O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Od lat staram się chodzić tą drogą... Poza Słowem nie ma życi ...


Od lat staram się chodzić tą drogą... 
Poza Słowem nie ma życia!

 


Krzysztof Wons SDS - zdjęcie z Dni Duchowości Biblijnej, 9 listopada 2012

 

Homilia w przeddzień zakończenia Szkoły Wychowawców
WSD Diecezjalnych i Zakonnych 2015-2017, 11 maja 2017
2 P 1, 5-11; Ps 34, 2-9; J 21, 15-19

NAGRANIE HOMILII Z 11 MAJA 2017
[KLIKNIJ, BY ODSŁUCHAĆ]

 

Bracia, przez dwa lata formacji dzieliliście się tym, co bardzo Wasze, intymne: doświadczeniem wiary, powołania, historią życia. Być może po raz pierwszy tak głęboko i tak odważnie. Razem z wszystkimi wychowawcami chcę wam podziękować za zaufanie, którym nas obdarzyliście. Dzisiaj, poruszony Słowem Bożym, chciałbym podzielić się z Wami, jak brat, moim doświadczeniem wspólnie przebytej drogi z Piotrem. Pozwólcie, że zwierzę się na początku słowami Grzegorza Wielkiego, z którymi się bardzo utożsamiam: „Wielokrotnie zrozumiałem w waszej obecności wiele rzeczy, ze świętego Słowa, których sam nie mógłbym zrozumieć (…) Przyznaję: zdarzyło mi się dość często słyszeć od was to, co sam mówię”.

Dziewiętnaście miesięcy, jeśli dobrze policzyłem, byliśmy razem z Piotrem na drodze lectio divina. Otwieraliśmy Ewangelie, a potem Dzieje Apostolskie, i oddawali się Bożemu czytaniu. Szliśmy razem tą samą drogą, którą Kościół idzie od początku swego istnienia. Trzeba to powiedzieć z mocą tutaj, wśród nas, pasterzy, że kiedy Kościół chodzi tą drogą, nie wpada łatwo w ślepe uliczki ludzkiej pychy i zaułki klerykalnej zarozumiałości; rodzi pasterzy, święte rodziny, księży o pięknych duszach i światłych oczach serca, kontemplatyków mocno stąpających po ziemi, ewangelizatorów, kierowników duchowych, którzy wiedzą, jak rozeznawać, jak pomagać w dojrzałych wyborach. Takich spotkałem wśród was.

Od lat staram się chodzić tą drogą i mówię to szczerze, że różnie mi to wychodzi. Nie mam jednak wątpliwości, że jeśli przestanę słuchać Bożego słowa, przestanę być wierzącym księdzem. Jeśli zaprzestanę Bożego czytania, stracę kontakt z Bogiem, a potem z ludźmi, i moje serce przestanie bić, bo już nie będzie miało po co bić. Poza Słowem nie mam życia. Mówię to z głębokiego w duszy przekonania. Jest taki werset w psalmie 16, na który zawsze czekam w czwartkowej, brewiarzowej Komplecie; nie przestaje mnie poruszać, upominać, koić. Zawsze czuję podobne przeżycia. To kilka słów: „Poza Tobą nie ma dla mnie dobra”. Czuję, że - gdy powtarzam te słowa - moje serce zawsze jest prawdziwe.

Nasze podróżowanie powoli dobiega końca. Chcę Wam powiedzieć, że były to dla mnie święte, piękne dni. I wierzę, że dla Was także. Mogłem przeżyć z Wami dwa lata kapłaństwa, idąc razem w tym samym kierunku, modląc się Słowem, przeżywając historię powołania Piotra i swoją. Za kilka dni skończę 32 lata kapłaństwa. Dzięki Wam minione dwa lata pozostaną nie tylko pamiątką w albumie ckliwych wspomnień, ale cenną relikwią, - nie przesadzam -, która będzie, - ufam -, ożywiała moje serce i miłość do kapłaństwa i Kościoła. W takiej wspólnocie jeszcze bardziej chce się być księdzem, - wierzę, że mieliście podobne odczucia -, jeszcze bardziej chce się być zakonnikiem. Ponad siedemdziesięciu duchownych – razem na tej samej drodze, jak bliźniacy w powołaniu. Zrodzeni przy ołtarzu. Wybrani przed założeniem świata. Mamy w sercu Dobrego Pasterza szczególne miejsce. I to nie jest przywilej stanu, ale łaska stanu! Nie powód do przechwalania się, ale do pokornego klękania przed tajemnicą, którą nosimy w glinianych naczyniach. I ta Szkoła nas chyba jeszcze bardziej o tym przekonała.

Klękaliśmy razem w ciszy przed tymi samymi stronicami Pisma Świętego, słuchaliśmy razem Słowa Boga. Zachowywaliśmy je, tak jak potrafiliśmy. Kołysaliśmy je w sercu, kontemplowaliśmy je do późnych godzin wieczornych, jak widziałem. Dzieliliście się nim z nami. I ono nas budziło rano. Pomyślałem, że z jednej strony to przecież takie oczywiste w gronie duchownych, a z drugiej takie nadzwyczajne i niecodzienne. Chcę Wam też powiedzieć, że to było głęboko wzruszające słuchać w najważniejszej godzinie dnia, w czasie Eucharystii, waszych (dziękuję za to!) prostych homilii, bez „górnego c”. To było dla mnie przeżycie: poczuć, że Ewangelia jest dla Was jak świeży chleb, widzieć jak Was karmi, jak zadziwia, jak zdumiewa, jak was zmienia od środka. Bo przynajmniej moje odczucie jest takie, że zmieniało się wasze przepowiadanie. Poruszające także było widzieć, jak słuchaliście siebie nawzajem z szacunkiem, życzliwie, pokornie. Tyle mogę z pewnością zdradzić, szanując tajemnice rozmów, że niejedno słowo z waszych homilii stało się przeszywające, przełomowe, mocno zapamiętane przez braci. Stawaliście się coraz bardziej podobni do Piotra, który odkąd naprawdę osobiście spotkał zmartwychwstałego Jezusa i przeżył Zesłanie Ducha Świętego, z coraz większą mocą głosił kerygmat.

Myślę, że coś w nas wstąpiło z Piotra. On nas bardzo połączył. Zobaczyliśmy w Słowie, jak w lustrze, że jesteśmy do niego bardzo podobni. Każdy na swój sposób. Może nawet nas to zaskoczyło i zdumiało, że aż tak bardzo jesteśmy podobni. Pamiętam jak przed laty, jeden z braci, uczestników Szkoły, stanął przy tej ambonie i wzruszony ciągle powtarzał to samo: „Mieszczę się w Piotrze; mieszczę się w Piotrze…”. Ja też się mieszczę. Już tyle lat z nim jestem blisko w kapłaństwie, - poczytuję to sobie za szczególny dar Ducha Świętego, że mnie tak z nim związał -, i ciągle powtarzam na nowo, że „się w nim mieszczę”. Jestem przekonany, że każdy z nas mieści się w nim na swój sposób i każdy powiedziałby dziś to samo: „Mieszczę się w Piotrze”. Być może dla wielu z nas stał się on bliski bardziej niż kiedykolwiek. Dla mnie bardziej przez swoją słabość i przez swoją nieporadność w powołaniu, bardziej przez swój płacz i szloch na dziedzińcu grzechu, niż przez te swoje uroczyste wyznania wierności w Wieczerniku.

Mogłem się wiele od niego nauczyć; ciągle się uczę i wierzę, że wy także. Razem poznaliśmy jego mocne i słabe strony i zobaczyliśmy, do czego jest zdolny: potrafił zakochać się w Jezusie „po uszy” i potrafił ciężko Go zranić. Z Piotrem było różnie, tak jak z nami, tak jak ze mną. Różnie mu wychodziło w relacji z Jezusem. Pamiętamy. Na początku było pięknie, entuzjastycznie. Był gotowy zostawić dla Niego wszystko: wyplątać się z rybackich sieci, z którymi zrósł się od dawna, potrafił wyprowadzić się dla Niego z własnego domu, pożegnać swoje horyzonty życia i swoje osobiste pasje. A nie jest to łatwe, wiemy. A potem żarliwość początków zaczęła słabnąć. To, co jednego dnia oddał Jezusowi „hurtem”, zaczął Mu odbierać „w detalach” z powrotem. Spod gorącej euforii „galilejskiego entuzjasty” zaczęły „wyłazić” jego kompleksy, pycha, „sny o potędze”, wyimaginowane oczekiwania, które zaczął kochać bardziej niż Jezusa.

Zaczął się oddalać, marnieć duchowo, buntować się, stawiać warunki. Miał swoje drogi, swoje „kominki”, przy których ogrzewał własne życiowe plany, swoje potrzeby; aż pewnego wieczoru, przy ognisku, wyszła z niego cała prawda o jego biedzie. Wiemy, jak porządnie się „potłukł” na dziedzińcu pałacu Kajfasza. Zobaczył, że nie jest święty. Zobaczyć, że nie jest się świętym! Tak „wyrżnął”, że o mało by się zabił, jak jego brat w powołaniu, Judasz. Nie wiele brakowało; tak zawsze czytam te wersety. I mam silne wrażenie, że Ewangeliści pisząc to wszystko o Piotrze, jakby pisali o mnie. „Mieszczę się w Piotrze”.

Uratowało go spojrzenie Jezusa: to z dziedzińca, ale też to, które nosił w sobie, nosił w sercu, odkąd Go spotkał. Jezus go uratował. Zresztą nie po raz pierwszy. Uratował go już wcześniej po cudownym połowie ryb, gdy nie radząc sobie z własnym poczuciem grzeszności chciał uciec od Niego. Ocalił go, gdy tonął w swojej bezradności i krzyczał „ratuj”. Uratował Piotra w Ogrójcu, gdzie zginąłby od miecza, którym zaczął wojować w imię Jezusa, skończyłby marnie, z grzechem przemocy na sumieniu.

Szczególnie bliski stał mi się Piotr cały zalany łzami. To jeden z tych portretów, do których chętnie wracam. To jest Piotr, mężczyzna, który nauczył się płakać, przekonał się sam na sobie, że mężczyzna też może wybuchnąć płaczem i że te wylane łzy mogą być jak wiosenny deszcz, mogą być zwiastować dojrzewanie, mogą obmywać oczy z tego, co brudne, zmiękczać harde serce. Łzy mogą być darem; przekonałem się, mogą być darem. Mogą zalać serce falą tęsknoty za Jezusem i orzeźwić duszę, by nauczyła się odsłaniać uczucia i wyznawać miłość: „Ty wiesz, że Cię kocham”.

Bardzo bliski jest mi Piotr, który o poranku wychodzi z ukrycia i biegnie do pustego grobu. To też jeden z ulubionych moich wersetów: Piotr, który biegnie do pustego grobu albo Piotr, który rzuca się w morze i biegnie do Jezusa, który czeka na niego na brzegu.

Ale jest pewien werset w ostatnim rozdziale Ewangelii Jana, do którego zawsze lgnę i przy którym moje serce czuje się ciągle „nie najedzone”. Dlatego od tego wersetu, rozpocząłem czytanie Ewangelii dzisiaj. On ciągle rozbudza głód, - kiedy się sobie przypatruję -, który „dobrze mi robi”. Są takie wersety, które nam szczególnie „pasują” i „dobrze nam robią”. „Tak mam” od czasu pewnego wydarzenia, które przeżyłem 24 lata temu. Pamiętam je dobrze, bo są takie wydarzenia, wiecie to, których się nie zapomina. Pamiętam, że było to nad Jeziorem Galilejskim, w Tabdze, gdzie przez trzy tygodnie długimi godzinami siedziałem na brzegu. A miałem „po co” siedzieć. Czułem, jak Jezus leczy moje obolałe serce. Miałem silne przeczucie, że siedzę na tym samym miejscu, na którym siedział Piotr. Nie wiedziałem, skąd ono było, ale takie przeczucie miałem. Jeszcze nie wiedziałem, że rozpocznę drogę lectio divina z Piotrem. Zrozumiałem tamto doświadczenie parę miesięcy później. Światło przyszło podczas moich przełomowych rekolekcji. Zmartwychwstały Jezus przyszedł do mnie w 15. wersecie ostatniego rozdziału Ewangelii Jana.

Ilekroć czytam ten werset, czuję podobny głód i podobne napięcie, co wtedy. Chodzi o werset, który opowiada o śniadaniu Piotra i o tych sześciu jego braciach, i o ich spotkaniu ze zmartwychwstałym Jezusem. Odtąd zawsze czekam na to śniadanie, z radością czekam! Szczególnie czekam, - zauważałem to po czasie -, na Szkole Wychowawców. Od kilku edycji ostatni czwartek Szkoły bardzo mi się kojarzy z tamtym śniadaniem. Cieszę się, że mogę być z Wami dzisiaj na tym śniadaniu. Nasza dwuletnia droga lectio divina z Piotrem kończy się, - pozwólcie na ten obraz -, śniadaniem z Jezusem. Wspólna droga z Piotrem, wychowywała nas i przygotowywała do tego „wielkanocnego śniadania”. Sporo się wydarzyło w nas i między nami. Jesteśmy z Nim i ze sobą razem, ufam, że jeszcze bardziej, bardziej i bliżej niż dwa lata temu.

Śniadanie z Ewangelii Jana najlepiej tłumaczy mi, co tak naprawdę wydarzyło w życiu Piotra i naszym. To kulminacyjny moment drogi, którą szliśmy razem. Każdy z nas skrywa w sercu swoją intymną historię spotkań z Jezusem. Nie wstydzę się powiedzieć, że przeżyłem w kapłaństwie ciemną noc trudzenia się bez Jezusa. Pamiętam tamte noce. Przeżyłem też noc pustych sieci, ale także cudowny połów o poranku i spotkanie ze Zmartwychwstałym, którego nie da się zapomnieć. Myślę także o Was. Każdy z nas jest tutaj z własnymi dziejami powołania, z osobistą historią życia, którą zna tylko Jezus i nasza dusza.

Teraz wpatrujemy się w Niego i nikt z nas nie pyta, nikt z nas nie jest niepewny: „Kto to jest”. Bo poznaliśmy Go z bliska, bliżej niż wcześniej. Słuchaliśmy Go, dotykaliśmy Go sercem, kontemplowaliśmy. Zawsze mnie poruszają te momenty, kiedy widzę księży w Szkole modlących się do późna przed Najświętszym Sakramentem. Serce takich spotkań nie zapomina. Wiemy, że to jest Pan. Wiemy nie na podstawie książek do teologii, nie od Rahnera, od Balthasara… Czujemy całym sobą, że to jest nasz Pan, mój Pan. Spotkałem Go w wodach chrztu, a zauważyłem to dopiero po czasie, że Go spotkałem w wodach chrztu. On sprawił, że jestem w Kościele, w prezbiterium, w klasztorze. To jest Pan, który sprawił, że jesteśmy tutaj, żeśmy się tutaj spotkali. Bo gdyby nie spotkanie z Nim, nie byłoby nas tutaj, nie byłoby nas w Kościele, nie byłoby nas w kapłaństwie. Co można robić w Kościele, w kapłaństwie, bez Niego? Nic!

Koniec tej Szkoły jest brzegiem Jeziora Galilejskiego, na którym Jezus czekał na nas z „chlebem i rybą”, ze śniadaniem. Wiemy, że zna nas od wieków, bo nosi nas w sercu od założenia świata, jak Piotra. Pomyślmy, że nosi nas w sercu od założenia świata! Pamięta nas z pewnością, jakimi byliśmy przed dwoma laty. Patrzy na nas teraz. Znawca serc, powiedziałby Piotr. Patrzy nam w oczy, patrzy w serce. Myślę, że cieszy się nami. Cieszy się patrząc na nas. Widzi, co się zmieniło w naszym życiu, w naszym powołaniu. Wierzę, że podobnie jak Piotr, jesteśmy bardziej świadomi siebie: swoich pięknych, twórczych cech (poznałem przynajmniej niektóre z nich i bardzo się nimi cieszyłem!) i swoich słabości. Potrafimy patrzeć na Jezusa z bliska, razem z naszymi słabościami. Potrafimy być z Nim twarzą w twarz, jak wtedy, gdy nas powoływał twarzą w twarz. Potrafimy, jak Piotr, patrzeć Jezusowi prosto w oczy, bez uciekania wzrokiem; taka modlitwa jest piękna! Pozwalamy Mu, by nas kochał, by nas kochał bez naszych zasług. Możemy poczuć się w duszy bliźniakami Piotra.

Przed nami ostatnia w tej Szkole, najważniejsza meditatio, najważniejszy warsztat, najważniejsza rozmowa indywidualna: z Jezusem. Ten warsztat, ta rozmowa, ta meditatio, którą przeżył Piotr. Już wiemy, o czym będzie. Piotr wtedy jeszcze nie wiedział. Zawsze go widzę zaskoczonego w tej rozmowie. Myślał pewnie o tym, o czym my myślimy, że Jezus będzie go rozliczał z tego, co zrobił w Wielki Czwartek, w dniu swoich święceń, na dziedzińcu arcykapłana. Sądzę, że sumienie ciągle mu to wyrzucało, nie dawało mu spokoju. Zdumiał się bardzo, gdy usłyszał pytanie Jezusa. Rozmowa z Piotrem w 21. rozdziale Ewangelii Jana przypomina mi, o czym chce zawsze ze mną rozmawiać Jezus. Ciągle zadaje mi to samo pytanie: „Czy kochasz Mnie?”. To pytanie mnie kiedyś tak bardzo przeszyło, że po nim zapamiętałem najbardziej tę spowiedź, którą wtedy przeżyłem. Mamy różne duchowości, różne charyzmaty, diecezjalne czy zakonne, różne charaktery, osobowości, funkcje i urzędy, ale na modlitwie, bracia, wszyscy słyszymy to samo pytanie Jezusa. I ono jest najważniejsze! Wszyscy jesteśmy Piotrami.

Zmieniać się będą nasze dekrety, placówki duszpasterskie, posługi, funkcje, urzędy. Będzie nam przybywało lat, zmarszczek, …, a Jezus będzie nas zawsze pytał o to samo. Aż do śmierci. I może to pytanie przed samą śmiercią będzie dla nas najbardziej poruszające. Jeszcze trochę tego przygotowałem. Jeśli ktoś będzie chciał, będzie mógł do tego zaglądnąć. Nie będę przedłużał, ale wszystko co przemyślałem, co przygotowałem, potraktujcie jako braterskie świadectwo i słowa życzliwości, które są na końcu. I teraz cieszmy się dalej razem tym spotkaniem z Jezusem przy Stole, na tym – używając języka Ewangelii Jana – „śniadaniu paschalnym”, na tej Uczcie Najświętszej, na Eucharystii, w której On sam siebie ciągle nam daje. I ciągle w Jego oczach to samo pytanie, najważniejsze. Z nim wyjedźmy: „Czy kochasz Mnie?”.

===

[poniżej: tekst przygotowany, ale niewygłoszony]

Zanim Jezus powierzy mi swoje owce w nowym miejscu, w nowej posłudze, na nowym urzędzie, stanowisku, chce usłyszeć, czy łączy mnie z Nim miłość, pomimo mojej biedy. Jeśli z ręką na sercu mogę Mu odpowiedzieć, jak Piotr, powierzy mi swoje owce. To akt największego zaufania ze strony Dobrego Pasterza. Jeśli Go nie kocham, to mi ich nie powierzy, bo najemnikom swoich owiec nie powierza. W trzodzie najemnika nie ma owiec powierzonych, są tylko zawłaszczone.

To, co łączy mnie z Jezusem, będzie łączyło mnie z Jego owcami. Tak było z Piotrem. Im bardziej kochał Jezusa, tym bardziej kochał owce. Aż pewnego dnia tak bardzo Go pokochał, że potrafił oddać życie za owce. Kiedyś owce, które nam powierzył Jezus, opowiedzą innym, jakiego pasterza spotkały i czy czuły się kochane. Miłości nie da się zagrać, wyczytać, wyuczyć. Można jej tylko doświadczyć, przeżyć i potem dawać. Owce mają instynkt, czują, czy są kochane, czy nie. Mają instynkt: odróżniają pasterza od najemnika.

Jest w Biblii piękne świadectwo o Piotrze, które pozostawiły owce powierzone mu przez Jezusa. Fragmentu tego świadectwa słuchaliśmy w czasie Liturgii Słowa. Owce tak bardzo związały się z Piotrem, tak wielkim stał się dla nich autorytetem, że powołują się na Piotra, czują, myślą i kochają Kościół, jak on. Tym świadectwem jest Drugi List Św. Piotra. Tradycja przypisała jego autorstwo samemu Piotrowi. Wiemy jednak, że nie on go napisał, ale jego „podopieczni”, jego „wychowankowie w wierze i powołaniu”.

Drugi List Piotra to szczególny list pasterski Kefasa, bo napisany przez Jego wychowanków, przez wspólnotę, w której pozostawił żywe świadectwo wychowawcy. Nie ma wątpliwości, że Drugi List Świętego Piotra został napisany po jego śmierci. Być może w II wieku. Jest świadectwem o tym, jak żywa była pamięć o Piotrze i jak wielkim cieszył się autorytetem. Spotkali w Piotrze pasterza, przewodnika o silnej tożsamości i świadomości misji otrzymanej od Jezusa.

List jest pisany, gdy sytuacja we wspólnotach Kościoła stawała się coraz trudniejsza. Używając języka Szkoły Wychowawców, powiedzielibyśmy, że w formacji pojawili się heretycy, „dobrzy wujkowie”, którzy skupiali na sobie, a nie na Jezusie i wymaganiach Ewangelii, wiązali ludzi ze sobą, a nie z Jezusem. W tym liście owce przestrzegają siebie nawzajem przed wilkami w owczej skórze. List podpisują imieniem Piotra, aby powołać się na jego autorytet i ostrzec: „Znaleźli się jednak fałszywi prorocy wśród ludu tak samo, jak wśród was będą fałszywi nauczyciele, którzy wprowadzą wśród was zgubne herezje” (2 P 2, 1). Z zazdrością czytam to świadectwo. Tak po ludzku zazdroszczę Piotrowi. Chciałbym być wspominany przez owce jak on. Tylko sobie życzyć takiego sukcesu formacyjnego, nie dla siebie samego, ale dla trzody Jezusa, dla Kościoła.

Chciałbym Wam życzyć, jako pasterzom, wychowawcom, tej samej zazdrości i tego samego sukcesu formacyjnego. Z bliska i po bratersku chciałbym podzielić się z każdym z Was, życzeniami utkanymi z wersetów zapisanych w Drugim Liście św. Piotra, w tym niezwykłym świadectwie owiec, które Piotr prowadził do Jezusa.

Życzę Wam, abyście pod koniec swego życia, kiedy zbliżać się będzie zwinięcie Waszego namiotu (2 P 1, 14), mogli powiedzieć o sobie z tą pewnością, co Piotr: wiem, kim jestem, wiem to od Jezusa: Jestem „Szymon Piotr, sługa i apostoł Jezusa Chrystusa” (2 P 1, 1). Życzę, abyście mogli się podpisać tym imieniem, którym zwracał się do Was Jezus, gdy Was wybierał, imieniem, które określa Waszą tożsamość i mówi o Was najważniejszą prawdę, że jesteście Jego sługami i żeby to najgłębsze samopoczucie w powołaniu było dla Was źródłem szczęścia, którego żadna ludzka miłość, żaden urząd, stanowisko czy funkcja zastąpić nie może.

Życzę Wam, aby Wasi wychowankowie patrząc na Wasze życie czuli swoim instynktem owiec, że jesteście prawdziwi, że nie udajecie, że nie postępujecie za wymyślonymi mitami; aby mogli odczuć jak owce Piotra, że dajecie im poznać moc Pana Jezusa przychodzącego do nich przez Was; by nigdy nie mieli wątpliwości, że jesteście naocznymi świadkami Jego wielkości, że to co im mówicie, czego uczycie, do czego wychowujecie, nie płynie jedynie z książek, z wyuczonych technik i ludzkich jedynie zdolności, ale z tajemnicy Waszej osobistej więzi z Jezusem, z godzin spędzonych na Taborze, abyście jak Piotr, mogli powiedzieć im z ręką na sercu: „razem z Nim byłem na górze i słyszałem głos od wspaniałego Majestatu”. Takiego świadectwa się nie zapomina. Owce Piotra zapamiętały je dobrze i znalazły się w Drugi Liście.

Życzę Wam, aby Wasi podopieczni nie mieli wątpliwości, że jesteście naocznymi świadkami tego, czego sami ich uczycie. Skoro doświadczenie Piotra zostało tak wiernie powtarzane w pierwotnych wspólnotach Kościoła, znaczy to, że przechowywał je w swoim sercu i dzielił się nim. I nie opowiadajcie im jedynie o Jezusie, ale dzielcie się z nimi swoją relacją z Jezusem, swoim osobistym doświadczeniem - tym ze śniadania wielkanocnego i z innych spotkań przeżywanych z Jego Słowem na medytacji. Niech Was widzą często rozmawiających z Jezusem. Wtedy będziecie mogli powiedzieć do nich, jak powiedział Piotr, powołując się nie na swoje słowa, ale usłyszane na modlitwie. I uwierzą Wam:

„Mamy jednak mocniejszą, prorocką mowę, a dobrze zrobicie, jeżeli będziecie przy niej trwali jak przy lampie, która świeci w ciemnym miejscu, aż dzień zaświta, a gwiazda poranna wzejdzie w waszych sercach” (2 P 1, 19).

Krzysztof Wons SDS

---------------------------------------------------------------------
* tytuł homilii pochodzi od redakcji
---------------------------------------------------------------------

POLECAMY

    .
    .
    .
    .
KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl