O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Towarzyszenie w rekolekcjach lectio divina. Ewangelia według ...


SZKOŁA LECTIO DIVINA
dla prowadzących i towarzyszących w rekolekcjach

Towarzyszenie w rekolekcjach lectio divina.
Etap 3: Ewangelia według św. Łukasza

CFD Kraków, 16-18 listopada 2016

 

ZAPOWIEDŹ >>>.
NAGRANIA >>>.

 T E K S T Y   H O M I L I I
które wygłosił bp Grzegorz Ryś

---------------------------------------------------------------------

Słowo Boże wydaje się nieznaczące, a jest pełne mocy życia!
homilia – środa 33. tygodnia okresu zwykłego (rok II), 16 listopada 2016 r.
Ap 4, 1-11; Ps 150, 1b-6a; Łk 19, 11-28

NAGRANIE HOMILII Z 16 LISTOPADA 2016
[KLIKNIJ, BY ODSŁUCHAĆ]

Przypowieść o minach jest bardzo dobrym słowem na rozpoczęcie tego czasu, który mamy razem tu przeżyć, czasu spotkania ze Słowem. Co jest tą miną, którą Pan zawierzył każdemu z nas? Wiele jest odsyłaczy do różnych tekstów od tej przypowieści, ale zasada, która pada na końcu, a mianowicie: „Każdemu, kto ma, będzie dodane; a temu, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma” (Łk 19, 26), pozwala na zidentyfikowanie miny z dokładnością, w konkrecie, bo ta zasada pada tu u św. Łukasza po raz drugi. Pierwszy raz słyszymy ją w ósmym rozdziale, w osiemnastym wersecie, gdzie pada jako podsumowanie przypowieści o ziarnie, które jest siane i tym ziarnem jest Słowo. I potem Jezus mówi: „Nikt nie zapala lampy i (…) nie stawia pod łóżkiem. (…) Uważajcie więc, jak słuchacie. Bo kto ma, temu będzie dane; a kto nie ma, temu zabiorą i to, co mu się wydaje, że ma”. Tak jest u św. Łukasza 8, 18: „Uważajcie, jak słuchacie”. Łukasz to wziął bezpośrednio z Ewangelii wg św. Marka: „Uważajcie na to, czego słuchacie. (…) Bo kto ma, temu będzie dane; a kto nie ma, pozbawią go i tego, co ma” (Mk 4, 24-25). Tak jest też u św. Mateusza w trzynastym rozdziale, też po przypowieści o siewcy. Miną jest słowo! Ta „mina” zostaje nam zawierzona. Myślę, że to bardzo dobrze pasuje. Mina to nie jest żaden „straszny” pieniądz. Nie ma porównania z talentem. U Mateusza ta przypowieść to przypowieść o talentach. Talent to jest „kupa” forsy, ale mina… 360 gramów - nie mam tyle złota przy sobie, ale to jest jakoś dla nas wyobrażalne. Słowo jest rzeczywistością, która nam się wydaje niewielka, nieznacząca. Żyjemy w świecie, w którym coraz mniej słowo znaczy.

To słowo jednak jest pokazane w tej przypowieści jako pełne mocy, jako pełne mocy! Kiedy przychodzą słudzy do pana, żeby zdać rachunek z tego, co robili, nie mówią o tym, że się bardzo napracowali, ale mówią o tym, że odkryli siłę i potencjał, który był w tym, co im zawierzono. „Panie, twoja mina przysporzyła dziesięć…”. „Panie, twoja mina przyniosła pięć…” (Łk 19, 16.18). Nie mówią o tym, że się strasznie napracowali, ale mówią o tym, że to, co im zostało zawierzone, okazało się pełne mocy. Siła była w tym, co im zawierzono, a nie w ich zdolnościach większych czy mniejszych. To jest tak, jak Dzieje Apostolskie mówią. Ile razy Dzieje Apostolskie mówią o wzroście słowa, to zawsze mówią o nim w formie czynnej: „słowo Boże rozszerzało się” (Dz 6, 7), „słowo Pańskie rozszerzało się i rosło” (Dz 12, 24). Słowo jest dynamiczne!

Słowo nie ulega skrępowaniu (por. 2 Tm 2, 9). Słowo ma w sobie siłę. To jest to, czego zupełnie nie doświadcza ten trzeci sługa, który przychodzi i mówi: „Panie, tu jest twoja mina, którą trzymałem zawiniętą w chustce” (Łk 19, 20). Jakby ktoś się uparł, mógłby przetłumaczyć: „w całunie”, bo tam jest słowo greckie „soudarion”. Trzymał minę zawiniętą „w całunie” (gr. „en soudariō”), to znaczy: traktował to, co dostał, jak trupa. Nie widział w tym, co mu zawierzono życia i siły. Pewnie też dlatego nie puścił tego w obieg. Pewnie dlatego nie puścił tego w obieg, bo traktował to jak martwy kawałek metalu. „Tu masz swoją własność”. „Zabierzcie mu” (por. Łk 19, 24). To jest coś, na co nas bardzo uczulał Benedykt XVI, kiedy mówił, że możemy traktować Pismo jako coś martwego.

To jest lekcjonarz! [ukazając lekcjonarz - przy. red.] To jest lekcjonarz! To nie jest słowo Boga! Te wszystkie egzemplarze, które żeście z sobą przywieźli, to też nie jest słowo Boga! To są egzemplarze Pisma Święte w różnych tłumaczeniach. Słowo macie albo Go nie macie teraz w uszach! Były dwa czytania i psalm. Czy słyszeliście coś? Słowo to jest rzeczywistość żywa! To jest to, co dociera do człowieka aktualnie, z mocą. To [znów ukazając lekcjonarz - przy. red.] to jest książka. Bardzo lubię te momenty, kiedy jakiś ksiądz w napływie emocji podnosi lekcjonarz do góry i mówi: „oto słowo Pańskie!”. Po co tak ludzi oszukiwać! To nie jest słowo Pańskie, tylko lekcjonarz! Słowo mają w uszach! Cały kłopot polega na tym, że my możemy mieć na półkach Pismo w pięćdziesięciu wydaniach i w sześćdziesięciu językach, i traktować je jak martwą książkę. Można sobie nawet je poczytać i może być ciekawe… I co z tego, kiedy nie przyjmuję tego, jako Słowa, które jest żyjące, które niesie w sobie moc. Tak właśnie jak on [ów trzeci sługa], który przyniósł panu minę: „Tu jest twoja własność”. „Weźcie mu to…!”.

Jest też, oczywiście, w tej przypowieści bardzo ważny moment, że słowo zachowuje w sobie ten człowiek, który je „puszcza w ruch”. Żeby słowo także we mnie coraz mocniej działało, żeby to, co słyszę, się we mnie pomnażało, powinienem „puścić słowo w ruch”. Nie mogę słowa zatrzymywać tylko dla siebie. Jeśli mam ochotę zachować słowo wyłącznie dla siebie, jeśli go nie pomnażam, to ono będzie mi zabrane. Zachowuję to, co pomnażam! „Temu, który ma dziesięć min, dajcie jeszcze jeszcze jedną” (por. Łk 19, 24). „Ale on ma dziesięć…”. „Dajcie mu…”.

Zachowujesz, kiedy pomnażasz! Nie pomnażasz, nie zachowujesz! A pomnażasz [słowo] nie w ten sposób, że w sobie na tysiąc sposobów wałkujesz, tylko pomnażasz [słowo] puszczając w obrót, dzieląc się: przez głoszenie kerygmatu, przez nauczanie, przez świadectwo! Nie wolno słowa zatrzymać dla siebie! To jest charakterystyczne w tym 8. rozdziale u św. Łukasza. Jest przypowieść o siewcy i zaraz potem mowa: jeśli usłyszałeś, to „nikt nie zapala światła, po to by je postawić pod korcem” (por. Łk 8, 16). To, co się zapaliło, jest dla innych! Oświecasz innych, dajesz światło innym! Człowiekowi, który chce zachować słowo wyłącznie dla siebie, nigdy nie wyjdzie, nigdy się nie dzieli, nie przekazuje, nie obraca słowem, będzie ono zabrane. To jest to, co Jan Paweł II zawarł w takim pięknym zdaniu: „wiara umacnia się, gdy jest przekazywana” (Redemptoris missio, nr 2).

Wiara pomnaża się wtedy, gdy jest przekazywana! Nieraz tak mówię rodzicom, którzy mają dzieci pierwszokomunijne czy których dzieci mają iść do bierzmowania, że: „jak wy im nie będziecie przekazywać wiary, to się o nich nie bójcie, bo Pan Jezus do nich drogę znajdzie, tylko o swoją wiarę się bójcie i to już. Pan Jezus do nich drogę znajdzie, ale waszą wiarę diabli wezmą!”. Wiara się umacnia, kiedy jest przekazywana! Słowo zachowujesz, jak je puszczasz w obrót! I ono działa własną mocą, bo nie jest martwe! To jest bardzo ważne, żeby pokazywać ludziom, że nie mamy do czynienia z martwą książką, ale że ta księga ma tylko ten cel, aby kiedy ją otwieramy doszło do nas żywe słowo Boga! Taka jest przypowieść na początek tego czasu, całkiem chyba adekwatna!

bp Grzegorz Ryś

---------------------------------------------------------------------

A my, w czym upatrujemy źródło pokoju i bezpieczeństwa?
homilia – wspomnienie św. Elżbiety Węgierskiej, 17 listopada 2016 r.
[czytania z czwartku 33. tygodnia okresu zwykłego - rok II]
Ap 5, 1-10; Ps 149, 1b-6a.9b; Łk 19, 41-44

NAGRANIE HOMILII Z 17 LISTOPADA 2016
[KLIKNIJ, BY ODSŁUCHAĆ]

To jest taka Ewangelia, którą stanowczo można za łatwo interpretować, jeśli zna się odrobinę historii. Bo słyszymy zapowiedź Jezusa i widzimy rok 70., i mamy przed oczami zburzenie Jerozolimy. Jeśli ktoś chce iść dalej, ma 132. rok i zburzenie całego miasta. i to że rzeczywiście nie został kamień na kamieniu. I wtedy wiemy, dlaczego tak jest. Mówimy: „bo Go nie rozpoznali”, „bo Go nie przyjęli”. Taka fajna interpretacja… tylko, po co dzisiaj tego słuchać? Nie za prosto?

To jest fragment Ewangelii, który nas cofa do samego początku Ewangelii wg św. Łukasza, do opisu narodzin Jezusa, gdzie św. Łukasz nie bez powodu pokazuje cały kontekst historyczny narodzin Jezusa, podkreślając, że to się działo za Oktawiana Augusta, czyli za cesarza, o którym mówiono, że dał światu pokój. I za tego właśnie władcy, który ponoć dał światu pokój, rodzi się Mesjasz, zapowiedziany przez Izajasza „Książę Pokoju” (Iz 9, 5); Mesjasz, o którym aniołowie wyśpiewują: „chwała na wysokości Bogu, a na ziemi pokój ludziom, w którym On ma upodobanie” (Łk 2, 14). To jest początek Ewangelii wg św. Łukasza, który pokazuje misję Jezusa. Właśnie w tym świecie, w którym pozornie Oktawian miał zaprowadzić pokój, pojawia się Ktoś, kto go daje naprawdę. Napięcie, które jest między Oktawianem i Jezusem, jest napięciem, które trwa zawsze.

Wiadomo, w jaki sposób Oktawian zaprowadził pokój. Nawet mu postawiono ołtarz, który nazwano „ołtarzem pokoju”, który zrekonstruowany stoi dzisiaj nad Tybrem. „Ara pacis”, tam Oktawian jest przedstawiony, dzisiaj stoi nad Tybrem, ale pierwotnie stał na Polu Marsowym, czyli był ważnym elementem placu, na którym armia rzymska ćwiczyła marsze, boje… Rzym zaprowadził w świecie pokój, oczywiście w ten sposób, że cały świat – bardzo przepraszam tu obecne panie – został „chwycony za pysk”. To jest rzymski sposób zaprowadzania pokoju. [I wtedy] rodzi się Jezus, który jest „Księciem Pokoju” i nie ma w sobie nic z rzymskiego władcy i nie zaprowadza pokoju na siłę. Natomiast On rzeczywiście przyniesie pokój i pojednanie, ale przyniesie je swoim dziełem zbawienia, przełamując grzech: „w Chrystusie Bóg jednał z sobą świat, (…) a nam zlecił słowo jednania” i czyn jednania, posługę jednania (por. 2 Kor 5, 19).

To jest to, co Jan Paweł II mówi w „Reconciliatio et paenitentia”, że w Jezusie otrzymujemy coś, co się nazywa pojednaniem „źródłowym”. To znaczy, że Jezus jedna ludzi ze sobą tak, że sięga do samego korzenia zła, sięga do samego dna tych przyczyn, które ludzi dzielą między sobą i które sprawiają, że ludzie są dla siebie wrogami (ReP, nr 4). Jest takie zdanie w „Reconciliatio et paenitentia”, za które papież powinien dostać nagrodę Nobla. Wystarczyłoby, gdyby to zdanie tylko napisał i byłby wielkim papieżem. To jest to zdanie, w który mówi: „pojednanie nie może być mniej głębokie niż sam rozłam” (ReP, nr 3). Ile razy ludzie próbują się jednać nie sięgając do samego dna tego, co jest przyczyną podziału? Chcą „zasmarować” od góry albo zrobić tak, jak robił Rzym: „chwycić za gębę i będzie spokój”. „Niech ktoś podskoczy!”. „Jest cisza? Ok! Działa?”. „Wszyscy są pojednani!?”. Jezus przyniósł dzieło pojednania, dzieło pokoju, dzieło zbawienia. Przyniósł je wszystkim, przyniósł je Jerozolimie!

W tym, że Go nie przyjmują, nie chodzi o to, że Go nie przyjmują, jak On na tym osiołku wjeżdża. Tylko oni Go nie rozpoznają w tym dziele, które się za chwilę dokona. Nie rozpoznają Go w całym wydarzeniu paschalnym. Dalej nie będzie uznany jako Ten, który przyniósł pokój. To będzie dramat Jerozolimy, że ostatecznie Jerozolimę zabije to, w czym ona pokłada nadzieję. Bo wtedy, kiedy Jezus dokonywał swego dzieła zbawczego, Jerozolima trzymała z Rzymem. Czy naprawdę Rzym? Czy Rzym ci zagwarantuje? Czy Rzym ci zagwarantuje pokój? Poczekaj 40 lat i zobaczysz! I dlatego Jezus płacze nad tym miastem. Płacze tak, jak Jeremiasz płakał nad Jerozolimą. Bo widzi, że ten lud i to miasto, – które jest pierwsze adresatem wszystkiego, co Bóg czyni i każdego słowa Bożego, jest pierwszym adresatem tego słowa, którym jest Jego wcielenie i zbawienie, i misterium paschalne, – nie rozpoznaje! Ten lud i miasto nie rozpoznaje tego, co służy pokojowi, wybierając to, co temu pokojowi służy dość pozornie, co służy na chwilę, a potem się wcześniej czy później obraca przeciw człowiekowi. Tak było z Jerozolimą w czasach Jeremiasza.

Jeremiasz stawał przed nimi i mówił: „Jeśli będziecie tak postępować, zginiecie! W ten sposób żyjąc, to miasto się nie ostoi, bo nie ma w sobie siły przetrwania!”. Myśleli, że ich nienawidzi, wyzywali go od „zdrajców”, chcieli go zabić. A on ich kochał, jak wariat! I tu jest to samo. Jezus jest zakochany w tym mieście! To jest Jego miasto! To jest Jego lud! Ale widzi, że tak jak wybierają, tak jak się rozmijają z tym, co jest Boże, to się obróci przeciwko nim. I to się obróci przeciw każdemu! To jest nasza historia! To nie jest [jedynie] historia Żydów z czasów Jezusa! To jest nasza historia! A my co? A my, czy zawsze wybieramy pokój w tym miejscu, gdzie go Jezus daje? Czy rzeczywiście to jest ta metoda? Czy my Go przyjmujemy jako Tego, który jest ukrzyżowany i zmartwychwstały, który pokonuje grzech? Czy w tym upatrujemy źródło pokoju i bezpieczeństwa? Tak? Zawsze!? Nie szukamy go u tych… wójtów, sołtysów, prezydentów, premierów? Nie szukamy? Nie szukamy zabezpieczenia w prawie, w przepisach, w ochronie, w sile? Nie szukamy!?

„Chwycić wszystkich za twarz i będzie spokój” - to nie musi być cesarz, to może być katecheta. A potem to się obraca przeciwko nam. To, w czym szukaliśmy pokoju, zniszczy nas; to nas zabije. Jezus patrzy na to i płacze, ponieważ nas kocha do zwariowania. I co ma zrobić?! To jest cała tajemnica miłosierdzia Boga. To jest to, co Tischner, kiedy komentował św. Faustynę, to wydobył: „zmagasz się człowieku ze swoją miłością i jesteś bezradny”. A co ma Jezus zrobić z tą Jerozolimą? A co ma zrobić z tym Kościołem? Chwycić go „za pysk”? Zaprzeczyć samemu sobie? Nie! My pierwsi jesteśmy adresatami takiego zbawienia, które się dokonuje w krzyżu i w zmartwychwstaniu. On nas pierwszych musi najpierw w ten sposób traktować. Nie może sam sobie zaprzeczyć. On stoi przed nami z tą siłą niesamowitą, która do nas kompletnie nie przemawia, bo do nas przemawiają bzdury, że „tam jest bezpiecznie”, że „tylko to muszę mieć i będę mieć poczucie bezpieczeństwa”. Wszystko, co może Jezus, to płakać i zmagać się ze swoją miłością do nas, i być bezradnym!

Jest pociecha dla Jezusa! Dziś znalazłem, że św. Hieronim skojarzył dwa teksty z Ewangelii, mianowicie ten, że Jezus zapłakał z tekstem: „błogosławieni, którzy płaczą, bo będą pocieszeni” (por. Mt 5, 4). Role się odwróciły! Św. Hieronim obiecał Panu Jezusowi, że będzie pocieszony. Obyś się, święty Hieronimie, nie mylił! To jeszcze, naprawdę, jest jakaś nadzieja!

bp Grzegorz Ryś

---------------------------------------------------------------------

W tym znaku nie chodzi wyłącznie o handel
homilia – wspomnienie bł. Karoliny Kózkówny, 18 listopada 2016 r.
[czytania z piątku 33. tygodnia okresu zwykłego - rok II]
Ap 10, 8-11; Ps 119, 14.24.72.103.111.131; Łk 19, 45-48

NAGRANIE HOMILII Z 18 LISTOPADA 2016
[KLIKNIJ, BY ODSŁUCHAĆ]

Wiemy dobrze, że w tym znaku Jezusowym nie chodzi wyłącznie o handel, bo możnaby pójść w takie słowo o pieniądzu w świątyni. Akurat, chyba nie! Bo ci przekupnie, którzy handlują w świątyni w Jerozolimie, to nie są nasi straganiarze z odpustów parafialnych. To jest Pascha i cały ten handel w świątyni jest na potrzeby najważniejszego święta w roku. Oni nie handlują tam nie wiadomo czym, tylko sprzedają baranki, sprzedają pewnie też gołębie i inne zwierzęta, które można na ofiarę złożyć. Wymieniają pieniądze, żeby podatek na świątynię można było złożyć „uczciwą” monetą, a nie jakąś z wizerunkami pogańskich bóstw czy władców. To wszystko jest potrzebne. To wszystko tam jest potrzebne! To jest na służbie najważniejszego w roku wydarzenia, Paschy.

Ktoś mógłby więc powiedzieć: „co się Pan Jezus czepia?”. Odpowiedź jest w cytacie z Jeremiasza: „a wy uczyniliście z niego [mojego domu] jaskinię zbójców” (Łk 19, 46). To jest siódmy rozdział księgi Jeremiasza. Pamiętam, jak to do mnie dotarło. Zastanawiałem się, po co zbójcom jaskinia. Po co zbójcom jaskinia? Jak to po co? Żeby się schować! I dokładnie tak jest u Jeremiasza. Cytat jest taki: „Kraść, zabijać, cudzołożyć, (…), palić kadzidło Baalowi, (…). A potem przychodzicie do tej świątyni i mówicie: Oto jesteśmy bezpieczni (…) Może jaskinią zbójców stał się (…) ten dom” (por. Jr 7, 9-11). To jest cytat z Jeremiasza. Człowiek traktuje kult jako szczególny rodzaj ubezpieczenia i takie miejsca, gdzie odnajduje dobre samopoczucie. Pretensja jest nie o to, co robią w świątyni! Pretensja jest o to, co robią poza świątynią!

Pretensja jest o to, że ten kult, który uprawiają, – staranny, przygotowany, wszystko „hula” dopracowane, jak u salwatorianów: wiadomo, kto ma co przygotować; piękna liturgia, stuł nakupili takich samych; wszystko jest… i bardzo dobrze –. Pytanie jest o to, co to z nami zrobi po wyjściu stąd. Bo człowiek może traktować kult jako rodzaj ubezpieczenia czy takiego działania, które wytwarza we mnie dobre samopoczucie mimo wszystkiego, co robię poza. Doskonałym tego przykładem, starostestamentalnym, jest Saul wtedy, kiedy odpadł od Boga. Miał obłożyć klątwą całą zdobycz i, oczywiście, nie zrobił tego; zachował, ale najlepszą część [przeznaczył] na ofiarę. Pamiętacie ten moment, kiedy Samuel przychodzi i pyta: „Co to za beczenie słyszę w obozie?”. „To jest na ofiarę”. „To jest bałwochwalstwo!” – mówi Samuel. „To, co chcesz zrobić: złożenie tego na ofiarę Bogu to jest bałwochwalstwo!” (zob. 1 Sm 15, 14-23). To nie ma nic wspólnego z kultem! To jest bałwochwalstwo, a bałwanem, którego czci Saul, jest sam Saul dla siebie! To jest życie wedle własnego pomysłu, ale: „gdyby Pan Bóg miał kłopot, to tutaj ma ofiarkę!”. I wtedy mam poczucie bezpieczeństwa. Traktuję kult jako takie miejsce ucieczki: chowam się ze swoim łupem przed… Pytanie w ogóle, przed kim się chowam? Pewnie przed Bogiem, przed sobą…

Jest pytanie: „co robi z nami słowo?” i „co robi z nami kult, liturgia?”. To pytanie Pan Jezus zadaje nam we wspomnienie męczenniczki. Męczennicy są wzorem tego, w jaki sposób przeżywa się liturgię. Tu są najpiękniejsze teksty św. Augustyna, który mówi, że męczennicy oddają Bogu to, co wzięli z tego Stołu: wzięli Ciało i Krew, oddali ciało i krew. To jest to! Liturgia nie musi być miejscem, które ci gwarantuje bezpieczeństwo; może cię wyprowadzić ku czemuś, co powszechnie jest uważane za niebezpieczne. Przedłużenie liturgii to jest życie, ofiara z siebie, oddanie siebie Bogu, a nie takie życie, które jest jednym wielkim bałwochwalstwem, w którym tylko siebie czczę, a potem liturgia też jest przedłużeniem tego bałwochwalstwa, bo ostatecznie nie chodzi w tym kulcie o Boga, ale o mnie, żebym się przez chwilę poczuł bezpieczny i uspokojony, więc czczę samego siebie. Ten znak, którego Jezus dokonał – w św. Jana jest wprost napisane, że to jest „znak” (J 2, 18) – jest bardzo poważny. Znak, którego Jezus dokonał, jest taki „skrutujący” [tj. badający, poddający badaniu – przyp . red.] i tu nie chodzi o to, ile ludzie dają za wypominki.

bp Grzegorz Ryś

-------------------------------------------------
* tytuły homilii pochodzą od redakcji

w tekstach spisanych z nagrania
zachowano styl języka mówionego
-------------------------------------------------

  

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl