O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Rekolekcje Lectio Divina 9-17 stycznia 2016 ...


Rekolekcje Lectio Divina
dla Szkoły Wychowawców WSD
9-17 stycznia 2016

 

„DIVINA ELOQUIA CUM LEGENTE CRESCUNT”
- „Słowa Boże wzrastają wraz z tym, kto je czyta” -

św. Grzegorz Wielki, Homilia in Ezechielem

W dniach od 9 do 17 stycznia 2016 r. odbyły się rekolekcje lectio divina. Rekolekcje przeżywali uczestnicy Szkoły Wychowawców Seminariów Duchownych Diecezjalnych i Zakonnych (edycja 2015-2017). Modlili się Słowem zaczerpniętym z Ewangelii wg św. Marka i św. Mateusza. Wprowadzenia do modlitwy dawali Krzysztof Wons SDS i Joachim Stencel SDS. Rekolektantom towarzyszyło siedmiu kierowników duchowych: duszpasterze CFD, kapłan diecezjalny z archidiecezji przemyskiej, pallotyn i salwatorianin.

Dziękujemy za modlitwę
w intencji uczestników rekolekcji
prowadzących i kierowników duchowych!

---------------------------------------------------------------------

---------------------------------------------------------------------

 T E K S T Y   H O M I L I I
wygłoszonych w czasie rekolekcji

---------------------------------------------------------------------

W rekolekcyjnej łodzi odsłania się prawda o nas i o Bogu
homilia - piątek 2. tygodnia po Narodzeniu Pańskim, 9 stycznia 2016 r.
1 J 4, 11-18; Ps 72, 1-2.10-13; Mk 6, 45-52

Rozmnożenie chleba i wydarzenie na jeziorze trzeba czytać razem. Zanim nastąpiło rozmnożenie chleba słyszymy, że Jezus zobaczył wielki tłum i „zlitował się” (gr. „esplagchnisthe”). Jezus „wzruszył się głęboko” nad licznie zebranymi ludźmi, „byli bowiem jak owce nie mające pasterza”. Z hojnością ich nauczał, a potem nasycił chlebem doczesnym. Uczniowie zaś nie zrozumieli tego, co się stało. „Nie zrozumieli sprawy z chlebami”, bo… „serce ich było stwardniałe”. A miłosierdzie, które zawsze pobudzało Jezusa, co przypomina papież Franciszek w bulli Misericordiae Vultus, „pozwalało Mu czytać w sercach swoich uczniów i odpowiadać na ich najprawdziwszą potrzebę” (por. MV, nr 8). Tak trzeba czytać wiadomość, że Jezus przynaglił uczniów, by „zaraz” wsiedli do łodzi i podjęli podróż na drugi brzeg.

Z miłosierdzia, Jezus, znający kondycję naszego serca, przynagla nas, byśmy podjęli rekolekcyjną drogę. I pierwsze zaproszenie na ten czas brzmi: daj się poprowadzić! Jezus daje się prowadzić słowu Ojca. Odsyła tłumy, zostawia uczniów i udaje się sam (gr. „monos”) na górę, czyli na miejsce objawienia się Boga. Uczniowie dają się prowadzić słowu Jezusa i wchodzą do łodzi. Zostają sami jako wspólnota w łodzi, czyli w miejscu chcianym przez Jezusa. Tam ujawni się prawda o nich; tam też On objawi się im jako Bóg. Dać się prowadzić słowu Boga znaczy również: zgodzić się na samotność. Zgodzić się, jak Jezus, na samotność rozumianą jako doświadczenie bycia sam na sam z Bogiem, ale też zgodzić się na tę samotność, gdzie jak dwunastu, jako wspólnota kapłańska i zakonna, „wsiadamy do łodzi” rekolekcyjnej, bo tak chce Jezus.

Można by pytać, dlaczego Jezus nie kazał iść uczniom na górę czuwania, ale przynaglił ich, by wsiedli do łodzi? Może dlatego, że właśnie ta niestabilna łódź miotana falami pomoże wydobyć to, kim są naprawdę. Gdybyśmy zestawili doświadczenie rekolekcyjne z doświadczeniem wspólnotowym (monastycznym), to trudność życia wspólnotowego czy rekolekcyjnego nie tkwi w postach czy nocnych czuwaniach (których zresztą nie ma), ale w tym, że będąc we wspólnocie jestem jak nagi wśród braci i nie mogę się ukryć. Wiatr jest przeciwny, wiosłuję, walczę, jestem coraz bardziej przerażony i bezradny, i… widzą to pozostali.

Ale najpierw widzi to Bóg. Jezus, będąc na górze, zobaczył ich umęczonych, udręczonych. Św. Mateusz napisał, że to łódź była „miotana (dręczona) falami” (Mt 14, 24). Na rekolekcjach mogą nas zalewać fale emocji i uczuć, fale myśli i wspomnień czy fale namiętności. I może przyjść taka pokusa, że łatwiej jest nie płynąć. Każdy z nas potrzebuje być sam z sobą przed Bogiem, ale też, przyznajmy, boimy się bycia sam z sobą, nawet ma ono miejsce w obecności Boga. Tymczasem potrzebujemy bycia sam z sobą właśnie przed Bogiem. Potrzebujemy konfrontacji z falami, które na co dzień nas zalewają, z potrzebami i dążeniami, jak również z tym, co nas straszy. Widząc Jezusa chodzącego po wodzie uczniowie „myśleli, że to zjawa”, ale św. Marek - uderzyło mnie to - dodaje, że „widzieli Go wszyscy”. Każdy z osobna i wszyscy jesteśmy zalewani jakimiś falami; każdy z osobna i wszyscy widzimy Jezusa chodzącego po wodzie i wydaje nam się „zjawą”. Łódź rekolekcyjna zalewana falami staje się miejscem „re-velatio”, czyli „od-słonięcia”. Odsłania się, ujawnia się jakaś prawda o mnie i o nas jako wspólnocie, ale również odsłania się, objawia się prawda o Bogu. Chodzi o to, by zrzucić wszelkie maski i zwrócić serce do kochającego nas Pana, aby oddać Mu się jako ofiara, która zostanie oczyszczona i przekształcona (por. Katechizm Kościoła katolickiego, nr 2711).

Zbawiennym, choć trudnym, jest na rekolekcjach stanąć nagim wobec Boga; stanąć „nagim” wobec brata, który będzie mi towarzyszyć w kierownictwie duchowym; stanąć „nagim” wobec braci w kapłaństwie czy życiu zakonnym, gdy przeżycia czy łzy wymkną się spod kontroli. Potrzebujemy wyznać za autorem listu do Hebrajczyków, że wobec słowa Bożego, które „jest żywe” wszystkie stworzenia są „nagie i mają odsłoniętą szyję” (zob. Hbr 4, 12-13). W Biblii Tysiąclecia zostało to wyrażone nieco delikatniej, że przed oczami Boga „wszystko jest odkryte i odsłonięte”. Dwa razy słyszeliśmy dziś w Ewangelii słowo „zaraz”. W obu przypadkach odnosiło się ono do Jezusa. Jezus znający serca swoich uczniów „zaraz przynaglił ich, żeby wsiedli do łodzi”, a potem, gdy Go zobaczyli i zatrwożyli się „zaraz przemówił do nich: «Odwagi, to Ja jestem, nie bójcie się!»”. Na początek rekolekcji słyszymy dobrą nowinę o Bogu, który znając nas dobrze reaguje „zaraz”. On umie czekać, ale umie też reagować „zaraz”, kiedy tego trzeba!

Podczas rekolekcji mamy pozwolić się prowadzić słowu Boga, zgodzić się na samotność i wejść w nią, zauważyć i wypowiedzieć to, co w podczas rekolekcyjnego zmagania się ujawni, i czekać… Moment przyjścia Jezusa przez św. Marka został określony zwrotem „zostali poruszeni” (Mk 6, 50; gr. „etarachthesan” - aoryst, str. bierna , 3 osoba, licz. mnoga). Przed chwilą słyszeliśmy, że „zatrwożyli się”, ale w oryginale ten czasownik jest w stronie biernej, czyli: „zobaczyli Go wszyscy i… zostali poruszeni”. Bodźcem dla poruszenia, którego doznali, był widok Jezusa chodzącego po morzu. Chronologicznie było to „około czwartej straży nocnej”, ale wewnętrznym sygnałem było poruszenie.

Reakcja uczniów przypomina reakcję kapłana Zachariasza, który w przybytku Pańskim „został poruszony” (Łk 1, 12; gr. „etarachthe”- aoryst, str. bierna , 3 osoba, licz. pojed.). Zanim Gabriel cokolwiek powiedział, Zachariasz na jego widok, jak czytamy w Biblii Tysiąclecia „przeraził się”, bo poruszenie Zachariasza było silne, ale powierzchowne. Będzie potrzebował długiego czasu milczenia, by słowo, które potem usłyszy, sprowadzić do swego serca i w nie uwierzyć. Człowiek żyjący i reagujący powierzchownie bardzo się boi i bardzo potrzebuje milczenia, by słowo Boga sprowadzić na poziom swego serca i życia. Inaczej w spotkaniu ze Słowem reaguje Maryja. Ona na pozdrowienie Gabriela reaguje głębiej: „została mocno poruszona” (Łk 1, 29; gr. „di-etarachthe”- aoryst, str. bierna , 3 osoba, licz. pojed.). I znów pięknie wyraził to tłumacz Biblii Tysiąclecia, bo napisał, że Maryja „zmieszała się”, bo wbrew pozorom poruszenie, jakiego doznała Maryja nie tylko nie było słabsze od Zachariaszowego, ale było mocniejsze, bo głębsze. Słowo anioła przeszyło (gr. „dia”) i poruszyło Maryję w głębi jej serca i życia. To pomaga nam zauważyć, że na rekolekcjach można szukać silnych wrażeń; można zatrzymać się na silnych, ale bądź co bądź powierzchownych przeżyciach. Tymczasem w rekolekcjach i modlitwie słowem Bożym chodzi o to, by pozwolić się słowu Boga przeszyć i poruszyć do głębi. A przeszywa nas i porusza do głębi to, co angażuje nasze życie. Przeszywa nas i porusza do głębi to, co dotyka naszego życia, gdy mamy wpuścić Boga do całego naszego życia albo oddać Bogu całe nasze życie do dyspozycji; inaczej zostajemy na powierzchni.

Jesteśmy zaproszeni do wrażliwości na czas przychodzenia Boga. Jesteśmy zaproszeni do uwagi na Boże poruszenia. Być może, kiedy ujrzymy przychodzącego Jezusa, coś nas zranionych grzechem jakoś zewnętrznie przerazi, ale wsłuchajmy się wtedy w słowa Jezusa, który „zaraz” reaguje: „Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się!”. To Jezus, który sam kiedyś przeżył podobne doświadczenie. W godzinie zbliżającej się Męki Jezus podzielił się z uczniami mówiąc: „Teraz moja dusza doznała lęku [dosł. „została poruszona” - gr. „tetaraktai” - czas przeszły dokon., str. bierna , 3 osoba, licz. pojed.] i cóż mam powiedzieć? Ojcze, wybaw Mnie od tej godziny. Nie, właśnie dlatego przyszedłem na tę godzinę. Ojcze, wsław Twoje imię” (J 12, 27-28). Jezus jest naszym Przewodnikiem i Nauczycielem. Przeprowadzi nas przez świat naszych lęków i pragnień, przeprowadzi nas przez świat naszych różnych poruszeń. Będzie nas prowadzić ku rozpoznaniu tego, czego pragnie Ojciec, ku decyzji i przejściu na stronę Ojca. Módlmy się razem z Jezusem: „Ojcze, Ty pragniesz dla mnie czasu tych rekolekcji. Wsław, proszę, Twoje imię!”.

Piotr Szyrszeń SDS

---------------------------------------------------------------------

O Boga w swoim życiu trzeba zawalczyć, jak Anna!
homilia - poniedziałek I tygodnia zwykłego, 11 stycznia 2016 r.
1 Sm 1, 1-8 Ps 116B, 12-14.17-19; Mk 1, 14-20

Usłyszane przed chwilą słowo z Ewangelii według św. Marka rozważamy dziś już od samego rana. Tym, co we mnie szczególnie wybrzmiewa, gdy dziś rozważam to słowo, jest najpierw wdzięczność za tę wielką łaskę, że Pan nas powołał i że kiedyś każdy z nas odpowiedział pozytywnie na Jezusowe: „Pójdź za Mną!”. Ale w ostatnich dniach i dzisiaj wypełnia moje serce również to, że o Boga w swoim życiu trzeba zawalczyć. On jako pierwszy walczy o nas, ale i my potrzebujemy zawalczyć o Niego.

Słowo z pierwszej księgi Samuela podkreśla duże znaczenie pielgrzymowania, corocznego stawania przed Panem, by Go adorować i składać Mu ofiarę. Nie jest to proste, co widzimy na przykładzie rodziny Elkany, na przykładzie jego dwóch żon, Anny i Peninny, a także na przykładzie synów Helego, Chofniego i Pinchasa. Wspólne życie żon pod jednym dachem nie jest łatwe. Ujawnia się wielkie napięcie i rywalizacja między nimi, zwłaszcza w kontekście potomstwa i relacji do męża. Słyszeliśmy, że Anna jest bezpłodna, a mimo to każdego roku wiernie idzie w pielgrzymce do sanktuarium, by pokłonić się Panu i złożyć ofiarę. Brak potomstwa był dla niej, jak dla każdej kobiety, wielkim dramatem. Jednak trzeba jeszcze dodać to, że był pogłębiany przez Peninnę, którą Bóg obdarował licznym potomstwem. I zamiast cieszyć się i dziękować Bogu za tak wielkie błogosławieństwo, widzimy jak dokucza Annie, upokarza, dotykając jej cierpiącego serca, że Pan zamknął jej łono. Tak było każdego roku. Może ktoś z nas spotkał się w swojej rodzinie czy otoczeniu z małżonkami przeżywającymi doświadczenie bezpłodności. To może ułatwić wyobrażenie sobie albo wczucie się w ból Anny i to, czym były dla niej uwagi ze strony Peninny. Gdy ci, którzy pragną i nie mają potomstwa, spotykają się z mało delikatnymi komentarzami osób nieświadomych tematu, ich cierpienie jeszcze wzrasta. I dziś stanęła mi przed oczami nie tylko ta biblijna Anna z pierwszej księgi Samuela, ale wszystkie inne „Anny”, które cierpią z powodu bezpłodności; ponadto zobaczyłem, nie tylko biblijną Penninę, ale i tych, którzy współczesnym „Annom” nieświadomie albo świadomie dokuczają.

Peninna, jak się wydaje, świadomie raniła Annę, a ta za każdym razem, kiedy pielgrzymowała, przeżywała podwójne cierpienie. Cierpiał również na swój sposób jej bezradny mąż, Elkana. Piękne i bardzo poruszające mnie w postawie Anny jest to, że nie odpowiada Peninnie tym samym. Nie odpowiada złem na zło. Nie odpowiada, jak czasem mówimy, „pięknym za nadobne”. Poruszające jest to, że Anna regularnie, wiernie, rok w rok, staje przed Panem, jak przeczytamy w kolejnych wersetach księgi Samuela. Staje przed Panem jako Jego służebnica i otwiera przed Nim swoje serce: „Jeżeli łaskawie wejrzysz na poniżenie służebnicy twojej i wspomnisz na mnie, i nie zapomnisz służebnicy twojej, i dasz mi potomka płci męskiej” (1 Sm 1, 11). Mimo tego, co przeżywa, powierza się Panu jak służebnica. Cóż za więź! Ona chce służyć Panu tym, co ma. Ktoś mógłby zapytać, jak można służyć bezpłodnością?

Anna staje przed Bogiem i nie tylko nie traci swej tożsamości, tożsamości służebnicy, ale ją umacnia. Nie słyszymy, by czuła się gorsza. Nie czyni też wyrzutów Panu Bogu, choć jest upokarzana, ale staje przed Nim, który ją kocha. Tę samą tożsamość odkrywa i wyraża Maryja w relacji z Bogiem: „Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa!” (Łk 1, 38). Drodzy, być może również my, przyjeżdżając na te rekolekcje, doświadczaliśmy albo doświadczamy braku życia. Być może na drodze powołania kapłańskiego czy zakonnego doświadczamy boleśnie dramatu jakiejś duchowej bezpłodności. To jest prawdziwy dramat, kiedy orientujemy się, że brakuje życia w nas albo że nie przekazujemy życia innym. Na tę naszą bezpłodność składają się różne czynniki. Ale to, co nas - podobnie jak bezpłodną Annę - trzyma i będzie nas trzymać na nogach to pamięć o naszej tożsamości, tożsamości sług Boga. To Bóg nas wybrał. Rozważamy dziś te słowa: „Jezus przywołał do siebie tych, których sam chciał” (Mk 3, 13). To On nam zaufał.

Być może też ktoś z nas doświadcza takiego stopnia pychy, który prowadzi do zazdrości i zawiści, będących udziałem Peninny. Zwróćmy uwagę na to, co dzieje z naszymi sercami, gdy brakuje wdzięczności za to, co się otrzymało. Peninna przecież miała za co Bogu dziękować. Gdy nie dostrzega się Bożego błogosławieństwa, to też zaczyna brakować wdzięczności. A gdy zaczyna brakować wdzięczności, gdy wydaje się, że wszystkiego ma się za mało, do głosu dochodzi pycha i jej różne odcienie, jak choćby zazdrość czy zawiść. Peninna nie potrafi znieść tego, że Elkana darzy Annę większą miłością, i pełna zazdrości rani Annę. Próbuje niejako odebrać Annie chęć do życia.

Pewną wskazówką i lekarstwem dla nas jest to, że Anna regularnie staje przed Bogiem i woła z sercem ufnym i pokornym. I - wiemy z dalszej części księgi Samuela -, że została wysłuchana. Nie można więc się poddać. Trzeba przed Bogiem i w Bogu szukać życia. Trzeba o to zawalczyć. To wymaga z naszej strony wysiłku. Przyjrzyjmy się Annie, która nie zamyka się w swoim bólu, w swoim cierpieniu, ale walczy, walczy na modlitwie. Walczy o życie stojąc przed Panem, bo tylko On może uczynić jej życie płodnym. I tak też się staje. Dar potomstwa stał się udziałem Anny, służebnicy Pańskiej. „Nazwała go imieniem Samuel, ponieważ [powiedziała]: Uprosiłam go u Pana” (1 Sm 1, 20). Pan Bóg również dla nas przygotował „Samuela”, czyli dar nowego życia, o którego trzeba zawalczyć na modlitwie. Trzeba go uprosić u Pana, by potem, jak Anna, cieszyć się nim i dzielić się nim.

I jeszcze jedno dobre dla nas, choć trudne do przyjęcia słowo Boga. Postawa dwóch synów Helego, Chofniego i Pinchasa, kapłanów, jak czytamy w kolejnych wersetach tej księgi, pozostaje w wielkim kontraście z opisywaną wcześniej postawą Anny, prostej kobiety. Ona przyszła do świątyni, by oddać pokłon Panu, by adorować Boga, zaś oni dwaj drastycznie lekceważą Boga. W życiu kapłanów Chofniego i Pinchasa brakuje adoracji i służby Bogu, brakuje oddawania Panu należnych Mu: pierwszeństwa i czci. Strzeżmy się takich postaw, bo one sprawiają, że przestajemy być prawdziwymi głosicielami Ewangelii i jej świadkami.

Joachim Stencel SDS

---------------------------------------------------------------------

Zabolało… i wykrzyczał swój zafałszowany obraz Boga
homilia - wtorek I tygodnia zwykłego, 12 stycznia 2016 r.
1 Sm 1, 9-20; 1 Sm 2, 1.4-8; Mk 1, 21-28

Wczytując się w słowo z dzisiejszej Ewangelii poczułem zaproszenie, aby zwrócić uwagę na to, co przez liturgię dociera do nas, a co dotyczy również naszych rekolekcji. Poczułem zaproszenie, by zwrócić uwagę na temat walki duchowej. Myślę, że każdy z nas, tutaj obecnych, może coś powiedzieć o walce duchowej, którą przeżywa w swoim wnętrzu. Walka duchowa, gdy rozpoczyna czy ujawnia się w czasie rekolekcji, jest dobrym znakiem. Św. Ignacy z Loyoli powiedziałby, że to dobry znak. Skoro przy twoim słuchaniu słowa Bożego zaczynają rodzić się opory albo zaczyna odzywać się demon, to znak, że postępujesz w dobrym kierunku. To znak, że zbliżasz się do Boga, a zły zrobi wszystko, żeby ci w tym przeszkodzić. I odwrotnie, kiedy słowo Boga do ciebie przemawia, pociąga czy zaprasza, a w tobie nic się nie dzieje, a ty doświadczasz tzw. „świętego spokoju”, jest to stan podejrzany. Jeśli bowiem naprawdę wsłuchujesz się w słowo Boga i do Niego się zbliżasz, to jest nie do pomyślenia, by zły duch, demon, darował sobie działanie.

Czytając Ewangelię, uświadomiłem sobie, że w synagodze jest człowiek nękany przez ducha nieczystego. Nieczystość, o której mowa, może oznaczać wiele rzeczy. W języku Biblii nieczystość to brak całkowitości, a być czystym to być całkowitym, całym dla Boga. Jest więc coś, co sprawia, że ów człowiek jest nękany. Nęka go z pewnością jego połowiczność. Nęka go to, że nie jest cały zwrócony ku Bogu. Tę nieczystość, nie-całkowitość, mogą powodować różne rzeczy i w tej chwili nie chodzi o to, by je wymieniać. Istotą tej nieczystości jest to, że serce człowieka jest podzielone, że serce nie jest zaangażowane całe w słuchanie Boga i pójście za Nim. Pomyślałem sobie również, że ten biedny człowiek, ten nieczysty, przychodził co szabat do synagogi, a oto teraz, kiedy pojawia się tam Jezus i naucza z mocą, nagle odzywa się demon nieczystości. Nagle odzywa się ten, który sprzeciwia się słowu Bożemu. Oto, jak działa słowo Boga! Ono wreszcie (!) zaczyna niepokoić. Tyle razy ów człowiek był obecny w synagodze ze swoją nieczystością i równocześnie ze „świętym spokojem”, przychodził i wychodził, znowu przychodził i wychodził, i nic się nie działo. Jaki wchodził, taki wychodził. Nic się nie zmieniało. I oto Jezus przyszedł do synagogi i nauczając przeszył swoim słowem sam środek jego połowicznego serca i życia. I wtedy demon się odezwał.

Pomyślałem sobie, że może być w moim życiu takie słuchanie słowa Bożego i takie głoszenie słowa Bożego, przy którym demon może doświadczyć „daru snu”. Żyję tak…, słucham słowa Bożego tak… i głoszę to słowo tak, że demon śpi sobie spokojnie. Kiedy we mnie jest połowiczność czy letniość, demon śpi sobie spokojnie. Kiedy na modlitwie przeżywam „święty spokój”, kiedy nic się nie dzieje, demon śpi spokojnie, bo dla niego to są najbardziej bezpieczne stany. Przypomniała mi się historia, którą opowiadał jeden z moich współbraci, pracujący przez pewien czas w Afrycie i Indiach. Spotkał trędowatego. Widząc jego gnijące ciao w pewnym momencie nieśmiało wskazał palcem okolice gnijącego ciała i patrząc mu w oczy zapytał: „Czy to cię boli?”. A trędowaty uśmiechnął się i również patrząc mu w oczy powiedział: „Ojcze, kiedy mnie boli, to jest jeszcze dobrze. Najgorzej, proszę ojca, jest wtedy, kiedy przestaje boleć, bo to sygnał, że tam ciało już zgniło i nie ma żadnej żywej komórki”. „Najgorzej, proszę ojca, jest wtedy, kiedy przestaje boleć”. Człowiek w synagodze nękany przez złego ducha odzywa się. Wydaje się - zwróćmy na to uwagę -, że to, co mówi nagle i głośno jest najważniejszą modlitwą w jego życiu, tym razem wypowiedzianą publicznie, w synagodze. Nękany w modlitwie krzycząc ujawnia, wypowiada ważną prawdę. Krzyczy: „Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić” (Mk 1, 24). Być może właśnie to, że Boga postrzegał ciągle jako zagrożenie, sprawiało, że cały czas żył połowicznie, że nie potrafił Bogu swojego serca otworzyć do końca, że nie był całkowity w życiu dla Boga. Być może ciągle mu się wydawało, że jeśli otworzy swoje serce i życie Bogu, to Bóg go zgubi; że jeśli odda Bogu życie, to straci swoje życie; że jeśli odda się Bogu, to już nie będzie żyć. Drodzy bracia! Jak często jesteśmy nękani przez takiego właśnie złego ducha, ducha nieczystości, ducha nie-całkowitości, ducha połowiczności, ducha przeciętności, ducha letniości. Jak często jesteśmy kuszeni przez tę myśl, żeby choć część swojego życia zachować dla siebie, żeby zachować dla siebie „teren prywatny”, na który nie chcemy Boga wpuścić, bo się obawiamy, że jeśli Go wpuścimy, nie będzie tam już życia dla nas. Pomyślmy, jaki fałsz próbuje demon wprowadzić w nasz obraz Boga.

Jak ważne było to, że ów człowiek w synagodze wykrzyczał przed Jezusem to, co fałszowało jego obraz Boga. Bo właśnie dlatego, że to wykrzyczał, że się pomodlił swoim demonicznym lękiem, którym był kuszony nie wiadomo jak długo, a który sprawiał, że ciągle był zamknięty i żył w tzw. „świętym spokoju”; właśnie dlatego, że tak się pomodlił, Jezus mógł powiedzieć: „Milcz”. Jezus mógł powiedzieć „Milcz i wyjdź z niego” (Mk 1, 25) do tego, co go nękało przez całe życie, do złego ducha, który go kusił i straszył. Jezus mógł powiedzieć „Milcz i wyjdź z niego” do lęku, który się ujawnił. A ten zaraz wyszedł. Jeszcze zaczął nim trochę targać, ale wyszedł. Takie jest słowo Boga! Słowo Boga jest pełne mocy! Jeśli otwieramy się na słowo Jezusa, doświadczamy, że jest ono pełne mocy, że ono cierpliwie nas leczy aż wyleczy całkowicie. „Wtedy duch nieczysty zaczął go targać i z głośnym krzykiem wyszedł z niego” (Mk 1, 26).

Zmaganie rekolekcyjne jest dobrym znakiem. I oczywiście, nie dlatego jesteśmy tutaj, żeby się zmagać. Nie to jest naszym głównym celem. Na rekolekcje przyjeżdżamy, by zbliżyć się do Boga i na nowo zacząć żyć całkowicie w Bogu i dla Boga. Przyjeżdżamy na rekolekcje, by Bóg uleczył nas z tego, co przeciętne; by oczyścił z tego, co nieczyste. A zły duch będzie próbował nami targać, będzie prowokował w nas opory, ale Jezus jest większy od największej naszej biedy i największych naszych oporów. I błogosławionym bywa właśnie ten moment, kiedy w czasie rekolekcji coś nas zaboli, zaboli w miejscu, które choruje. Ten ból może się okazać błogosławiony, bo pomoże nam zlokalizować chore miejsce, które Jezus chce uzdrawiać. Jezus jest z nami. Słowo odczytywane w Eucharystii ma szczególne brzmienie. Jest słowem, które sprawia to, co mówi. W liturgii jesteśmy uczestnikami tego wydarzenia, o którym pisze św. Marek w Ewangelii. Ważne, byśmy uwierzyli tu w naszej „synagodze”, w naszym liturgicznym zgromadzeniu, w którym słuchamy słowa Bożego, że On jest, że On do nas mówi z mocą, że On może nas uzdrowić, że On może wyprowadzić nas z tego, co być może nęka nas już od bardzo dawna. Złóżmy Mu więc na ołtarzu nasze modlitwy! Uczyńmy to śmiało i odważnie! Pomódlmy się tym wszystkim, co nas boli i co sprawia, że jeszcze całkowicie nie należymy do Niego, co nas czyni zależnymi, co sprawia, że nie jesteśmy wolnymi! Połóżmy to na ołtarzu! On za chwilę chleb i wino przemieni cudownie w Ciało i Krew Jezusa, a nas nie mógłby przemienić?

Krzysztof Wons SDS

---------------------------------------------------------------------

Jesteś dzieckiem Ojca! Wstań i noś innych mocą Ewangelii!
homilia - piątek I tygodnia okresu zwykłego, 15 stycznia 2016 r.
1 Sm 8, 4-7.10-22a; Ps 89, 16-19; Mk 2, 1-12

„Jeszcze nigdy nie widzieliśmy czegoś podobnego”. Ile razy naszą reakcją na to, co zostaje nam odsłonięte w modlitwie słowem Bożym są te albo podobne im słowa zachwytu: „Nigdy tak tego nie widziałem!”. Widzenie w nowy sposób to owoc tego, że nie trzymamy się kurczowo wydeptanych ścieżek, ale pozwalamy się prowadzić słowu Bożemu tak, jak ono chce każdego dnia nas prowadzić. Kiedy czytałem tę Ewangelię, wiedząc, że usłyszymy ją dziś w liturgii, pojawiła się we mnie myśl-zaproszenie, by zamienić się miejscami z paralitykiem, by przeżyć to wydarzenie z jego perspektywy, nie z dystansu, ale by położyć się na łoże.

I najpierw nazywam po imieniu coś oczywistego: „paralityk” to sparaliżowany, unieruchomiony. Ale byłem bardzo zaskoczony, kiedy sięgnąłem po Biblię Jakuba Wujka, który konsekwentnie używa sformułowania „powietrzem ruszony”. Sięgnąłem więc po słownik. Gr. „paralytikos” to też ktoś osłabiony, wycieńczony, cierpiący na rozstrój nerwów, roztrzęsiony. Można powiedzieć, że paralityk to ktoś tak słaby, że najmniejszy ruch powietrza go porusza, porywa ze sobą. To ktoś jak liść na wietrze. Takim obrazem oddali kiedyś swoją kondycję Izraelici: „My wszyscy opadliśmy zwiędli jak liście, a nasze winy poniosły nas jak wicher. Nikt nie wzywał Twojego imienia, nikt się nie zbudził, by się chwycić Ciebie” (Iz 64, 5-6). Próbuję się odnaleźć w tym obrazie oderwanego od gałęzi, zwiędłego liścia, miotanego pokusami, opiniami, rozrywanego tym, co pomyślą inni. I pytam, czy jestem zakotwiczony w Bogu. Kotwica, w sztuce wczesnochrześcijańskiej, była symbolem nadziei. Spotkanie z Jezusem to szansa na zakotwiczenie mnie słabego w Mocniejszym ode mnie.

Jestem jak liść, który potrzebuje być na nowo włączony w gałąź. To przypomniało mi słowa papieża Franciszka do nas, kapłanów, z Mszy św. Krzyżma w 2014 r.: „sądzę, że nie przesadzamy mówiąc, że kapłan jest osobą bardzo małą: (…) Kapłan jest najbiedniejszym z ludzi, jeśli Jezus go nie ubogaca swoim ubóstwem, jest najbardziej bezużytecznym sługą, jeśli Jezus nie nazywa go przyjacielem, najgłupszym z ludzi, jeśli Jezus cierpliwie go nie poucza, jak Piotra, najbardziej bezradnym z chrześcijan, jeżeli Dobry Pasterz nie umacnia go pośrodku owczarni. Nikt nie jest mniejszy od kapłana, zdanego jedynie na swoje własne siły”. Muszę być wszczepiony w Drzewo Krzyża, w ramiona Ukrzyżowanego, inaczej jestem jak liść na wietrze. Ile razy chciałem być mocny, ile razy nie godziłem się na słabość, ile razy nawet nie chciałem jej zobaczyć. I nie prosiłem Jezusa, jak Szymon Piotr czy Paweł, żeby On odszedł ode mnie. Po prostu odchodziłem. Odchodziłem w swój świat, świat marzeń o wielkości, o sile, o zdobywaniu… Zazdrośnie tęskniłem, by to właśnie przez moje ręce ujawniała się moc Jezusa, a nie potrafiłem ucieszyć się tym, że moje imię jest zapisane w niebie.

Druga prawda, którą odkrywam: zostałem przyniesiony do Jezusa. Są tacy, którzy mówią, że „czterej” ludzie, którzy przynieśli paralityka, to symbol czterech Ewangelistów. Ja dziś sobie mówię, że to symbol czterech ludzi Ewangelii. I nie szukam ich daleko. Tak się składa, że w ekipie CFD jest jeszcze czterech braci, którzy codziennie noszą to brzemię, jakim jestem. I znoszą wiele. Znoszą wybuchy tego, który ulegając pokusie perfekcjonizmu czy rywalizacji, chce być nie owcą, ale chce być - tak sobie to dziś nazwałem - „super-owcą” albo „nad-owcą” wśród wilków. Może kogoś zaskoczyło, że wczoraj w naszej rekolekcyjnej Mszy świętej uczestniczyły cztery kobiety. To tylko niektóre osoby, które nas noszą swoją modlitwą, wyrzeczeniem, ofiarą cierpienia. I oczywiście, ci „czterej” czy te „cztery” też kiedyś zostali podniesieni przez Mocniejszego. Ludzie Ewangelii to nie tylko ci, którzy niosą Ewangelię, ale to przede wszystkim ci, którzy są niesieni przez Ewangelię. Im też kiedyś Jezus powiedział, jak mówi dziś do mnie: „wstań, weź swoje łoże, może ci się przydać! Idź do domu, daj się ponieść Ewangelii, znajdź innych trzech i razem z nimi przynieś do Mnie kolejnego paralityka”. Zostałem przyniesiony, a dziś otrzymuję misję noszenia innych oczywiście nie sam, ale z Jezusem i innymi ludźmi, i mocą nie swoją, ale mocą Ewangelii.

Trzecia prawda: zostałem spuszczony z góry w dół. Ludzie tego świata, świata pełnego rywalizacji, chętnie spuszczą innych w dół, gdziekolwiek, byle w dół. Ludzie Ewangelii podejmują najpierw wysiłek noszenia innych, podnoszenia ich w górę, wynoszenia na dach, a potem wysiłek spuszczania przyniesionych nie gdziekolwiek, ale „tam, gdzie Jezus się znajdował”, aby przyniesieni spotkali Tego, który „rozdarł niebiosa i zstąpił na ziemię”. Zrobienie dziury w dachu przypomina mi dziś zawołanie adwentowe: „obyś rozdarł niebiosa i zstąpił” (Iz 63, 19). Tak, Bóg zstąpił, ale zstępując nie zniszczył dachu, nie zniszczył niczego w domu, do którego przyszedł; bo Bóg niczego nie niszczy. Bóg zstępuje, by podnosić z ruin, by podnosić z upadku. Bóg zstępuje, by budować i ożywiać. A ja nie muszę się wspinać na palcach, by spotkać Boga w niebie, bo On dla mnie, całkowicie bezsilnego, że aż „powietrzem ruszanego”, przyszedł na ziemię. Bóg przyszedł - powtórzmy-, żebym ja, kapłan, mógł zakotwiczyć swoje życie w Nim. Bo -powtórzmy - „nikt nie jest mniejszy od kapłana, zdanego jedynie na swoje własne siły”.

Jest dużym wyzwaniem w życiu duchowym to, by dać się spuścić w dół, na ziemię, czyli tam, gdzie jest Syn Boży, który stał się człowiekiem: by spotkać się z prawdziwym Bogiem, trzeba odkryć Go obecnego tu, na ziemi; by usłyszeć dobrą nowinę, że jestem dzieckiem. Wg św. Marka i Mateusza Jezus mówi do paralityka: „dziecko!” (gr. „teknon” - Mk 12, 5; Mt 9, 2). Jezus jest tu, na ziemi, na moim poziomie, by przypomnieć i odnowić we mnie tę podstawową i życiodajną relację: Ojciec niebieski - dziecko. Tę dobrą nowinę słyszymy też u końca czwartej Ewangelii. Tam Jezus pójdzie jeszcze dalej nazywając uczniów dzieciątkami (gr. „paidia”). Ich bezradnych po bezowocnym połowie zapyta: „dzieci, czy macie co na posiłek?” (J 21, 5). Droga formacji ucznia to droga, na której Jezus schodzi z nami w głąb nas, do tej fundamentalnej prawdy. Przez swego Ducha sprawia dojrzewanie, którego owocem jest zwrócenie się do Boga, jak On w Ogrójcu: „Abba, Ojcze” (Mk 14, 36; Rz 8, 5; Ga 4, 6). Paradoksem jest to, że ta prawda objawiana jest nam w momencie paraliżu, czyli skrajnej bezsilności, albo w momencie kryzysu, bezradności po bezowocnej pracy, którą uczniowie podjęli uciekając z Jerozolimy po śmierci Mistrza. I tym słowem „dziecko!” i „dzieci!” Jezus mnie, będącego jak liść na wietrze, i nas wszystkich, słabych, zakotwicza w Ojcu. Ubiera mnie w „zbroję” dziecka Bożego. Na zewnątrz nadal pozostaję słaby, ale ponieważ zakotwiczony w Bogu, który jest Ojcem, jestem uzbrojony w moc Miłości, moc dziecięctwa Bożego.

Jezus mówi do mnie: „Dziecko, dotąd noszono cię na łożu. Być może w swojej słabości uciekałeś na łoże, by się położyć. Ale teraz «wstań»! Nie jesteś już niewolnikiem łoża! Nie jesteś już bezsilnym niewolnikiem podpórek wyprodukowanych na tym świecie! Jesteś synem! Jesteś dzieckiem, dzieckiem Ojca! Jesteś wolny! Nadal jesteś słaby, ale Ja daję ci moc miłowania! Mówię ci «wstań»! Pozwól, by Moje słowo «wstań» cię niosło! A ty jako prawdziwe dziecko Ojca noś innych! Noś mocą Ewangelii! Posyłam cię jak owcę pośród wilków! I pamiętaj, że nie potrzebuję «super-owcy», ale owcy umacnianej przeze Mnie, Pasterza”.

Piotr Szyrszeń SDS

---------------------------------------------------------------------

    

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl