O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Bliskość, która leczy 7-9 października 2016 - homilie


Bliskość, która leczy
SZKOŁA KIEROWNICTWA DUCHOWEGO
7-9 października 2016

 

NAGRANIA konferencji >>>
Zesz. Form. Duch. 73  >>>
INFO o sesji >>>

 

NAGRANIA I TEKSTY HOMILII
które wygłosił Bogusław Szpakowski SAC

---------------------------------------------------------------------

ooo
[………]

„Dziękuję!” rodzi się, kiedy potrafimy dostrzec otrzymany dar *
homilia – 28. niedziela zwykła (rok C), 9 października 2016 r.
2 Krl 5, 14-17; Ps 98, 1b-4; 2 Tm 2, 8-13; Łk 17, 11-19

Dzisiejsza Ewangelia jest pełna dramaturgii. Na scenie pojawia się Jezus, pojawiają się trędowaci. I mamy scenę, kiedy do Jezusa przychodzi Samarytanin uzdrowiony z trądu. Kiedy słuchaliśmy tego tekstu, w naszym przeżywaniu mogła się pojawić sympatia do Samarytanina, który jest wdzięczny, przybiega do Jezusa i dziękuje Mu za to, że został uzdrowiony z choroby trądu. Możemy myśleć, że to taki sympatyczny człowiek, bo ludzie wdzięczni są nam mili. A tych dziewięciu, którzy zostali również uzdrowieni z trądu, ale oni jakoś nie przeszli pewnego procesu duchowego? Do nich mamy trochę mniej sympatii. Być może myślimy o nich, że są „tacy niewdzięczni”, że zostali uzdrowieni, a nie potrafili wyrazić wdzięczności.

W naszym doświadczeniu wdzięczność często przeżywana jest jakby na dwóch poziomach. Pierwszym jest taki poziom wychowawczo-rytualny. Być może z dzieciństwa pamiętacie takie ingerencje waszych rodziców, takie lekkie „poszturchiwanie”: „No, co teraz? Powiedz, co teraz należy powiedzieć? ‘Dziękuję’!”. Kindersztuba polega na tym, żeby nauczyć dziecko mówić: „dziękuję”. To „dziękuję” staje się często takie już prawie rytualne. Mówimy „dziękuję” prawie automatycznie, ale niewiele kryje się pod tym rytualnym, wyćwiczonym „dziękuję”. Bo tak naprawdę „dziękuję” rodzi się na głębszym poziomie, na poziomie wewnętrznym, duchowym. „Dziękuję” rodzi się wtedy, kiedy potrafimy dostrzec i uświadomić sobie otrzymany dar.

Gdy patrzymy na tych dziewięciu, spróbujmy nie osądzać ich, że są tacy niewdzięczni, źle wychowani albo niedojrzali. Jezus też ich nie osądził. Jezus pyta, gdzie oni są? [„Gdzie jest dziewięciu?”]. To pytanie: „Gdzie oni są?” dotyczy ich podróży wewnętrznej. Kiedy Bóg pyta: „Gdzie jesteś?”, jest to pytanie: „Gdzie jesteś w swoim wewnętrznym świecie? Gdzie jesteś w swoim rozwoju?”. Ci dziewięciu, którzy wcześniej byli trędowatymi, doświadczali straszliwej choroby. W Izraelu trąd wykluczał społecznie. Osoby chorujące na trąd były traktowane jako osoby nieuleczalnie chore, od których można się było zarazić i w związku z tym ta izolacja. Ale trąd interpretowano także w znaczeniu religijnym, że ta choroba jest znakiem kary boskiej. Dlatego trędowaci byli traktowani jako niekoszerni, nieczyści. Nie można się było ich dotykać. Sytuacja tych ludzi, chorujących na trąd i żyjących za czasów Jezusa, była bardzo dramatyczna.

Oni, ci dziewięciu, wykazali się odwagą. Wykazali się bardzo silną determinacją. Kiedy zobaczyli mistrza z Nazaretu, kiedy zobaczyli, że rabbi Jeshua przechodzi, zaczęli do Niego wołać, żeby On ich uzdrowić. Ile musiało być w nich odwagi, wiary, zaangażowania! Pewnie dali z siebie wszystko, żeby zostać uzdrowionymi. I tak się stało. Zgodnie z przepisami księgi Kapłańskiej zostali wysłani do kapłanów i w drodze doznali oczyszczenia. Ale w swoim procesie duchowym oni jeszcze nie dojrzeli do dziękczynienia. Oni jeszcze nie dojrzeli. Tak jak nie dojrzał pewien mężczyzna, z którym niedawno rozmawiałem. On mówił: „Po wielu latach, proszę księdza, poszedłem do spowiedzi. To mnie niesamowicie wiele kosztowało. Tak w ogóle, to po pierwsze się zebrałem, po drugie pojechałem na drugi koniec Warszawy, po trzecie z odwagą wyznałem swoje grzechy, których się wstydziłem… No i teraz co? Teraz mam poczucie, że grzechy mi zostały odpuszczone. I to jest czyja zasługa? … Moja. To ja się napracowałem! Musiałem się zebrać, przyjechać, mieć odwagę! To, co chciałem, uzyskałem. Uzyskałem rozgrzeszenie. Ale to jest moja zasługa!”. Ci trędowaci również wykazali się odwagą, bo przecież to nie było proste w Izraelu, by tak sobie krzyknąć do Jezusa. To wymagało odwagi, determinacji. Być może oni też poczuli, że to uzdrowienie zawdzięczają… sobie, że gdyby zostali w domu, na kanapie, to by się nic nie stało; a jednak poszli, dali z siebie wszystko i otrzymali. Są w tym miejscu.

To jest takie doświadczenie, ktore jest też naszym doświadczeniem. Ktoś powie: „Ja tu przyjechałem na sesję. Nasiedziałem się, nasłuchałem, zapłaciłem… Komu to zawdzięczam? No, sobie! Mogłem spędzić weekend bardziej atrakcyjnie czy swobodnie. I na tym momencie się można zatrzymać. Ale można też powiedzieć: „dziękuję”, bo tak „rytualnie” wypada. Wszyscy dziękujemy. To takie miłe, naturalne, rytualne. Krok dalej możemy zrobić wtedy, kiedy doświadczymy, kiedy uświadomimy sobie dar łaski. Ten Samarytanin, który wrócił, poszedł o krok dalej. Nie musiał dewaluować siebie. On włożył wielki wysiłek, żeby być uzdrowionym, ale w swoim wewnętrznym procesie rozwoju zrobił krok dalej: uświadomił sobie, że otrzymał łaskę, że jest łaska, że jest dar darmo dany. To świadomość, że otrzymał coś, co niekoniecznie mu się należało, bo przecież mógł zostać nie uzdrowiony, bo wielu w Izraelu, którzy na trąd chorowali, nie zostali uzdrowieni. To nie było coś, co mu się należało. Ale uświadomił sobie, że poza własnym zaangażowaniem, poza tym, że dał z siebie wszystko, jest jeszcze jeden wymiar: to jest wymiar łaski.

Myślę, że człowiek długo dojrzewa do tego etapu, żeby uświadomić sobie łaskę. My to wiemy, prawda? Mamy to wdrożone, ciągle to mówimy. Mówimy o łasce, ale żeby to dotarło do naszej świadomości, że jest to łaska, że jest to przychylność Boga, Boga, który sam się udziela i daje… Dopiero ta świadomość łaski rodzi w sercu dziękczynienie. Wtedy uczciwie można powiedzieć Bogu: „dziękuję!”. Można też sobie, oczywiście, powiedzieć: „dziękuję!”, bo to wymagało mojego zangażowania czy naszego zaangażowania, ale nade wszystko rodzi się wdzięczność Bogu za Jego łaskę. Mała Teresa, Teresa z Lisieux – niesamowicie szybko się duchowo rozwijała; jej życie to same skoki w rozwoju duchowym, chociaż mówiła o „małej drodze”. – zaczęła odbierać rzeczywistość jako łaskę, że wszystko jest łaską i że dlatego za wszystko można dziękować i potrzeba, potrzeba wewnętrzna, by dziękować.

Nie mówię tego po to, by przyspieszać nasz rozwój czy też wymuszać, żebyśmy już byli dalej niż jesteśmy. Ważny jest w rozwoju ten punkt, w którym aktualnie jesteśmy, ale też istotna jest perspektywa. A perspektywą naszego rozwoju duchowego jest świadomość łaski. Kiedy to dotrze do naszego serca i głęboko do naszej świadomości, wdzięczność rodzi się spontanicznie; a nie rytualnie; rodzi się spontanicznie, z serca. Wtedy nasza osobowość staje się wdzięczną osobowością. Zyskujemy jakby nowe usposobienie, usposobienie wdzięczności. Wtedy i to, co małe i to, co wielkie łączy się nam z Bogiem, bo we wszystkim znajdujemy Jego łaskę. Niech Duch Święty nas poprowadzi w naszym życiu duchowym, żeby się otworzyły wewnętrzne oczy naszego serca, byśmy potrafili dostrzec, uświadomić sobie i przeżywać łaskę. Amen.

Bogusław Szpakowski SAC

---------------------------------------------------------------------

ooo

ooo
[………]

Szczęśliwi, którzy słuchają Boga! Usłyszą „tak” i... będą szczęśliwi!
homilia – sobota 27. tygodnia okresu zwykłego, 8 października 2016 r.
Ga 3, 22-29; Ps 105, 2-7; Łk 11, 27-28

Na przedłużeniu tego okrzyku, który wydała z siebie kobieta, widząc Jezusa: „Błogosławione łono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś” (Łk 11, 27), proponuję popatrzeć na Maryję jako na ikonę Bożego macierzyństwa. Bóg, w którego wierzymy, jest Ojcem i Matką zarazem. W stosunku do nas objawia się i na sposób ojcowski, i na sposób macierzyński. Jeśli otworzymy księgę proroka Izajasza, zapewne doznamy poruszenia w sercu i w naszych wnętrznościach, kiedy usłyszymy słowa: „Choćby ojciec czy matka cię pozostawili, Ja cię nie zostawię! Ja cię nie porzucę!” (por. Iz 49, 15). Albo do medytacji możemy wziąć piękny fragment z proroka Izajasza, w którym Bóg jest przedstawiony jak matka, która pociesza, przytula, pieści, dotyka (zob. Iz 66, 13). Tak działa Bóg w swojej czułości. Wyrazem Boskiej Miłości do każdego z nas jest ta macierzyńska ekspresja, którą Hebrajczycy dobrze znali. Wiedzeli, że Bóg nie jest tylko Kimś wymagającym, Kimś kto wysyła człowieka w nieznane, ale jest Kimś obecnym, bliskim i czułym.

Maryja jest ikoną tego Boga. Kiedy na Nią patrzymy i zwracamy się do Niej tym pięknym słowem „Mamo”, tak jak do własnych mam, to zwracamy się do Tego, który jest źródłem macierzyństwa, do Boga. Proszę zwrócić uwagę, że w każdej niedzielnej Mszy Świętej wspólnie wypowiadamy słowa wyznania wiary. W Credo mówimy, że wierzymy „w jednego Boga, Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych. I w jednego Pana Jezusa Chrystusa, Syna Bożego Jednorodzonego, który z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami. Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego. Zrodzony a nie stworzony…”. My w każdą niedzielę wspólnie wyznajemy, że Bóg będąc Ojcem, zarazem jest Matką. Rodzi swego Syna, Jezusa Chrystusa. Jezus jest zrodzony w dwóch wymiarach: z Ojca – przed wiekami, jak wyznajemy, i z Maryi. Łono Maryi jest ikoną łona Ojca, Boga, który zrodził swego Syna, Jezusa Chrystusa. Każdy z nas ma również podwójną metrykę. Jesteśmy zrodzeni z Ojca i z naszych matek. Zrodzeni z Ojca, który powiedział każdemu z nas swoje wielkie „tak”, nieodwoływalne „tak”. Bóg jest cały na „tak” dla każdego z nas, dlatego istniejemy. „W Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy…” – czytamy w Dziejach Apostolskich (Dz 17, 28).

Kiedy zwracamy się do Boga, zwracamy się do wielkiego „tak” naszego istnienia. W tym wymiarze każdy z nas jest chciany, każdy z nas jest pomyślany i każdy z nas jest niezapomniany w sercu Boga, bo On nas zrodził tam, w sobie. Zanim pojawiliśmy się w ciele, zanim nastąpił nasz rozwój psychiczny i duchowy, nasz organiczny wzrost, najpierw byliśmy przez Niego pomyślani. Wypowiedział to wielkie swoje „tak”. Zrodzeni w Nim, chciani przez Niego, zostaliśmy posłani w historię świata i w historię osobistą. Każdy z nas stał się ciałem. Być może nie wszyscy z nas mieli radosną drogę swojego dzieciństwa. Być może nie wszyscy mieli radosną drogę rozwoju w swoich rodzinach. Być może już u zarania naszego ziemskiego istnienia pojawiło się jakieś ciepienie czy ból. Ale jeśli się ono pojawiło, to bądźmy pewni, że w tym trudzie i cierpieniu obecny jest Jezus Chrystus. On jest zawsze tam, gdzie człowiek doznaje szczególnego cierpienia.

Pamiętacie, jak bardzo kochał Łazarza. A Łazarz był bez rodziców, miał dwie siostry. Był, używając naszego socjologicznego języka, sierotą. Jezus szczególnie kocha tych, którzy zostali do życia wybrani przez Ojca i zrodzeni, a których życie naznaczone jest jakimś szczególnym trudem. Nic zatem dziwnego, że kiedy Łazarz znalazł się w grobie, Jezus płakał. Tak jak płacze zawsze tam, gdzie człowiek doświadcza cierpienia. Bo wolą Boga jest, żebyśmy byli szczęśliwi, żebyśmy szczęście w życiu odnaleźli… i u progu naszego istnienia, w sercu Boga, ale także w tym naszym ziemskim pielgrzymowaniu. Czyż nie po to przyszedł nasz Pan? Czyż nie po to powiedział, że Bóg nie chce potępienia świata, nie chce potępienia człowieka (por. J 3, 16-17)! Bóg chce zbawienia, szczęścia! To szczęście może stać się dla nas dostępne. Mamy obietnicę tego szczęścia. Ono staje się dla nas dostępne wtedy, kiedy słuchamy Boga. Szczęśliwi ci, którzy słuchają… (por. Łk 11, 28), którzy słuchają i usłyszą. Co usłyszą? Właśnie tę pieśń miłości Boga do każdego z nas. Tak długo słuchajmy Ewangelii, aż poczujemy, że jesteśmy przez Boga kochali, że jesteśmy ważni w Jego oczach i przeznaczeni do szczęścia i tu, i w przyszłości. To jest obietnica: słuchaj, a będziesz szczęśliwy!

Bierzmy przykład z Matki Najświętszej. Ona dobrze słuchała i słowo „zachowywała” w swoim sercu, jak pisze św. Łukasz w drugim rozdziale Ewangelii (zob. Łk 2, 19). Kiedyś pewna siostra zakonna opowiadała mi, że chciała zamknąć kaplicę, w której jest obraz Matki Bożej. Jakaś pani dłużej pozostawała w kaplicy, więc siostra trochę się niepokoiła, ale dotrzymała. A potem, kiedy pani, która siedziała przed obrazem Matki Bożej, już wychodziła, powiedziała do tej siostry: „Ja siostrę bardzo przepraszam, że tak długo siedziałam, ale kiedy tu przychodzę, to ja czuję, że Matka Boże dobrze słucha”. Właśnie, Matka Boża dobrze słucha naszych słów, ale też dobrze słuchała i zapisywała w sercu to wszystko, co działo się w życiu Jezusa. Jeśli my również otwieramy swoje ucho wewnętrzne i słuchamy całymi sobą, to „się dosłyszymy” o tym, że jesteśmy kochani, ważni i niezapomniani. Życzę każdemu z was i sobie też… szczęścia, które zyskujemy w kontakcie ze słowem Boga, słowem, które odsłania niezwykłą i czułą bliskość naszego Boga do każdego z nas. To słowo rozprasza nasze wątpliwości, nasze niepokoje. To słowo leczy nasze rany. Słowo Boga jest balsamem, oliwą i winem (por. Łk 10, 34) dla naszych psychicznych ran. Pozwólmy Bogu, by poprzez swoje słowo leczył nasze umysły i serca. Amen.

BSz

---------------------------------------------------------------------

-------------------------------------------------
* tytuły pochodzą od redakcji

w tekstach spisanych z nagrania
zachowano styl języka mówionego
-------------------------------------------------

 

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl