O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Ćwiczenia Ignacjańskie 30 stycznia - 7 lutego 2017 homilie cz ...


Ćwiczenia Ignacjańskie
30 stycznia - 7 lutego 2017

 

info i homilie - część pierwsza
30-31 I i 1 II 2017
>>>.

homilie - część trzecia
5-7 II 2017
>>>.

Dziękujemy za modlitwę w intencji uczestników i prowadzących
oraz kierowników duchowych!
Dzielimy się tekstami/nagraniami homilii.


          foto by Mario Agudelo SDS

---------------------------------------------------------------------

 NAGRANIA I TEKSTY HOMILII
wygłoszonych w czasie rekolekcji
- CZĘŚĆ DRUGA -
2-4 lutego 2017

---------------------------------------------------------------------

Weźmy w objęcia Światło, które już przyszło!
homilia – święto Ofiarowania Pańskiego, 2 lutego 2017 r.
Ml 3, 1-4; Ps 24, 7-10; Hbr 2, 14-18; Łk 2, 22-40

NAGRANIE HOMILII Z 2 LUTEGO 2017
[KLIKNIJ, BY ODSŁUCHAĆ]

Jest taki moment w dzisiejszej Ewangelii, który zawsze umykał mojej uwadze. Przypuszczam, że działo się tak dlatego, że jest to pewna oczywistość, prozaiczność. Chodzi mi o gest Symeona: „[Symeon] wziął [Dziecię] w objęcia i błogosławił Boga”. W sposób oczywisty uwaga biegnie do błogosławieństwa. To piękne wyznanie wiary, w którym Symeon wyznaje, że otrzymał obietnicę, że uwierzył obietnicy, że może oglądać spełnienie obietnicy na własne oczy. Ten stary człowiek wyczekiwał „pociechy Izraela”.

Słuchając uważnie tych słów można odnieść wrażenie, że Symeon kontynuuje inną modlitwę, którą też można znaleźć w Ewangelii wg św. Łukasza. Chodzi o tę część w pierwszym rozdziale, w którym św. Łukasz opisuje postać Zachariasza, ojca Jana Chrzciciela. Możemy znaleźć wiele podobieństw między Symeonem i Zachariaszem. Pierwsze podobieństwo to wiek. Inne, że obaj byli związani ze świątynią przez swoją służbę. Różnice, które dostrzegam, są dwie. Dla Zachariasza najważniejszy moment w czasie jego posługi w świątyni dokonał się w miejscu zarezerwowanym wyłącznie dla kapłanów. Tam, kiedy składał ofiarę, miał objawienie, otrzymał obietnicę. I tutaj jest druga różnica, bo on w możliwość wypełnienia tej obietnicy zaczął powątpiewać. Tą obietnicą była zapowiedź, że urodzi mu się syn. Zachariasz przez cały czas od otrzymania tej obietnicy, ze względu na swoje wątpliwości, aż do narodzenia syna, a nawet więcej, bo aż do momentu, gdy zgodnie z zawartym w obietnicy poleceniem nadał synowi imię Jan, pozostaje niemy. Nie wypowiada żadnego słowa, a kiedy odzyskuje mowę, wypowiada piękną modlitwę, którą znamy jako kantyk Zachariasza. W odróżnieniu od niego Symeon ufnie oczekuje otrzymanej obietnicy, że „nie umrze aż zobaczy Mesjasza Pańskiego”. Symeon nie tylko zaufał, ale był cały czas otwarty na Boże natchnienia, na działanie Ducha Świętego.

Ale to nie na te podobieństwa czy różnice chciałbym dziś zwrócić uwagę. Zachariasz swoją modlitwę kończy szczególną zapowiedzią. Zapowiadając prorocką misję swojego syna, Jana, mówi tak: „A ty, dziecię, zwać się będziesz prorokiem Najwyższego, gdyż pójdziesz przed Panem przygotować Mu drogi. Jego ludowi dasz poznać zbawienie przez odpuszczenie grzechów. Dzięki serdecznej litości naszego Boga, z jaką nas nawiedzi z wysoka Wschodzące Słońce, by oświecić tych, co w mroku i cieniu śmierci mieszkają, aby nasze kroki skierować na drogę pokoju” (Łk 1, 76-79). Natomiast Symeon, który trzyma w swoich objęciach Dzieciątko Jezus, jak gdyby podejmuje ten wątek, gdy mówi: „Moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela” (Łk 2, 30-32). Być może łatwiej byłoby się nam utożsamić ze słowami Zachariasza, bo łatwiej prosić, aby Boże światło w końcu oświeciło mroki naszego życia, cienie naszej niepewności czy cień, którym kładzie się na naszym życiu śmierć albo cienie wynikające z grzechu. Natomiast Symeon jednoznacznie stwierdza, że to, co zostało zapowiedziane, już rzeczywiście się dokonało. Światło, które miało zajaśnieć; światło, które zapowiadał Jan, zajaśniało w Jezusie Chrystusie. To tak naprawdę tylko wstęp, …

To, co naprawdę przykuło moją uwagę, to gest Symeona, który poprzedza jego modlitwę. Otóż, zanim Symeon wypowie choćby jedno słowo, bierze na swoje ręce Dzieciątko Jezus. I dopiero wówczas otwiera usta, aby mówić. Wypowiada wówczas dwa błogosławieństwa: błogosławi Boga oraz błogosławi Józefa i Maryję. Przez cały czas jednak, wypowiadając te błogosławieństwa, trzyma w objęciach Dzieciątko Jezus. Skoro łaciński źródłosłów słowa „błogosławić” to „bene-dicere”, czyli „dobrze-mówić”, to skąd miały wypływać te „dobre słowa”, które wypowiada, jak nie od Tego, który jest Słowem Ojca. W tym geście, który przykuł moją uwagę, geście Symeona przytulającego Dziecko i wypowiadającego dobre słowa, można zobaczyć, że te słowa jakby wypływają z Tego, którego trzyma w swoich rękach.

W geście Symeona można też dostrzec pewne podobieństwo do tradycji, którą znamy w Polsce, błogosławienia i zapalania w sytuacji zagrożenia świec, zwanych gromnicami. Stąd właśnie dzisiejsze święto popularnie nazywamy świętem Matki Bożej Gromnicznej. Gromnice zapalano zawsze, kiedy zbliżało się niebezpieczeństwo, np. burza. Z dzieciństwa pamiętam, że zapalaliśmy w domu gromnicę. Dla współczesnego człowieka może ten gest wydawać się gestem magicznym, bo jak świeca ma ochronić przed niebezpieczeństwem, np. od gromów? Że świeca zapachowa, ma uchronić o jakichś zapachów, to rozumiemy, ale żeby gromnica… Tyle, że podobne wątpliwości mogły towarzyszyć tym, którzy widzieli Symeona, trzymającego w swoich ramionach Dzieciątko, Dziecko, Niemowlaka, gdy wypowiada słowa zapowiadające Zbawiciela, zapowiadające, że zbawienie rzeczywiście stało się udziałem tego domu. Być może świadkom tego gestu i słów mogły towarzyszyć wątpliwości, że oto światło już przyszło na świat. Ale to nie jakiekolwiek dziecko, ale Syn Boży! I to nie jest jakaś świeca, ale wyznanie wiary w Tego, który jest Światłością świata, chroni nas przed niebezpieczeństwem! Przyznam, że czytając i rozważając słowa z dzisiejszej liturgii, z dzisiejszego święta, zapałałem jakąś wielką życzliwością albo jakimś wielkim szacunkiem wobec tych wszystkich, którzy zapalają gromnice, do ich wiary, towarzyszącej zapalaniu świecy, która jest „odbiciem” Jezusa Chrystusa, który jest Światłością świata.

Dzisiaj, jako przeżywający ćwiczenia ignacjańskie, możemy postawić sobie pytanie, czy z tych myśli, z tych rozważań dotyczących dzisiejszej Ewangelii płyną jakieś praktyczne wskazówki dla naszego przeżywania rekolekcji. Chciałbym zaproponować trzy. Otóż, Zachariasz i Symeon mają swoje lata. Zauważmy, że wypełnienie obietnic im udzielonych dokonuje się w bardzo krótki odstępie czasu. Jan jest starszy od Jezusa tylko o sześć miesięcy. Jeżeli więc wydaje się nam, że już tyle lat życia za nami, że już trzy dni rekolekcji za nami i że „nic się nie dzieje”, potrzeba nam popatrzeć na Zachariasza i Symeona. Nie chodzi o ich wiek, ale o to, jak w ich życiu wypełnia się Boży plan zbawienia; albo inaczej mówiąc, że zbawiająca Miłość Boga działa w sposób niezachwiany i niepodważalny. Chciejmy zapatrzyć się w postaci tych dwóch osób i uzmysłowić sobie, że oni są świadkami tego, że Boże obietnice spełniają się, że Bóg zapowiadający wyzwolenie Izraela, wyzwolenie każdego z nas, nigdy nie cofnie tej obietnicy. Być może komuś przyjdzie czekać, jak Zachariaszowi czy Symeonowi, do końca rekolekcji albo pójść z owocami w życie. Nie wybiegajmy myślą tak daleko. Dajmy sobie prawo, by dzisiaj wzbudzić w sobie wiarę, że Boże obietnice są niezachwiane.

Druga pomoc. Łatwo poddać się pokusie, która czasem mogłaby przyjąć formę takiej modlitwy: „Panie Boże, czegoś tu nie rozumiem! Ja w tym czasie muszę milczeć, ale dlaczego Ty milczysz?”. Zobaczmy wówczas, że Zachariasz potrzebował aż dziewięciu miesięcy milczenia, natomiast Symeon cały czas mógł Boga wychwalać swoimi słowami. Jeden i drugi był prowadzony przez Ducha Świętego. Dajmy sobie też prawo, żeby przeżywać rekolekcje w takiej dynamice, według której prowadzi nas Duch Święty. Starajmy się o wierność, wierność czasowi modlitwy, o podążanie za wskazówkami, o bycie ze Słowem cały czas, ale miejmy świadomość, że to Bóg wybiera tempo, które dla nas jest właściwe. Czy to jest milczenie czy radosny kontakt, nie warto „podglądać” innych i zastanawiać się, jak oni przeżywają. Dajmy sobie prawo przeżywać, jak Bóg prowadzi.

Trzecia wskazówka. Kiedy czasem zabraknie nam słów w modlitwie, chciejmy wykonać gest Symeona. Ten gest, który pozornie jest łatwym gestem, ale może być też trudnym. Weźmy duchowo w objęcia naszego serca Dzieciątko Jezus. Tak jak św. Paweł mówi, że to Duch Święty w nas się modli, tym bardziej potrzeba nam czerpać słowa modlitwy od samego Słowa, od Tego, który jest Słowem, od Jezusa Chrystusa. Dajmy sobie prawo prosić, usilnie prosić, o słowa, które będą prowadziły naszą modlitwę, o obrazy, które będą tę modlitwę rozświetlały, o takie doświadczenia, których potrzebujemy, czy to pokoju czy zmagania, czy daru łez. Nie stawiajmy Panu Bogu granic!

Dzisiaj, w Dzień Życia Konsekrowanego, chciałbym się z wami podzielić życzeniami, które otrzymałem z racji tego święta. Jest w nich cenna intuicja dotycząca sceny ewangelicznej, którą przeżywamy. Słowa życzeń brzmiały tak: „Niech ksiądz przylgnie do Maryi, do Tej, której nie zatrwożyły słowa Symeona”. Chciejmy zatem nieustannie polecać się Najświętszej Maryi Pannie. Byśmy – cokolwiek słyszymy, cokolwiek Bóg nam daje usłyszeć o życiu i o naszych doświadczeniach, by nas to nigdy nie zatrwożyło. Chciejmy tak jak Ona gromadzić te słowa w naszym sercu i pielęgnować.

Rafał Ziajka SDS

---------------------------------------------------------------------

W ognisku walki duchowej Heroda i naszej
homilia – piątek 4. tygodnia zwykłego (rok I), 3 lutego 2017 r.
Hbr 13, 1-8; Ps 27, 1bcde.3.5.8b-9c; Mk 6, 14-29

NAGRANIE HOMILII Z 3 LUTEGO 2017
[KLIKNIJ, BY ODSŁUCHAĆ]

W czasie świętych ćwiczeń, idąc charyzmatyczną drogą św. Ignacego, tak jak Bóg nas nią prowadzi, przekonujemy się między innymi, jak ważnym darem i jak potrzebnym w naszym życiu jest rozeznawanie duchowe. W sposób szczególny dzisiaj, i pierwszy, i drugi tydzień, wprost o tym darze mówią, ale wszyscy się go uczymy, nieustannie. I kiedy zacząłem czytać dzisiejszą Ewangelię, poczułem się zaproszony, żeby w świetle Słowa o tym darze z wami mówić. Dar rozeznawania. A tym, który nam może pomóc, paradoksalnie, w przybliżeniu się i lepszym zrozumieniu tego daru, jest Herod. W pewnym sensie jest on kluczową postacią w tym opowiadaniu. Pomyślałem w pewnym momencie, że wszyscy jesteśmy Herodami, to znaczy, że wszyscy, podobnie jak Herod, doświadczamy wewnętrznej walki duchowej. Czy ktoś ma koronę na głowie czy jej nie ma, takie czy inne stanowisko, taką czy inną wprawę w życiu duchowym, wszyscy przeżywamy wewnętrzną walkę.

Ta walka dotyczy, to mówi nam właśnie Herod, złożoności naszego życia. Ta walka dlatego się toczy, ponieważ, zacznijmy od tego, nasza natura jest zraniona, jest pęknięta z powodu grzechu, w pewnym sensie jest rozbita. Jest w nas to, co piękne, dobre i zamierzone przez Boga, ale jest także to wszystko, co płynie z rany i co chce zająć całą naszą naturę. Herod i jego historia przypomina mi także, że istnieje zły duch, który chce na tej ranie wygrać „swoje”. I że istnieje także dobry duch, o czym nam, przede wszystkim, nie wolno zapominać. Boży anioł. On w naszym życiu może mieć różne „twarze”. Na różny sposób może do nas przychodzić, posyłany przez Boga. Ale i zły duch, jak przekonuje historia Heroda, może mieć różne „twarze” i na różny sposób do nas przychodzić, przede wszystkim po to, aby zająć naszą ranę.

Pierwsze, czego uczy nas Herod, czego uczy mnie i każdego z nas, to żeby mieć świadomość swojej rany, zwłaszcza tej, przez którą słabnę najbardziej; tej, która jest powodem moich największych słabości. Poznać po prostu swoją słabą stronę. Każdy ją ma. Trzeba nazwać tę ranę. To rana, z której płynie tyle słabości, a która także może stać się taką „dziurą” w organizmie mojego życia, przez którą uchodzić będzie więle cennej energii. Tą raną Heroda wydaje się być, patrząc na historię jego życia, pożądliwość, nie tylko seksualna. Ona mogła się wyrażać w tej sferze, a swoje źródło mogła mieć zupełnie gdzie indziej. Herod jest człowiekiem pożądliwym, namiętnie pożądliwym. To jest jego kruche miejsce. W to miejsce świetnie wszedł zły, posługując się inną osobą, także biedną, słabą, która również miała swoją ranę. Herodiada. My wiemy, że Herod przegrywa ze swoją namiętnością. Daje się zająć przez Herodiadę i to dosłownie. Można powiedzieć, że ona zajmuje całe jego życie w pewnym momencie. A więc, Herod ulega namiętności. Wchodzi w związek, zły związek, niedobry, niedozwolony, z Herodiadą. Jak się okaże, zło rodzi zło, rana rodzi ranę. Ta rana Heroda zacznie się powiększać, bo nie oddzielił się od źródła, które powodowało tę ranę.

Ale to nie jest cała prawda o historii Heroda. W historii Heroda jest także dobry duch; ten dobry duch, który go nawiedza, który mu posyła Boże słowo, który go głeboko dotyka, jak usłyszymy w tej historii. Ten dobry duch przychodzi do niego przez Jana Chrzciciela. Ma „twarz” Jana Chrzciciela. Kiedy człowiek jest tak zaplątany, jak Herod, wtedy to, co czyni dobry duch, wydaje się, że boli. Ale boli dlatego, że dotyka rany. To nie on zadaje ból, ale uświadamia, że to rana boli. Herod, jak mówi nam dzisiejsza Ewangelia, chętnie słucha Jana Chrzciciela, chociaż się go boi i odczuwa niepokój. To klasyczne w przeżywaniu swojego zagubienia i to wielkie błogosławieństwo, kiedy człowiek doświadcza wtedy niepokoju, który jest znakiem działania Bożego ducha. Chwała Bogu, że go takie życie niepokoi! Chwała Bogu, że się boi takiego życia! I chwała Bogu, że chętnie słucha tego, co mówi Jan. Ale jednak ta rana Heroda się powiększa.

Herodiada, która nie może wprost działać, tak jak zły duch, który nie może wprost na nas działać, działa pokrętnie, tak by dotrzeć wreszcie do serca człowieka. Herod więzi Jana, to znaczy próbuje uwięzić te dobre natchnienia. Próbuje uwięzić dobrego ducha, który jest jego zbawcą. Próbuje go wyeliminować ze swojego życia, tak jak będzie próbował wyeliminować Jezusa. Zły duch, który może działać tylko pośrednio, czeka na chwilę. Ewangelia nazywa ten moment gr. „eukarios”, „dobry czas”. To jerst dobry czas najpierw dla samego Heroda, czas przełomu. Czas próby, czas próby, z której może wyjść zwycięsko. Może wreszczie przełamać to życie poplątane. Może poddać tę ranę Bogu. Ale to także może być, mówiąc ironicznie, „dobry czas”, „sposobny czas” dla złego, który chce ten moment wykorzystać. Jesteśmy w ognisku walki duchowej.

W dzień urodzin Heroda namiętność znowu staje się rozpalona. Zły wie, jak dotrzeć do człowieka. Czyni to przez pasierbicę, przez dziewczynę, która być może jeszcze była dzieckiem. Tak rozbudziła się w nim na nowo pożądliwość, niekoniecznie seksualna, taka pożądliwość, która daje mu poczucie, że może mieć to, co chce zdobyć, iż idzie za nią, za tą pożądliwością. Ale zauważmy, że dzieje się coś jeszcze ważnego. W tym samym momencie działa też dobry duch. Ponieważ czytamy w tekście, że Herod mocno się zasmucił. Św. Marek użył tutaj określenia gr. „perilypos”, które raz jeden jest używane w odniesieniu do Heroda, a pozostałych wypadkach - zawsze wobec Jezusa w Ogrójcu, w różnych Ewangeliach (Mk 14, 34; Mt 26, 38). To jest smutek śmiertelny; smutek, który może zabić człowieka, jeśli człowiek się mu podda (por. Łk 18, 23-24 – przyp. red.). Ale to może być też smutek błogosławiony. Człowiek może się zasmucić tak, że rozpocznie nowe życie. Człowiek może się zasmucić w taki sposób, że wreszcie zostanie uśmiercone to, co uśmiercało jego samego. Ale Herod daje się pokonać przez ten zły smutek. Idzie do końca za pożądliwością.

Ofiarą tej pożądliwości staje się teraz Jan Chrzciciel. Potem będzie chciał jeszcze zawładnąć Jezusem. Jest coś niezwykłego w historii Heroda Antypasa. To jest jego spotkanie z Jezusem w dniach Wielkiego Tygodnia, kiedy Go odeśle do niego Piłat. Bo Herod, który panuje w Galilei, ma władzę, tak sądzi, nad Jezusem. A Jezus milczy. To milczenie, zawsze je tak słyszę, nie jest karzące. To milczenie może być dla niego oczyszczające, aby wreszczie Herod usłyszał swoją pożądliwość, aby w tej ciszy dotarł do tego miejsca, na którym żerował zły i które stało początkiem wielu jego nieszczęść, bo tego miejsca ani nie rozpoznał ani nie poddał leczeniu. Ale Herod nie odczytał tego milczenia. Poczuł się upokorzony i dlatego chciał upokorzyć Jezusa ubierając Go w lśniący płaszcz. Tak naprawdę Herod upokorzył samego siebie.

Jego [Heroda] koniec jest tragiczny, chociaż we mnie zostawia zawsze jakiś cień nadziei. Zawsze tak trzeba patrzeć na każdą historię ludzką. Jest rok 39, kiedy Herod Antypas zostaje skazany na wygnanie. Dlaczego? Bo Herodiada, która dobrze znała jego ranę, podpowiedziała mu pomysł, aby udał się do Kaliguli i poprosił o koronę, bo wcześniej otrzymał ją Agryppa, a on nie. Idzie do Kaliguli, prosi o koronę i… znajduje wygnanie. Herodiada, niestety, idzie za nim, razem z nim na wygnanie. Walka toczy się nadal. Ale być może te ostatnie lata, których nie musi spędzić bezczynnie na wygnaniu, staną się czasem jego pustyni, na której wreszcie usłyszy milczenie, a potem usłyszy głos Boga; głos, który dotrze do niego, pomoże mu spotkać się z jego raną i może stać się ocalonym. Jezus pójdzie umierać na krzyż także za niego, także za czas jego wygnania, aby ten czas stał się dla niego nie czasem potępienia, ale czasem zbawienia.

Otrzymujemy dzisiaj słowo, które staje się dla nas światłem. To słowo, które uczy nas pokory. Pozostajemy wszyscy terenem walki, w której zawsze chodzi o jedno: aby wybrać to, czego Bóg chce, abyśmy żyli na Jego cześć, na Jego chwałę, to znaczy, abyśmy żyli w pełni, byśmy potrafili życie smakować. Ale to oznacza być mądrym. Oznacza także być pokornym. Spotkać się również ze swoją raną, nie samemu, ale z Bogiem. Pojednać się z nią, oddać Mu ją. A wtedy może się stać coś cudownego, po ludzku nieprawdopodobnego. Bóg może naszą ranę, jak mówi Hildegarda z Bingen, zamienić w perłę. W historii wielu ludzi miejsce ran stało się miejscem najbardziej płodnym, które wydało wiele życia. Tak może być i w moim życiu. Moja rana, która mi doskwiera, która mnie nęka, a może i upokarza, jeśli oddam ją Bogu, może stać się miejscem najbardziej płodnym w moim życiu. I tylko Bóg jeden wie, jak może to uczynić. Ale może!

Krzysztof Wons SDS

---------------------------------------------------------------------

Żadne pustkowie, bez Jezusa, nie da nam prawdziwego odpoczynku
homilia – sobota 4. tygodnia zwykłego (rok I), 4 lutego 2017 r.
Hbr 13, 15-17.20-21; Ps 23, 1b-6; Mk 6, 30-34

NAGRANIE HOMILII Z 4 LUTEGO 2017
[KLIKNIJ, BY ODSŁUCHAĆ]

„Pójdźcie wy sami osobno na pustkowie i wypocznijcie nieco”. Te słowa, które Jezus kieruje do swoich uczniów, przywołują w mojej pamięci inne, podobne zaproszenie Jezusa, które zanotował św. Mateusz w jedenastym rozdziale swojej Ewangelii: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a ja was pokrzepię”. To zaproszenie mogłoby brzmieć: „Chodźcież do Mnie, pójdźcie do Mnie, a Ja dam wam odpocząć, dam wam wypocząć”. Nie ma wypoczynku bez Jezusa! Żadne pustkowie, na które się udamy bez Jezusa, nie da nam prawdziwego odpoczynku. Tylko pustkowie, na którym będziemy „sami”, ale z Jezusem, może dać głębokie odprężenie. Nie wiem, czy zwróciliście uwagę, że Jezus mówi wprawdzie do uczniów: „pójdźcie wy SAMI osobno”, ale On udaje się na pustkowie razem z nimi. Gdy bowiem dotarli „na pustkowie”, do tego „pustego miejsca”, które wybrali, słyszymy Ewangelistę mówiącego: „Gdy Jezus wysiadł, ujrzał…”. Jeżeli mamy prawdziwie i głęboko odpocząć potrzebujemy doświadczenia, które można by nazwać: „wakacje z Bogiem”.

Myślę, że dobrą ilustracją tego, co chę powiedzieć, jest sytuacja dwóch uczniów, którzy z Jerozolimy, z dużego miasta, z gwarnego miasta, uciekają do wsi, która nazywa się „Emaus”, a ta nazwa – jak kiedyś zwrócił na to uwagę bp Ryś – oznacza „ciepłe kąpieliska”. Po co schodzą z góry, na której położona jest Jerozolima, w dół, do Emaus? Żeby uciec, żeby spuścić z siebie ciężar i napięcie, którego nie byli w stanie znieść? Żeby choć na chwilę zapomnieć, odpocząć? Zapomnieli tylko zabrać z sobą Jezusa, ale Jezus nie zaniedbał pójść z nimi. I tylko dlatego, że On szedł z nimi, ta podróż stała się dla nich głęboko odprężająca. Zadawał im pomocne pytania, które pomogły im wydobyć i zostawić ciężar, który obciążał nie tyle ich ramiona, co ich serca. Jezus ściągnął ciężar z ich serc. Zaproszeni do dialogu, podejmując dialog, przyszli do Jezusa, a On dał im odpocząć.

Owce nie odpoczywają bez Pasterza. Przypomniał nam o tym dziś psalmista. „Pan jest moim pasterzem (…) Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć, orzeźwia moją duszę”. Wody, gdzie prawdziwie mogę odpocząć, wypływają spod prawej strony świątyni, czyli z przebitego prawego boku Chrystusa. Prawdziwie odpocząć mogę tylko przy Sercu Jezusa. Żeby było jasne, nie mam nic przeciw ciepłym źródłom, ale żadne ciepłe źródła nie dadzą tego, co dać mi mogą wody, nad które prowadzi mnie Jezus, Dobry Pasterz. Psalm 23 bywa odczytywany czasem jako opis jakiejś sielanki, tymczasem ma dużo głębsze przesłanie. W sztuce rzymskiej obraz pasterza był zazwyczaj wyobrażeniem marzenia o życiu spokojnym i prostym, jakiego pragnęli ludzie żyjący w wirze wielkiego miasta. Ci żyjący w wierze wielkiego miasta marzyli o spokojnym i prostym życiu pasterza. Kościół odczytuje ten obraz i również ten psalm o wiele głębiej. Benedykt XVI mówił w jednej z katechez (5 X 2011), że „aby powiedzieć o «ciemnej» dolinie psalmista używa wyrażenia hebrajskiego, przywołującego ciemności śmierci i z tego względu można powiedzieć, że dolina, którą trzeba przejść jest miejscem udręki, straszliwych zagrożeń, niebezpieczeństwa śmierci”. W encyklice o nadziei papież-senior pisał: „Prawdziwym pasterzem jest Ten, który zna także drogę, która wiedzie przed dolinę śmierci; Ten, który nawet na drodze całkowitej samotności, na której nikt nie może mi towarzyszyć, idzie ze mną i prowadzi mnie, abym ją pokonał. On sam przeszedł tę drogę, zszedł do królestwa śmierci, a zwyciężywszy śmierć, powrócił stamtąd, aby teraz towarzyszyć nam i by dać nam pewność, że razem z Nim można tę drogę odnaleźć” (Spe salvi, 6). I to dlatego laska Tego Pasterza jest dla nas „pociechą”. Bo na czym polega pocieszenie? Łac. „con-solatio” to bycie razem w samotności. Samotność przeżywana kimś, kto po prostu jest ze mną, nie jest już samotnością, ale samotnością przeżywaną we dwoje (Spe salvi, 38).

Jest w dzisiejszej Ewangelii coś zadziwiająco pięknego, a przynajmniej tak to odbieram. Ewangelista mówi, że widziano Jezusa i uczniów odpływających. „Wielu zauważyło to i zbiegli się tam pieszo ze wszystkich miast, a nawet ich wyprzedzili”. Ludzie „ze wszystkich miast”, „pieszo”, „zbiegli się”, „wyprzedzili”. Ileż te określenia mówią o ich zaangażowaniu. Szybciej docierają na pustkowie pieszo niż uczniowie łodzią. I to właśnie ci ludzie mówią nam dużo o istocie odpoczywania. Oni są „jak owce nie mające pasterza” i szukają Jezusa, „Wielkiego Pasterza owiec”, jak dziś mówi o Nim autor listu do Hebrajczyków. Oni tak naprawdę nie szukają jedynie miejsca „spokojnego” (tranquilo”) i „bezludnego” („despoblado”), ale szukają takiego „pustkowia”, w którym jest Jezus. My, z łaski Bożej, jesteśmy na takim „pustkowiu”. Rekolekcje są takim miejscem. Są miejscem, w którym ćwiczymy się. W czym się tutaj ćwiczymy? Myślę, że w ściąganiu ciężarów i składaniu ich na barkach Jezusa! Ćwiczymy się w tym, co autor listu do Hebrajczyków w pewnym momencie nazwał tak: „odłożywszy wszelki ciężar, a przede wszystkim grzech, który nas łatwo zwodzi, winniśmy wytrwale biec w wyznaczonych nam zawodach. Patrzmy na Jezusa, który nam w wierze przewodzi i ją wydoskonala” (Hbr 12, 1-2).

Zakończę dwoma myślami z dokumentu Kościoła o życiu kontemplacyjnym mniszek, który rozpoczyna się od słów „Venite seorsum” z dzisiejszej Ewangelii. Pierwsza myśl: „Prawdziwie Krzyż Chrystusa nazywa się pustynią, bo niewielu jest jego mieszkańców, a prawdziwym pustelnikiem jest Chrystus Bóg – krzyż dźwigający” (autor z początku XIII w.). I druga myśl: „Dla chrześcijan udać się na miejsce samotne to tyle, co złączyć się z Męką Chrystusa”. Przytaczam je, bo szczególnie korespondują z treściami, którymi modlą się uczestnicy pierwszego i trzeciego tygodnia. Prawdziwie odpocząć to pozwolić ściągnąć z siebie brzemię win, które może przerosły naszą głowę i gniotą nas jak ciężkie brzemię. Jeśli czujemy się zgnębieni, nad miarę pochyleni, smutni na skutek swojego szaleństwa, nad miarę wyczerpani i złamani (por. Ps 38, 5-9), to oddajmy ten ciężar Jezusowi. On dziś patrząc na nas jest głęboko wzruszony i chce się nad nami ulitować.

Piotr Szyrszeń SDS

---------------------------------------------------------------------

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl