O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Jak prowadzić życie duchowe? 20-22 maja 2016 - homilie


Jak prowadzić życie duchowe?
SZKOŁA DUCHOWOŚCI OJCA JORDANA
20-22 maja 2016

 

INFO >>>.
NAGRANIA >>>.

 T E K S T Y   H O M I L I I
które w czasie sesji formacyjnej wygłosili
Ryszard Stankiewicz SDS, Piotr Szyrszeń SDS i Józef Tarnówka SDS

---------------------------------------------------------------------

Ucz się od proroków wytrwałości w dobrym i cierpliwości w przeciwnościach!
homilia - piątek 7. tygodnia okresu zwykłego (rok II), 20 maja 2016 r.
Jk 5, 9-12; Ps 103, 1b-4.8-9.11-12; Mk 10, 1-12

W czasach mojej młodości, kiedy któryś z rówieśników, a może czasem także ja sam, chciał potwierdzić wiarygodność wypowiedzianych wcześniej słów, wiarygodność jakichś swoich opinii, którymi dzielił się z innymi, często bijąc się w pierś składał poważną deklarację mówiąc: „jak Boga kocham!”. Wypowiedzenie tej deklaracji nie było trudne. Łatwo też było zweryfikować słowa deklaracji, które padły z jego ust. Taka weryfikacja pokazywała często „czarno na białym”, że deklarujący miłość do Pana Boga tak naprawdę w zasadzie się nie modli, bardzo nieregularnie albo rzadko chodzi do kościoła, nie korzysta z sakramentów świętych, a jego wiedza religijna jest bardzo, bardzo słaba. Można więc było powiedzieć, że skoro sama deklaracja miłości względem Pana Boga była pozbawiona podstaw, to konsekwentnie także i to, co miała ona uwiarygodnić, wiarygodne nie było. Św. Jakub w odczytanym dziś fragmencie jego listu uczy nas jak uniknąć takiej sytuacji. Zachęca nas, byśmy po prostu żyli w prawdzie. Apostoł zachęca nas, aby nasze słowa, czyny i całe nasze życie były prawdziwe, aby nasze „tak” znaczyło „tak” i nasze „nie” znaczyło „nie”. Kiedy tak będzie, nie będą nam potrzebne ani przysięgi ani specjalne deklaracje, bo prawda obroni się sama; bo słowa prawdziwe i życie prawdziwe obronią się same. A wzorem dla nas jest Jezus - Prawda, która nas wyzwala (por. J 8, 32). Wzorem dla nas jest Jezus, który dał świadectwo prawdzie (por. J 18, 37).

W ostatnim czasie, jak wiemy, trwa gorąca dyskusja wokół małżeństwa i rodziny oraz tematów pokrewnych. Można powiedzieć, że w odczytanym przed chwilą fragmencie Ewangelii głos w tej dyskusji zabiera także Jezus. Tym, którzy postawili Mu pytanie, ale również nam, Jezus przypomina wyraźnie i zdecydowanie, że od samego początku instytucja małżeństwa w oczach Bożych cieszyła się nierozerwalnością. Jezus zaprasza nas dzisiaj, byśmy stanęli po stronie Boga i tej nierozerwalności bronili. Wydaje się bowiem, że w naszych czasach czyni się coś odwrotnego. Sami próbujemy albo są tacy, którzy próbują przeciągnąć Boga na swoją stronę, tak aby Bóg będąc już po ich stronie pobłogosławił i zatwierdził napisane przez nich przeróżne listy rozwodowe, które sobie wymyślają. Jezus przypomina nam dzisiaj, że czasy Mojżesza minęły. Przypomina, że czas listów rozwodowych jest już historią. Jezus przypomina nam: „Co więc Bóg złączył, tego niech człowiek nie rozdziela”. A my wiemy, że tym, co rozdziela złączone ręce małżonków, jest jedynie śmierć.

My to wiemy, ale możnaby zapytać, co zrobić z sercami, których diagnozę stawia Jezus w dzisiejszej Ewangelii. „Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych napisał wam to przykazanie” - mówi Jezus. Moi drodzy, w Jezusie, jak pisze pięknie św. Paweł, jesteśmy nowym stworzeniem (por. 2 Kor 5, 17) i mamy nowe serce, które jest w stanie udźwignąć prawdę o nierozerwalności małżeństwa, obronić ją i nią żyć. Problem nie tkwi w samym sercu, ale w sercu w którym nie ma Pana Jezusa. Takie serce, serce puste, bez Jezusa, jest zdolne do różnych machlojek i manipulacji, nie tylko w sprawie małżeństwa, ale również na przykład w sprawie ludzkiego życia. Jesteśmy świadkami, że serca zatwardziałe, serca bez Jezusa, już wymyśliły różne formy eutanazji, którą to „śmiercią na życzenie” obejmują coraz szerszy krąg osób. Niedługo, o zgrozo!, możemy i my być objęci tym kręgiem. Oto zatwardziałość serca i jej konsekwencje!

Życie uczniów Jezusa nie jest lekkie, łatwe i przyjemne. Przed nami, uczniami Jezusa, stają się konkretne wymagania. Te wymagania wypływają z Ewangelii; to wymagania ewangeliczne. Jako uczniowie Jezusa jesteśmy wzywani, by często „płynąć pod prąd”, choć większość naszego otoczenia „płynie z prądem”. My wiemy, że „z prądem” płyną tylko zdechłe ryby. Życie uczniów Jezusa to życie, w którym zapraszani jesteśmy do nieustannego zmagania z różnymi życiowymi przeciwnościami. Jesteśmy wzywani do rozwoju, do nieustannego pomnażania talentów i wielu innych rzeczy, które możemy wyczytać z Ewangelii. Dlatego św. Jakub przypomina nam dzisiaj, abyśmy się uczyli, choćby od proroków, po pierwsze - „wytrwałości” w czynieniu dobra, a po drugie - „cierpliwości” w znoszeniu zła i życiowych przeciwności. Prorocy są pięknym przykładem tych postaw. Oni czynili dobro. W imieniu Boga przemawiali do swojego narodu, do swoich rodaków. Wypowiadali słowa piękne, ale równocześnie twarde i wymagające. Prorocy to także ci, którzy często spotykali się z nierozumieniem i sprzeciwem, których niejednokrotnie obrzucano (nie pomidorami, ale kamieniami) i odrzucano. Od nich właśnie chcemy się uczyć „wytrwałości i cierpliwości”. Jedna bowiem i druga droga, droga wytrwałości w czynieniu dobra i cierpliwości w znoszeniu zła, ostatecznie prowadzą do nagrody Boga, który jest litościwy i miłosierny, i hojny. I tak naprawdę na tę nagrodę nie musimy czekać do „nie wiadomo, kiedy”. Wystarczy, że spoglądając w lustro mamy czyste i spokojne sumienie, i wtedy samo to czyste i dobre sumienie już jest dla nas nagrodą.

Człowiekiem, od którego możemy się uczyć i będziemy się chcieli uczyć w tych dniach jest sługa Boży o. Franciszek Maria od Krzyża Jordan, który wykazał się ogromną wytrwałością. Dzięki jego wytrwałości możemy się cieszyć tym dziełami i wspólnotami, które do dziś istnieją w Kościele, a mianowicie zgromadzeniami zakonnymi salwatorianów i salwatorianek. Nie byłoby nas teraz tutaj bez wytrwałości o. Jordana. Ale o. Franciszek Maria od Krzyża Jordan uczy nas także ogromnej cierpliwości, bo na drodze zakładania wspomnianych zgromadzeń przeżył wiele trudności, doświadczył wielu niesprawiedliwości, ale przeżywał je w relacji z Jezusem i przeżył dzięki Jego łasce i mocy. Dlatego przeciwności go nie załamały ani nie zatrzymały w drodze, którą kroczył, natchniony przez Pana. Tak doszedł do celu swego życia, ale nadal żyje. Żyje - można powiedzieć - w pismach, ale żyje przede wszystkim w naszych sercach i w dziele, które jest przez nas kontynuowane. On wiele może nauczyć i wiele uczy nie tylko swoich duchowych synów i córki, ale także wszystkich, którzy chcą czerpać od niego mądrość życiową, którą on wcześniej czerpał z Ewangelii Jezusa Chrystusa. Uczmy się więc w tych dniach wytrwałości i cierpliwości, i innych pięknych postaw, od ojca Jordana, prowadzeni i posłuszni Duchowi Świętemu.

Ryszard Stankiewicz SDS

---------------------------------------------------------------------

Pozwól Bogu, by był hojny, jak On tego chce, kiedy i gdzie chce
homilia - sobota 7. tygodnia okresu zwykłego (rok II), 21 maja 2016 r.
Jk 5, 13-20 Ps 141, 1b-3.8; Mk 10, 13-16

Słowo Boga ma przeniknąć całe moje ciało i moją codzienność „na poziomie komórkowym”. Ma dotknąć mojego myślenia i reagowania, które ujawnia się podczas modlitwy, ale także podczas pracy, które ujawnia się np. kiedy przy wbijaniu gwoździ uderzę się młotkiem w palec. Słowo Boga ma dotknąć mojego myślenia i postaw, które ujawniają się „ni stąd ni zowąd”, jak wtedy, kiedy „przynosili Jezusowi dzieci, żeby ich dotknął”. Spróbujmy w wyobraźni niejako „wejść w skórę” uczniów Jezusa, zamienić się z nimi miejscami. Wyobrażę sobie, że jacyś „ludzie” (rzeczownik w liczbie mnogiej) zaczynają przynosić dzieci do Jezusa. Przypomina mi to wydarzenie, kiedy czterech ludzi na noszach przyniosło do Jezusa człowieka sparaliżowanego, a Jezus widząc ich wiarę (zna serce niosących paralityka i stwierdza ich wiarę) mówi do chorego: „synu”, „dziecko” (gr. „teknon”) i zaczyna proces integralnego uzdrowienia paralityka. Najpierw odpuszcza mu grzechy, ściąga z niego największy ciężar, jakim jest grzech; ściąga z niego ciężar, który nie tylko go przycisnął do ziemi, ale który wprowadził go „pod ziemię”, „do grobu”. Bo paralityk, choć nie zdaje sobie z tego sprawy, jest duchowo martwy, a więc Jezus najpierw podnosi go „z grobu”. Mówi do niego „dziecko” i w ten sposób objawia mu, że ma Ojca. Objawia mu Ojca nie intelektualnie, ale doświadczalnie. Skoro jest dzieckiem, to znaczy, że ma Ojca. Skoro się urodził, to jest ktoś, kto go począł i zrodził. Paralityk był umarły, znów ożył (por. Łk 15, 24.32). Paralityk odtąd nie jest już niewolnikiem grzechu ani niewolnikiem noszy, ale człowiekiem wolnym. Chwilę później Jezus uzdrawia również jego ciało. Bóg Ojciec przez Jezusa w Duchu Świętym odnawia i integruje całe nasze życie.

„Wtem przyszli do Niego z paralitykiem, którego niosło czterech” (Mk 2, 3), a dziś czytamy: „przynosili Jezusowi dzieci, żeby ich dotknął”. Pytam siebie, jaki związek mogą mieć te dwa wydarzenia? Myślę sobie, że pewno dzieci, które przynoszono Jezusowi, były niewinne, nie popełniły grzechów uczynkowych, które pozbawiłyby je łaski uświęcającej. Z pewnością jednak i one noszą w sobie skazę grzechu pierworodnego. Ale tak czy inaczej - i to je łączy z paralitykiem - tęsknią za życiem, tęsknią za pełnią życia. Wszyscy tęsknimy za pełnią życia. Tęsknimy za życiem w pełni, które się nigdy nie skończy. Tęsknimy za taką pełnią życia, której nic, nawet śmierć, nam nie odbierze. Tęsknimy za życiem, którego pełni doświadczymy tu, na ziemi, a którego „przedłużenie” będzie naszym udziałem również po śmierci. Ta pełnia życia, czyli życie wieczne, została nam objawiona w Jezusie. On jest Życiem. Bez względu na to, czy przez grzech jesteśmy pozbawieni łaski uświęcającej (duchowo umarli) czy też jesteśmy w stanie łaski (względnie zdrowi), tęsknimy za pełnią życiem, a Jezus przyszedł właśnie po to, byśmy mieli życie w obfitości (por. J 10, 10).

Nie wiemy, z jakich rodzin czy środowisk wywodziły się przynoszone do Jezusa dzieci, ale pewne intuicje mógłby nam podsunąć kontekst tego wydarzenia w Ewangelii. Wcześniej słyszymy pytanie zadane Jezusowi, czy wolno mężowi oddalić żonę, a potem jesteśmy świadkami spotkania Jezusa z człowiekiem, nazywanym gdzie indziej bogatym młodzieńcem, który pyta o to, jak osiągnąć życie wieczne, czyli jak osiągnąć pełnię życia. Kontekstem jest więc z jednej strony dramat rozpadu małżeństw i rodzin, i szerząca się mentalność rozwodowa, w której te dzieci rosną doświadczając na sobie jej bolesnych skutków. Możemy więc pomyśleć, że wśród dzieci przynoszonych do Jezusa są takie, które są „delikatne jak słoma”. A przychodzący do Jezusa dzielny młodzieniec to obraz człowieka, który jeszcze nie zna siebie i który często ma „słomiany zapał”. Gdy czegoś nie potrafi zrobić sam o własnych siłach, gdy coś mu nie wychodzi od razu, wpada w smutek, ulega zniechęceniu i zaraz się wycofuje. Być może - być może, bo tego nie wiemy - brak mu doświadczenia ojca, którego mógłby poprosić o pomoc i z którym mógłby przeżyć siebie bezradnego. Być może brak mu doświadczenia ojca, który wyprowadziłby go z domu w szerszy świat i zachęcił do stawienia czoła światu, który jest poza domem (zadanie ojca - mówi się - to z jednej strony wybudowanie domu, ale nie po to, by dziecko pozostało w nim na zawsze, ale by kiedyś wyszło w szerszy świat; i ojciec z drugiej strony wyprowadza dziecko w szerszy świat, któremu trzeba stawić czoła, w zetknięciu, z którym ujawniają się trudności, np. pragnienie, by coś stało się „już, natychmiast”). Ojciec uczy dziecko cierpliwości, wytrwałości w tym, czego od razu się nie osiąga, co samo z nieba nie spada. Ów młodzieniec nie jest cierpliwy, czyli nie jest pokorny. Nie potrafi pozostać przy Jezusie ze swoją słabością, przeżyć siebie słabego przy Nim. Nie potrafi poprosić o pomoc. To jest dramat bogatego młodzieńca.

Słyszymy w Ewangelii, że ludzie „przynosili Jezusowi dzieci”, może właśnie po to, by mogły przeżyć swoje dziecięctwo i swoją słabość również przy Jezusie, w ramionach Jezusa. A uczniowie „szorstko zabraniali im tego”. Sięgnąłem tym razem do słownika, żeby zobaczyć, jakie znaczenie ma grecki czasownik „epitimao”. Co robią uczniowie? Uczniowie karcą, obarczają winą, oceniają, ganią, upominają, surowo osądzają; jakby nakładają na przynoszących dzieci albo - o, zgrozo! - na same te dzieci, według nich, zasłużoną karę; albo podnoszą cenę czegoś. Czego cenę podnoszą? Zbawienia? Czyżby chcieli zasygnalizować, że nie ma tak łatwo, że nie ma nic za darmo! Tymczasem zbawienie jest łaską! Zbawienie jest łaską, której Jezus chce udzielać obficie! Jezus chce obficie udzielać zbawienia! Dziś jednak bardziej od reakcji uczniów zatrzymała mnie reakcja Jezusa na to, co robią uczniowie. Otóż, tylko św. Marek zaznaczył, że Jezus „widząc to, oburzył się…”. Tylko św. Marek zaznaczył, że Jezus był „rozgniewany, oburzony, bardzo niezadowolony”. Czasownik grecki „aganakteo” kilka razy występuje w Ewangeliach, ale tylko raz, tu i teraz, użyty jest w odniesieniu do Jezusa. Przytoczmy trzy sytuacje, w których uczniowie Jezusa albo inne osoby są oburzeni.

W czasie uczty w Betanii patrząc na kobietę, która wylała drogocenny olejek i namaściła głowę Jezusa: „po co to marnowanie olejku?” - św. Marek napisze, że „oburzali się niektórzy” (Mk 14, 4), a św. Mateusz, że „uczniowie oburzali się” (Mt 26, 8). Oburzony był nie tylko Judasz, ale grono oburzonych było szersze. Oburzał się też przełożony synagogi, gdy Jezus w szabat w synagodze uwolnił od ducha niemocy kobietę, która od osiemnastu lat była pochylona i przez te osiemnaście lat w żaden sposób nie mogła się wyprostować. Posłuchajmy słów tego oburzonego, bo jego reakcja nieco przypomina karcącą postawę uczniów względem ludzi przynoszących do Jezusa dzieci: „przełożony synagogi, oburzony tym, że Jezus w szabat uzdrowił, rzekł do ludu: Jest sześć dni, w których należy pracować. W te więc przychodźcie i leczcie się, a nie w dzień szabatu!” (Łk 13, 14). To tak, jakby chciał powiedzieć: „jest sześć dni, kiedy możecie zawracać Panu Bogu głowę, dajcie Mu spokój w szabat”. I ów przełożony nie zwraca się do Jezusa. Nie mówi Jezusowi: „nie uzdrawiaj w szabat!”. Być może z Nim, który ma autorytet, trudno mu stanąć twarzą w twarz. Swoje niezadowolenie wyładowuje na prostych ludziach, na cierpiących szukających uzdrowienia, szukających pomocy i miłości. Oburza się chwilę potem, jak kobieta po osiemnastu latach została wyprostowana! To paradoks! On się oburza, zamiast się cieszyć, że kobieta została uzdrowiona! Możnaby na tę okoliczność zorganizować nabożeństwo dziękczynne, a on jest oburzony! Wreszcie, oburzają się również arcykapłani i uczeni w Piśmie „widząc cuda, które uczynił, i dzieci wołające w świątyni: Hosanna Synowi Dawida” (Mt 21, 15n). Pytali: „słyszysz, co one mówią?”, a Jezus odpowiedział: „Tak jest. Czy nigdy nie czytaliście: Z ust niemowląt i ssących zgotowałeś sobie chwałę?”.

Zapytajmy więc, co oburza ludzi i co oburza Jezusa? Ludzi oburza hojność, prawdziwość i przejrzystość wyrażona w geście kobiety namaszczającej głowę Jezusa. Ludzi oburza hojność Boga, który uzdrawia w szabat. Ludzi tej ziemi oburzają cuda Boże i dzieci oddające chwałę Bogu. A co oburza Jezusa? Co oburza Boga? Bóg się oburza, gdy dzieciom stęsknionym za życiem, stęsknionym za pełnią życia, zabrania się przychodzenia do Niego, który jest Życiem, który ma pełnię życia i chce hojnie obdarzyć życiem. Przy okazji, warto zobaczyć, kiedy jesteśmy oburzeni; spostrzegamy się „ni stąd ni zowąd”, że jesteśmy oburzeni. Może oburzamy się widząc sposób działania, całkowitość - totalność zaangażowania kogoś? Kobieta z Betanii była „tota Tua”, była całą dla Boga. Czy to nie paradoks, że widzimy człowieka, który jest „totus Tuus”, czyli cały dla Boga czy dla Maryi, i jesteśmy oburzeni? Innym razem oburza nas sposób działania Boga i czas, który On wybiera na swoje działanie. Raz oburza nas, że Bóg przyszedł tak wcześnie, a innym razem, że przyszedł tak późno. Raz oburza nas, że przyszedł w codzienności, kiedy mamy tyle pracy, a innym razem, że przyszedł w święto. Oburza nas to, że dzieci w prostocie potrafią chwalić Boga. A Jezus? Jezus jest oburzony tym, że nie pozwalamy Mu działać tak, jak On chce działać, kiedy i gdzie chce działać!

Ostatni sygnał: „Kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego”. W 1994 r. Jan Paweł II napisał w liście do dzieci: „Jest coś takiego w dziecku, co winno się odnaleźć we wszystkich ludziach, jeżeli mają wejść do królestwa niebieskiego. Niebo jest dla tych, którzy są tak prości jak dzieci, tak pełni zawierzenia jak one, tak pełni dobroci i czyści. Tylko tacy mogą odnaleźć w Bogu swojego Ojca i stać się za sprawą Jezusa również dziećmi Bożymi”. A teraz zacytuję, co o. Jordan powiedział do swoich młodszych współbraci w 1899 r. (nie zakładam, że papież Jan Paweł II czytał te słowa. Tę zbieżność raczej możemy zawdzięczać Duchowi Bożemu): „Jeśli Boski Zbawiciel od każdego chrześcijanina wymaga, aby stał się jak dziecko, to jest to tym bardziej ważne dla zakonnika. (…). Dlatego zakonnik powinien się stać sicut parvulus - prosty jak dziecko, otwarty jak dziecko, pokorny jak dziecko, skromny jak dziecko, posłuszny jak dziecko, wierny jak dziecko itd. W tym duchu powinien być formowany w nowicjacie, a w drugim nowicjacie duch ten powinien zostać umocniony, tak aby trwał przez całe życie. (…) Dlatego zachowujcie tego dziecięcego ducha, troszczcie się zwłaszcza o ducha otwartości, pokory, skromności, posłuszeństwa, wierności, przywiązania i miłości. (…) Odrzućcie zwłaszcza tę wielką przeszkodę, jaką jest duma. To z jej powodu niektórym jest tak ciężko. (…) proście Boskiego Zbawiciela, który sam się upokorzył, świętych apostołów, świętego Jana i Matkę Bożą, aby pomogli wam zachować owego dziecięcego ducha, który przynosi tyle dobrego, a jeśli go nie macie, to starajcie się nabyć go przez modlitwę i upokorzenie, tak abyście wy również mogli posiadać skarby, które on niesie” (Przemówienia o. Franciszka Marii od Krzyża Jordana, Kraków 2011, s. 287-288). Trzeba nam nabyć dziecięcego ducha przez modlitwę! W jaki sposób? W taki, że jestem na modlitwie, otwieram się na działanie Ducha Świętego, a to Duch Święty sprawia we mnie to wołanie: „Abba, Ojcze” (zob. Rz 8, 15; Ga 4, 6). To Duch Święty kształtuje w nas ducha dziecięctwa Bożego. Prośmy Maryję i świętych, aby pomogli nam zachować dziecięcego ducha, a jeśli go nie mamy, starajmy się nabyć go przez modlitwę, pozwalając Duchowi Świętemu, by go w nas wyzwolił.

Piotr Szyrszeń SDS

---------------------------------------------------------------------

Szukamy Boga, który jest naszą Mądrością, Miłością i Mocą
homilia - uroczystość Najświętszej Trójcy (rok C), 22 maja 2016 r.
Prz 8, 22-31; Ps 8, 4-9; Rz 5, 1-5; J 16, 12-15

Czyniąc znak krzyża – czasem szybko i machinalnie, a innym razem z namaszczeniem; czasem w bólu, a innym razem w radości; otwierając czy kończąc jakiś etap naszego życia dotykamy głowy, piersi i ramion. To są miejsca „styczności” z Bogiem. Dotykając głowy prosimy Ojca o mądrość, Bożą mądrość. Dotykając piersi prosimy Syna o miłość, Bożą miłość. Dotykając ramion prosimy Ducha Świętego o moc, Bożą moc. Szukamy Bożej mądrości, Bożej miłości i Bożej mocy.

Szukamy Bożej mądrości, bo nasza mądrość oparta na rozumie nie wystarcza. Rozum to bardzo ważna zdolność duchowa człowieka. Kiedy coś rozumiem, wchodzę niejako w posiadanie tego; nad tym, co rozumiem, panuję. Kiedy coś ogarniamy rozumem, możemy powiedzieć, że jest nasze. Tego, co zrozumieliśmy, już się nie boimy. Tego, co wcześniej było dla nas obce, a potem zostało przez nas zrozumiane, przestajemy się bać. Z tym natomiast, czego nie rozumiemy, czego naszym rozumem nie ogarniamy, mamy kłopot, a zdarza się, że odrzucamy. W tej przestrzeni ujawia się też pycha i zarozumiałość, bo chcemy naszym rozumem zawładnąć życiem. Tymczasem, zdajemy sobie sprawę, że posiadana przez nas nawet wielka wiedza nie czyni nas bogami, że ona jest i tak za mała. Tak często się przekonujemy, że nasz rozum, który chce wszystko uchwycić i nad wszystkim zapanować, w obliczu wielu sytuacji jest bezradny. Jezus powiedział uczniom: „Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz znieść nie możecie” (J 16, 12). Jest wiele tajemnic, które stoją przed nami „otworem”, czyli są jeszcze do poznania, i na dzień dzisiejszy naszym rozumem nie jesteśmy w stanie do nich dotrzeć, bo siły naszego rozumu są niewystarczające. Misterium Trójcy Świętej jest jedną z takich tajemnic, dla których uchwycenia potrzebujemy pomocy. Potrzebujemy, żeby Ktoś nas w nią wprowadził. Potrzebujemy, żeby Ktoś usunął przeszkody na drodze do niej, żeby Ktoś czerpiąc ze skarbca mądrości Bożej udostępnił ją ludziom.

Słyszeliśmy w czytaniu z księgi Przysłów, że mądrość Boża znajduje radość przy synach ludzkich. Bóg chce się dzielić swoją Mądrością. Dzielenie się Mądrością sprawia Mu radość. Słyszeliśmy przed chwilą słowa Mądrości: „I byłam przy Nim mistrzynią, (…) cały czas igrając przed Nim” (Prz 8, 30). To zaskakujące, że poznawanie głębokich tajemnic Bożych, może się zdarzać jakby przy zabawie, jakby niechcąco, jak w tańcu. Nagle coś rozumiemy, nagle coś staje się dla nas oczywiste, bez wielkiego wysiłku, bez naszych zasług.

„Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy” – mówi Jezus (J 16, 13). Duch Prawdy wprowadza nas w tajemnicę. Tu może się ujawnić nasz pierwszy zachwyt. Jakże delikatny jest nasz Bóg, ten Bóg w Trójcy Jedyny! Z czułością troszy się o nas jak o niemowlę. Jesteśmy jak niemowlęta przekazywane sobie nawzajem z miłością przez Osoby Trójcy Świętej „z ręki do ręki”. Ojciec przekazuje stworzenie Synowi, aby Ten je odkupił. Syn przekazuje je Duchowi Świętemu, aby Ten je uświęcił. Mały i ograniczony byłby Bóg, gdyby ograniczony rozum ludzki mógł pojąć wszystkie Jego sprawy, uczył św. Augustyn. Nasz ludzki rozum nie wystarczy, aby pojąć Boga, choć jest on potrzebny i w swojej pedagogii Bóg również tą drogą prowadzi nas do udziału w Jego Mądrości.

Uczestnicząc w spotkaniu Szkoły Duchowości Ojca Jordana, „uczyliśmy się” duchowości, ale jeszcze się jej nie nauczyliśmy. Dziś Jezus przypomina nam, że jesteśmy w drodze, że Duch Prawdy prowadzi nas do prawdy, że Duch Prawdy prowadzi nas w życiu duchowym i prowadzi ku pełni życia duchowego. Tutaj w tym czasie dotknęliśmy jedynie pewnych elementów życia duchowego, które stanowiły ważne punkty dla Założyciela salwatorianów i salwatorianek. Można powiedzieć, że tutaj „nastroiliśmy kilka strun”, ale to nie znaczy, że nasz instrument już jest w pełni gotowy i zdolny do wydania oczekiwanej muzyki. Duch Święty „stroi” instrument, którym jesteśmy. Jeśli już tutaj usłyszeliśmy muzykę, jeśli zobaczyliśmy jakieś owoce, to sprawił ją On, Duch Święty, a nie my, prowadzący to spotkanie. Jeśli do tej pory taka muzyka nie wybrzmiała, ufamy, że jeszcze się pojawi. Instrument naszego życia duchowego „stroimy” poprzez Pismo Święte, poprzez Kościół, poprzez bliskich nam świętych… Korzystając z tych źródeł czy pomocy rozpalamy ogień miłości i gorliwości potrzebne nam życiu. Ten ogień rozpalamy korzystając z sakramentów, otwierając się na łaskę Bożą docierającą do nas w liturgii Kościoła, przez wydarzenia, w których uczestniczymy i przez ludzi, których spotykamy. Szukaliśmy tutaj źródeł, siły i mocy Bożej, czegoś się nauczyliśmy, a nawet jeśli tego, czego się nauczyliśmy, było niewiele, przygotowalismy serce na to, aby Bóg w nim działał dalej i prowadził nas, kiedy wrócimy do codzienności.

Czyniąc znak krzyża dotykamy piersi, bo rozumiemy, że nasza miłość nie wystarcza. Nasza ludzka miłość, często oparta jedynie na uczuciach, nie wystarcza. Potrzebujemy być poruszonymi nie tylko przez ludzkie uczucia, ludzką miłość, ale być poruszanymi przez miłość większą, miłość nieskończoną, miłość Bożą, którą szuka naszego prawdziwego dobra i piękna. Graham Green napisał: „broniłem się wierzyć w takiego Boga, którego można objąć swoim rozumem”, a my możemy powiedzieć, że bronimy się wierzyć w takiego Boga, którego można objąć ludzkim sercem, chociaż jest wielkie i pojemne. Czujemy, że byłby to Bóg mały i ograniczony.

Ale dzisiaj, w święto Trójcy Przenajświętszej, liturgia słowa zachwyca się nie tylko Bogiem. Zachwyca się także człowiekiem. Psalm 8 wyraża zachwyt wielkością człowieka: „Uczyniłeś go niewiele mniejszym od istot niebieskich, chwałą i czcią go uwieńczyłeś” - woła psalmista (Ps 8, 6). Zachwyt jest nam potrzebny, zachwyt nad Bogiem i nad człowiekiem, abyśmy w liturgii o Bogu w Trójcy Świętej odnaleźli te trzy punkty „styczności” między Bogiem i człowiekiem. Dotykając głowy uświadamiamy sobie, że nie wystarcza nm ludzka mądrość, ale potrzebujemy mądrości Bożej. Dotykając piersi uświadamiamy sobie, że nie wystarcza ludzka miłość, ale potrzebujemy miłości Bożej. Wreszcie, dotykając ramion uświadamiamy sobie, że potrzebujemy mocy Bożej, bo siła naszych ramion nie jest wielka. Uświadamiamy sobie także, że często jesteśmy kuszeni, by liczyć jedynie na nasze ludzkie siły; a nawet więcej, że zachowujemy się często tak, jakbyśmy byli władni zrobić wszystko. Ileż razy mówilismy czy mówimy: „nie ma sprawy, załatwi się…”, dając w ten sposób wyraz jakiejś pewności siebie i ufności we własne tylko siły. A tak naprawdę niewiele możemy. Wystarczy popatrzeć, jak kruche są nasze siły ciała i duszy, jak kruche jest nasze zdrowie… Dostąpiliśmy usprawiedliwienia dzięki wierze, zachowajmy pokój z Bogiem, bo nasze zbawienie już się dokonało mocą z nieba (por. Rz 5, 1). Nie musimy liczyć wyłącznie na własne siły, na siłę własnych ramion. Czyniąc znak krzyża, właśnie dotykając ramion, przypominamy sobie Ducha Świętego i uświadamiamy sobie to, że jest, i czym jest, prawdziwa moc i jak słabe są nasze ludzkie ręce.

„Zachowajmy pokój z Bogiem przez Pana naszego, Jezusa Chrystusa” - mówi św. Paweł. Pokój jest tym, co sprzyja życiu duchowemu. Tajemnica Trójcy Świętej jest tajemnicą wiary. Nie zaprzecza ona rozumowi, ale przekracza rozum. Nie zaprzecza ludzkiej miłości, ale ją przekracza. Nie neguje również ludzkich sił, ale wykracza poza nie. Pokój jest podstawą życia duchowego, a Bóg jest Bogiem pokoju. Moglibyśmy też powiedzieć, że Bóg ma czas. Jezus dziś mówi do nas: „Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy” (J 16, 12-13). Bądźmy więc pełni pokoju. Zachowajmy Boży spokój. Kiedyś osiągniemy dojrzałość, dojrzejemy do prawdy i do miłości, mocą Ducha. Kiedyś będziemy jak św. Piotr, któremu Jezus powiedział, że kiedy się zestarzeje, ktoś inny go przepasze i poprowadzi tam, gdzie nie chce (por. J 21, 18). Jeśli konsekwentnie będziemy kroczyć za Jezusem, kiedy się zestarzejemy (nie w znaczeniu osiągnięcia podeszłego wieku, ale w sensie dojrzałości), nasza miłość dojrzeje i będzie wystarczająca, by przyjąć i pojąć Boże tajemnice. Co daj nam, Boże! Amen.

Józef Tarnówka SDS

---------------------------------------------------------------------

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl