O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Ćwiczenia Ignacjańskie 20-28 czerwca 2016 homilie - cz. II


Ćwiczenia Ignacjańskie
20-28 czerwca 2016

 T E K S T Y   H O M I L I I
wygłoszonych w czasie rekolekcji
- CZĘŚĆ DRUGA -

Dziękujemy za modlitwę w intencji uczestników
i prowadzących oraz kierowników duchowych!
Dzielimy się kolejnymi tekstami homilii.

część pierwsza - homilie
20-22-23 VI 2016
>>>.

---------------------------------------------------------------------

Odkryj milczenie! Odkryj sens życia! Odkryj zbawienie!
homilia - uroczystość narodzenia św. Jana Chrzciciela, 24 czerwca 2016 r.
Iz 49, 1-6; Ps 139, 1-3.13-15; Dz 13, 22-26; Łk 1, 57-66.80

„Ty, dziecię, zwać się będziesz prorokiem Najwyższego, gdyż pójdziesz przed Panem przygotować Mu drogę” (Łk 1, 76). To właśnie z tego powodu w liturgii Kościoła przeżywamy narodziny Jana Chrzciciela. To jedyne w lituegii wspomnienie narodzin świętego, oczywiście jeśli nie liczyć Najświętszej Maryi Panny. Ten „liturgiczny” przywilej wiąże się z rolą, jaką syn Zachariasza i Elżbiety odegrał jako prekursor życia i działalności Jezusa, jako zwiastun Mesjasza. Jan Chrzciciel był uważany za proroka zarówno Starego, jak i Nowego Testamentu, czemu dał wyraz choćby św. Augustyn w słowach, które Kościół dziś odczytuje w brewiarzu: „Jan staje niejako na pograniczu dwóch Przymierzy: Starego i Nowego”. W Ewangelii, w części nazywanej Ewangelią dzieciństwa, św. Łukasz daje temu wyraz podkreślając pewne analogie między życiem Jezusa i Jana Chrzciciela. Narodziny Mesjasza przeżywamy w czasie przesilania zimowego, a narodziny Jego poprzednika w czasie przesilenia letniego. Narodziny Jana stały się jakby preludium Narodzin Jezusa. Jedno dziecko zapowiada nadejście Drugiego. Imię pierwszego: „Jan” oznacza z języka hebrajskiego „Bóg jest łaskawy”; imię Drugiego: „Jezus” oznacza „Bóg zbawia”. Macierzyństwo Elżbiety, kobiety już w podeszłym wieku, jakby przygotowuje to drugie cudowne macierzyństwo: dziewicze macierzyństwo Maryi. Spróbujmy dziś rozważyć trzy wątki dzisiejszej uroczystości, zasygnalizowane we fragmencie Ewangelii wg św. Łukasza o narodzinach św. Jana Chrzciciela: milczenie, sens życia, zbawienie.

Zachariasz przez długi czas pozostawał niemy, a gdy rozpoznał i uznał wolę Bożą w swoim życiu, odzyskał mowę. Miał coś do powiedzenia otoczeniu w ceremonii nadania swojemu synowi imienia: „Jan”, którego nadania zażyczył sobie Bóg poprzez anioła. Na podobnej drodze, na drodze milczenia i poprzez wieloletni pobyt na pustyni, przygotowywał Bóg potem Jana Chrzciciela. Również Jezus dał nam przykład czterdziestodniowego postu na pustyni i wycofywania się często na długie noce, by milczeć i modlić się, by spotkać się z Ojcem Niebieskim. Tak ważne jest odkrycie duchowego sensu milczenia i pustyni; i nie chodzi tu tylko o odkrycie ich znaczenia jako przestrzeni zewnętrznej, ale jako doświadczenia serca. Przez bramę milczenia bowiem wchodzi się w doświadczenie Bożej obecności. Na pustyni i milczeniu w obecności Boga człowiek poznaje siebie, pozwala się Bogu oczyszczać i uzdalniać do ofiarowania Mu siebie. Bł. Karol de Foucauld, którego setną rocznicę śmierci wspominamy w bieżącym roku, pisał, że pustynia i milczenie jest stanem, w którym człowiek spotyka się z prawdą o Bogu i o sobie. Papież Franciszek w dniu 1 czerwca br. w czasie katechezy środowej mówił: „Trzeba nauczyć się odnajdywania drogi do naszego serca, docenić wartość życia wewnętrznego i milczenia, bo tam Bóg nas spotyka i do nas mówi. Jedynie wychodząc z tego możemy z kolei spotkać innych i rozmawiać z nimi”. Z pewnością, w dzisiejszych czasach, nie jest łatwo wyciszyć się, zamilknąć i pozwolić, by Bóg mówił. Dlaczego? Dlatego, że nasze „ja”, moje „ja”, chce królować. Tymczasem na przestrzeni historii było tak wielu świętych, ludzi o głębokim życiu wewnętrznym, którzy szukali milczenia, by w końcu usłyszeć głos Pana! Dlatego również my wszyscy ze zrozumieniem podejmujemy w czasie rekolekcji dar ciszy, trwamy w milczeniu, by usłyszeć Boga. Pomagamy sobie nawzajem, szanując siebie wzajemnie, aby tak jak Zachariasz i jego syn, dzisiejszy patron, św. Jan, przyjąć słowo Boże, odkrywać radość bycia z Bogiem, a kiedyś dzielić się tą radością z innymi.

Po drugie, spróbujmy odczytać sens narodzin Jana Chrzciciela. Spróbujmy odczytać sens tego wydarzenia, sens nie tylko samych narodzin dziecka, ale sens całego życia, które się rozpoczyna. Moment narodzin ukazywany jako rozwiązanie, czyli wypełnienie czasu. Poród nie jest jedynie zjawiskiem biologicznym, ale jest czymś, co zawiera w sobie tajemnicę wypełniania się Bożego planu; tajemnicę nie tylko jakiegoś ludzkiego programu, jakiegoś ludzkiego „chcę”, ale planu Bożego. Źródło naszego życia jest Bogu: wypływa z miłości Boga. Odkrycie Boskiego pochodzenia naszego życia ma nas napełniać wielkim pokojem. W rozważaniach rekolekcyjnych wziąż do tego wracamy. Odkrycie w Bogu źródła swojego życia nadaje sens temu życiu. Zdumienie krewnych wywołane nadaniem dziecku imienia „Jan” potwierdza tę prawdę. Tożsamość dziecka, wyrażona w jego imieniu, potwierdza Boską interwencję w początek życia dziecka i opiekę Bożą nad życiem dziecka. Opieka Boża jest i wciąż będzie dla każdego z nas gwarantem naszej wyjątkowości. Zachariasz odzyskuje mowę, ponieważ odkrywa jakby tajemnicę Boga obecną w życiu swojego dziecka. Uznaje Boga i całkowicie ufa Jego obietnicy. To wydarzenie ewangeliczne ma pomóc również nam, abyśmy uznali tajemnicę naszego życia, bez względu na to, na którym obecnie jesteśmy tygodniu ćwiczeń duchownych. Narodziny Jana Chrzciciela mają być świadectwem i przypomnieniem, że życie każdego z nas jest zrozumiałe w pełni dopiero wówczas, gdy odniesiemy je do Pana Boga. Ta prawda osiąga szczególny wyraz w całym życiu i działalności Jana Chrzciciela, który stał się „głosem Słowa”, przez które przecież wszyscy zostaliśmy stworzeni. Tak ważne jest, abyśmy w ten sposób przeżywali całe nasze ćwiczenia rekolekcyjne: w uwielbieniu Boga i dziękczynieniu za dar życia, które to życie nie zamyka się w horyzoncie tego świata, ale ma odniesienie do wieczności, szczęśliwej wieczności. W tym też wyrażało się posłannictwo Jana Chrzciciela. Przygotowywał on drogę Jezusowi, Zbawicielowi. To jest obowiązkiem każdego wierzącego: przygotowanie duszy na przyjście Jezusa, Zbawiciela, i związanie swojego życia z Jezusem, Zbawicielem; odkrycie swojego życia jako historii zbawienia. Ku temu zmierza dynamika przeżywanych przez nas ćwiczeń rekolekcyjnych. Na początku ćwiczeń, w tzw. „fundamencie”, św. Ignacy zapisał, że celem naszego życia jest chwała Boża i osiągnięcie zbawienia: „człowiek po to jest stworzony, aby Boga, Pana naszego, chwalił, czcił i jemu służył, a przez to zbawił duszę swoją” (nr 23). Mamy się otworzyć na służbę Jezusowi i zaangażować w realizację Jego zbawczego planu nie tylko jakimiś deklaracjami, ale całym życiem. Do tego się przygotowujemy w naszych ćwiczeniach. Jan swoją postawą pokutną chciał ukazać współczesnym sobie ludziom, że nadszedł czas odważnego stanięcia po stronie Jezusa, Zbawiciela, Mesjasza, a nie obok Niego, a tym mniej przeciw Niemu. Czy nie jest tak w czasach, w których żyjemy, że zamyka się życie tylko w doczesności? Dlatego tak ważna jest postawa Jana Chrzciciela!

Jest takie przysłowie: kiedy ktoś palcem wskazuje na księżyc, głupiec patrzy na jego palce, a mądry patrzy na księżyc. Jan Chrzciciel wskazuje na Jezusa. Idziemy za jego wskazaniami: chcemy patrzeć w kierunku, który wskazuje nasz patron. Chcemy patrzeć w kierunku Jezusa, naszego Zbawiciela. Nad rzeką Jordan, poprzez wypowiadaną zachętę do nawrócenia i poprzez udzielany chrzest, Jan wskazywał, że nadszedł czas zmiany myślenia i postępowania. Dał świadectwo, że Mesjasz jest blisko. Chciał wyrwać słuchaczy z gnuśności, lenistwa, konformizmu… (również dziś żyjemy w takim świecie). Zapowiadał koniec starego czasu i początek nowego. Chciał powiedzieć, że autentyczne przygotowanie na przyjęcie Jezusa wiąże się z darem z samego siebie. Oto właściwa droga do zbawienia! Być może czytaliśmy albo słyszeliśmy o wywiadzie przeprowadzonym z rodzicami naszego Pana Prezydenta. Dziennikarz zapytał ojca Pana Prezydenta, czego by życzył swojemu synowi w związku z jego nowymi zadaniami. Znamienne jest, że ojciec, profesor i inżynier, z prostotą i pokorą, odpowiedział: „Przede wszystkim życzę mu, jak chyba każdy ojciec, zbawienia: żeby osiągnął zbawienie poprzez swoją posługę ojczyźnie i narodowi, której się podejmuje!”. Tak ważna jest pamięć o tym wymiarze, jakim jest zbawienie! Może odkrywamy, że i w przeżywaniu rekolekcji, i w całym życiu, często zamykamy się w „tu i teraz”, tymczasem najważninejsza jest perspektywa jest zbawienie. Nie odprawiamy ćwiczeń dla ćwiczeń! Niedawno wydana została w języku polskim książka pt. „Bóg albo nic”. Autor, pochodzący z Gwinei kard. Sarah, prefekt watykańskiej kongregacji zajmującej się liturgią, ukazuje obserwowany w dzisiejszym świecie, a szczególnie w Europie, zalew konsumpcjonizmu. Mówi, że powszechną jest postawa, by życie przeżyć tak, aby tylko się zabawić; a tymczasem najważniejsze dla nas jest to, by życie przeżyć tak, aby się zbawić. Jesteśmy tu, by nasze życie przeżyć i by ćwiczenia rekolekcyjne odprawić tak, aby – i może również innym w tym pomóc – się zbawić.

ks. Franciszek Rząsa

---------------------------------------------------------------------

Jezus, jedyna Droga do Ojca, chce zamieszkać w naszych sercach na stałe
homilia - 13. Niedziela Zwykła (rok C), 26 czerwca 2016 r.
1 Krl 19, 16b.19-21; Ps 16, 1b-2a.5.7-11; Ga 5, 1.13-18; Łk 9, 51-62

Wiemy, jaką cenę, - była to cena życia - zapłacił Nabot, kiedy odmówił Achabowi oddania czy też sprzedania swojej winnicy; winnicy, która była jego dziedzictwem, czyli czymś, co odziedziczył po przodkach. Pamiętamy, że została uknuta intryga, stawili się fałszywi świadkowie… Ostatecznie Nabot został ukamienowany, ale swego dziedzictwa nie oddał, choć po jego śmierci zostało ono przejęte przez króla. Dopóki jednak żył, do końca bronił swego dziedzictwa. Dopóki żył, zostało ono obronione. Dzis psalmista przypomina nam, że naszym dziedzictwem jest Pan. To dziedzictwo najcenniejsze, jakie mamy i trzeba nam je nie tylko sobie cenić, ale nieraz zdecydowanie go bronić, ponieważ również w naszym życiu pojawiają się różnej „maści” Achabowie, którzy nas namawiają, byśmy z tego dziedzictwa zrezygnowali. Prowokują nas byśmy je, choć niekoniecznie za trzydzieści srebrników, sprzedali. Nakłaniają nas, byśmy tego dziedzictwa, czyli relacji z Panem Jezusem, się pozbyli. Nęcą nas, byśmy o to dziedzictwo nie dbali ani się o nie nie troszczyli. Także w naszym życiu bywają natrętni Achabowie, którzy - kiedy stawiamy na swoim i bronimy tego dziedzictwa - są zdolni nawet knuć intrygi i targnąć się na nasze życie. Chcemy więc prosić dzisiaj naszego Pana o odwagę, cechującą Nabota, który swego dziedzictwa nie oddał, nie sprzedał ani nie zamienił. Chcemy modlić się, byśmy perły, jaką jest nasza relacja z Jezusem, za żadne skarby świata nie oddali, nie sprzedali ani nie zamienili. „Pan mym dziedzictwem, moim przeznaczeniem”.

Osoby podróżujące, pielgrzymi albo wycieczkowicze, często słyszą, jak przewodnik ich pielgrzymki albo kierownik ich wycieczki, podaje informację w rodzaju: „proszę Państwa, jeszcze tylko jeden przystanek, a później udajemy się już prosto, bezpośrednio, do celu naszej pielgrzymki albo wycieczki”. Dzisiaj w Ewangelii słyszeliśmy o Panu Jezusie, którego ostatnim przystankiem w drodze powrotnej do domu Ojca była Jerozolima. Ten ostatni przystanek nie tylko dla Niego, ale i dla nas był bardzo ważny. To bowiem tam, w Jerozolimie, na ostatnim przystanku, zanim został wzięty do nieba, Jezus dokonał cudu, jakim było dzieło zbawienia. Dzięki temu zniszczony przez grzech pierworodny most łączący niebo z ziemią w Chrystusie został odbudowany. Droga do domu Ojca zaczęła na nowo funkcjonować. Tu, na ziemi, kiedy rwąca rzeka zerwie most, często na drugi brzeg można się jeszcze udać okrężną drogą. Choć wiąże się to z nadrobieniem wielu kilomentrów, można znaleźć inną drogę na drugi brzeg. Natomiast do domu Ojca w niebie prowadzi tylko jeden most i nie ma trasy okrężnej. Nie ma drogi alternatywnej, jak tylko ta jedna Droga, której na imię: „Jezus Chrystus”. Za ten ostatni przystanek i wszystko to, co tam Jezus dla nas uczynił, nosimy w sercach głęboką wdzięczność wobec Boga. I chcemy zrobić wszystko, byśmy w dniu, kiedy nadejdzie kres naszej pielgrzymki i czas wzięcia nas do nieba, i w każdym dniu naszego życia byli jak najbliżej Jezusa.

Pan Jezus doskonale zdawał sobie sprawę i Jego uczniowie także, że poszukiwanie noclegu czy dłuższego pobytu u Samarytan - tym bardziej, że Jezus z uczniami udawali się do Jerozolimy - może zakończyć się fiaskiem, niepowodzeniem, a po prostu odmową. Między tymi dwoma nacjami, między Żydami i Samarytanami, panowało ogromne napięcie i były bardzo złe relacje. Ich przewidywania się spełniły. Mieszkańcy tego miasteczka samarytańskiego odmówili Jezusowi i uczniom gościny. W uczniach wywołało to złość. Zadziałały względy ambicjonalne i zapragnęli, jak wiemy, by posługując się Panem Jezusem, surowo, a nawet bardzo surowo ukarać tych, którzy odmówili gościny ich Mistrzowi. Jezus zdecydowanie powstrzymał takie ich dążenia. Czytamy w Ewangelii, że surowo im tego zabronił. Jezus bowiem nie tylko chciał się zatrzymać w tym miasteczku, ale chciał się zatrzymać w sercach Samarytan. Jezus zawsze szuka człowieka, bo chce się zatrzymać przede wszystkim w jego sercu. Mieszkańcy miasteczka samarytańskiego nie byli jeszcze gotowi ani na to, by przyjąć Jezusa w gościnę w swoich domach, ani tym bardziej, by otworzyć przed Nim swoje serca. Jezus więc daje im czas. Jak sygnalizuje słowo Boże, szczególnie z Dziejów Apostolskich, oni dany im czas dobrze wykorzystali. Bo kiedy Jezus przyjdzie tam powtórnie, kiedy przyjdzie w głosicielach Dobrej Nowiny, oni będą już gotowi nie tylko na to, by udzielić tym gościny, ale także przyjąć Jezusa na stałe. „Samaria przyjęła słowo Boże” - czytamy (Dz 8, 14). Samaria przyjęła Chrystusa! To zbyt proste, by dać Jezusowi gościnę w swoim sercu na kilka dni, a potem powiedzieć Mu: „Jezu, ja Ci już dziekuję! Moja gościnność już się wyczerpała, skończyła!”. Jezus chce w naszych sercach zamieszkać na stałe. O taką, czyli o stałą gościnę u nas Mu chodzi. Nie chodzi Mu o gościnę na kilka dni czy tygodni, ale o przyjęcie Go na stałe. I także ja, zanim zacznę się oburzać na tych, którzy tym razem Jezusowi tej gościny odmawiają, muszę najpierw zapytać, jak to jest z moją gościnnością wobec Pana Jezusa.

Ryszard Stankiewicz SDS

---------------------------------------------------------------------

Zawsze „wspieraj” swoją głowę na Biblii, by usłyszeć Serce Boga!
homilia - poniedziałek 13. tygodnia okresu zwykłego, 27 czerwca 2016 r.
Am 2, 6-10.13-16; Ps 50, 16b-23; Mt 8, 18-22

Bóg w swojej Opatrzności wychodzi nam naprzeciw i daje nam słowo, które koresponduje z kończącym się czasem rekolekcji. Słyszeliśmy o dwóch ludziach, którzy przychodzą do Jezusa i składają pewne deklaracje. Czynią to z własnej inicjatywy. Kontekstem, przynajmniej w Ewangelii wg św. Mateusza, jest odejście Jezusa i uczniów na drogą stronę jeziora. I jeszcze na tym brzegu, zanim Jezus odpłynie, podchodzi do niego dwóch ludzi i – my moglibyśmy to tak odnieść do siebie – mówią Jezusowi o swoich pragnieniach i postanowieniach rekolekcyjnych. Już wczoraj słyszeliśmy o podobnej sytuacji, czytając Ewangelię wg św. Łukasza, tyle że tam rozmówców Jezusa było trzech i byli całkiem anonimowi: jeden - „ktoś”, drugi - „inny” i trzeci - „inny”. Św. Mateusz natomiast przedstawił nam tych dwóch ludzi. O pierwszym mówi nam, że to „uczony w Piśmie”, a drugi został przedstawiony jako „inny spośród Jego uczniów”, więc najwyraźniej również ten pierwszy jest uczniem Jezusa. Można powiedzieć, że to uczony w Piśmie, który stał się uczniem Królestwa Niebieskiego (por. Mt 13, 52). Obaj więc są uczniami Jezusa, obaj deklarują chęć towarzyszenia Mu, obaj mają różny kontekst życiowy, w którym wyrastali, obaj też mają jakieś „ale”: pierwszy go nie wypowiada, być może nie jest go nawet świadomy, a drugi wyraża swoje: „Panie, pozwól mi najpierw…”.

Więcej czasu poświęcimy temu pierwszemu, ale krótki sygnał co do obu. Obaj składają pewne deklaracje, wyrażają pragnienia czy postanowienia. Cofnijmy się nieco wstecz. Na czym polega problem uczonych w Piśmie? Na tym, że badają Pisma, ponieważ są przekonani, że w nich zawarte jest życie wieczne, a jednak nie chcą przyjść do Jezusa, nie chcą przejść na Jego stronę, nie chcą pójść za Nim (por. J 5, 39-40). Zatrzymują się na studiowaniu Pisma Świętego, nie wyruszają w drogę za Osobą, za Jezusem z Nazaretu. A na czym polega problem uczniów Jezusa? Na tym, że zewnętrznie idą za Jezusem, czasem z bliska, a innym razem z daleka, ale mentalnie żyją jakby w innym świecie, trudno im przejść „całym sercem” na stronę Jezusa. Mamy więc dwie sytuacje związane z trudem wzrastania w relacji. Pierwsi, uczeni w Piśmie, mają kłopot, żeby wogóle wejść w relację, a drudzy, ogólnie uczniowie, mają kłopot z wejściem „na całego”, czyli z pogłębianiem relacji. Zapytajmy więc, co nam utrudnia wejście w relację z Jezusem. Tym, którzy są jak uczeni w Piśmie wejście w relację z Jezusem mogą utrudniać książki pobożne, a nawet, choć wydaje się to bardzo dziwne, paradoksalne, jedna pobożna książka, czyli Pismo Święte. Bo istnieje takie niebezpieczeństwo, że można skupić się jedynie na literze Pisma Świętego, nie dać się prowadzić Duchowi Świętemu wgłąb, i w konsekwencji nie spotykać się z Osobą, z Jezusem, z wcielonym Słowem Boga. Innej grupie uczniów Jezusa w pójściu za Nim „całym sercem” mogą przeszkadzać relacje, paradoksalnie te najpiękniejsze, te rodzinne; one mogą stanowić jakieś „ale”, które wciąż opóźnia wejście w głębszą relację z Jezusem. Jest dla nas jasne, że mogą nas odciągać od Jezusa złe książki albo moralnie złe relacje, ale niestety może się też zdarzyć rzecz subtelniejsza, że zatrzymują nas w miejscu dobre książki i dobre relacje.

Nasz uczony w Piśmie – i przy nim zatrzymamy się dłużej – odkrył w Jezusie drogocenną perłę i wyruszył w drogę. Jest, jak mówi Jezus, podobny do ojca rodziny, który ze swojego skarbca wydobywa rzeczy nowe i stare (por. Mt 13, 52). Bardzo ważna jest tutaj kolejność: wydobywa najpierw rzeczy nowe, a potem stare, czyli najpierw to, co związane z Nowym Testamentem, co związane z Osobą Jezusa i tym, co On dla nas zrobił, a potem to, co związane ze Starym Testamentem i co my możemy zrobić współpracując z Jego łaską. On wydobywa rzeczy „nowe” (gr. „kaina”) i nie chodzi tu o „news-y”, które za kilka godzin „news-ami” nie będą, ale o takie, które są i nigdy nowe być nie przestaną. Nowość, która pochodzi od Boga, nie starzeje się. I my w czasie rekolekcji zostaliśmy przez Boga odnowieni, jesteśmy „nowymi ludźmi”, którzy jednak wciąż potrzebują być odnawianymi nowością Ewangelii, nowością Dobrej Nowiny. Jesteśmy „nowi”, ale mamy przecież przyzwyczajenia „starych” ludzi. Ten uczony w Piśmie całe lata czytał i nie ruszał się z miejsca, może nawet wskazywał drogę innym do Jezusa, ale sam nie wyruszał w drogę i trzeba mu uznać, że te złe nawyki „starego” człowieka są w nim. Przyzwyczajenia do życia statecznego i statycznego, do „pobożnego” i wygodnego życia z księgą Pisma Świętego przed oczami i z papuciami na nogach, pozostają w nim. Być może w czasie naszych rekolekcji ów uczony w Piśmie usłyszał obietnicę Boga: „nie mów: ‘jestem uczonym w Piśmie’, gdyż pójdziesz do kogokolwiek cię poślę” (por. Jr 1, 7). A ta obietnica wolności wewnętrznej go zachwyciła! Te słowa Boga go rozpaliły! Uwierzył, że to, co w jego oczach było zupełnie niemożliwe, dla Boga jest możliwe; uwierzył, że to słowo Boga może ruszyć go z zasiedzenia. I na zakończenie rekolekcji, przychodzi do Jezusa i deklaruje: „Nauczycielu mój, pójdę za Tobą, dokądkowiek się udasz”.

A Jezus, który go zna, który zna jego serce, odpowiada: „Lisy mają nory, a ptaki powietrzne – gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł skłonić”. Jezus nie zniechęca go! Jezus nikogo nie zniechęca do pójścia za Nim! Jezus zachęca go, ale czyni to z całym realizmem. Do Jezus go zachęca? Do tego, by kontemplował Syna Człowieczego, który nie ma gdzie głowy skłonić; by kontemplował Syna Człowieczego, który choć nie ma miał gdzie głowy skłonić, i tak przyszedł na świat. „ Przyszedł do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli” (J 1, 11). Wszedł do synagogi w rodzinnym mieście, Nazarecie, choć został z niej przez rodaków siłą wyprowadzony (Łk 4, 14-30). Chciał okazać miłość miastu Samarytan idąc do Jerozolimy i nie został przyjęty (Łk 9, 51-56). A mimo to przyszedł na ziemię i szedł przez ziemię.

Na zakończenie rekolekcji, Jezus zaprasza nas, byśmy kontemplowali właśnie Jego, Syna Człowieczego, który tu na ziemi nie ma gdzie głowy skłonić, ale… który ma gdzie głowę skłonić. Widzimy Go często odchodzącego na miejsce modlitwy, gdzie może oprzeć głowę na piersi Ojca i słuchać bicia Serca Ojca. I jest przez Ojca posyłany w świat, aby na Jego piersi, piersi Syna Człowieczego, mogli oprzeć głowę wszyscy najwięksi gwałtownicy tej ziemi, jak choćby Jan, syn Zebedeusza, „syn gromu”, który chciał spuszczać gromy na Samarytan, a który w czasie Ostatniej Wieczerzy wspiera swoją głowę na piersi Jezusa. Jezus stale, na modlitwie, opiera głowę na piersi Ojca, a potem stale, w codzienności, daje innym oprzeć głowę na swojej piersi. Jezus na modlitwie przytulany przez Ojca, kiedy idzie w tłum przytula jak Ojciec, bierze na raminona, jak Ojciec podnosi do policzka, by dzieci mogły oprzeć głowę na Jego piersi. I będzie oburzony, prawdziwie oburzony, gdy Jego uczniowie będą zabraniali przynoszenia do Niego dzieci.

W świecie, do którego wracamy jest wiele brutalności. Przypomina nam o tym pierwsze czytanie: „sprzedają za srebro sprawiedliwego, a ubogiego za parę sandałów; w proch ziemi wdeptują głowy biedaków, i ubogich kierują na bezdroża; ojciec i syn chodzą do tej samej dziewczyny, (…). Na płaszczach zastawnych wylegują się przy każdym ołtarzu i wino wymuszone grzywną piją w domu swego Boga”. Ale każdy z nas i każdy z tych, którzy w poszukiwaniu miłości lgną do przyjemności, tęskni za Miłością i potrzebuje serca, przy którym mógłby głowę skłonić. Tym miejscem jest przede wszystkim Serce Boga! I dlatego na zakończenie posłuchajmy zachęty najpierw św. Hieronima: „nigdy nie wypuszczaj Pisma Świętego ze swoich rąk! Sen powinien zastać cię w Biblią w ręce, a święte strony niech przyjmą twoją skłaniającą się głowę” (to słowa, które nasz założyciel, o. Franciszek M. od Krzyża Jordan zapisał w swoim dzienniku duchowym).I przypomijmy jeszcze słowa św. Grzegorza Wielkiego: „poznaj Serce Boga w słowach Boga”. Kiedy będziesz zmęczony brutalnością tego świata i wyzwaniami, które przed Tobą stawia, bierz do ręki Biblię. To nic, że czasem w zmęczeniu zaśniesz! Ale zawsze „wspieraj” swoją głowę na Biblii, by usłyszeć Serce Boga! Daj się Bogu prowadzić! Choć odruchy „starego człowieka”, uczonego w Piśmie, odruchy życia statecznego i statycznego, wygodnego, odruchy kogoś skoncentrowanego na własnej przyjemności, będą się w tobie odzywać, ty opieraj swą głowę na Biblii, słuchaj, jak bije Serce Boga i daj się posłać, jak Jezus, Syn Człowieczy, do tych, którzy potrzebują oparcia, potrzebują skłonić głowę przy sercu kogoś i odpocząć.

Piotr Szyrszeń SDS

---------------------------------------------------------------------

  

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl