O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Perspektywa nowej ziemi. Księga Jozuego 3-5 VI 2016 - homilie ...


Perspektywa nowej ziemi.
Księga Jozuego

SZKOŁA BIBLIJNA
3-5 czerwca 2016

 

INFO >>>.
NAGRANIA >>>.

 T E K S T Y   H O M I L I I
które w czasie sesji formacyjnej wygłosili
ks. Waldemar Chrostowski i Ryszard Stankiewicz SDS *

---------------------------------------------------------------------

Miłość Boża, choć jest podobna do miłości ludzkiej, znacznie ją przerasta
homilia - uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa (rok C), 3 czerwca 2016 r.
Ez 34, 11-16; Ps 23, 1-6; Rz 5, 5-11; Łk 15, 3-7

Moi drodzy, przeżywamy dzisiaj uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa. W tę właśnie uroczystość rozpoczynamy nasze spotkanie i wspólną refleksję nad słowem Bożym. Liturgiczny rodowód tej uroczystości nie jest zbyt odległy. Zaistniała ona „na dobre” dopiero w XVII wieku, a więc zaledwie kilka stuleci temu, a to dlatego, że Pan Bóg pozwolił poznać ten przymiot swojej łaski i swojej dobroci objawionej w Jezusie Chrystusie świętej Małgorzacie Marii Alacoque. Choć żyła niespełna 43 lata, pozostała pamięć nie tylko o niej, ale również o wyjątkowej więzi tej czcigodnej siostry z Bogiem, objawionym w Jezusie Chrystusie, która to więź znalazła swój wyraz i uznanie w ustanowieniu dzisiejszej uroczystości. Św. Małgorzata Maria Alacoque zmarła w 1690 roku. Kilkadziesiąt lat później, nie bez pewnych trudności i przeciwności, do kalendarza liturgicznego zostało włączone święto, które potem stało się uroczystością, a na pewnym etapie miało nawet swoją oktawę, chociaż samo następuje zaraz po oktawie Bożego Ciała. Na pozór więc może się wydawać, że rodowód dzisiejszej uroczystości jest stosunkowo nowy, ale mamy do czynienia z czymś zupełnie odmiennym, dlatego że prawdziwy rodowód tego, co dzisiaj wspominamy, przeżywamy i upamiętniamy, jest na kartach Pisma Świętego, czyli w rzeczywistości historii zbawienia, która znalazła swój wyraz na kartach Pisma Świętego.

Właśnie na kartach Pisma Świętego, najpierw w Starym Testamencie, Bóg objawił się jako Ojciec, ale również jako Matka. O tej drugiej stronie Bożego objawienia mówi się i wiemy o niej znacznie mniej, ale mamy z nią do czynienia. Zwykliśmy w naszej refleksji i naszym nauczaniu mówić o antropomorfizmach i antropomorficznym przedstawianiu Pana Boga, czyli o przedstawianiu Go na podobieństwo człowieka. Mamy z tym do czynienia dość często na kartach Pisma Świętego. Ale dzisiejsza uroczystość ma swoje źródło w zjawisku, które - również z języka greckiego - moglibyśmy nazwać antropopatyzmami, przez które rozumiemy nie tylko przypisywanie Bogu ludzkich kształtów i ludzkiego podobieństwa, ale nade wszystko ludzkich uczuć. Nie mamy innego języka, aby opisywać Pana Boga i przedstawiać Go sobie czy też wyobrażać, niż ten, którego używamy na co dzień, czyli naszego języka. A więc na kartach Pisma Świętego mamy obok antopomorfizmów wiele antopopatyzmów, a więc sytuacji, kiedy mówi się, że Bóg „czuje”, że „tęskni”, nawet - jak w księdze proroka Ozeasza-, że „płacze”, a nade wszystko, że Bóg „kocha”, że „miłuje”. I ten ostatni obraz odniesiony do Boga, ta rzeczywistość Bożej miłości, znalazła najpełniej wyraz w Nowym Testamencie, w objawieniu się Boga, które dokonało się w Jezusie Chrystusie, w którym miłość Boża stała się szczególnie wyrazista i nie tylko dla nas dostępna, a nade wszystko widoczna i odczuwalna. Już w Nowym Testamencie, a potem u pisarzy wczesnochrześcijańskich i w długiej Tradycji Kościoła, istniała ta świadomość, którą wyraził św. Paweł we fragmencie listu do Rzymian, którego przed chwilą wysłuchaliśmy: „miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany” (Rz 5, 5). Serce jest symbolem miłości. Gdy obchodzimy uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, chcemy w ten sposób upamiętnić, wyrazić i przeżywać to, że właśnie w Jezusie Chrystusie miłość objawiła się najpełniej, ukazała się najmocniej i najdobitniej, i co więcej, stała się również naszym udziałem.

W pierwszym czytaniu wyjętym z księgi proroka Ezechiela ta wrażliwość na Bożą miłość została wyrażona w obrazie pasterskim, tak bardzo bliskim ludziom mieszkającym na Bliskim Wschodzie, a być może również tym spośród nas, którzy mieszkają tam, gdzie wciąż wypasane są owce, gdzie wciąż można zobaczyć trzody. Pod koniec tego czytania mamy niezwykłe słowa nawiązujące do realiów życia pasterskiego, ale odniesione w tym obrazie do relacji między Bogiem i człowiekiem: „Ja sam - mówi Pan Bóg przez proroka - będę pasł moje owce i Ja sam będę je układał na legowisku”. Zwróćmy uwagę na tę troskę Boga o człowieka, o ludzi, o naród swojego wybrania, o każdą i każdego z nas; troskę porównaną do troski pasterza. Pasterz troszczy się, aby owce, które ma, były syte i wypoczęte. I taki jest również sens naszej wiary. Kiedy trzymamy się Boga, kiedy jesteśmy pod Jego opieką, mamy wszystko to, co jest nam naprawdę do życia potrzebne. Bo gdzie Bóg jest na pierwszym miejscu, tam wszystko jest na swoim miejscu. Ale ten prorocki obraz rozwija się dalej. Słyszymy: „zagubioną odszukam, zabłąkaną sprowadzę z powrotem, skaleczoną opatrzę, chorą umocnię”. Mamy tu cztery rodzaje braków, kłopotów, trudności i dolegliwości: zagubienie, zabłąkanie, skaleczenie i chorobę. To obrazy naszej słabości, naszego zagubienia, naszego życiowego zabłąkania i naszych ran, które dotkliwie nas dotyczą oraz naszych rozmaitych chorób, cielesnych i duchowych. W każdej z tych sytuacji możemy liczyć na Boga i na Jego pomoc. Najświętsze Serce Jezusa, które dzisiaj czcimy, w pełni to potwierdza, bo taki właśnie był i taki pozostaje w swoim Kościele Pan Jezus. Ale Bóg dodaje coś jeszcze: „tłustą i mocną będę ochraniał”. Nie wszyscy, także w Kościele, są zagubieni, zabłąkani, okaleczeni czy chorzy. Są bowiem tacy, którzy wiernie trwają przy Panu Bogu i można ich oraz ich stan duchowy porównać do sytuacji tej tłustej i mocnej owcy. Ale i oni potrzebują Bożej pomocy i Bożej opieki. Mówił apostoł: „ten, komu się zdaje, że stoi, niech baczy, aby nie upadł” (por. 1 Kor 10, 12).

Ten sam obraz pojawia się w Ewangelii według św. Łukasza. Tu chciałbym zwrócić uwagę tylko na jeden aspekt. Miłość Boża, która znalazła wyraz w Jezusie Chrystusie, a symbolem tej Chrystusowej miłości jest serce, różni się od naszych ludzkich zwyczajów i od naszych ludzkich reakcji. Wyobraźmy sobie, że zginęła jakaś owca, że ktoś z tej ludzkiej owczarni wyszedł poza jej margines. W końcu został odnaleziony i wraca do owczarni. Jak zachowujemy się wobec tych, którzy mówiąc po ludzku coś „przeskrobali”, którzy nie zmieścili się w ramach wyznaczonych przez przykazania, błogosławieństwa czy drogowskazy życia duchowego? Otóż, bywa że takich osób szukamy, ale gdy już je znajdujemy, to - tak jak w rodzinie wobec dzieci - naszą odpowiedzią i reakcją bywa napomnienie, krzyk, powtarzanie - np.: „żeby mi się to więcej nie powtórzyło!”- zaganianie, można powiedzieć, siłą do owczarni oraz ostrzeżenia. Z Bogiem jest inaczej: „Powiadam wam: Tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia” (Łk 15, 7). Nie napomnienia, nie surowe słowa, nie potępienia, ale radość z tego, że się nawraca! Takie jest właśnie sedno Bożej miłości. Choć jest podobna do miłości ludzkiej, znacznie ją przerasta. Dlatego, gdy obchodzimy uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusowego, nie wystarczy namalować na kartce ludzkie serce, jak to robimy w Dzień Matki czy przy jakiejś innej okazji, jak to robią zakochani. To bowiem, czego Bóg dokonuje wobec nas, znacznie przerasta wszystko, co możemy sobie wyobrazić i pomyśleć. „Większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia” (Łk 15, 7).

Może, moi drodzy, jest tak, że to my tworzymy tę grupę „dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych”. Może nam się tak wydawać, ale w gruncie rzeczy trwając przed ołtarzem Pana możemy pomyśleć, że tak jest istotnie. Na czym więc polega satysfakcja i radość ludzi dobrych, którzy trwają przy Bogu? Na czym polega cześć Najświętszego Serca Jezusowego tych, którzy są blisko Jezusa? Na tym właśnie, abyśmy umieli i chcieli dzielić z Bogiem Jego radość z odnalezienia każdego, kto się wyłamał i wyszedł z owczarni, kto nie zmieścił się na drodze, którą idziemy, ale teraz wraca do Chrystusa. Nasza radość powinna być nie tylko bezinteresowna, ale również na miarę naszych możliwości bezgraniczna. I właśnie w radości z tych, którzy odnaleźli się na Bożej drodze życia, jest również nasza satysfakcja, bo ona stanowi naśladowanie Boga.

Mamy przed sobą w prezbiterium, na prawo od tabernakulum, obraz przedstawiający syna marnotrawnego. Zwróćmy uwagę, że Rembrandt namalował go w niezwykły sposób. Jedna ręka ojca jest ręką męską, a druga ręką kobiecą. W ten sposób artysta dał poznać, że miłość Boża podobna jest i do ojcowskiej i do matczynej; że miłości Bożej nie da się sprowadzić do czysto ludzkich kategorii, ale łączy ona w sobie wszystko to, co w ludzkiej miłości naprawdę najlepsze. Tak jest także dziś, gdy obchodzimy tę uroczystość. Rozumiemy, że miłość Boża, która „rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany” (Rz 5, 5), jest darem Boga, który daleko przerasta wszystko, co jesteśmy w stanie przyjąć. Dlatego nigdy nie zależy wyłącznie od nas, ale zobowiązuje nas do tego, byśmy tę miłość naśladowali w wychodzeniu ku innym.

ks. Waldemar Chrostowski

---------------------------------------------------------------------


[w grafice powyższej wykorzystano też zdjęcie ikony MB Częstochowskiej -
dar Prymasa Tysiąclecia dla męskich zgromadzeń zakonnych z 1963 r.]

Kościół rodził się i wzrasta - przez chrzest i Eucharystię - w obecności Maryi
homilia - wspomnienie Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny, 4 czerwca 2016 r.
2 Tm 4, 1-8; Ps 71, 8-9.14-15ab.16-17; Mk 12, 38-44 [czytania z soboty 9. tyg. okr. zwykł.]

W naszej dzisiejszej refleksji wyjdźmy od tego ostatniego czytania, wyjętego z Ewangelii wg św. Marka. Ono zawsze powinno przemawiać nie tylko do naszej wyobraźni, ale nade wszystko do naszego wnętrza i zawsze powinno nas zachęcać do gruntownego rachunku sumienia; przede wszystkim nas, którzy staramy się być blisko Boga. Mamy tutaj dwa obrazy. Jeden wynika ze słów, które są bardzo dosadne i które łatwo można przenieść również na dzisiejszą rzeczywistość. To nie jest tak, że ostrzeżenie Jezusa: „Strzeżcie się uczonych w Piśmie. Z upodobaniem chodzą oni w powłóczystych szatach, …” itd. odnosi się tylko do starożytnych faryzeuszy. Rozmaite jego atrybuty, rozmaite jego elementy, można odnieść do współczesnego człowieka: do duchownych, a również do tych, którzy zajmują najwyższe miejsca w Kościele. Dlatego te słowa bywają tak kłopotliwe, gdy są czytane, bo przypominają nam, duchownym, zwłaszcza kapłanom, ale także biskupom, nasze powinności i nasze miejsca, a nade wszystko przypominają, na czym polega prawdziwa pobożność i na czym polega prawdziwa służba Panu Bogu. Nie może to być służba pozorowana, udawana. Nie może to być służenie Panu Bogu z wielką korzyścią dla siebie, aczkolwiek wiemy, że zawsze taka pokusa jest możliwa i że nie brakuje tych, którzy jej ulegają. Pamiętajmy jednak, aczkolwiek atrakcyjną pokusą jest robienie rachunku sumienia innym, że słysząc te Jezusowe słowa mamy obowiązek czynić rachunek sumienia sobie. Myślę, że gdy dzisiaj my - biskupi, kapłani, osoby konsekrowane i wszyscy, którzy chodzą „w powłóczystych szatach” - słyszymy te słowa, powinniśmy zastanowić się nad ich treścią.

Bo otrzymujemy dziś również drugi przykład, przykład ubogiej wdowy. Nie ma ona tych wszystkich atrybutów. Nawet nie cieszy się zbytnim szacunkiem. Nikt, z wyjątkiem Jezusa, jej nie zauważa. „Wielu bogatych wrzucało wiele” do skarbony. On wrzuciła bardzo mało, ale wrzuciła wszystko, co miała, całe swoje utrzymanie. I za to zostaje pochwalona. Zostaje pochwalona nie za wartość tego, co ofiarowała do skarbony, ale za duchowy dar, którego dokonała, za swoją wielkoduszność, a także za zaufanie okazane Panu Bogu, bo oddając Panu Bogu wszystko, co miała, zawierzyła Mu swoją przyszłość. I na tym właśnie polega prawdziwy związek z Bogiem. Nie wystarczy wierzyć w Boga (to jest zaledwie początek), trzeba uwierzyć Bogu, a to jest znacznie trudniejsze. I zarówno ci, którzy sprawują jakąś misję czy jakąś posługę w Kościele, jak i my wszyscy, jesteśmy wezwani do tego, by nieustannie uczyć się zawierzenia Bogu.

W tym kontekście powinniśmy umieścić również dzisiejsze wspomnienie Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny. To wspomnienie Niepokalanego Serca Maryi jest przedłużeniem i „rezultatem” uroczystości Najświętszego Serca Pana Jezusa. Najpierw była ta uroczystość, ale dostrzeżono, że los Najświętszej Maryi Panny i Jej postawa, której symbolem jest Serce, ma ścisły związek z losem i miłością Jezusa Chrystusa. Znalazło to przede wszystkim wyraz w krzyżu i ukrzyżowaniu Jezusa. Do tego, co powiedzieliśmy wczoraj dodajmy jeszcze jeden wątek. Na krzyżu objawiła się moc Chrystusowej miłości. Z przebitego boku Jezusa, z Jego Serca, wypłynęła krew i woda. Św. Jan, autor czwartej Ewangelii, zapamiętał to wydarzenie, ale dla niego ma ono nie tylko charakter i znamię konkretne, ale również charakter sakramentalny. On pisze swoją Ewangelię pod koniec swojego życia, gdy jest człowiekiem starym, posuniętym w latach, i w przebitym boku Jezusa widzi, we krwi i wodzie dopatruje się, i słusznie, początków dwóch sakramentów Kościoła. Woda to znak i symbol sakramentu chrztu. O niej mowa jest w trzecim rozdziale Ewangelii wg św. Jana; tego również dotyczy czwarty rozdział - rozmowa Jezusa z Samarytanką: „daj Mi pić!”; „gdybyś (…) wiedziała, kim jest Ten, kto ci mówi: «Daj Mi się napić», prosiłabyś Go, a dałby ci wody żywej” (J 4, 7.10). Krew, która wypłynęła z przebitego boku Jezusa, to symbol Eucharystii. Św. Jan chce wypowiedzieć i uwypuklić ważną prawdę, że na krzyżu mają początek dwa podstawowe sakramenty Kościoła: chrzest i Eucharystia. I w tym momencie, w ostatnich chwilach życia Pana Jezusa, jest obecna również Jego Matka. Najświętsza Maryja Panna była świadkiem tego, co wydarzyło się na Kalwarii. A więc Kościół, który tam się rodził i który otrzymał moc Ducha Świętego w Wieczerniku, Kościół, który rodził się przez chrzest i Eucharystię, rodził się w obecności Maryi. Maryja jest zawsze obecna w dziejach Kościoła. Obecna jest również w losie każdej i każdego z nas. Pobożność maryjna ukierunkowuje nas ku Chrystusowi ukrzyżowanemu; ukierunkowuje nas ku Chrystusowi, który jest Założycielem, Mocą i Panem swojego Kościoła, i który w swym Kościele żyje. Bo jak z przebitego boku Jezusa wypłynęła krew i woda, tak Kościół wciąż obficie karmi swoje dzieci mocami chrztu i mocami Eucharystii.

I dziś w pierwszą sobotę miesiąca czerwca uwielbiamy Najświętszą Maryję Pannę, oddajemy Jej cześć. I oddajemy cześć wielkiemu Jej czcicielowi, Prymasowi Tysiąclecia, który zmarł trzydzieści pięć lat temu: 28 maja przypadła trzydziesta piąta rocznica jego śmierci. Są wśród nas tacy, którzy go nie pamiętają. Przeszedł do historii, ale jednocześnie jest ciągle obecny w życiu naszej Ojczyzny, bo to jemu zawdzięczamy te cenne inspiracje, które nadały kierunek losom Polski. To o nim, a byłem świadkiem i uczestnikiem tego wydarzenia w Watykanie, Jan Paweł II powiedział: „umiłowany Księże Prymasie! Nie byłoby na stolicy Piotrowej tego papieża Polaka, gdyby nie było Twojej wiary, niecofającej się przed więzieniem i cierpieniem, Twojej heroicznej nadziei, Twojego zawierzenia bez reszty Matce Kościoła, gdyby nie było Jasnej Góry - i tego całego okresu dziejów Kościoła w Ojczyźnie naszej, które jest związane z Twoim biskupim i prymasowskim posługiwaniem”. To jest klucz do zrozumienia osoby i posłannictwa kardynała Wyszyńskiego. Prosimy Pana Boga o jego rychłą beatyfikację. Nie jest to tylko zwyczajny akt, ale jest to potwierdzenie, że Bóg objawiony w Jezusie Chrystusie i Najświętsza Maryja Panna są zawsze obecni w dziejach naszej Ojczyzny i że kształt tym dziejom nadają również wielcy bohaterowie wiary, tacy jak wielki Prymas Tysiąclecia i ten, który wyrastał i dojrzewał u jego boku, kard. Karol Wojtyła, Jan Paweł II.

ks. Waldemar Chrostowski

---------------------------------------------------------------------

„Nain” oznacza „pełen uroku, piękny”
homilia - 10. niedziela zwykła (rok C), 5 czerwca 2016 r.
1 Krl 17, 17-24; Ps 30, 2-6ab.11.12a.13b; Ga 1, 11-19; Łk 7, 11-17

Już niedługo wrócimy do naszej codzienności. W dniach, które za nami, towarzyszyliśmy sercem Jozuemu, bohaterowi Starego Przymierza, który wprowadził Naród Wybrany do Ziemi Obiecanej. Wiecie, że w historii podboju Ziemi Obiecanej jest ten ważny epizod, kiedy na gromki krzyk („gromki okrzyk wojenny” - Joz 6, 20) całego ludu padają mury Jerycha, a potem to miasto zostaje zdobyte. My, wracając do codzienności, starajmy się unikać krzyku! Nie krzyczmy ani na siebie, ani do siebie! Chyba, że - w ramach wyjątku - trzeba krzyczeć, by wyrazić ogromną radość, którą mamy w sercu, radość, że coś pięknego i ważnego w naszym życiu się wydarzyło. Trudno też nie krzyczeć, kiedy coś zaczyna się palić, i trzeba, koniecznie trzeba, wzywać pomocy i ratunku. Ale poza tymi wyjątkowymi wypadkami unikajmy krzyku! A najlepszym sposobem na to, byśmy nie musieli krzyczeć dla obalenia istniejących murów, będzie to, że nie będziemy wznosić tych murów między sobą; wtedy nie trzeba będzie krzyczeć w celu ich obalenia. Chociaż, my „lubimy” tę „budowlankę”. My „chętnie”, z jakąś łatwością, stawiamy sobie wzajemnie takie mury, myśląc, że im są wyższe i grubsze, tym są lepsze. Przyznajmy jednak, że to błędne myślenie i kiepski fach. Niech więc tych murów, które mówią o tym, co nas dzieli i o naszych niesnaskach, po prostu nie będzie, a my mówmy do siebie normalnie, mówmy z serca, mówmy językiem miłości!

Zastanawiałem się, kiedy my przeżywamy ten moment, o którym słyszymy dziś zarówno w Ewangelii, jak i w pierwszym czytaniu. W czytaniu z Księgi Królewskiej to słowa: „i zaraz oddał je [dziecko] matce” (1 Krl 17, 23), a w Ewangelii: „i oddał go [syna] jego matce” (Łk 7, 15). Uświadomiłem sobie, że my również przeżywamy ten cud. W nas bowiem jest nie tylko życie, które otrzymaliśmy od rodziców. Od chwili chrztu nie tylko nazywamy się, ale rzeczywiście jesteśmy dziećmi Bożymi (por. 1 J 3, 1). W nas płynie Krew łaski Bożej. Ale wiemy również, że to Boże życie, które płynie w nas, ma też przeciwnika. Jest nim grzech, który niszczy życie Boże w nas i który uśmierca, czasem jak powoli dawkowana trucizna, dziecko Boże w nas. Ale nawet wówczas, kiedy w sercu odczuwamy, że to życie w nas gaśnie, możemy pójść do Pana, aby On rozciągnął nad nami płaszcz swojego Miłosierdzia i wskrzesił w nas życie, aby On przywrócił w nas piękne życie dziecka Bożego. Jezus tak właśnie czyni i wtedy „oddaje nas naszej matce”. Oddaje nas Kościołowi, który jest naszą Matką. Oddaje nas wspólnocie Kościoła, a przy okazji oddaje nas też innym „pomniejszym” wspólnotom. Oddaje zagubionego syna czy córkę ich rodzicom i na nowo zdrowa jest wspólnota rodzinna. Oddaje zagubionego zakonnika albo siostrę zakonną ich wspólnocie zakonnej i ta zakonna wspólnota na nowo może cieszyć się jednością, a nie tylko pięknie o niej mówić. I wielu innym „matkom” oddaje Jezus nasze wskrzeszone życie dziecka Bożego. My też przeżywamy ten cud, cud Bożej miłości i Bożej dobroci.

Św. Paweł pisze w liście do Galatów, że „Ewangelia nie jest wymysłem ludzkim” (Ga 1, 11), nie jest zbiorem informacji o Jezusie Chrystusie, Synu Bożym. Ewangelia, jak wiemy, to sam Jezus Chrystus, Syn Boży. Ewangelia ze swej natury jest relacją, a nie kompendium wiedzy na temat Jezusa Chrystusa. Wiedzą można się popisywać. Wiedzą na temat Pana Jezusa można wygrać niejeden konkurs, pobożny lub mniej pobożny, i zdobyć jakąś nagrodę, by następnie postawić ją sobie na półkę. Ewangelią nie da się popisywać! Ewangelią, którą jest Jezus, trzeba żyć. Ale… żyjąc Ewangelią, którą jest Jezus, też można coś wygrać. Żyjąc Ewangelią, którą jest Jezus, wygrywa się nie jakiś konkurs, ale życie; wygrywa się życie doczesne, a nade wszystko życie wieczne. A do tego jeszcze, podoba się Bogu, że także w nas może objawiać żywego Jezusa; że może żywego Jezusa objawiać pośród naszej codzienności, pośród tego, co szare i zwyczajne. Ten zaś, kto głosi Jezusa poganom, czyli ten kto jest świadkiem Jezusa wobec pogan, ten, kto jest głosicielem Ewangelii, zawsze musi najpierw być Jej wiernym słuchaczem. Ma na kolanach wiernie zgłębiać Ewangelię, czyli budować na co dzień i stale umacniać relację z Jezusem Chrystusem. Gdy tego nie czyni, to w pewnym momencie zaczyna głosić samego siebie, a na pewno nie Ewangelię.

Mówimy czasem o jakimś miejscu, że jest pełne uroku i piękne. Zachwyca nas czasem piękna i porywająca architektura jakiegoś miejsca. Budzi nasz zachwyt otoczenie jakiejś miejscowości: góry, morze, jeziora, lasy… Nazwa „Nain” oznacza „pełen uroku, piękny”. Ale nieraz nie ma żadnej pięknej architektury, góry czy morze są daleko, zamiast pięknego jeziora w sąsiedztwie miejscowości jest jakieś bajoro, a lasy dawno zostały przetrzebione przez huragany. Nie tylko jednak wtedy, ale zawsze, tym, co nadaje piękno i urok danej miejscowości, są jej mieszkańcy. Dziś wracacie do swoich miejscowości, które będą piękne albo powinny być piękne przez piękno i urok waszych serc oraz waszego życia. Człowiek pełen uroku i piękny to ten, który jest wypełniony Bożą łaską, wypełniony słowem Bożym. Niech Bożej łaski, Bożego słowa i Jego mocy, a co za tym idzie również tego piękna i uroku, które swoje źródło mają w Bogu, nigdy wam nie zabraknie. I mnie też niech go nie zabraknie! Ja też chcę być piękny i pełen uroku!

Ryszard Stankiewicz SDS

---------------------------------------------------------------------

* teksty homilii spisane z nagrania,
tytuły zostały nadane przed red.

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl