O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Czy chcesz być zdrowy? Lectio divina... 10-12 lutego 2017 - h ...


Czy chcesz być zdrowy?
Lectio divina do J 5, 1-18

SZKOŁA MODLITWY SŁOWEM BOŻYM
10-12 lutego 2017

 

NAGRANIA konferencji >>>
INFO o sesji >>>

 

NAGRANIA I TEKSTY HOMILII
które wygłosili duszpasterze CFD

---------------------------------------------------------------------

Wdzięczność i odpowiedzialność za dar słuchu i dar mowy
homilia – piątek 5. tygodnia zwykłego (rok I), 10 lutego 2017 r.
Rdz 3, 1-8; Ps 32, 1b-2.5-7; Mk 7, 31-37

NAGRANIE HOMILII Z 10 LUTEGO 2017
[KLIKNIJ, BY ODSŁUCHAĆ]

Dialog to najczęściej rozmowa dwóch osób, choć niekiedy [rozmawiających] jest więcej. W naszych czasach bardzo sobie cenimy ludzi, których nazywamy mistrzami w prowadzeniu dialogu. Niekiedy ktoś otrzymuje jakieś wyróżnienie i w uzasadnienie, za co je otrzymał, między innymi pojawia się określenie, że jest człowiekiem dialogu. Jednak wysłuchawszy pierwszego czytania z dzisiejszej liturgii Słowa, możemy powiedzieć, że jest taki dialog, którego nawet największy mistrz dialogu nie powinien podejmować, powinien sobie go darować. Dialog ze złym duchem. On dalej jest najprzebieglejszym stworzeniem, jakie wyszło z rąk Pana Boga. A dialog, do którego nas namawia, zaprasza, próbuje nas nakłonić, w rezultacie ma osłabić, a ostatecznie zniszczyć naszą relację z Panem Bogiem. Musimy więc być bardzo czujni i uważni, by w porę powiedzieć „nie” czy też, kiedy zauważymy, że podjęliśmy ten śmiercionośny dialog, by jak najszybciej z niego się wycofać. My nade wszystko mamy dbać o dialog z Panem Bogiem. Mamy się troszczyć o naszę codzienną, tą prostą, zwyczajną modlitwę serca. To w tym dialogu mamy szukać życia. W tym dialogu mamy szukać siły i mocy. Trzeba nam też dbać o dialog i rozwijać dialog z drugim człowiekiem, a więc z naszym bliźnim. Tu zawsze mamy wiele do zrobienia i do poprawienia. Zapewne na liście mamy jeszcze wiele osób, z którymi ten dialog jest jeszcze kuleje i jest bardzo nieporadny, a nieraz w ogóle do nie ma i już nawet trwa to latami. To ten dialog z Bogiem i drugim człowiekiem ma być w kręgu naszego codziennego zainteresowania. A dialog ze złym po prostu sobie darujmy. Nie dajmy się w ten dialog wplątać i wciągnąć, bo skończymy tak, jak nasi prarodzice, Adam i Ewa.

Dzisiejsza scena ewangeliczna, uzdrowienie głuchoniemego, po pierwsze, wzywa nas do ogromnej wdzięczności; do ogromnej wdzięczności za dar słuchu i dar mowy. Za to, że mogę słuchać śpiewu ptaków, ulubionej muzyki, że mogę słuchać osób, które do mnie mówią, które cenię, które są dla mnie autorytetem. To ogromna wdzięczność za to, że też mogę mówić, czytać, deklarować, deklamować, że mogę powiedzieć komuś, że go kocham. I niech ta wdzięczność przepełnia nasze serca. Ale z drugiej strony jest to także ogromne wezwanie do odpowiedzialności za dar słuchu i dar mowy. Nie jest obojętne, jakie treści trafiają za pośrednictwem mego słuchu do mojego serca. Czy Tym pierwszym, którego słucham jest Pan i Jego słowo? Czy już dawno zrezygnowałem ze słuchania tego, co mnie zubaża jako człowieka i zaśmieca moje serce? A moje słowa? Czy mogę wziąć odpowiedzialność za każde słowo? Czy moje słowo jest słowem, które buduje czy też rujnuje życie moje i mojego bliźniego? Czy moje słowa są coraz mądrzejsze, piękniejsze, budujące? Być głuchoniemym to ogromne kalectwo życiowe. To ogromne ograniczenie. Ale nie mniejszym kalectwem, kalectwem duchowym, jest brak odpowiedzialności za to, czego słucham, jak słucham, co mówię. Ogromnym kalectwem jest brak odpowiedzialności za swoje słowo. Warto więc, aby i w moim życiu prosić Jezusa, by położył na mnie rękę, by włożył palce do moich uszu i dotknął śliną miłosierdzia moojego języka. By uzdrowił mój słuch i uzdrowił moją mowę, by uzdrowił moje słowa, by uzdrowił to, czego słucham.

Jest taka modlitwa, „przekorna” modlitwa, modlitwa złodziei, która brzmi następująco (cytuję): „Panie Boże, daj nam zdrowie, a resztę sobie załatwimy” (koniec cytatu). To nawiązanie do sesji, która przed nam, która w tytule ma pytanie: „czy chcesz być zdrowy?”. Odpowiedź wydaje się oczywista i prosta: „Tak, chcę być zdrowy”. Ale to nie wszystko. W tle jest jeszcze kolejne pytanie: „dlaczego chcesz być zdrowy?”, „dla kogo chcesz być zdrowy?”. Bo możesz być zdrowy i przez życie przejść po ludzkich trupach. Ale możesz też być zdrowy i przejść przez życie służąc Bogu i innym. Kiedy tak tęsknimy za zdrowiem, to w czasie tej sesji nie zapomnijmy także o tym pytaniu w tle: „dlaczego chcę być zdrowy?”, „dla kogo?”. Jakże wielu ludzi cieszy się doskonałym zdrowiem, a choruje na chorobę, której na imię pycha. To ludzie nie do zniesienia. Ludzie, których wszyscy omijają szerokim łukiem, z którymi się da żyć. Są zdrowi, dawno już nie byli u lekarza, bo tego nie potrzebują. Ale też dawno nie mieli w swoim gronie przyjaciół, bo dawno ich stracili. Dawno stracili swoje ludzkie więzi, bo ich przeżera rak pychy. Ufni Panu Jezusowi wołajmy o dar zdrowia, ale też prośmy, by to zdrowie było po to, byśmy mogli kochać, służyć, być dla innych, aby nas nie zżerał egoizm, nie zżarła pycha i inne choroby ludzkiego serca i ludzkiej duszy.

Ryszard Stankiewicz SDS

---------------------------------------------------------------------

Nie ma takiego ludzkiego pustkowia,
na którym zabrakłoby kochającego Serca Boga
homilia – sobota 5. tygodnia zwykłego (rok I), 11 lutego 2017 r.
Rdz 3, 9-24; Ps 90, 2.4-6.12-13; Mk 8, 1-10

NAGRANIE HOMILII Z 11 LUTEGO 2017
[KLIKNIJ, BY ODSŁUCHAĆ]

O Lourdes, a dokładnie o sanktuarium Matki Bożej w Lourdes, mówi się czasem, że jest to miejsce, w którym ludzie odzyskują utraconą godność. Rzeczywiście jest to przepiękne miejsce, w którym ci, którzy wymagają największej troski, - chorzy, ludzie cierpiący na różnego rodzaju dolegliwości czy wskutek ograniczeń -, doświadczają większej troski niż inni. Można tam zobaczyć, że ten, kto wymaga więcej troski, po prostu ją otrzymuje. Są na pierwszym miejscu. Są na pierwszym miejscu w każdym miejscu tego sanktuarium. Jest to miejsce, które mnie, osobiście, bardzo zachwyciło i jest moim ulubionym sanktuarium. Będąc tam zrozumiałem prawdziwość tych słowa, że ludzie odzyskują tam utraconą godność. Ale zauważmy, że wielkość tego miejsca czerpie swoją siłę z tego, czego świadkami jesteśmy dzisiaj w Ewangelii. Wielkość Lourdes zaczyna się od tej wrażliwości i tego współczucia, o którym dzisiaj mówi Jezus, kiedy patrzy na zgromadzony wokół Niego lud: „Żal Mi tego tłumu, bo już trzy dni trwają przy Mnie, a nie mają co jeść”. W tym prostym stwierdzeniu możemy zobaczyć Jezusa, który wpatruje się w cały tłum, który przyszedł, bo oczekuje od Niego pokarmu. Od jakiegoś czasu lubię wracać myślą do takiego prostego stwierdzenia, że zadaniem pasterza jest zapewnienie owcom pokarmu. To pasterz musi wiedzieć, gdzie są właściwe pastwiska, by tam zaprowadzić owce. A dzisiaj widzimy Jezusa, który czyni z pozoru coś przeciwnego. Pozwala, żeby lud idąc za Nim wyszedł w miejsce, gdzie nie było nic do jedzenia, gdzie groził im głód. Z jednej strony możemy zobaczyć, że w Bożym słowie, które głosił, dawał im pokarm duchowy, ale z drugiej strony, że musieli się oni zmierzyć ze zwykłym głodem, którym dotykał ich ciała.

W tym prostym stwierdzeniu, kiedy zwraca się do uczniów i mówi o żalu, którego doświadcza, o uczuciu, które jest Jego udziałem, widzimy właśnie pasterza, który nie zwalnia się z odpowiedzialności. To nie jest tylko nauczyciel, jakiś mądry człowiek, który powiedział, co było do powiedzenia, a teraz mówi: „radźcie sobie”. On przekazuje uczniom jedną z najważniejszych myśli, że ci ludzie, powierzeni Mu, są cały czas w Jego Sercu. Gdy zastanawiałem się nad tym dialogiem między Jezusem i uczniami, zastanawiałem się również, czy liczba chlebów miała jakiekolwiek znaczenie dla cudu rozmnożenia. Jezus pyta ich: „Ile macie chlebów?”, a oni odpowiadają: „Siedem”. Zauważmy, że kiedy uczniowie wyrażają swoją wątpliwość co do możliwości nakarmienia tak wielkiego tłumu, Jezus jednoznacznie zwalnia ich z pustych dywagacji: „co by było, gdyby było”, tylko pyta o ich zasoby: „Ile macie chlebów?”. I nie robi różnicy, ile ich mają. Liczba mogła być różna, choć to „siedem” w swojej symbolice jest bardzo wymowne. Zauważmy inną sytuację. Liczba miałaby znaczenie, gdyby mieli: „piętnaście”, a powiedzieli: „siedem”. Siedem chlebów było niewystarczające do nakarmienia samych apostołów i Jezusa. To za mało dla nich samych! Mimo wszystko otwarcie mówią Jezusowi: „Posiadamy tyle! To wszystko, co mamy!”. Jezus przyjmuje ich dar, który dają, tak bardzo ograniczony, tak niewielki w perspektywie nakarmienia całego tłumu. Jezus go błogosławi i… Co czyni? Oddaje go w ręce uczniów, aby zanieśli go wszystkim oczekującym.

Zauważmy, że w otwartości uczniów, w przyniesieniu również rybek, o które Jezus nie pytał, jest powierzenie całego ich istnienia i tego wszystkiego, co posiadają, Jezusowi. Nic mniej i nic więcej. Ten dar wraca w ich ręce i to oni stają się tymi, którzy zanoszą dar innym. Dzisiaj być może moglibyśmy zadać sobie to pytanie Jezusa. Bóg mógłby nas pytać: „Ile masz dla Mnie godzin w swoim życiu?”. Może odpowiedzielibyśmy: „godzinę” albo „dwie godziny”, a prawidłową odpowiedzią byłoby: „dwadzieścia cztery”. Nie więcej i nie mniej! Ani mniej, ani więcej! To jest to, czym dysponujemy każdego dnia! Oto, czym dysponujemy, by oddać to w ręce Jezusa, aby mogło to wrócić do nas przemienione Jego błogosławieństwem i Jego miłością. Zauważmy, że w cudzie, który się tutaj dokonuje, jest też taka myśl, że nie ma ludzkiego pustkowia, na którym by zabrakło kochającego Serca Boga. To, co uczniowie odbierają jako ograniczenie, jako miejsce, w którym brakuje pożywienia, staje się miejscem objawienia obfitości Bożego serca. Chciejmy zatem jeszcze przed chwilę prześledzić, w jaki sposób Jezus mówi do uczniów o swojej miłości współczującej, jak przekazuje im tę piękną prawdę.

Wypowiedź Jezusa chciałbym podzielić na cztery części. Pierwsza z nich to słowa: „Żal Mi tego tłumu”. Kiedy sięgnie się do oryginału i szuka się znaczenia słowa użytego tutaj w języku greckim, jest tam takie słowo, które trudno zapamiętać i jeszcze trudniej wymówić, a które mówi o Sercu pełnym współczucia, o Sercu pełnym empatii. Słowo przetłumaczone na język polski jako „żal mi” mówi dosłownie o sercu kogoś, kto jest pełen współczucia wobec drugiej osoby. Jezus jednoznacznie ukazuje, jak wielką miłością otacza tłum. Św. Łukasz używa dokładnie tego samego czasownika, kiedy mówi o współczuciu w dwóch między innymi sytuacjach. Raz, kiedy mówi o miłosiernym Samarytaninie, który okazuje współczucie poranionego człowiekowi, a po raz drugi, kiedy jest mowa o miłosiernym ojcu i marnotrawnym synu, kiedy zostaje opisane, jakim uczuciem ojciec otoczył powracającego syna, jakim uczuciem ogarnia, można powiedzieć, jego „pokiereszowane” życie. W tym prostym stwierdzeniu możemy się odnaleźć jako zanurzeni nie w takim żalu, którego po ludzku nie lubimy (nie lubimy, by ktoś nas żałował!), ale w miłości, która nam współczuje, która jest z nami i która nas nieustannie zaprasza, byśmy z tym wszystkim, czego doświadczamy, przychodzili do Niego i całe nasze życie składali w Jego rękach.

Dalej Jezus mówi: „bo już trzy dni trwają przy Mnie, a nie mają co jeść”. Liczba „trzy” (dni) nieustannie do mnie wracała jako nawiązanie do trzech dni Jezusa w grobie, do trzech dni, kiedy wydawało się, że życie ostatecznie umarło. Im [ludziom z tłumu] też grozi śmierć. Ich życie stoi na skraju przepaści. Gdyby ich teraz posłać do domu, z głodu mogą doświadczyć przeróżnych trudności, łącznie ze śmiercią. Tutaj myślę, że trzeba nam wrócić do tego, czego słuchaliśmy dziś w pierwszym czytaniu. Trzeba nam wrócić do opisu, kiedy Bóg rozmawia z Adamem i Ewą, i pyta ich o przyczyny ich grzechu. Pyta Adama, a ten zwraca uwagę na Ewę. Pyta Ewę, a ta zwraca uwagę na złego ducha. Natomiast z wężem Bóg już nie rozmawia. Bóg nie pyta węża o przyczyny, bo ma świadomość, że zły duch jest źródłem wszelkiego zła i grzechu w naszym życiu. W Starym Testamencie jest taka ciekawa rzecz, że nie ma różnych słów na określenie zła i cierpienia. Używa się dokładnie tego samego sformułowania. Jest w tym pewna intuicja, o której pisze Jan Paweł II w „Salvifici doloris”. Jest w tym intuicja, że wszystko zło, cierpienie i ból, którego doświadczamy w życiu, jest zawsze w jakiś sposób związane ze złem, choć nie chodzi jedynie o zło moralne. Jest to coś, co zawsze jest krzywdzące. To nie jest coś dobrego. Ale zauważmy, że z tym, czego doświadczają Adam i Ewa, jest natychmiast związana obietnica Tego, który przyniesie wybawienie/zbawienie, który również trzy dni będzie przebywał w grobie. On umarł, ale po trzech dniach przyniesie każdemu człowiekowi wybawienie. Nie czyni tego w sposób, który byłby oczekiwany, ale w sposób, który wyzwala człowieka z grzechu i z władzy szatana. Chciejmy zobaczyć i uświadomić sobie w tym „już trzy dni trwają przy Mnie” jest intuicja, że to On może nakarmić ich życie, że On jest w stanie dać im coś, co to życie będzie rozwijało.

Idźmy dalej, Jezus mówi też do uczniów w ten sposób: „jeśli ich puszczę zgłodniałych do domu, zasłabną w drodze, bo niektórzy z nich przyszli z daleka”. Jezus ma świadomość, że tych, którzy przyszli z daleka, czeka długa droga. Oni potrzebują nakarmić serce, ale potrzebują też nakarmić swoje ciało. Potrzebują pocieszenia, potrzebują tego, co pozwoli im pokonać tę drogę powrotną. W tych prostych słowach chciejmy zobaczyć i nas, którzy przychodzimy „z daleka”, nie tylko do tego domu, ale przychodzimy „z daleka”, bo cała nasza historia może być długą drogą naznaczoną różnymi trudnymi sytuacjami. Nieraz możemy pytać, czy Bóg, nawet jeśli okazuje nam swoje Serce, czy On nas nie zostawi w tym momencie? Chciejmy zobaczyć, że w tych słowach Jezus zaświadcza, że nigdy nie zostawia człowieka, przed którym jest długa droga, przed którym są kolejne lata jego życia, ale na tę drogę zostawia najpiękniejszy dar…

I to jest czwarta część, kiedy widzimy Jezusa, który bierze chleb z rąk apostołów, błogosławi go, łamie i rozdaje. Z tych czterech gestów chciałbym się podzielić jednym, kiedy Jezus łamie chleb. Przełamanie chleba w rękach Jezus nigdy nie oznacza niszczenia, ale pomnażanie. Jest taki piękny gest w czasie każdej Mszy świętej, który nieraz umyka naszej uwadze, bo myślimy, że to do księdza należy wykonanie tego czegoś, kiedy my przekazujemy sobie znak pokoju. Dokonuje się wtedy jeden z bardzo ważnych momentów. Kapłan przełamuje Ciało Chrystusa i kawałek, partykułę, łączy z Krwią. Jest to taki moment, w którym należałoby wpatrywać się w ten gest, by uświadomić sobie, że każdy człowiek, który doświadcza jakiegokolwiek „przełamania” w swoim życiu, może się odnaleźć w Jezusie. Może Mu przynieść wszystkie „przełamania” swojego życia, wszystkie trudy, wszystkie rozterki, wszystkie rzeczy, które wydaje się, że się kończą, bo coś trudnego się wydarzyło, i odnaleźć się w życiu Jezusa. Kiedy przychodzimy karmić się Ciałem Jezusa możemy zobaczyć, że rozmnożenie chleba nie było tylko dokonane tylko dla tam zgromadzonych tłumów, ale że ono dokonuje się w każdej Eucharystii, by każdy z nas mógł przyjść i nakarmić się.

Na koniec chciałbym się podzielić taką prostą myślą, że w rozmnożeniu chleba jest widoczna troska Boga o najprostszą rzecz w naszym życiu. Każdy z nas chce jeść i to jeść do sytości. Chyba nie ma człowieka, który mówiłby: „ja wolę głód”. Zauważmy, że Bóg nie jest kimś, kto działa ponad naszymi głowami. Bóg nie mówi: „Kochaj, a z tym, co dotyczy twojej cielesności musisz radzić sobie sam”. On rzeczywiście wchodzi ze swoją łaską, aby dotykać każdej części naszego życia, aby być obecnym w każdym naszym ludzkim doświadczeniu. Chciejmy w tej Eucharystii odkryć siebie jako tych, którzy każde doświadczenie życia mogą złożyć razem z Hostią, która jest składana na ołtarzu, a później, kiedy Ciało Chrystusa jest przełamywane, zobaczyć, że tam są ukryte nasze rany, bo tylko w ranach Chrystusa jest nasze zbawienie.

Rafał Ziajka SDS

---------------------------------------------------------------------

Szczęście nie rodzi się „na strunach” przyjemności, ale ze słuchania Boga
homilia – 6. Niedziela Zwykła (rok A), 12 lutego 2017 r.
Syr 15, 15-20; Ps 119, 1-2.4-5.17-18.33-34; 1 Kor 2, 6-10; Mt 5, 17-37

NAGRANIE HOMILII Z 12 LUTEGO 2017
[KLIKNIJ, BY ODSŁUCHAĆ]

Najpierw, moi kochani, zatrzymajmy się przy refrenie psalmu: „Błogosławieni słuchający Pana”. To każdy z nas ma to ogromne szczęście by w tych dniach i nie tylko w tych dniach, doświadczać tego błogosławieństwa. Słuchać Boga to wielka łaska. Wiemy doskonale, że najpierw trzeba Go spotkać, co też jest łaską. Najpierw trzeba po prostu zastanowić się, czy podjąć to wezwanie i słuchać Go. My jesteśmy już w tym momencie, że udało nam się trochę tych kroków zrobić. Ufam, że dalej z pomocą Bożą będziemy ten trud podejmować. Szczęście, o którym słyszymy, przez duże „s”, zawsze największe jest, kiedy słucha się Boga. Z wypełnianiem tego, co Bóg do nas mówi, już jest trudniej, ponieważ jesteśmy słabi i krusi, ponieważ często nie radzimy sobie ze swoją wolnością, o której mówi Syrach. Bóg w swojej ogromnej miłości dał nam wolność, wielki dar, ale też, moi kochani, wiemy o tym z doświadczenia, jak trudny dar. Trudny, bo ciągle tej wolności trzeba nam się uczyć. Nigdy nie jest ona dla nas taką przestrzenią, w której czujemy się do końca „u siebie”. Dlaczego? Dlatego, że mamy w swoim życiu wiele takich doświadczeń, kiedy korzystając z wolności wybraliśmy źle i skutki tego w nas samych i w tych, z którymi się spotykaliśmy są takie, a nie inne. Bóg każdemu z nas mówi, że możemy wybierać. Możemy wybierać: przed każdym z nas jest życie i śmierć. Mogę więc wybierać, ale nie zawsze jednak wiem, że to co wybieram jest do końca złe, i w efekcie przynosi śmierć. Na tym polega cała przebiegłość szatana. Czasem potrafi tak nas podprowadzić do zła i tak go pokazać, tak go przedstawić, że nic tylko „brać i kosztować”. W gruncie rzeczy, okazuje się, że owoce są gorzkie. Dlatego też nigdy nie możemy powiedzieć, że już nauczyliśmy się wybierać, że już umiemy wybierać dobrze, bo to zawsze jest i pozostanie dla nas, moi kochani, zadaniem. Nikt z nas tutaj nie jest mistrzem. Ta sesja pokazała każdemu z nas, że tego trzeba się uczyć.

To jednak prowadzi nas do tego, o czym mówi psalmista: „Błogosławieni słuchający Pana”. Szczęśliwi, którzy słuchają Boga! Ponieważ kiedy słuchamy Boga, On nasze życie porządkuje. Wówczas On wyprowadza nas ze śmierci do życia. A i cierpienie, które jest owocem tej śmierci w nas i między nami; cierpienie różnego rodzaju; cierpienie, z którym sobie nie radzimy, On przez Jezusa, swojego Syna, pokazuje nam wartość, pokazuje nam sens, pokazuje nam, że pośród tego wszystkiego jest z nami. Pokazuje, że można też być, paradoksalnie, szczęśliwym, jak te dzieci niepełnosprawne, o których wam mówiłem i jak wielu chorych, których spotkałem; nie tylko cierpiących fizycznie, ale też połamanych duchowo. Szczęście zawsze rodzi się nie „na strunach” przyjemności, li tylko. Szczęście prawdziwe może, paradoksalnie, rodzić się pośród ran, pośród pęknięcia, i tego niezawinionego, i tego zawinionego. Jeśli słuchamy tego, który mówi do mnie dzisiaj: „Ja chcę, Ja pragnę, dzisiaj w twoim życiu wypełnić dzieło zbawienia! Ja nie przyszedłem czegokolwiek cię pozbawiać! Ja przyszedłem, by twoje, jak Moje, życie, było wypełnione Szczęściem, czyli Mną!”. Nie inaczej! On przyszedł, by wszystko wypełnić, wyprostować, wskazać drogę. Dlatego, jak ważne jest słuchanie Tego, który mówi do mnie: „A Ja ci powiadam”. Jest ważne, bo w twoim sercu i w twojej głowie pojawia się twoje „ja”: „ja wiem”, „ja dużo wiem”, „ja wszystko wiem”. Dziś św. Paweł mówi: „My trzymamy się innej mądrości niż ta, którą daje świat. My trzymamy się mądrości Bożej!”. A mówi o niej w sposób, bardzo pokorny. Gdy człowiek się jej trzyma, oko ludzkie tego za bardzo nie widzi, ani ucho nie słyszy. Zmysłami nie potrafimy tego za bardzo ogarnąć. Bo wielkie rzeczy, które Bóg w nas rodzi, rodzą się w relacji miłości z Jezusem. Dopiero w drodze to widzimy, jak On objawia nam to szczęście. W drodze. Dopiero wtedy robimy „wytrzeszcz oczu”, bo siebie nie poznajemy. „To ja?”. „Tak, to pani, pani Kwiatkowska! Jaka pani dziś piękna! Jak pięknie się pani ze mną dziś przywitała! Jak pani pięknie kocha te dzieci! „To ja?”. Tak, to ty! To ty, która potrafisz zupełnie inaczej patrzeć na człowieka! To ty, który jeszcze wczoraj nie potrafiłaś przebaczyć, a dzisiaj już czujesz, że potrafisz przebaczyć i już przebaczyłeś! Tak, to ty! Bo kiedy słuchasz tego, który do ciebie mówi i idziesz za tym, co On mówi, już nie ty żyjesz, tylko, ze swoimi pomysłami i planami, ze swoimi różnego rodzaju decyzjami, ale żyje On w tobie! „Już nie ja żyję, ale żyje we mnie Chrystus”. Nieraz jeszcze moje i twoje „ja” będzie próbowało dominować i narzucać Mu swoje, bo tak jest. Jezus mówi: „A Ja wam powiadam”, a my: „A ja też wiem, Panie Jezu i to dobrze wiem! A ja wiem lepiej, co lepsze w tym domu, w tej wspólnocie, w Kościele. Co tam jakiś biskup czy nawet Ojciec Święty, ja wiem lepiej!”.

Jezus uczy nas pokory. Kiedyś na rekolekcjach powiedział mi pewien kapłan: „Jeśli nie wiesz, jak wybrać, co zadecydować, to pomyśl, co by na twoim miejscu zrobił Jezus!”. Pomyśl, co by na twoim miejscu zrobił Jezus! On dzisiaj i podczas tych dni dał nam wiele swoich słów, obdarzył nas nowymi łaskami. I wcale nie rysuje przed nami „różowej” perspektywy, kiedy będziemy wracali do swoich domów, środowisk. Ale jeśli będziemy mieć miłość w sercu, to ona jest najważniejszym skarbem, który stąd zabieramy. Miłość! Jego miłość! Pięknie powiedział sługa Boży, kard. Stefan Wyszyński, doświadczając więzienia. Uważał, że choć wiele spraw, po ludzku, wydaje się nielogicznych i niepotrzebnych, to z Bożej perspektywy mają one sens. Mówił: „czy ja muszę wszystko wiedzieć i rozumieć?”. Pytał retorycznie. „Nie musisz wszystkiego rozumieć, wystarczy, że wszystko, co Bóg daje, kochasz!”.

Joachim Stencel SDS

---------------------------------------------------------------------

  

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl