O CFD ARCHIWUM PROGRAM DOM W TRZEBINI Do medytacji   

NOWA JAKOŚĆ ŻYCIA







  Homilie z rekolekcji lectio divina w Rawie Mazowieckiej - cz. ...


T E K S T Y   H O M I L I I
z rekolekcji lectio divina
u sióstr misjonarek Krwi Chrystusa w Rawie Mazowieckiej

29 września - 5 października 2017

- CZĘŚĆ PIERWSZA -
29 września - 2 października 2017

część druga - homilie
2-5 X 2017
>>>.

 


zdjęcie: fb - siostry salwatorianki prowincja polska

---------------------------------------------------------------------

Jezus widzi nas będących w drodze. „Dogląda”, czyli troszczy się o nas!
homilia – święto świętych archaniołów Michała, Gabriela i Rafała, 29 września 2017 r.
Dn 7, 9-10.13-14; Ps 138, 1-5; J 1, 47-51

Spotykamy się na liturgii w dzień święta świętych archaniołów Michała, Gabriela i Rafała. Część z nas przybyła tutaj z racji nabożeństwa do Krwi Chrystusa, a grupa sióstr rozpoczyna dziś swoje rekolekcje. Czytając dzisiejszą Ewangelię pytałem nie tylko siebie, ale starałem się pytać Pana Jezusa, przy którym Jego słowie mam się zatrzymać, które Jego słowo ma być dla nas dziś przewodnikiem i źródłem życiodajnej siły. Takie słowo rozpoznaje w pierwszym zdaniu odczytanego przed chwilą fragmentu Ewangelii.

Zatrzymajmy się przy tej informacji Ewangelisty: „Jezus ujrzał, jak Natanael zbliżał się do Niego” albo dosłownie „Jezus zobaczył Natanaela przychodzącego do Niego”. Najpierw słowo: „ujrzał, zobaczył”. To tak, jak „zobaczył” Szymona i Andrzeja zarzucających sieć w jezioro, a potem zaprosił do pójścia za Nim (Mt 4, 18-19). Tak, jak „zobaczył” Jakuba i Jana, synów Zebedeusza, naprawiających sieci, i potem ich też powołał (Mt 4, 21). Tak, jak najpierw „zobaczył” człowieka o imieniu Mateusz siedzącego w biurze celnym, a potem powiedział do niego: „Pójdź za Mną!” (Mt 9, 9). Tak, jak zobaczył tłumy, jeszcze przed rozmnożeniem chleba i ulitował się nad nimi, i uzdrowił tych, którzy byli chorzy, niemocni, bezsilni (Mt 14, 14). Jezus „zobaczył”. Opierając się na Ewangelii możnaby przywoływać jeszcze wiele takich sytuacji, w których Jezus najpierw „ujrzał, zobaczył”. A co albo kogo „zobaczył” Jezus? Otóż, zobaczył konkretnego człowieka czy konkretnych ludzi w ich aktualnej sytuacji; w jego czy ich aktualnej sytuacji. Zobaczył Szymona i Andrzeja, Jakuba i Jana zajętych rybołówstwem, a Mateusza pracą w urzędzie celnym. Zobaczył chorych, niemocnych w tłumie…

Św. Jan Ewangelista opowiada, że Jezus zobaczył Natanaela „przychodzącego do Niego”. Zobaczył tego, który jeszcze nie przyszedł, jeszcze nie doszedł, ciągle był przychodzącym. Jeszcze nie osiągnął celu, jeszcze nie osiągnął doskonałości. Zobaczył Jezus Natanaela „przychodzącego”, czyli „będącego w drodze”. Spróbujmy odnaleźć się tu i teraz w tym obrazie, że Jezus widzi nas „będących w drodze”; widzi, że wyruszyliśmy, ale jeszcze nie dotarliśmy do celu; widzi, że zbliżyliśmy się do Niego, ale jeszcze nie jesteśmy z Nim w pełni zjednoczeni. Pozwólcie, że przypomnę punkt z Katechizmu, który w tym kontekście wrócił mi w pamięci, a który kocham, jeśli można tak powiedzieć: „Stworzenie ma właściwą sobie dobroć i doskonałość, ale nie wyszło całkowicie wykończone z rąk Stwórcy. Jest ono stworzone ‘w drodze’ (in statu viae) do ostatecznej doskonałości, którą ma dopiero osiągnąć i do której Bóg je przeznaczył. Bożą Opatrznością nazywamy zrządzenia, przez które Bóg prowadzi swoje stworzenie do tej doskonałości” (KKK 302). Stworzenie, które wychodzi z rąk Stwórcy, jest dobre. A po stworzeniu człowieku, „korony” stworzenia, słyszymy: „A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre” (Rdz 1, 31). Tak więc wszystkie stworzenia, i my wśród nich, mamy swoją dobroć i doskonałość, ale nie jesteśmy jeszcze całkowicie dokończeni. Jesteśmy „w drodze” do ostatecznej doskonałości, do której Bóg nas przeznaczył. I Stwórca po stworzeniu nie zostawił nas samym sobie, ale jest z nami. Towarzyszy nam w swej Opatrzności. Prowadzi nas do pełni, której dla nas pragnie. Stwórca nas, będących w drodze, „dogląda”. To jest piękne określenie w języku polskim oddające troskę gospodarza. To, że gospodarz „dogląda” swoją własność, nie oznacza, że jedynie się „przygląda”, ale że jego przyglądanie się angażuje jego troskę. Widząc braki gospodarz troszczy się o ich uzupełnienie.

Wróćmy do rozmowy, której świadkami jesteśmy w Ewangelii. Jezus mówi: „Patrz, to prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu”. Na co Natanael reaguje pytaniem: „Skąd mnie znasz?”. To „skąd mnie znasz?” nie oznacza: „skąd masz tyle wiedzy o mnie?”, ale „skąd znasz mnie tak głęboko?”. Jezus wie, dogłębnie zna, że Natanael jest „w drodze”. Natanael mógłby tę swoją kondycję bycia „w drodze” ukryć przed otoczeniem, ale nie przed Jezusem. Posłuchajmy odpowiedzi Jezusa na pytanie Natanaela, bo w niej znów mowa jest o tym, że Jezus „zobaczył”: „Zobaczyłem cię będącego pod figowcem”. Co by to mogło znaczyć? Przyznam, że przez wiele lat to zdanie działało na mnie jak swego rodzaju „straszak”, że Jezus zna jakiś słaby punkt, że zna jakieś wydarzenie, którym może mnie „przygwoździć”. Nie wiem, czy my, ale jak się wydaje są tacy ludzie, którzy gromadzą w jakiejś szufladzie coś na kogoś, po to by straszyć, trzymać w szachu, szantażować. Odbiór tego zdania nieco, a może znacznie się we mnie zmienił, gdy dowiedziałem się, że pod drzewem figowym rabini studiowali Torę, czyli – naszym językiem to wyrażając – czytali i rozważali Pismo Święte. Wtedy słowa Jezusa mogłyby brzmieć: „Zobaczyłem cię studiującego Torę, rozważającego Pismo Święte” albo „widziałem cię, kiedy ty studiowałeś Pismo Święte, a Pismo Święte studiowało ciebie. Oczy Biblii cię widziały! Bóg poprzez słowo widział cię!”. I to – pozwolę sobie tak to nazwać – „rozłożyło” Natanaela. Natanaela rozłożyło to, że Jezus go widzi, że Jezus go zna. Rozłożyło go nie to, że Jezus ma dużą wiedzę o nim, ale że zna go dogłębnie. Rozłożyło go to Jezusowe: „Zobaczyłem cię, widziałem cię”; to znaczy: „patrzyłem na ciebie z miłością miłosierną”, zanim Filip cię zawołał; to znaczy: „kochałem cię, zanim wyruszyłeś w drogę”; to znaczy: „kochałem cię jeszcze pogrążonego w chaosie, nieuporządkowanego”; to znaczy: „kochałem cię przez cały ten czas, gdy jeszcze nie byłeś doskonały, choć może stawałeś na głowie, by być nieskazitelnym”. Bo miłość nie jest zapłatą za doskonałość! Miłość Boga nie jest zapłatą za doskonałość! Użyjmy takiego porównania, że doskonałość jest owocem drzewa, które jest zakorzenione w Miłości! Jeśli nasze życie, jak drzewo, jest zakorzenione w miłości Boga, to w odpowiednim czasie pojawi się na nim owoc w postaci dojrzałości.

Natanael już odkrył, że jest grzesznikiem i sam się nie zbawi. Odkrył, że sam, jedynie własnymi siłami, nie osiągnie doskonałości. Już odkrył, że potrzebuje Mesjasza i szukał Mesjasza. Tak, jak szukał Mesjasza Filip. Ale Natanael szukał Mesjasza według swoich wyobrażeń. Czy pamiętacie, co odpowiedział Filipowi, gdy ten wołał: „Znaleźliśmy Mesjasza! Znaleźliśmy Tego, o którym pisał Mojżesz w Prawie i Prorocy - Jezusa, syna Józefa z Nazaretu!” (por. J 1, 45). „Czyż może być co dobrego z Nazaretu?” – oto reakcja Natanaela i często nasza. Wszystko było dobrze, gdyby nie wybrzmiało to: „z Nazaretu”. Bo szukać Boga w Jerozolimie, w Judei, gdzie jest świątynia, to rozumiemy, ale żeby szukać go w Nazarecie. Bo szukać Boga w kaplicy u sióstr misjonarek na piątkowym nabożeństwie do Krwi Chrystusa, to rozumiemy, ale żeby On miał się objawiać w naszej zwyczajnej, szarej codzienności! A tak przecież spotkali Jezusa pierwsi Jego uczniowie: Szymon i Andrzej łowili ryby; Jakub i Jan naprawiali sieci; Mateusz był w komorze celnej. To była ich codzienność, w którą Jezus wszedł, gdzie Jezus ich szukał i gdzie Jezus ich znalazł! Bóg zaraz po grzechu pierwszych ludzi zaczął ich szukać: „Adamie, gdzie jesteś?”. Bóg w swojej Opatrzności szuka człowieka, który się zagubił. I tak naprawdę to Jezus znalazł Filipa! A Filip mógł powiedzieć: „Znaleźliśmy Mesjasza” tylko dlatego, że Jezus jako pierwszy Go szukał i znalazł. I to Jezus również jako pierwszy szukał i znalazł Natanaela! Drogie siostry, rozpoczynające rekolekcje! Drodzy bracia i siostry! Kiedy bierzemy Pismo Święte, żeby szukać Boga, pamiętajmy, że Bóg pierwszy nas szuka! Że Bóg pierwszy w swojej Opatrzności nas widzi i nas prowadzi!

I na koniec. Pan Jezus mówił św. Katarzynie ze Sieny, a ta zapisała to w „Dialogu o Bożej Opatrzności”: „gdy w swojej Opatrzności stworzyłem człowieka, wglądnąłem w siebie i owładnięty zostałem miłością z powodu piękna mego stworzenia” (za: Liturgia Godzin, Godzina czytań z soboty 30. tygodnia zwykłego). Spróbujmy, każdy z nas, wyobrazić sobie siebie w tamtym momencie, że Bóg mówi patrząc na nas: „gdy w swojej Opatrzności stworzyłem człowieka, wglądnąłem w siebie i owładnięty zostałem miłością z powodu piękna mego stworzenia”. Oczywiście, potem był grzech, który nas zeszpecił. Ale jeśli odkrywamy w sobie jakąś grzechową brzydotę, to przychodźmy, pozwolę sobie powiedzieć, do „salonu piękności”, prowadzonego przez Jezusa. On, Ukrzyżowany i Zmartwychwstały, chce usuwać brzydotę i czynić nas pięknymi. I nie chodzi tylko o przywrócenie nam pierwotnego piękna, bo na końcu czasów możemy być piękniejsi niż na początku. Bóg nigdy nie przestał patrzeć na nas, „będących w drodze”, z miłością. Nie przestał nas „doglądać”. Małe zadanie domowe. Dziś kładąc się spać, niezależnie od tego, ile mamy lat, pomyślmy o tym, że Bóg nas „dogląda”. Pewnie nie wszystko żeśmy zrobili, nie wszystkie problemy udało się rozwiązać. Jest jeszcze tyle do zrobienia w domu i w nas samych, ale Bóg widzi nas „będących w drodze” i „dogląda”, to znaczy troszczy się o nas.

PSz

---------------------------------------------------------------------

Noś w sercu tę tajemnicę: Bóg-Człowiek będzie wydany w ręce człowieka!
homilia – wspomnienie św. Hieronima, 30 września 2017 r.
Za 2, 5-9.14-15a; Jr 31, 10-12b.13; Łk 9, 43b-45

Wczoraj w czasie liturgii powiedzieliśmy sobie o tym, że Bóg widzi nas „przychodzących”, to znaczy „będących w drodze”. I że nas „dogląda”. I że to Jego „doglądanie” nas nie jest biernym przypatrywaniem się, ale patrzeniem bardzo aktywnym i pełnym troski, które prowokuje Boga do działania. Bóg jest jak dobry gospodarz, który odpowiedzialnie traktuje i osoby żyjące w Jego gospodarstwie, i zwierzęta, i rzeczy. Celowo na początku wymieniłem osoby. Ten ojciec rodziny, ten gospodarz nie odbiera wolności dzieciom. I to, że Bóg „dogląda” świata, nie oznacza, że w świecie nie dzieje się nic złego. Gdy wróciłem wczoraj do siebie, do pokoju, po Mszy świętej, miałem poczucie, że czegoś nie dopowiedziałem. Powtórzmy: to, że Bóg w swojej Opatrzności „dogląda” człowieka „będącego w drodze” i „dogląda” świata „będącego w drodze”, nie oznacza, że nic złego się nie wydarzy. On jest z nami i troszczy się o nas pośród dramatycznych często wydarzeń.

„Dlaczego jednak Bóg nie stworzył świata tak doskonałego, by żadne zło nie mogło w nim istnieć?”. To pytanie, które jest w Katechizmie (KKK zawiera nie tylko odpowiedzi Kościoła, ale również pytania ludzi). I Kościół odpowiada: „W swojej nieskończonej mocy Bóg zawsze mógłby stworzyć coś lepszego. W swojej nieskończonej mądrości i dobroci Bóg chciał jednak w sposób wolny stworzyć świat ‘w drodze’ do jego ostatecznej doskonałości (…)” (KKK 310). Nie tylko człowiek, ale również cały świat, całe stworzenie, jest „w drodze” do swej ostatecznej doskonałości. I jak długo całe stworzenie nie osiągnie swojej doskonałości, obok dobra fizycznego istnieć będzie także zło fizyczne, obok dobra duchowego istnieć będzie także zło duchowe; obok budowania natury, będzie jej zniszczenie; rodzenie się i umieranie (por. KKK 310). To, że Bóg „dogląda” Zachariasza i Elżbietę, których historią dziś się modlimy, nie znaczy, że nie przeżywają oni trudności. Bóg troszczy się o tych dwoje małżonków pośród przeżywanych przez nich dużych zmagań.

Drogi Opatrzności „są dla nas często nie znane”. Tutaj, na świecie, nasze poznanie jest częściowe. Kościół uczy nas, że dopiero kiedyś, u kresu, „gdy zobaczymy Boga ‘twarzą w twarz’ (1 Kor 13, 12), w pełni poznamy drogi, którymi Bóg prowadził nas, nawet przez dramaty zła i grzechu (…)” (por. KKK 314). Kiedyś zobaczymy coś, czego dziś nie potrafimy zobaczyć, co dziś jest przed nami zakryte czy zasłonięte. To jest doświadczenie uczniów, o którym czytamy dziś w Ewangelii. „Nie rozumieli tego powiedzenia; było ono zakryte przed nimi”. Święty Hieronim, którego wspomnienie dziś obchodzimy, na łacinę przełożył to tak, że słowo Jezusa było „velatum”, czyli „zasłonięte” przed uczniami. Łac. „velatum” przywołuje podobne słowo „revelatio”, czyli „odsłonięcie”, a które najczęściej tłumaczymy: „objawienie”. Teraz coś przed uczniami jest „zasłonięte”, ale kiedyś, kiedy zobaczą Boga „twarzą w twarz”, zostanie „odsłonięte”, objawione.

Odwołam się do doświadczenia uczniów idących do Emaus. Jezus przyłączył się i szedł z nimi, a św. Łukasz opowiada, że „oczy ich były niejako na uwięzi tak, że Go nie poznali”. Jezus był z nimi, ale był jakby za zasłoną. Objawienie się Boga obecnego w naszym życiu nie polega na tym, że Bóg się pojawi w momencie objawienia, a wcześniej Go nie było. Objawienie się Boga polega na „odsłonięciu” nam Jego obecności, której do tej pory nie dostrzegaliśmy. Problem w tym, że w nas, jak w uczniach, o których dziś czytamy, jest lęk, by zapytać Boga, by poprosić Go o wyjaśnienie; albo jest w nas tak dużo bólu w związku z cierpieniem, którego doświadczamy, prowokującego czy kuszącego do oskarżania Boga, że nie potrafimy z Bogiem rozmawiać.

Misterium. Tajemnica. Dziś od rana wracają do mnie słowa biskupa opolskiego, bpa Andrzeja Czai, z homilii w czasie Mszy św. dziękczynnej za życie ks. Krzysztofa Grzywocza: „Akcja ratunkowa zakończona i ani śladu. W głowach próbujemy sobie różnorako wyjaśnić, co się mogło stać, aż po myśl o jakimś cudzie. Tymczasem mamy do czynienia z tajemnicą i to, przede wszystkim, trzeba uznać”. Trudno być z misterium. Trudno nosić w sobie pytania, na które jeszcze dziś nie mamy odpowiedzi. Trudno nosić w sercu tajemnicę i pytania, nie mając na nie jeszcze odpowiedzi. Tak czynią sąsiedzi Zachariasza i Elżbiety, o których św. Łukasz opowiada: „A wszyscy, którzy o tym słyszeli [o narodzeniu Jana i okolicznościach narodzenia], brali to sobie do serca i pytali: ‘Kimże będzie to dziecię?’. Bo istotnie ręka Pańska była z nim” (Łk 1, 66). Sąsiedzi Zachariasza i Elżbiety nosili w sercu pytania, a nie odpowiedzi: „Kim będzie to dziecko?”. Nosili w sobie misterium. Ale nosili w sercu również intuicję, że mają do czynienia z działaniem Bożym.

Jezus zaprasza uczniów, by wzięli sobie do serca (albo dosł. „włożyli sobie do uszu”) konkretne słowa. Słowa, które są dla nich niezrozumiałe, tajemnicze; słowa, które być może rodzą w nich więcej pytań niż odpowiedzi. Kto powiedział, że na modlitwie będziemy otrzymywali tylko odpowiedzi? A może będziemy o coś pytani? „Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi”. Przyzwyczailiśmy do tych słów. Słysząc je od razu myślimy o męce i śmierci Jezusa. Dziś te słowa wybrzmiały we mnie z nieco innym akcentem. W języku greckim w tym krótkim zdaniu dwa razy występuje słowo „człowiek”, najpierw w liczbie pojedynczej, a potem w liczbie mnogiej: „syn ‘człowieka’ będzie wydany w ręce ‘człowieków’ (ludzi)”. Dziś to zdanie przypomniało mi, że Bóg w Jezusie stał się człowiekiem i że przeszedł całą drogę człowieka: był dzieckiem poczętym, był niemowlęciem, był – pozwolę sobie na to określenie – przedszkolakiem, choć do przedszkola nie chodził, itd. Na każdym z tych etapów przeżył to „wydanie w ręce ludzi”. Jako człowiek doświadczył tego, o czym potem mówił: „co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40).

Wszechmocny i nieograniczony Bóg stał się człowiekiem o ograniczonych przecież siłach i mającym granice. To jest misterium, które mamy wziąć sobie do uszu i do serca: że Wszechmocny nie zawsze korzystać będzie ze swojej wszechmocy, że będąc Wszechmocnym oddaje się w ręce człowieka jako człowiek. Ile razy już zmasakrowaliśmy Go, gdy oddał się w nasze ręce? Dlaczego więc oddaje się w nasze ręce? Bo ufa, wbrew wszystkiemu. Bo ufa, że przyjmiemy Go takim, jakim się nam daje; że przyjmiemy Go nie dlatego, że jest wszechmocny i ma siłę, ale po prostu dlatego, że Go kochamy. A nawet, gdy odbierzemy Mu życie, Bóg podniesie się, bo jest Wszechmocny, bo jest silniejszy od śmierci i naszego grzechu. I nadal będzie nas kochał. A może boimy się Jezusa pytać o to misterium, bo przeczuwamy, że zechce nas zachęcić do bycia jak On?

W pierwszym czytaniu prorok dzieli się z nami wizją dotyczącą odbudowy Jerozolimy. Jak Jerozolima będzie odbudowana? Może zatrzymać naszą uwagę to, że odbudowana Jerozolima „pozostanie bez murów”. Bóg mówi: „Ja będę dokoła niej murem ognistym”. Czy jednak fakt, że Bóg będzie murem ognia, zabezpieczy miasto przed nieprzyjaciółmi? Przecież ogień Boży, choć płonie, to nie spala, nie niszczy (zob. Wj 3, 2-3)! Brak materialnych murów sprawia, że „łatwo” wedrzeć się do miasta. To czyni Jerozolimę podatną na zranienie, ale też pociągającą. Nie będzie miała murów z kamienia i „tak wiele ludzi i zwierząt w niej będzie”. „Syn człowieczy będzie wydany w ręce ludzi” – weźmy sobie do serca misterium Wcielenia. Poprośmy Boga, by odsłonił nam piękno tej trudnej tajemnicy, które to piękno być może wciąż jest dla nas zasłonięte.

PSz

---------------------------------------------------------------------

Nie „jutro”, nie „później”, ale „tak szybko jak to możliwe”!
homilia – 26. niedziela zwykła (rok A), 1 października 2017 r.
Ez 18, 25-28; Ps 25, 4-9; Flp 2, 1-11; Mt 21, 28-32

Jezus mówi dziś do arcykapłanów i starszych. Z miłością wypowiada trudną prawdę o nich. Konfrontuje ich z ich postawą. Konfrontuje ich z czymś, co oni sami przeczuwają. Przypomnijmy sobie, jaki jest kontekst dzisiejszej Ewangelii. Jezus wyrzucił ze świątyni sprzedających i kupujących. Przypomniał, że świątynia, czyli dom Boży, dom Ojca, ma być „domem modlitwy”. Nie miejscem transakcji: „ja tobie to, a ty mi tamto”, ale miejscem modlitwy, czyli rozmowy, wzajemnego słuchania się: wsłuchiwania się w wolę Ojca. Wydaje się jednak, że arcykapłani czy starsi skoncentrowali wtedy się na tym, co zewnętrzne, czyli na fakcie wyrzucenia sprzedających i kupujących (Mt 21, 12-13). Nieco później, nie od razu (spróbujmy to zapamiętać), przychodzą do Jezusa z pytaniem, jakim prawem zrobił to, co zrobił. Wówczas Jezus zaproponował im pewien układ: „Ja też zadam wam jedno pytanie; jeśli odpowiecie Mi na nie, Ja powiem wam, jakim prawem to czynię”. Oni zgodzili się na taki układ. Jezus zapytał: „Skąd pochodził chrzest Janowy: z nieba czy od ludzi?”. I tu się zaczęła swoista burza myśli w jego rozmówcach: „Jeśli powiemy: z nieba, to nam zarzuci: Dlaczego więc nie uwierzyliście mu? A jeśli powiemy: od ludzi - boimy się tłumu, bo wszyscy uważają Jana za proroka”. Uciekli od konfrontacji: „Nie wiemy”. A Jezus zgodnie z umową odpowiedział: „Więc i Ja wam nie powiem, jakim prawem to czynię” (Mt 21, 23-27). Zwróćmy uwagę, że już w tej rozmowie arcykapłani i faryzeusze w swojej wewnętrznej dyskusji wyrazili intuicję, co Jezus mógłby im zarzucić: „Dlaczego nie uwierzyliście Janowi?”.

To, co jeszcze chwilę wcześniej było intuicją wewnętrzną arcykapłanów i faryzeuszy, teraz zostaje przez Jezusa potwierdzone i wypowiedziane głośno. „Przyszedł do was Jan Chrzciciel, a wy mu nie uwierzyliście. Uwierzyli mu zaś celnicy i nierządnice. Wy patrzyliście na to, ale nawet później nie opamiętaliście się, żeby mu uwierzyć”. Jezus mówi: „Jan przyszedł DO WAS”. Można by to wyrazić również tak: „chrzest Janowy pochodził z nieba i był wezwaniem do nawrócenia skierowanym DO WAS, był słowem Boga DO WAS”. Jezus upomina się, abyśmy byli uważni na posłańców Bożych, na tych, których Bóg do nas posyła. I nawet liczy się Jezus z tym, a dowodem jest przypowieść, którą słyszeliśmy, że nie przyjmiemy czy nie uwierzymy im od razu. Bo i pierwszy, i drugi syn z przypowieści, mają kłopot z wypełnieniem od razu, „natychmiast” polecania gospodarza winnicy. Zastanawiam się dziś, czy przypadkiem nie jest tak, że my jeszcze na początku drogi, np. w nowicjacie, jesteśmy gorliwi i prędcy w realizowaniu poleceń, jak pierwsi uczniowie w momencie powołania. Szymon i Andrzej „natychmiast” zostawili sieci i poszli za Jezusem (Mt 4, 20). Jakub i Jan „natychmiast” zostawili łódź i ojca i poszli za Jezusem (Mt 4, 22). Na początku drogi jeszcze jest to „natychmiast”, a później? Mamy problem z jednej strony z przyjęciem Bożych posłańców, z przyjęciem, że przekazują nam wolę Boga, a z drugiej strony stopniowo, jak w przypadku arcykapłanów i faryzeuszy, może się ujawniać problem odkładania nawrócenia „na później”. Odkładanie wypełniania woli Bożej „na później” w ich przypadku jest coraz częstsze, staje się nawykiem. Nieco wcześniej, wspominaliśmy o tym, przyszli do Jezusa z pytaniem: „Jakim prawem to czynisz?”. Przyszli nie od razu, ale z pewnym poślizgiem.

Skąd bierze się to odkładanie „na później”? Pewno najprościej byłoby powiedzieć, że z lenistwa. Mnie dziś jednak liturgia podpowiada inną odpowiedź. W drugim czytaniu poruszyło mnie zdanie, na które początkowo nie zwróciłem uwagi. W kontekście ważnych i mocnych treści o uniżeniu Chrystusa i Jego wywyższeniu, wydawało mi się takie mała znaczące. Chodzi o zdanie: „Niech każdy ma na oku nie tylko swoje własne sprawy, ale też i drugich”. Uderzyło mnie ono, gdy przeczytałem je w tłumaczeniu hiszpańskim („No os encerréis en vuestros intereses, sino buscad todos el interés de los demás”). Gdyby tak bardzo dosłownie je potraktować, mogłoby ono brzmieć: „nie zamykajcie się w waszych interesach, ale wszyscy szukajcie interesu innych”. Nie koncentrujcie się na swoim jedynie interesie, na swoich jedynie zainteresowaniach, na swoim hobby, ale myślcie o innych! I przypomniałem sobie zakończenie rekolekcji, które przed dwoma laty przeżywałem z siostrami salwatoriankami oraz myśl u końca tych rekolekcji, że bardzo smutne jest życie „w klauzurze własnych interesów”. Nasz problem, problem osób zakonnych, może polegać na tym, że na terenie domu zakonnego, nawet wewnątrz (pozytywnie postrzeganej) klauzury zakonnej, można sobie zbudować inną „klauzurę”: odgrodzić się od innych, od wspólnoty, zająć się swoim hobby, swoimi zainteresowaniami, a nie wolą Bożą. Dlaczego nie idziemy albo odwlekamy pójście za zaproszeniem gospodarza? Bo mamy swoje „pole” (swoje „poletko”, o które musimy się zatroszczyć), swoje „kupiectwo” (swój „interesik”, którego nie możemy zaniedbać) czy relacje ważniejsze niż relacja z Bogiem (swoje „gniazdeczko”).

Dziś św. Paweł – ku naszemu leczeniu – zaprasza nas, byśmy kontemplowali Jezusa. Ufa, że kontemplacja Syna Bożego, który stał się człowiekiem, będzie nas przemieniała. A co zrobił Syn Boży? „Ogołocił samego siebie” (gr. „ekenōsen heauton”). Papież Franciszek oddał to kiedyś w słowach: „uczynił siebie pustym”. Co to znaczy? To znaczy, że w sobie uczynił miejsce dla Ojca, dla woli Ojca. Cały jest otwarty na Ojca. Ponieważ „uczynił siebie pustym”, mógł być napełniony Ojcem i sprawami Ojca, wolą Ojca. I dlatego był dyspozycyjny, by wyjść na peryferia, „poza niebo”, czyli na ziemię. Bo tylko ten, kto postawił w centrum Boga i pozwolił się całkowicie napełnić Bogiem, jest zdolny do wyjścia poza siebie i na peryferia. Św. Augustyn napisał w „Wyznaniach”: „Kiedy do Ciebie przywrę całą moją istotą, skończy się dla mnie wszelki ból i wszelki trud. Wtedy moje życie będzie naprawdę żywe, całe napełnione Tobą. Ty wszystkich, których napełniasz, dźwigasz ku górze. Ponieważ jeszcze nie jestem pełen Ciebie, jestem dla siebie brzemieniem” (Wyznania, X, 28). Kiedy jesteśmy skoncentrowani na swoim „poletku”, na swoim „interesiku”, na swoim „gniazdeczku”, stajemy się ociężali, powolni i oporni w wypełnianiu woli Ojca. Kiedy natomiast uczynimy w sobie całkowicie miejsce dla Boga, wtedy Bóg nas dźwignie ku górze, uczyni „zwiewnymi” w wypełnianiu Jego woli.

Dziś siostry salwatorianki na swoim profilu fb umieściły zdjęcie z cytatem z dziennika duchowego naszego Założyciela: „Tak szybko jak to możliwe wykonaj chciane przez Boga dzieło! Czyń to z wielkim zaufaniem, z zawsze pogodnym i radosnym sercem, mimo największych cierpień! Nie trać nadziei i nie zniechęcaj się!” (DD I 152*/153*). Odkryłem w tym cytacie swoisty komentarz do słów: „Dziecko, idź i pracuj DZISIAJ w winnicy” (Mt 21, 28). Notatka 32-letniego ks. Jana Chrzciciela Jordana z jego dziennika duchowego, zrobiona 13 marca 1880 r., gdy był w Jerozolimie, jest jak komentarz do tych słów Ewangelii. Co znaczy „dzisiaj”? Dla ks. Jordana znaczy: „tak szybko jak to możliwe”. To zrodziło we mnie takie proste oratio: Jezu, przemieniaj, pociągnij, zdopinguj… mnie, nie tylko gdy odkładam wykonanie woli Ojca na „jutro” (hiszp. „mañana”), ale pociągnij mnie, zdopinguj mnie, przemień mnie, nawet gdy „dziś” odkładam jej wypełnienie na „później”.

PSz

---------------------------------------------------------------------

 

   

KONTAKT ZGŁOSZENIE
Copyright - CFD.Salwatorianie.pl