O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Miłosierni jak Ojciec 27-29 stycznia 2016 - homilie


Miłosierni jak Ojciec
REKOLEKCJE DLA KSIĘŻY I SIÓSTR ZAKONNYCH
27-29 stycznia 2016

 

 

T E K S T Y   H O M I L I I
wygłoszonych w czasie rekolekcji
przez o. Innocenzo Gargano OSBCam.

 

---------------------------------------------------------------------

Nie można zrozumieć Biblii, nie żyjąc w zażyłości z Jezusem
homilia - środa III tygodnia okresu zwykłego, 27 stycznia 2016 r.
2 Sm 7, 4-17; Ps 89, 4-5.27-30; Mk 4, 1-20

Przede wszystkim chcę podziękować ks. Krzysztofowi i innym przyjaciołom, którzy zaprosili mnie, bym mówił tu o słowie Bożym. Muszę też podziękować Danucie, bo bez niej byłoby to niemożliwe, a ponieważ nie miałem jeszcze możliwości, by się z nią przywitać, chcę ją „uścisnąć na odległość”.

Kontekst tej stronicy Ewangelii pozwala nam zrozumieć, jaki klucz otwiera nie tylko ten tekst przypowieści, która została nam opowiedziana, ale również każdy inny tekst Starego i Nowego Testamentu. Sam Jezus - albo jeśli chcemy Ewangelista - uważa przypowieść za archetyp wszelkiego innego przemawiania Boga do człowieka. W wersetach poprzedzających czwarty rozdział Ewangelii św. Marek ukazał nam bardzo nerwowe i naznaczone zmartwieniem poszukiwanie Jezusa przez Jego krewnych. Jezus już utworzył grono uczniów, którzy byli z Nim i uczestniczyli w Jego działalności, jednak słowa, które głosił, prowokowały w pewnym stopniu ówczesną mentalność, dlatego krewni zaczęli się o Niego martwić. Matka Jezusa i Jego bracia (nie zatrzymujcie się nad problemem, kim byli ci bracia, bo wówczas rodzina była dużo szersza niż dziś to myślimy) martwili się tym wszystkim, co mówiono przeciw Jezusowi. I wyruszyli, aby Go szukać.

Kiedy dotarli do Jezusa, uświadomili sobie, że jest przed nimi jakby mur utworzony przez inne osoby, co uniemożliwiało im osobiste spotkanie z Jezusem. W tym momencie Ewangelista używa charakterystycznego czasownika: „stojąc na zewnątrz” (gr. „ekso hestotes” - Mk 3, 31). A kiedy zaniesiono Jezusowi wiadomość, że Jego matka i bracia stoją na zewnątrz, jeszcze raz zostanie to podkreślone, że oni stoją „na zewnątrz” [św. Marek zaznaczył, że „ekso zetousin”, czyli dosł. „na zewnątrz szukają” - Mk 3, 32; natomiast u św. Mateusza dwukrotnie występuje sformułowanie „stać na zewnątrz szukając” - Mt 12, 46-47; przyp. red.].

Jezus odpowiada w sposób - powiedzielibyśmy po włosku - trochę suchy. Podobnie odpowiedział, mając dwanaście lat; znamy to z Ewangelii według św. Łukasza (Łk 2, 41-52). Jezus czyni niemal wyrzut wobec swojej matki i najbliższych krewnych: „Czemu Mnie szukaliście? Ja podjąłem już decyzję. Muszę być sprawach mojego Ojca” - mówił w świątyni, jak czytamy w Ewangelii wg św. Łukasza (por. Łk 2, 49). „Proszę pozostawcie mi wolność, bym mógł w wolności przeżywać moje osobiste powołanie wobec Boga”. Także tym razem Jezus wydaje się być nieco „zirytowany” poszukiwaniem Go. I daje pewną odpowiedź, podając jakby kryterium autentycznego poszukiwania Go ze strony Jego matki i krewnych. Mówi tak, jakby nas pytał: „Czy zrozumieliście tego, kto jest dla Mnie matką i którzy są moimi braćmi? Powiem wam: to ci, którzy słuchają słowa Bożego i je realizują/czynią”. Akcent jest przez Jezusa położony na słowie „czynić”. W języku włoskim dla określenia tej rzeczywistości używamy bardzo jasnych wyrażeń, które można zestawić obok siebie: „czynić/robić słowo” - „czynić/robić dziecko”; „urodzić słowo” - „urodzić dziecko” (wł. „fare una parola” - „fare un bambino”; „partorire una parola” - „partorire un bambino”). Jezus zdaje się pytać: „czy wiecie, dlaczego kocham moją mamę?” i wyciągać wniosek: „Kocham moją mamę, bo ona kiedy otrzymała słowo Boga, strzegła go. Broniła tego, co otrzymała i pozwoliła słowu Bożemu, które utożsamia się ze Mną, z moją Osobą, by Ono dojrzało do tego punktu aż zostało zrodzone”.

To jest obraz, w kontekście którego św. Marek Ewangelista opowiada nam dziś przypowieść o siewcy. Znamy ją, więc nie trzeba, bym ją teraz objaśniał punkt po punkcie. Natomiast chcę mocno podkreślić powiązanie dokonane przez Ewangelistę między spotkaniem Jezusa z Jego matką i braćmi, którzy Go szukali, oraz tym wszystkim, co się dzieje wokół Jego słowa teraz głoszonego w przypowieści. Jezus podkreśla, że czym innym jest to, co rozumieją osoby pozostające na zewnątrz ścisłego kręgu Jego uczniów i czym innym jest to, co rozumieją osoby należące do ścisłego kręgu Jego uczniów i znajdujące się w tej samej sytuacji, w jakiej znalazła się Jego matka, Maryja, wobec Jego słowa.

Zrozumiawszy to, św. Jan Ewangelista wyraził to w pięknej scenie wymianie dziecięctwa/synostwa pod krzyżem Jezusa. Jezus z krzyża powiedział do Matki: „oto syn Twój” i do ucznia: „oto Matka twoja”. Ewangelista zauważył i precyzyjnie to oddał, że - po grecku jest to dużo mocniejsze niż we współczesnych tłumaczeniach - od tej godziny czy od tej chwili uczeń „przyjął” Matkę jako część integralną swojej tożsamości ucznia (J 19, 26-27). Uczeń pod krzyżem zrozumiał, że Jezus powierzył mu właśnie to zadanie: „Staraj się być uczniem, jak była uczennicą moja Mama, przyjmując Mnie tak, jak Ona przyjmowała słowo Boże!” Dzięki temu zaczynamy rozumieć także to podkreślenie uczynione przez św. Marka Ewangelistę, który rozróżnia między masą ludzi pozostających na zewnątrz, poza bliską i intymną relacją z Jezusem oraz tymi, którzy weszli z Jezusem w zażyłą i intymną relację: wewnątrz domu, ale też wewnątrz Jego rodziny.

Jezus mówi wyraźnie, że tym ostatnim, [którzy weszli z Nim w zażyłą relację], jest objawiana tajemnica. Kiedy odwołujemy się do tajemnicy, odwołujemy się do czegoś, co wykracza poza nasze możliwości umysłowe, poza nasze zdolności poznawcze, poza doświadczenie, które nabywamy za pośrednictwem zmysłów, psychiki czy umysłu. Jest więc coś, co nie może być zrozumiane dlatego, że należy do tajemnicy, natomiast kluczem otwierającym tajemnicę jest intymność, zażyłość z Jezusem. Stąd kiedy Jezus pozostał sam, Dwunastu oraz ci, którzy przy Nim byli, pytali Go o przypowieść, a On odpowiedział: „wam dana jest tajemnica królestwa Bożego, ale względem tych, którzy pozostają na zewnątrz, nie ma już nic do zrobienia. Oni bowiem zatrzymują się na wyizolowanym, częściowym zrozumieniu języka przypowieści” (por. Mk 4, 11). Nie da się iść głębiej w rozumieniu sensu tekstu biblijnego, nie da się uchwycić jego tajemnicy, a więc jego znaczenia duchowego, nie wchodząc i nie żyjąc w zażyłości z Jezusem. „In lumine tuo videbimus lumen”, czyli „w Twojej światłości oglądamy światłość” (Ps 36, 10). Warunkiem koniecznym, by odczytać tę albo inne przypowieści Jezusa, pozwalając, by serce nasze zostało zranione, jest zażyłość z Jezusem.

Wszyscy, którzy nie są w zażyłości z Jezusem, pozostają na zewnątrz. I niestety, często pozostają na zewnątrz w konsekwencji własnej decyzji, nie zdając sobie sprawy z konieczności i doniosłości wejścia w możliwie największą zażyłość z Jezusem. Kończy się to tym, że pozostają tylko z samą przypowieścią, [z jej literą], ale… nie wchodzą do środka. Patrzą, ale… nie wchodzą do środka. Słuchają, ale… nie rozumieją sercem. I niestety ostatecznie nie udaje się im podjąć kroku radykalnego nawrócenia i nie przyjmują królestwa Bożego. Myślę, że nie mogliście „znaleźć” bardziej właściwego tekstu, by rozpocząć ten mocny czas, jakim są rekolekcje, czyli czas, który ma nam pomóc wejść w tajemnicę Osoby tak, by wychodząc ze znajomości tajemnicy Słowa zostać również postawionymi wobec prawdy, osobistej prawdy każdego z nas, a to stanowi również przynaglenie, największe z możliwych, by zmienić naprawdę radykalnie nasze życie.

---------------------------------------------------------------------

Przekażcie to, co otrzymaliście! Im więcej się daje, tym więcej się otrzymuje
homilia - czwartek III tygodnia okresu zwykłego, 28 stycznia 2016 r.
2 Sm 7, 18-19.24-29; Ps 132, 1-2.3-5.11-14; Mk 4, 21-25

Dziękujemy Panu za wspomnienie św. Tomasza z Akwinu, które - przynajmniej my we Włoszech - obchodzimy nadając mu nieco bardziej uroczysty charakter. Doctor angelicus, czyli Doktor anielski. Wszyscy go studiowaliśmy. Nie wiem, jak osoby z waszego pokolenia, ale na pewno wszyscy z mojego pokolenia. Studiowaliśmy go oczywiście po łacinie, bo w tamtych czasach nauczano po łacinie, a również egzaminy zdawało się po łacinie. Nauczanie św. Tomasza było naprawdę czymś najważniejszym do studiowania. My jednak odkryliśmy, że teologia rodzi się przede wszystkim ze słuchania słowa Bożego. Także św. Tomasz określał teologię jako „lectio sacrae paginae” (dosł.: „czytanie świętej stronicy”), co było scholastycznym sposobem mówienia o „lectio divina”. Tyle że św. Tomasz w słuchaniu Słowa troszczył się o to, by - rzec by można - bronić struktury ontologicznej rzeczywistości wiary. My natomiast słuchamy Słowa usiłując wejść w historię zbawienia, która jest nam objawiana przez to samo słowo Boże. Zwłaszcza po Soborze Watykańskim II staramy się wejść w historię zbawienia usiłując poznać ją poprzez zażyłość z Pierwszym i Drugim Testamentem. Jest takie przekonanie, które przychodzi do nas od Ojców Kościoła, że my, tutaj i teraz, należymy do Nowego Testamentu. Na przykład św. Grzegorz Wielki mówił, że życie każdego wierzącego nie jest niczym innym, jak stronicą dodaną do Nowego Testamentu. O ile bowiem Nowy Testament z punktu widzenia Księgi kończy się księgą Apokalipsy [św. Jana Apostoła], o tyle jest również prawdą, że Nowy Testament jako taki kontynuuje bycie sobą aż do końca czasów. Oto dlaczego każdy z nas powinien mieć świadomość „przynależności” do Nowego Testamentu. Bo to oznacza, że Bóg pisze swoją historię zbawienia używając także darów, które wszczepił w każdą i każdego z nas. Bycie więc uległymi wobec sugestii płynących ze słowa Bożego oznacza też, że przyczyniamy się do realizacji tego Nowego Testamentu, każdy ze swoją tożsamością osobistą, którą uczy się poznawać w świetle Prawa, Proroków i Apostołów. Powinniśmy więc lepiej poznać Apostołów, Prawo i Proroków, aby móc lepiej zrozumieć, które z proroctw zawartych w Prawie, u Proroków i Apostołów, Bóg chce zrealizować poprzez nas; ponieważ jesteśmy spełnieniem proroctw zawartych w Starym i Nowym Testamencie rozumianych jako księga. Teraz możemy lepiej zrozumieć również dzisiejszą stronicę Ewangelii według św. Marka.

Zostaliśmy zapaleni jak światło, jak świeca. Zapalił nas On! Zapalił nas Pan, powołując nas z niebytu do bytu, powołując nas do wspólnoty ze sobą i dając każdemu z nas coś konkretnego, bardzo partykularnego, coś szczególnego, czego On potrzebuje, aby zrealizować swój plan. Świadomość bycia światłem zapalonym przez Niego jest nie tylko bardzo ważna, ale również bardzo zobowiązująca. Pan bowiem nie poprosi nas o nic ponad to, co On sam nam dał i co On sam w nas wszczepił, ale poprosi nas o wszystko, co zapisał i wszczepił w nas, a On wszczepił w nas ziarno swojego słowa. Stronica poprzedzająca w Ewangelii według św. Marka tę dzisiejszą, jak wiemy, mówi właśnie o ziarnie słowa, które Bóg w sposób nadzwyczajny rozsiał na całym swoim polu. My stanowimy część tego pola. Czy słyszcie, o co Jezus nas pyta z kart Ewangelii według św. Marka: „Czy po to wnosi się światło, by je postawić pod korcem lub pod łóżkiem? Czy nie po to, aby je postawić na świeczniku?”. Każdy z nas otrzymał jakiś dar, dar bardzo osobisty, i wszyscy musimy po prostu sprawić, aby ten dar przyniósł owoc. Pan będzie oczekiwał od każdego z nas, byśmy zdali sprawę z tego, czy stworzyliśmy przestrzeń dla owocowania tego daru.

Pamiętacie o kapitale, jaki pan powierzył każdemu ze swoich sług oczekujących na jego powrót. Pamiętacie też, jaki wyrzut uczynił pan leniwemu słudze, który zamiast zainwestować otrzymany kapitał ukrył go w ziemi, zawinął go w chusteczkę, nie pozwalając, by ten dar przyniósł jego panu owoc. My niczego nie otrzymaliśmy po to, by trzymać to w ukryciu jedynie dla nas samych. Nie! Światło jest po to, by mogło „rozkwitać” i rozchodzić się we wszystkich kierunkach. „Nie ma nic ukrytego, co by nie miało wyjść na jaw”. To, co Pan Bóg dał nam zrozumieć, co dał zrozumieć każdemu i każdej z nas, nie dał nam zrozumieć dla naszej „auto-konsumpcji”, dla naszego jedynie „auto-nasycenia”, ani po to, byśmy się zamknęli w jakiejś pobłażliwości dla samych siebie. Pan dał nam to zrozumieć, abyśmy z kolei dali to do dyspozycji wszystkim. I jest to nie tylko zachęta, ale przykazanie, które otrzymaliśmy. Idźcie więc na cały świat i nieście wszystkim Dobrą Nowinę o odpuszczeniu grzechów (por. Mk 16, 15), o uniżeniu się Boga ze względu na człowieka, o Jego niezmierzonym miłosierdziu. Rozdawajcie z hojnością! Przede wszystkim nie bądźcie egoistami, którzy trzymają wszystko dla siebie!

Spędziliście tutaj dwa dni na tej „koncentracji” wokół słowa Pana. Mam nadzieję, że uważaliście na to, czego słuchaliście. To sformułowanie słyszeliśmy przed chwilą w Ewangelii według św. Marka. Zwróćcie więc największą uwagę na to, czego słuchaliście. A tym, czego wszyscy razem słuchaliśmy, było słowo Pana. Prawdziwego ucznia poznaje się po tym, że nie pozwala upaść choćby jednej kropli wina, które wypływa z beczki, którą otrzymał od swojego mistrza. Ja, który miałem tylu mistrzów, odczuwam drżenie, bo naprawdę doświadczyłem daru nadzwyczajnych mistrzów. Kilka nazwisk wam wymieniłem, o innych nie chcę mówić, bo i tak ich nie znacie. Ale naprawdę, im więksi są mistrzowie, którzy przekazywali nam swoją wiedzę, tym większa jest także nasza odpowiedzialność, bo na podstawie tego Pan będzie nas sądził. Nie ma niczego z tego, co otrzymaliście, czego nie mielibyście dać/przekazać. Nie wiem, jakie są wasze zadania w ramach Kościoła, ale choćby były one ograniczone tylko do waszej wspólnoty, bardzo was proszę: przekazujcie to, co otrzymaliście! Przekażcie to, co otrzymaliście, bo takie jest polecenie Pana.

„Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha”. Zakłada się naszą gotowość do słuchania, a cała reszta będzie z tej postawy wypływać. Pamiętajcie jednak, że „taką samą miarą, jaką wy mierzycie, odmierzą wam…”. Jeśli byliście hojni w dawaniu, będzie wam dane dużo więcej. To piękna prawda. Im więcej uczynicie przestrzeni (pustki) wewnątrz siebie, tym więcej pozwolicie Panu, by napełnił was Jego pełnią. Im więcej się daje, tym więcej się otrzymuje. I tu mamy ostatnie stwierdzenie z dzisiejszej Ewangelii: „Uważajcie…, bo kto ma, temu będzie dane; a kto nie ma, pozbawią go i tego, co [wydawało mu się, że] ma”. My mamy po prostu tylko tyle, na ile stajemy przez Bogiem jak puste naczynie, aby On nas wypełnił. Jeśli natomiast stajemy przez Panem pewni, że mamy już wszystko, On nie tylko niczego nam nie da, ale odbierze nam również to, co się nam wydawało, że mamy. Zwróćcie uwagę, że to ma miejsce w każdym typie szkoły. Jeśli student jest gotowy, aby dać się ubogacić, to się ubogaci; jeśli natomiast idzie do szkoły przekonany, że to, co nauczyciel ma mu do dania, on już ma, ostatecznie wraca do domu z pustymi rękami, a i to niewiele, które wydawało mu się, że miał, odfruwa od niego jak dym. Mam nadzieję, że to się nie stało w ciągu tych dwóch dni. W każdym razie starałem się dać wam wszystko, co miałem, a teraz każdy ma swoją odpowiedzialność.

---------------------------------------------------------------------

Zdumieni, jak słowo Boże „samo z siebie” wzrasta i wydaje owoc w nas
homilia - piątek III tygodnia okresu zwykłego, 29 stycznia 2016 r.
2 Sm 11, 1-4a.5-10a.13-17.27c; Ps 51, 3-7.10-11; Mk 4, 26-34

Św. Marek Ewangelista już nam powiedział, że Jezus zwracał szczególną uwagę na tych, którzy byli z Nim w największej zażyłości. Dlatego do ludzi mniej czy bardziej odległych mówił w przypowieściach, a swoim najbliższym objawiał tajemnicę ukrytą w swoich słowach. To konkluzja, którą usłyszeliśmy w zakończeniu dzisiejszej Ewangelii. Ale Jezus używał tej „metody”, ponieważ zawsze bardzo się zniżał ku człowiekowi, pochylał się ku człowiekowi. Nigdy nie wymagał więcej niż Jego rozmówcy byli w stanie zrozumieć. Pokornie zniżał się do poziomu rozmówców, respektując ich rozwój. Także św. Paweł zrobiłby i faktycznie robił tak samo. Przemawiał do maluczkich tak, jak się przemawia do maluczkich. Maluczkich św. Paweł karmił mlekiem, a może i miodem, rezerwując dla dojrzałych chleb, który trzeba pogryźć zębami. My nie wiemy, do której z tych grup należymy. Może jeszcze jesteśmy maluczkimi, którzy wciąż potrzebują mleka i miodu. A może ktoś z nas dorósł już to tego, by przyjąć i gryźć twardy chleb. Wczoraj zobaczyliśmy, że ten twardy chleb może być utożsamiony z misterium Krzyża. I to jest paradoksalne, że największa zażyłość pociąga ze sobą również bardzo ciężki krzyż. Dzielenie z Jezusem doświadczenia Jego ukrzyżowania oznacza właśnie przynależność do grona osób Mu najbliższych, żyjących z Nim w największej zażyłości.

Najbliżsi Jezusa doświadczają tej radości, że objawiona im zostaje tajemnica. Jaka to tajemnica? To tajemnica tego, co małe, a co staje się wielkim; tajemnica ostatniego, który staje się pierwszym; tajemnica tego, który się ogołocił, a zostaje napełniony w obfitości; tajemnica rozwoju wiary. To tajemnica ziarna, które musi obumrzeć w ziemi, aby móc wydać owoc. A ziemia wydaje ten owoc nie dlatego, że ma nie wiadomo, jakie zalety, różne od innych, ale dlatego, że w swej głębi nosi nadzwyczajną siłę ukrytą w ziarnie. Ziemia, która przyjęła ziarno, wydaje plon „automate” (gr. ), czyli „sama z siebie, samorzutnie” produkuje to wszystko, co należy do życia. A to dokonuje się stopniowo, w pewnych etapach. Zobaczcie, z jaką precyzją św. Marek mówi o rozwoju życia. Mówi o rozwoju ziarna, który jest prowokowany z zewnątrz ziarna. Ziarno otrzymuje od matki-ziemi wszystkie elementy potrzebne do wzrastania. Współpraca między ziarnem i ziemią jest tajemnicza, bardzo tajemnicza; podobnie jak bardzo tajemnicza jest współpraca w łonie matki przy narodzinach dziecka, a więc życia. Ziemia wydaje plon „sama z siebie, spontanicznie”. W to „spontanicznie”, jak powie pewien włoski poeta, są zaangażowane niebo i ziemia, są w nie zaangażowane deszcz, który przychodzi z wysoka i ziemia, która tu na dole przyjmuje ziarno stając się płodna.

A wszystko wzrasta z najwyższą delikatnością i stopniowością: „najpierw źdźbło, potem kłos, a potem pełne ziarno w kłosie”. Kontemplujmy ten proces wzrastania, korzystając z pomocy św. Marka. A jeśli uświadomimy sobie, że ziarno, które zostało wrzucone w naszą ziemię, w naszą osobistą ziemię, utożsamia się ze słowem Bożym, wtedy jest oczywiste, że wzrastamy w zdumieniu patrząc na to, jak słowo Boże „samo z siebie” wzrasta i wydaje owoc w nas: smakowity owoc, którym mogą się cieszyć wszyscy, którzy nas spotkają na drogach naszego życia. I to nie my decydujemy, kiedy nadejdzie czas żniw. Być może Bóg przygotowuje nas na lata, na całe lata do przodu, a my o tym nie wiemy. A potem w pewnym momencie bierze nas i rzuca, gdzie On chce, jak chce, kiedy chce, czyli według swojego uznania. Jesteśmy ziarnkiem gorczycy, czyli najmniejszą rzeczywistością, jaką sobie można wyobrazić tu, na ziemi, a jednak jeśli zrobimy w nas miejsce i przyjmiemy w nas ziarno Boże, pełne wewnętrznej dynamiki, z łaski Bożej staniemy się tak wielcy, że wszyscy ci, którzy będą tego potrzebować, przybiegną, by nasycać się naszym owocem. I jest czymś oczywistym, że ten owoc nie jest nasz. Owoc należy do Niego! Od Niego pochodziło ziarno! To On również ochraniał to ziarno! To On pozwalał temu ziarnu wzrastać aż do wydania owocu! A nam nie pozostaje nic innego, jak cieszyć się tym wszystkim chwaląc naszego Ojca, który jest w niebie. Jego Syn ogołocił się do tego stopnia, że zszedł w otchłań naszej nicości i czerpiąc z tej nicości stworzył świat.

---------------------------------------------------------------------

---------------------------------------------------------------------
w tekstach spisanych z nagrania na żywo,
 zachowano styl języka mówionego
korzystamy z tłumaczenia na żywo D. Piekarz (red.)
---------------------------------------------------------------------

---------------------------------------------------------------------

Zachęcamy do skorzystania z nagrań i publikacji:

  

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl