. Zauważmy również coś, co może być ważne dla nas na początku rekolekcji. Czasem usunięcie albo pozwolenie na usunięcie belki zeswego oka jest trudne z dwóch powodów. Po pierwsze, usuwanie belki kojarzy się nam z cierpieniem, cierpieniem, które wydaje się większe niż to wynikające z faktu noszenia belki w swoim oku. Po drugie, trudnym dla nas może być to, gdy po usunięciu belki mogłoby do nas dotrzeć, że tak długo godziliśmy się na swoje własne cierpienie, gdy nadzwyczaj długo, gdy zbyt długo, nosiliśmy ją w swoim oku, zamykając się na łaskę Bożego miłosierdzia.

Słowo o możliwości usunięcia belki dla nas, rozpoczynających rekolekcje, może być zachętą, byśmy nie bali się szeroko otwierać oczu i uczyć się ważnej postawy… W pierwszym czytaniu słyszeliśmy o widzących, czyli o prorokach, którzy napominali Izraela, który jednak ich nie słuchał. Izrael nie słuchał proroków, czyli nie podążał za tym, co oni widzieli. Izraelici nie podążali za głosem widzących, czyli proroków, bo wydawało im się, że sami widzą i wiedzą lepiej niż oni. Izraelici nie podążali za głosem tych, którzy widzieli Serce Boga i potrafili właściwie odczytywać Boże wezwania. Prośmy dziś o tę łaskę, byśmy pozwolili, aby Bóg uczył nas sztuki patrzenia; byśmy przez Niego nauczeni, patrzyli na życie oczami Jego miłosierdzia. A jeżeli są w naszym życiu jakieś miejsca, z których trzeba wydobyć jakąś belkę, niech obawa przed bólem czy cierpieniem, przed smutkiem czy rozgoryczeniem, nas nie zablokuje. Zawierzmy Bogu, że On tę belkę nam zabierze, być może czyniąc ją częścią składową Krzyża, na którym zawiśnie. To wybór, jakiego dokonuje nasz Zbawiciel. Pozwólmy Mu, by uczył nas w tych dniach, jak po Bożemu patrzeć na własne życie. Jeżeli bowiem będziemy potrafili właściwie patrzeć na własne życie, będziemy również umieli pomagać sobie nawzajem. Obyśmy jako wspólnota, jako Ciało Chrystusa, wiedzieli dokąd idziemy, używając lunety łaski.

Rafał Ziajka SDS

---------------------------------------------------------------------

Prawdziwa (dogłębna) i pozorna (powierzchowna) reforma
homilia - środa 12. tygodnia okresu zwykłego, 22 czerwca 2016 r.
2 Krl 22, -13; 23, 1-3; Ps 119, 33-37.40; Mt 7, 15-20

Jednym z wielkich darów, jaki jest związany z drogą ćwiczeń duchowych, które odprawiamy, a które Bóg przez św. Ignacego pozostawił w Kościele, jest dar rozeznawania. Będziemy pochylali się dokładniej, zwłaszcza na pierwszym i drugim tygodniu, nad regułami o rozeznawaniu duchów. A w dzisiejszej Ewangelii Jezus przypomina nam tę „złotą” regułę, z której wywodzą się wszystkie inne związane z rozeznawaniem duchowym. Św. Ignacy mocno się jej uchwycił. Brzmi ona: „Poznacie ich po ich owocach”. Nie tylko to, co na początku wydaje się dobre, co pozornie dobre, jest dobre. To, co pozornie dobre, prędzej czy później wyda zgnite i złe owoce, bo złe drzewo nie może rodzić dobrych owoców; cierń nie może zrodzić winogron ani oset figi. Ale dobre drzewo rodzi dobre owoce. Otóż, dzisiaj chciejmy z tej reguły skorzystać, by rozeznać – tak odczytuję dzisiejszą liturgię słowa – to, co prawdziwie dobre i pozornie dobre. Gdzie pojawia się ten „języczek” uwagi? W którym momencie dążenie do dobra może się zamienić w pozorne dążenie do dobra i kiedy prawdziwe dążenie do dobra pozostaje takim do końca?

Wydaje się, że – idźmy najpierw do pierwszego czytania – dużo dowiadujemy się na ten temat poprzez wydarzenie, które opisuje druga Księga Królewska. Jest VII wiek, a dokładnie wydarzenie, które opisuje autor natchniony, ma miejsce w 622 roku. To rok reformy religijnej wśród wiernych w Judei. Asyria już „połknęła” niewierny Izrael, czyli państwo północne. Judea może się uczyć na błędach tych, którzy tylko pozornie chodzili za Bogiem, wskutek czego ich historia skończyła się tak, jak się skończyła. Ale Judejczycy nie uczą się dobrze. Już wcześniej bowiem pojawili się królowie, którzy chcieli zadbać o reformę. Był np. król, który żył 180 lat wcześniej niż opisane tu wydarzenia, Joasz, który dzięki kapłanowi Jojadzie i tak naprawdę tylko dzięki niemu rozpoczął reformę domu Pana. Na czym ona polegała? Otóż, bezeceństwo, które się działo polegało na tym, że w świątyni Pana umieszczano posągi bożków. To jest najbardziej potworna idolatria, jaka może istnieć. Bo jest takie bałwochwalstwo, które polega na tym, że człowiek mówi: „Panie Boże, już nie będę Cię czcił. Już nie Ciebie będę chwalił, bo mam swoje bożki”. Pośród tej tragedii, sytuacja jest bardzo jasna, bo człowiek przynajmniej mówi głośno sobie i Bogu, co wybrał i jak wybrał. Mając do wyboru prawdziwego Boga i bożki, wybrał te ostatnie mówiąc: „Żegnaj, Panie Boże! Już mnie nie interesujesz, bo mam nowych bogów!”. Wbrew pozorom z takiej idolatrii łatwiej się podnieść. Jest jednak również inny rodzaj idolatrii. To grzech, który lud Izraela popełnił już na pustyni, kiedy pod nieobecność Mojżesza, zniecierpliwiony, ulał sobie złotego cielca z kolczyków, z biżuterii… Tam na pustyni lud nie powiedział: „Pan Bóg już nas nie interesuje!”, ale pokazując na złotego cielca mówił: „To jest Pan Bóg!”. To się stało później również w Judei. Nie wybudowano jedynie osobnych świątyń i posągów bożków, ale posągi bożków umieszczono w świątyni Boga; umieszczono je niejako „obok” Pana Boga. To grzech, który nam dzisiaj najbardziej zagraża: brak zdolności rozróżniania między tym, co prawdziwe i tym, co tylko pozorne; brak rozeznania między prawdą i kłamstwem; między Bogiem żywym i martwymi bożkami. Zagraża nam grzech pomieszania, bo chcemy mieć wszystko! To idolatria, w której mówimy: „Boże, chcę Ci służyć, ale równocześnie chcę mieć także coś innego; chcę mieć równocześnie to, co mi się podoba i to, co dla mnie jest przyjemne. I chcę to wszystko połączyć w Twoim domu, w Twojej świątyni”. To jest najbardziej niebezpieczny grzech, bo trwając w nim oszukujemy Boga i oszukujemy siebie samych. Reforma, która się rozpoczęła za króla Joasza, miała na celu usunięcie bożków z domu Pana. Tymczasem, nie wystarczy samo zewnętrzne usunięcie posągów bożków ze świątyni; bo można usunąć bożki sprzed siebie i żyć z bożkami w sobie. Trzeba oczyścić również świątynię serca. Zresztą, Joasz nigdy swej reformy nie dokończył, bo kiedy kapłan Jojada umarł, król Joasz znów poszedł za „nicponiami” i na nowo sprowadził bożki do świątyni Pana. Tak się kończą reformy realizowane jedynie powierzchownie i połowicznie. Gdy człowiek dokonuje reform połowicznych, częściowych, kiedy zmienia „tak trochę”, kiedy reformuje coś „tak pomiędzy”, kiedy podejmuje inicjatywy „tak nie do końca”, kończą się one tak, jak się skończyły reformy za Joasza.

I pojawił się Jozjasz. Idźmy do naszej dzisiejszej lektury. Upłynęło prawie 180 lat, jak wcześniej powiedziałem, a więc dużo czasu. Jozjasz podejmuje wyzwanie: „Trzeba dokończyć reformę domu Pana”. Ale Jozjasz popełnił ten sam błąd, co Joasz. Chciał dokończyć reformę w taki sposób, w jaki zaczął ją Joasz, czyli usuwając jedynie posągi bożków ze świątyni Pana i naprawiając to, co było zepsute w świątyni. I stało się coś niezwykłego, co jest bardzo symboliczne. Pewnego dnia przy pracach w świątyni, odnaleziono Księgę Prawa. W świątyni odnaleziono Księgę Prawa! Zgubiła się?! Straciła się w świątyni Pana?! Co my jeszcze robimy w świątyni Pana, kiedy gubimy Jego słowo? Co człowiek może robić w takiej świątyni Pana, w której zagubiła się Księga Prawa? Ta księga została odnaleziona, a komentatorzy mówią, że najprawdopodobniej była to księga Powtórzonego Prawa, a tam w rozdziale piątym w wersesie siódmym pierwsze przykazanie: „Nie będziesz miał bogów innych oprócz Mnie”. Wtedy Jozjasz rozdarł szaty. Zrozumiał, że Bóg chce innej reformy, nie tylko reformy świątyni zbudowanej z murów. Można bowiem budować piękne świątynie, i chodzić do pięknych świątyni, i można sprawować tam piękne liturgie, i poprawnie zewnętrznie wypełniać wszelkie praktyki religijne, równocześnie przychodząc do świątyni Pana z jakimiś bożkami w sercu. Bóg nie chce takich ofiar, ani takiej modlitwy, ani takiej religii. I Jozjasz to zrozumiał, dlatego kazał zwołać wszystkich. W dzisiejszym pierwszym czytaniu kilka razy pojawia się słowo: „wszyscy”, „cały”, „cała”, „do końca”. Na tym ma polegać reforma, że „wszyscy ludzie z Judy i wszyscy mieszkańcy Jerozolimy, kapłani i prorocy oraz cały lud, od najmniejszych aż do największych odczytał głośno całą treść księgi przymierza, znalezionej w świątyni Pańskiej”. A potem powiedzieli, że „będą przestrzegali poleceń Pana, przykazań i praw całym sercem i całą duszą”.

Być czystym w Biblii oznacza: oddać całe serce. Czystość oznacza niepodzielność. Czystość oznacza, że nie dzielimy serca między prawdziwego Boga i jakieś bożki. Jozjasz zrozumiał, że tylko wtedy, kiedy reforma przechodzi przez serce, przez całe serce, że tylko wtedy kiedy na nowo „całym sercem” wraca się do Pana, tylko wtedy reforma jest prawdziwa, rzeczywista. I tu wracamy do reguły, którą podał Jezus. „Złota” reguła właśnie temu służy, by rozeznawać najpierw między tym, co dobre i tym, co złe. To o wiele łatwiej rozeznać, choć dzisiaj, zauważmy, wielu pracuje nad tym, by i tę granicę zacierać, a wielu ludzi już kompletnie nie wie, co jest dobre, a co złe. Ale złota reguła ma nam pomóc oczyścić się również z tego, co o wiele bardziej niebezpieczne, i nauczyć się rozeznawać między dobrem rzeczywistym i dobrem pozornym, i uformować nas do angażowania się „całym sercem, całym umysłem, całym sobą”. „Złota” reguła chroni nas przed połowicznością, która jest prawdziwą gangreną w życiu chrześcijanina. Połowiczność może nam najbardziej szkodzić, może wręcz „zżerać” nasze życie. Dlatego Jezus mówi: „Strzeżcie się fałszywych proroków”. Bo człowiek połowiczny jest fałszywy, okłamuje: na zewnątrz jest jak owieczka, a wewnątrz jest drapieżnym wilkiem. To jest dla nas największym niebezpieczeństwem. Połowiczność bardzo szybko zamienia się w powierzchowność, w jedynie zewnętrzną poprawność. Połowiczność deprawuje serce. Nic bardziej nie deprawuje naszego serca niż połowiczność, niejasność, nieczytelność. Jezus mówi dziś do nas te słowa z całą miłością. Chciejmy usłyszeć je jako słowa pełne troski: „Strzeżcie się!”. Jezus mówi: „Uważaj na siebie! Uważaj na siebie!”. „Drogi jesteś w moich oczach – tymi słowami modlą się dziś uczestnicy pierwszego tygodnia – nabrałeś wartości i Ja cię miłuję. Ja będę z tobą, gdy pójdziesz przez wody i przez rzeki. Nic ci się nie stanie…!” (por. Iz 43, 2-4). Jezus mówi: „Uważaj na siebie!”, to znaczy: „Zrób to, co zrobił Jozjasz, by odnaleźć słowo Boga, by postawić je w swoim sercu w centrum, by uczynić z niego zasadę swego życia, aby ono pomagało ci rozeznawać to, co dobre i to, co złe; rozeznawać to, co rzeczywiście dobre od tego, co tylko pozornie dobre; aby stać się dobrym drzewem, które rodzi dobre owoce.

Krzysztof Wons SDS

---------------------------------------------------------------------

Widzisz muł: „jestem DDA”? Odkryj skaliste dno: „Jesteś DeBeŚciakiem”!
homilia - uroczystość narodzenia św. Jana Chrzciciela (wigilia), 23 czerwca 2016 r.
Jr 1, 4-10; Ps 71, 1-4a.5-6ab.15ab.17; 1 P 1, 8-12; Łk 1, 5-17

W wigilię uroczystości narodzenia św. Jana Chrzcicela sięgamy po księgę proroka Jeremiasza. I otwieramy ją na pierwszej stronie. Księga rozpoczyna się od informacji, których dziś w liturgii nie słyszeliśmy, a mianowicie, że słowo Boga zostało skierowane, „stało się”, dla Jeremiasza, syna Chilkiasza z rodu kapłańskiego, mieszkającego w Anatot w pokoleniu Beniamina. To kontekst dzisiejszego czytania, który przypomina nam, że Jeremiasz ma swoją historię. Dzięki kontekstowi poznajemy jego ojca, otrzymujemy też pewne intuicje odnośnie do klimatu panującego w jego rodzinnym domu. Pochodzi z rodu kapłańskiego, więc pewno od czasu do czasu jego ojciec - kapłan/lewita opuszcza dom, udając się do świątyni. Obowiązki „zawodowe”, by tak powiedzieć, sprawiają, że jego żona i dzieci pozostają w domu same. Mieszkają w Anatot, 6 km na północny wschód od Jerozolimy, a więc w bliskim sąsiedztwie świętego miasta i świątyni, choć przy drugorzędnej drodze. Jeśli użyć pewnej analogii do warunków polskich, to mogą odczuwać, jak mieszkańcy peryferii Częstochowy i najbliższych jej okolic, ciągły ruch pielgrzymkowy. Jeremiasz ma ojca, który jest kapłanem/lewitą, którego zna także z innej strony niż pozostali ludzie, zna go z domu, zna go z tych sytuacji, gdy ten wraca po służbie ze świątyni i kiedy nie nosi szat liturgicznych. Jeremiasz zna też klimat panujący wśród pielgrzymów, a „pielgrzym pielgrzymowi nie równy”; pielgrzymi są bardzo różni.

Dzięki tej wzmiance, dzięki temu kontekstowi, poznajemy uwarunkowania rodzinne Jeremiasza. Natomiast dzisiaj, słuchamy razem z Jeremiaszem, słów Boga, które ukazują jeszcze głębszy i o wiele ważniejszy kontekst jego życia. Tu pozwólcie mi na dygresję. Lubię przywoływać myśl współbrata, ks. Józefa, że w nas jest podwójne dno. Pierwszym dnem są nasze pragnienia i motywacje, te świadome i te nieświadome (?), a drugim dnem jest plan Boga na nasze życie. Tę intuicję pomaga mi wyrazić obraz jeziora, w którym jest „podwójne dno”. Pierwsze dno jeziora to muł, który zawiera bardzo wiele cennych elementów i dlatego może stanowić kapitalną glebę do wzrostu różnych roślin; ale też w mule bywa wiele śmieci. Natomiast pod mułem jest dno „właściwe”, którym jest grunt czy skała, na których można się oprzeć. Żeby dotrzeć do dna „właściwego” i oprzeć się na nim, trzeba jednak przejść przez muł. Bóg mówi dziś do Jeremiasza, ale też do każdego i każdej z nas: „zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię”. Autor psalmu 139 modlił się: „Boże, Ty utkałeś mnie w łonie mej matki” (Ps 139, 13), a tu Bóg mówi mi i nam, że zanim nas uformował w łonie mamy, już wcześniej nas znał. Byliśmy w Sercu Odwiecznego Boga, zanim się pojawiliśmy na świecie. Fundament naszego życia jest w Sercu Boga. Dom naszego życia jest stabilny wówczas, gdy stoi na skale słowa Bożego. Słowo, które dziś słyszymy, jest właśnie takim dnem „właściwym” czy taką nienaruszalną skałą, na której możemy budować stabilne życie: „zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię; poświęciłem cię, zanim przyszedłeś na ten świat; [zanim przyszedłeś na świat] ustanowiłem cię prorokiem dla narodów”. Jeśli odnajdziemy to dno „właściwe”, jeśli usłyszymy i przyjmiemy to słowo Boga, jeśli na tej skale się oprzemy, mimo różnych nawałnic, mimo różnych uwarunkowań środowiskowych czy rodzinnych, mimo trudnych doświadczeń życiowych, będziemy trwali. Droga, jaką podejmujemy w czasie rekolekcji, to droga zanurzania się w nasze jezioro, droga przechodzenia również przez muł, aby dotrzeć do dna „właściwego”, aby dotrzeć do skały, na której możemy budować stabilne życie. Istotą rekolekcji nie jest grzebanie w „mule” okoliczności życiowych, ale poszukiwanie skalistego dna, którym jest dla nas Bóg i Jego plan na nasze życie. Ale też żeby dotrzeć do dna „właściwego”, trzeba przejść przez muł, w którym, jak już wspominałem, jest także wiele cennych składników, a nie tylko śmieci. Pozwólmy więc Bogu, by nas przeprowadzał przez życie, by prowadził nas w głąb, byśmy nie żyli jedynie na powierzchni.

„Ustanowiłem cię prorokiem dla narodów”. Gdy Jeremiasz słyszy te słowa, reaguje bardzo spontanicznie: „O, Władco i Panie, przecież nie umiem mówić, bo jestem młodzieńcem”. Urocza jest ta jego reakcja. Jeremiasz mówi Bogu, jak postrzega siebie samego. W modlitwie jest miejsce na to, byśmy powiedzieli Bogu, jak my widzimy siebie samych, ale modlitwa jest też przestrzenią, w której przede wszystkim chcemy posłuchać i zobaczyć, jak Bóg nas widzi. Bo my widzimy siebie ze swojej wąskiej i powierzchownej perspektywy. Bóg widzi nasze życie zdecydowanie lepiej; widzi je lepiej, to znaczy z o wiele szerszej i głębszej perspektywy. Odpowiadając na reakcję Jeremiasza Bóg niejako „wytrąca” mu jego starą płytę, którą ten być może traktuje jak alibi. My mamy takie zdania, które powtarzamy jak alibi i którymi sami… blokujemy swój własny rozwój: „jestem młodzieńcem, nie umiem mówić”. Bywają tacy, którzy jak alibi, choć oddające ich życiowe uwarunkowania, ale czasem niestety blokujące ich rozwój, traktują np. stwierdzenie: „jestem DDA”. Ciekawe, że Bóg nie mówi Jeremiaszowi, że nie jest w tej chwili młodzieńcem i nie zaprzecza jego twierdzeniu, że nie umie mówić. Bóg reaguje: „nie mów: ‘Jestem młodzieńcem’…”, bo chce by Jeremiasz otworzył się na możliwy rozwój, na dojrzewanie. Chce by otworzył się na stawanie się dorosłym. To tak jakby Bóg mi mówił: „nie mów: ‘jestem Piotruś, Piotruś Pan’, ale daj Mi się poprowadzić! Ja chcę cię uczynić Piotrem i uczynię cię Piotrem, jeśli dasz Mi się poprowadzić! Sprawię, że odkryjesz siebie jako dziecko Boże, a przybrany w zbroję dziecięctwa Bożego pójdziesz w świat jako dojrzały wojownik”. Tym, którzy przed Bogiem i Bożym powołaniem, zasłaniają się jak tarczą stwierdzeniem „jestem DDA”, Bóg mówi: „Ja lepiej niż ty znam twoją sytuację, nie blokuj więc swojego rozwoju zawołaniem: ‘jestem DDA’! Przypominam ci, że jesteś DBŚ! Jesteś Dzieckiem Boga Świętego, jesteś DeBeŚciakiem!”. Gdy cię stworzyłem, patrząc na ciebie, mówiłem: „jesteś the best”. Daj się Mi poprowadzić, a staniesz się tym, kim chcę, byś się stał!

Bóg wypowiada do Jeremiasza i do mnie, i do nas, słowa obietnicy: „pójdziesz, do kogokolwiek [Ja] cię poślę, i będziesz mówił, cokolwiek [Ja] ci polecę”. To piękna obietnica. Bóg obiecuje mi, że dam Mu się poprowadzić. Obiecuje mi, że będzie taki czas, gdy z całą ufnością dam się prowadzić Jego słowu i Jego poleceniom. Bóg obiecuje mi, że będę człowiekiem wolnym, wewnętrznie wolnym; że nie będę niewolnikiem uwarunkowań, opinii ludzkiej, że nie będę niewolniczo zależnym od środowiska, ale że pójdę do „kogokolwiek” On mnie pośle i zrobię „cokolwiek” mi poleci. Jak pięknie jest słuchać takiej obietnicy! Jak pięknie usłyszeć słowa tej obietnicy w czasie zmagania rekolekcyjnego. Bóg, który mnie zna, który zna mnie lepiej niż ja sam, obiecuje mi, że współpracując z Nim i otwierając się na Jego łaskę, będę dojrzewać.

Porusza mnie w dzisiejszym pierwszym czytaniu zachęta: „Nie lękaj się ich, bo jestem z tobą, aby cię chronić”. Rozważałem ją mając przed oczami również tekst grecki. To „nie lękaj się ich” nosi w Septuagincie specyficznie grecki akcent: „nie lękaj się ich twarzy”. To „nie lękaj się ich”, „nie lękaj się ich twarzy”, uświadomiło mi, że człowiek, do którego Bóg posyła Jeremiasza i mnie, ma twarz; że osoba ma twarz. I pomyślałem, że Jeremiaszowe: „nie umiem mówić, jestem młodzieńcem”, może być też ucieczką przed trudem dojrzewania w relacjach. Spotkanie z osobą, czyli z kimś, kto ma twarz, jest wyzwaniem. Bóg chce prowadzić i formuje Jeremiasza nie tylko do misji, rozumianej jedynie jako zadanie do wykonania, ale formuje go do misji, w którą wpisane są relacje i spotkania z osobami. Bóg obiecuje Jeremiaszowi i nam, że dając się Bogu prowadzić nie tylko będziemy wypełniali misję nam przez Niego powierzoną, ale że wypełniając ją będziemy także dojrzewali w relacjach, będziemy dojrzewali jako osoby.

I wreszcie, Bóg do Jeremiasza i nas, w czasie rekolekcji, wyciąga rękę, dotyka jego i naszych ust i mówi: „Oto kładę moje słowa w twoje usta”. Bóg karmi jego i nas słowem! Bo Bóg daje nam słowo, które nie jest jedynie słowem do przekazania innym, ale jest najpierw słowem do spożycia przez nas samych. Bóg daje nam słowo, które jest jak pokarm i lekarstwo, które mamy spożyć. I mamy pozwolić, by pokarm i lekarstwo słowa Bożego przemieniło nas i nasze życie na poziomie komórkowym, czyli by przemieniło nasze wnętrze i naszą codzienność. Bóg daje nam słowo, które leczy i przemienia nasze serca. I w ten sposób sprawia, że nasz sposób mówienia, sposób wyrażania się i komunikowania się z innymi jest bardziej ludzki i bardziej Boży. Dzięki temu nasz język jest nie tylko „pobożny”, ale jest kształtowany i używany „po Bożemu”. Nie musimy mówić „pobożnych” słów, bo będziemy Jego prorokami mówiąc zwyczajnie „po Bożemu”.

Piotr Szyrszeń SDS

---------------------------------------------------------------------

część druga - homilie
24-27 VI 2016
>>>.

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl